- Nie udało mi się wychować następców - mówi Krystyna Juszkiewicz
36 lat temu odbyła się pierwsza edycja festiwalu Blues nad Bobrem. Dziś jedyna cykliczna wielka impreza muzyczna w historii Bolesławca jest już tylko wspomnieniem. Dlaczego?
Krystyna Juszkiewicz (fot. Rafał Klimek)
W tym roku minęło 36 lat od pierwszego Bluesa nad Bobrem. Jak by pani wyobrażała sobie tegoroczną edycję?
Na pewno chciałabym, żeby odbyła się na bulwarze nad Bobrem, w nowym amfiteatrze, który miał tam powstać. Była już nawet dokumentacja, ale niestety nie powstał.
Kto by występował?
Oczywiście zespół Dżem, Gang Olsena i Orkiestra Festiwalowa z wszystkimi wykładowcami. I marzyłoby mi się też, żeby wystąpiła orkiestra absolwentów. Bo wielu absolwentów naszych warsztatów funkcjonuje na polskiej scenie muzycznej.
Jeszcze jakieś gwiazdy przychodzą pani do głowy? Może ktoś ze znanych młodszych polskich wykonawców?
Na pewno Cheap Tobacco z Natalią Kwiatkowską. Troje z nich, to nasi absolwenci.
Czy ludzie przyszliby na tę imprezę?
Wprawdzie czasy się zmieniły, ale sądzę, że przyszliby. I to płacąc za bilety, ponieważ zawsze byłam przeciwniczką darmowych koncertów, nie tylko na Bluesie nad Bobrem, bo na nie przychodziła przypadkowa publiczność. Jeśli ktoś kupił bilet, to chciał być i współtworzył atmosferę.
Na pewno nie byłoby takich tłumów jak na początku. Ciągle pamiętam, że tak naprawdę Rysiek Riedel i zespół Dżem spowodowali taki szybki rozwój naszej imprezy, bo widzowie przyjeżdżali dla nich z całej Polski.
Ale jestem optymistką, myślę że ludzie przyszliby na Bluesa nad Bobrem.
Dzisiaj festiwale to wielkie, wieloletnie, cykliczne biznesy, ludzie zabijają się o bilety, wykupują je w ciągu kilku godzin i bywają na "swoich" festiwalach co roku. Dlaczego Blues nad Bobrem nie jest dziś w gronie takich imprez?
Po pierwsze brak prawdziwego wsparcia ze strony władz miasta, przynajmniej od czasów prawdziwego wsparcia ze strony prezydenta Józefa Burniaka. Odkąd jest obecny prezydent, Blues nad Bobrem przestał być wspierany. Na początku było naprawdę pełno pomocy i euforii. Potem już niestety nie.
Jest taka impreza, Jimmy Way Festiwal w Ostrowie. Jej główny organizator przyjechał do nas kiedyś na warsztaty i przywiózł swojego syna, zresztą świetnego gitarzystę. Przyjrzał się i stworzył festiwal w Ostrowie bez warsztatów, z samymi koncertami. Byłam tam kilka razy i widziałam, jak władze potrafią pomagać i wspierać. U nas tego nie było. Wszyscy tam żyją tym festiwalem i bilety sprzedają się w pięć minut. Są tam artyści z USA czekający w kolejce, żeby zagrać na tej imprezie.
Ale Blues zaczął się od Bolesławieckiego Ośrodka Kultury, czyli od miejskiej instytucji...
Tak, pracowałam tam w roku 1990 i przyszedł do mnie Sławek Zimkiewicz, czyli Zipek, basista bluesowy i powiedział, że nudno w tym Bolesławcu i może byśmy zorganizowali festiwal bluesowy, na przykład nad Bobrem. Zainteresował mnie. Zaproponowałam, żeby festiwal odbył się w amfiteatrze nad Bobrem.
Ówczesny dyrektor Bolesławieckiego Ośrodka Kultury, pan Franciszek Uściński, przyjął to z entuzjazmem i pierwszy koncert może nie był udany organizacyjnie, mieliśmy dwa reflektory, wzmacniacze Vermona. a gwiazdą był nasz zespół z Bolesławca, Obstawa Prezydenta. Publiczność dopisała, przyszło ponad tysiąc osób i wtedy wiedzieliśmy, że należy tę imprezę kontynuować.
Drugi koncert, w 1991 roku był bardziej profesjonalny. Gwiazdą był popularny wtedy wrocławski zespół bluesowy Recydywa Blues Band. Przychodziło coraz więcej widzów i impreza się rozrastała. Na festiwal Blues nad Bobrem w 1992 roku przyjechał zespół Dżem i były tam już tłumy ludzi. Dżem gościł u nas także w roku 1993.
Byłem tam, pamiętam Ryśka Riedla siedzącego na pieńku na widowni między ludźmi przed koncertem. To, że taka impreza odbywała się tutaj, zrobiło na mnie wówczas ogromne wrażenie.
I zwiększało zainteresowanie muzyką graną na żywo, bluesem, muzykowaniem i nauką gry. O to nam chodziło.
To były bardzo pionierskie czasy organizacji koncertów w Polsce, bywała pani także ochroniarzem...
Kiedy Dżem grał u nas pierwszy raz, nie było jeszcze barierek i podwyższenia sceny. Chłopcy zaczęli koncert i tłum ruszył w ich stronę. Wtedy, razem z Janą Trawniczek stanęłyśmy między zespołem i publicznością i uniosłyśmy ręce, powstrzymując napór słuchaczy. Zadziałało.
Członkowie zespołu Dżem w roku 1993 w Bolesławcu. Na rok przed śmiercią Ryśka Riedla.
Co najmocniej pamięta pani z pozytywnych emocji tamtego pionierskiego czasu?
Mnóstwo było tych pozytywnych emocji. Ale cały czas mam w głowie taki obraz: Na bulwarze śpiewa Rysiek Riedel. Na scenie jest dym i ludzie śpiewają z nim, śpiewa ogromna liczba ludzi. A ja stoję sobie z tyłu, za widownią, na górze amfiteatru... i płaczę ze szczęścia.
Widzę też tych młodych ludzi, których witaliśmy na dworcu, kiedy przyjeżdżali z instrumentami na warsztaty, wysiadali z pociągów, witaliśmy ich z banerem. Razem, wszyscy organizatorzy i wolontariusze. A na koniec festiwalu odprowadzaliśmy ich na ten dworzec po wielu dniach spędzonych razem i znów było mnóstwo dobrych emocji. Byliśmy już zżyci, związani emocjonalnie, były pożegnania, łzy.
Tęsknię też za widokiem tych ludzi idących na zajęcia przez Bolesławiec z gitarami. Tworzyli atmosferę podczas festiwalu. Tego mi brakuje do tej pory. I wiele osób mówi mi właśnie o tym, że po całym mieście kręcili się ludzie z gitarami, którzy przyjechali się tutaj uczyć i było wiadomo, że właśnie trwa Blues nad Bobrem.
Też mam ten obraz w oczach. W najlepszych czasach imprezy do Bolesławca przyjeżdżało niemal 150 muzyków. Przybywali po to, aby przez kilka dni uczyć się od znanych, zawodowych artystów. Co wieczór grywali razem ze swoimi nauczycielami na jam sessions w klubie festiwalowym. Muzyka opanowywała miasto.
Po to była ta impreza, dla muzyki i atmosfery. Działo się mnóstwo. Ludzie zawierali przyjaźnie, kontakty towarzyskie i artystyczne procentujące na lata. Jest kilkanaście małżeństw, o których wiem, że poznały się na Bluesie.
Uczestnicy festiwal Blues nad Bobrem w 1994 roku przed Bolesławieckim Ośrodkiem Kultury.
Po paru latach wyprowadziła pani albo zabrała Bluesa nad Bobrem z Bolesławieckiego Ośrodka Kultury. Dlaczego?
Skończyłam wówczas studia turystyczne i marzyłam o pracy w tej branży. Mimo tego, że praca w kulturze dawała mi mnóstwo satysfakcji. Ale tak się zdarzyło, że już nie czułam się dobrze w tej instytucji i postanowiłam pójść na swoje. Zapytałam ówczesną panią dyrektor Bolesławieckiego Ośrodka Kultury, Danutę Maślicką, o to, co dalej będzie z Bluesem, bo chciałabym go nadal organizować. Usłyszałam, że nie widzi przeszkód, abym nadal organizowała tę imprezę na własny rachunek i na własną odpowiedzialność.
I jaki był ten pierwszy własny Blues nad Bobrem? Odbył się bez wsparcia BOK-u?
To był chyba 1996 rok, Wciąż wspierali mnie ludzie z Bolesławieckiego Ośrodka Kultury, Jana Trawniczek, Paweł Sponar, Jasiu Domaradzki (autor loga festiwalu) i Wojtek Szajwaj.
Czy Blues jako pani własny festiwal, jako prywatna impreza, okazał się dobrym biznesem?
Dla mnie nigdy biznesem, w sensie ekonomicznym, nie był. Ja na nim nie zarabiałam, ale dwukrotnie porządnie dopłaciłam do organizacji ze swoich własnych pieniędzy.
To kto zarabiał?
Honoraria otrzymywali wykonawcy i wykładowcy warsztatów. Jeśli zostawały pieniądze, to także ludzie pracujący w biurze organizacyjnym. Ale mnóstwo ludzi wiele razy pracowało społecznie.
Warto zaznaczyć, że kiedy wiedziałam, że pieniędzy może nie wystarczyć, negocjowałam honoraria z wykładowcami i wykonawcami. Zawsze dochodziliśmy do porozumienia, bo chcieli tutaj grać.
Mówiło się kiedyś, że Blues nad Bobrem w pewnym momencie tak urósł wśród ogólnopolskich festiwali muzycznych, że organizator Rawy Blues (Ireneusz Dudek) traktował tę imprezę jako konkurencję i nigdy nie chciał tutaj zagrać.
Tak, to prawda. Chociaż my nigdy nie byliśmy konkurencją. Tamta impreza była zawsze typowo komercyjna i w najśmielszych myślach nie próbowaliśmy się do niej porównywać.
Natomiast mimo wielu długich rozmów i prób przekonywania i zapraszania, Irek Dudek nigdy się na Bluesie nie pojawił. Jak to powiedział niegdyś Andrzej Pluszcz, nasz festiwal słynął z dobrej muzyki i ludzkiej życzliwości.
Warsztaty festiwalowe w 1995 roku:
Ale w tej życzliwości trafiały się konflikty i rozstania?
Pojawiały się, tak. To nieuniknione przy takim przedsięwzięciu, że są różnice zdań. Nie wszyscy się z nimi godzą.
Są jakieś sytuacje międzyludzkie, których pani żałuje, których nie powinno być, które dziś by pani rozegrała inaczej?
Były rozstania, które bardzo przeżywałam. Ja sama nie organizowałam tej imprezy, robił to sztab ludzi, ja byłam tylko motorem. Żeby to wszystko ogarnąć, czasem trzeba było być bezwzględną i nie raz się komuś narażałam, choć większość ludzi mi wybaczała, bo nie były to sprawy personalne, tylko decyzje dla dobra sprawy. Wiele osób mi mówiło i sama to wiem, że nie wychowałam następców. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Ci potencjalni następcy, których widziałabym w gronie wolontariuszy, w biurze organizacyjnym, kończyli studia, szli do pracy, zakładali rodziny i nie byli już zainteresowani. Wiedzieli, ile wyrzeczeń i czasu taka praca kosztuje.
Właściwie żałuję, ale nie czuję się winna. Miałam takie rozstanie, które mnie boli do dzisiaj. Była osoba, która chciała przejąć imprezę. I była w nią przez lata bardzo zaangażowana. Ale wtedy nie tylko ja decydowałam, zarząd stowarzyszenia tego nie chciał. Ja też, przyznaję, nie byłam do końca przekonana. Straciliśmy osobę bardzo wartościową. Żałuję teraz po latach, że nie przekonałam wtedy zarządu do tej decyzji. Wciąż mnie to boli.
Uczestnicy, organizatorzy i wykładowcy Bluesa nad Bobrem w roku 1993.
Nie myśli pani, że gdyby tę imprezę udało się skomercjalizować, zrobić z niej biznes z wynagrodzeniami dla organizatorów, to dziś mogłaby żyć dalej?
Jak mawia moja koleżanka Jana Trawniczek, jestem bękartem socjalizmu. Ja sobie tego nie wyobrażałam i do tej pory nie wyobrażam. Jeśli człowiek angażuje się z potrzeby serca, a nie dla pieniędzy i poklasku, to wtedy celem jest dobro imprezy i jej uczestników, a nie własny interes.
Może tak miało być, że impreza się skończyła, bo czasy są inne. Nie jestem przekonana, że festiwal utrzymałby się w formie komercyjnej. Uważam, że impreza wspaniale promowała to miasto i należało jej się większe wsparcie samorządu. Ale z tym bywało bardzo trudno. To była impreza nieco żebracza, prosiliśmy o wsparcie i dostawaliśmy je, ale dotyczyło to bardziej zwykłych ludzi, przedsiębiorców, nie władz.
Pamiętam dwie samorządowe próby reaktywacji Bluesa wspierane mocno przez obecne władze miasta, gigantyczny blamaż pana Gruszeckiego z nieobecnym Chuck'iem Berry i parę lat później jednorazową inicjatywę, która minęła bez historii i szerszego zainteresowania. Chyba w 2019 roku, kiedy wynajęto kogoś z zewnątrz do organizacji festiwalu. Jak pani wspomina te zdarzenia. Co pani wtedy czuła?
Rozpacz. Bo wiedziałam, co się szykuje. Poznałam tego pseudoorganizatora zapraszającego Chuck'a Berry. Wiedziałam, że to nie wyjdzie. Jako partner firmy Ticketpro w swoim biurze musiałam (wskutek umowy) sprzedawać bilety na to. Każdemu mówiłam, że to nie moja impreza.
To był ogromny wstyd dla miasta! Przez parę lat musieliśmy w Polsce tłumaczyć się z tego i to odkręcać.
Natomiast w 2019 roku ówczesny przewodniczący Stowarzyszenia zatrudnił osobę, która określała się jako profesjonalistka, ale z BnB nie poradziła sobie. Organizacja koncertu Eltona Johna, wbrew pozorom, jest o wiele łatwiejsza od pracy nad naszym festiwalem, bo są sponsorzy, bilety sprzedają się w mig, a jak są pieniądze, to imprezę organizuje się bezstresowo.
Krystyna Juszkiewicz i Paweł Serafiński rozmawiają podczas festiwalu z Krzysztofem Ścierańskim.
Gdyby ktoś dziś chciał reaktywować tę imprezę, byłoby to realne prawnie pod tą samą marką?
Stowarzyszenie Blues nad Bobrem tak naprawdę nie istnieje, nie ma żadnych zebrań, ma zastrzeżony znak BnB. Byłoby to trudne, bo sprawy formalne stowarzyszenia są zagmatwane, ostatni zarząd nie przeprowadził zebrania sprawozdawczo-wyborczego oraz rozliczenia ostatniego festiwalu. Jestem członkiem stowarzyszenia, nie płacę składek. Stan prawny jest niejasny. Stowarzyszenie de facto nie funkcjonuje.
W obecnych czasach masowej produkcji artystycznej i słabej obecności bluesa w kulturze polskiej byłoby jeszcze dla kogo robić taką imprezę?
Byłoby to ryzyko. Mnie by się marzyło, żeby utrzymały się warsztaty muzyczne w Bolesławcu oraz skromny koncert powarsztatowy wykładowców i wyróżniających się uczestników warsztatów w Teatrze Starym, może z jedną gwiazdą. Tylko w takiej formie.
W Jeleniej Górze mamy dwa festiwale teatralne i filmowy, festiwale jazzowe, dobre galerie sztuki z ambicjami, filharmonię, dwa zawodowe teatry. W Goerlitz i okolicach są co najmniej dwa festiwale muzyczne i festiwale teatralne.
W Bolesławcu mamy głównie amatorski ruch artystyczny, jedną cykliczną imprezę kulturalną z wieloletnimi tradycjami, Międzynarodowy Plener Ceramiczno Rzeźbiarski. Generalnie ruch artystyczny w tym mieście ma dwa wymiary: amatorski i ten transportowy na A4 i innych drogach oraz szynach, czyli na interesujące imprezy w innych miastach. Lokalna oferta jest potwornie uboga.
Dlaczego tak się dzieje? Nie potrzebujemy kultury?
Myślę, że to są lata zaniedbań, Poza Muzeum Ceramiki, które trzyma poziom i Miejską Biblioteką Publiczną, ta nasza główna placówka stworzona z myślą o kulturze, BOK - MCC, nie ma się najlepiej. Jedynie kino FORUM z bardzo dobrze działającym Dyskusyjnym Klubem Filmowym ratuje sytuację. Kiedy przed laty byłam pracownicą BOK- u, to pracowaliśmy wówczas, gdy inni mieli wolne, w weekendy, popołudniami. Działalność takiej placówki nie powinna ograniczać się tylko do wynajmowania sali Forum lub imprez akcyjnych.
Kiedyś w Bolesławcu pojawiały się znaczące w kulturze osoby, ważni wykonawcy, odbywały się pamiętne koncerty i wystawy. Regularnie organizowano spotkania ze znanymi intelektualistami. Teraz jest mizerota, stand up i zachęcanie ludzi do zostawiania pieniędzy wydawanych na kulturę w innych miastach. Z czego to wynika?
Z kompletnego braku polityki kulturalnej, z zabicia społecznej inicjatywy ludzi chcących działać w kulturze niezależnie. Inicjatywy oddolne są zwalczane, zamiast wsparcia dostają konkurencję sponsorowaną przez samorząd.
Skutek jest taki, że po latach torpedowania prywatnych inicjatyw i robienia im konkurencji samorząd nie ma już czego torpedować.
Zgadzam się.
Koncert festiwalu Blues nad Bobrem w bolesławieckim rynku w 1994 roku:
Wróćmy do Bluesa. Ma pani poczucie, że robiła przez lata coś wspaniałego i wyjątkowego, czy też raczej kaca moralnego, że tak się to wszystko skończyło?
Wolę tę pierwszą część zdania. Ja tej imprezy nie organizowałam nie sama, tylko z mnóstwem osób, wolontariuszy, członków biura organizacyjnego i z artystami. Dla mnie wartością była przyjaźń, kontakt z tymi ludźmi, wspólnota. To zostaje. Szymon Kut, były uczestnik warsztatów, powiedział mi pewnego dnia: Coś się zaczyna i coś się kończy. I trzeba się z tym pogodzić.
Ale trochę goryczy jest?
Żałuję, uważam, że warsztaty powinny istnieć dalej. Wciąż mam mnóstwo sygnałów od byłych warsztatowiczów. Jedni grają na scenach, porobili kariery, nawet jeśli nie są zawodowymi muzykami, to pasja do muzyki w nich została i wciąż mamy kontakt. Artyści mówią mi, że spotykają się na różnych koncertach, festiwalach i zawsze z nostalgią wspominają pobyt na BnB.
Ta wielka bluesowa rodzina to jest coś, co po nas zostało.
Co by pani dziś powiedziała tym, którzy przez lata pracowali z panią przy festiwalu, współtworzyli go i włożyli w niego swoje serce?
Powiedziałabym im przede wszystkim to, że bardzo im dziękuję za to, że ze mną byli. Że dzięki ich zaangażowaniu festiwal mógł się odbywać. Dziękuję za przyjaźnie, przepraszam za swoje błędy powodowane czasem moją impulsywnością. Za zbyt radykalne oceny i za mój temperament.
Mam nadzieję, że to, co razem tworzyliśmy było i jest dużo warte. I że jakoś to w nas przetrwa.
Dziękuję za rozmowę.
Krystyna Juszkiewicz urodziła się w Kraszowicach w roku 1949. Ukończyła Szkołę Podstawową we Włodzicach Wielkich, I LO w Bolesławcu i Wydział Turystyki i Rekreacji Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Od 30 lat prowadzi Biuro Podróży Perfekt.
Przez lata z gronem zapaleńców tworzyła w Bolesławcu jedną z ważniejszych polskich imprez muzycznych - festiwal Blues nad Bobrem. Przez kilka dni znakomici polscy muzycy uczyli młodszych kolegów gry na instrumentach. Na koniec zwykle odbywał się koncert finałowy. Warsztatom nadano imię Wojtka Seweryna, zmarłego wykładowcy uczącego klasie gitary.
Był także Przegląd Zespołów Bluesowych, któremu po śmierci Tadeusza Nalepy nadano jego imię. Do przeglądu czasem zgłaszało się nawet do 40 zespołów.
Na Bluesie nad Bobrem przez lata występowali najlepsi polscy muzycy: Tadeusz Nalepa, Dżem, Jarek Śmietana, Wojciech Karolak, Mira Kubasińska, Krystyna Prońko, Martyna Jakubowicz, Leszek Cichoński, Roman Puchowski, Jan „Kyks” Skrzek, Wojtek Pilichowski, Krzysztof Ścierański, Marek Raduli, Sławek Wierzcholski i cała rzesza innych. Na festiwalu bywały także gwiazdy zagraniczne: Carlos Johnson, Mikę Russel i Kenny Carr.
Po pełnych sukcesu początkach zaczęły się problemy we współpracy organizatorów festiwalu z władzami miasta. Próba przejęcia festiwalu przez osoby wspierane przez władze miasta zakończyła się klęską. O skandalu na bluesowym koncercie w 2008 roku informowały media w całym kraju. Koncert finałowy miał organizować wówczas Dariusz Gruszecki. Wielką gwiazdą miał być Chuck Berry. Zapowiadano także występy zespołów Dżem, TSA i Coma. Im bliżej było do festiwalu, tym bardziej wiarygodność Gruszeckiego spadała, ale władze miasta wciąż wierzyły w jego sukces. Tak opisywała w 2008 roku finał Bluesa nad Bobrem Gazeta Wrocławska:
"Złodzieje, złodzieje” – krzyczeli wściekli, przemarznięci i przemoczeni fani zespołów Comy i TSA. Krzyczeli tak o Dariuszu Gruszeckim i władzach miasta – organizatorach imprezy. Gwiazdy nie wystąpiły, pieniędzy za bilety nie oddano, długi są ogromne, a organizator schował głowę w piasek.
TSA, Coma i przybyły z Czech zespół -123 minuty przyjechały do Bolesławca, ale nie weszły na scenę podczas piątkowej części finału Bluesa nad Bobrem. Okazało się bowiem, że organizator nie ma pieniędzy, by zapłacić im za występ. Gwiazdy wróciły do domów. Fani zostali wykiwani. O odwołaniu koncertów poinformował ich... ochroniarz.
(...)
Miasto zleciło Rogers Agency, firmie Gruszeckiego, organizację finału BnB, nie sprawdzając i nie wiedząc, czy ma on pieniądze na imprezę. Wiarygodność Gruszeckiego była podważana od dawna. Najpierw obiecywał przyjazd na festiwal Gary Moore'a, potem gwiazdą miał być Chuck Berry.
Rok później festiwal wyemigrował z miasta do Kliczkowa, potem do Kruszyna. Podupadał i marginalizował się. Dziś stowarzyszenie Blues nad Bobrem nie funkcjonuje, zaś reaktywacją imprezy nikt nie jest zainteresowany. Na terenie ośrodka MOSiR do dziś straszy bezużyteczny i niepraktyczny, wbudowany za milion złotych amfiteatr, na którym w 2008 roku fani bluesa wyzywali organizatorów. Wkrótce amfiteatr ten ma być remontowany.
Krystyna Juszkiewicz wśród uczestników Bluesa nad Bobrem w Gospodzie Kruszyna w Kruszynie.
Sonda Bolec.Info
Czy uważasz, że festiwal Blues nad Bobrem ma szansę na reaktywację?
dziennikarz i redaktor portalu i gazety Bolec.Info. Nie używa AI do pisania tekstów.
Kontakt z Redakcją: redakcja@bolec.info · tel. +48 693-375-790
