To mogłaby być ładna, patriotyczna opowieść o nastolatkach, którzy chcieli wystawić na próbę komunistyczną cenzurę i powiedzieć głośno, co myślą - ale tak nie było. W zasadzie trudno nawet powiedzieć, że była to czysto młodzieżowa inicjatywa, bo to też byłaby bzdura.
Było zatem tak...
W 1973 roku w Bolesławcu, podobnie jak w każdym mieście, działało koło Związku Młodzieży Socjalistycznej. ZMS, dążący do opanowania całego polskiego harcerstwa, był sterowaną przez komunistyczny reżim organizacją "młodzieżową", która miała propagować idee socjalistyczne i komunistyczne w młodym pokoleniu.
No i jesienią 1973 roku koło ZMS w Bolesławcu uznało, że dobrym pomysłem będzie wydawanie związkowej, bezpłatnej gazetki o szumnym tytule Rada Młodych. Tytuł gazetki sugeruje, że ZMS-owcy mieli opisywać na jej łamach sprawy ważne dla "socjalistycznej" rzekomo młodzieży, a być może przy okazji podpowiadać lokalnym władzom, co jest ważne dla młodych Bolesławian i na co dorośli decydenci powinni zwrócić uwagę.
Byłaby to przede wszystkim szkółka partyjnej propagandy za publiczne pieniądze, ale drukowanie tej gazetki nadal miałoby - mimo wszystko - jakieś walory edukacyjne - choćby przez kształtowanie wrażliwości na sprawy ważne dla regionu.
Plan zakładał, że Rada Młodych będzie się ukazywać co trzy miesiące w nakładzie 50 egzemplarzy i co prawda miała nie być kontrolowana przez cenzurę, ale redaktorem naczelnym i sekretarzem "Kolegium Redakcyjnego" mianowano... pracowników urzędów powiatowego i miejskiego. Innymi słowy, lokalne władze, zależne od partii komunistycznej, miałyby pełną kontrolę nad jej twórcami, więc gazetka nadal byłaby ocenzurowana.
Zwłaszcza bolesławieckie koło ZMS działało przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, Rada Młodych byłaby drukowana przy użyciu elektrycznego powielacza białkowego, należącego do tegoż prezydium, które miało też dostarczać "redakcji" niezbędny papier.
Zgodnie z ówczesnymi przepisami, ZMS i lokalne władze nie mogły samowolnie zacząć prac nad tym wydawnictwem, więc sprawa Rady Młodych trafiła - jak wiele innych, podobnych spraw - do Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w Warszawie. Po trzech miesiącach zwłoki jego prezes, Stanisław Kosicki, odmówił wydania zgody na druk, uzasadniając to następująco:
Urząd (...) nie widzi uzasadnionych podstaw celowi wydawania przez Koło ZMS własnej publikacji periodycznej. Sprawy organizacyjne związane z działalnością Koła powinny być omawiane na zebraniach zarządu bądź członków Koła.
Z dzisiejszej perspektywy musi to wyglądać dość kuriozalnie. Prowincjonalne koło rządowej młodzieżówki, usiłującej na siłę stać się organizacją masową, musi wysyłać do Warszawy prośbę o zgodę na drukowanie na potrzeby swoje (i lokalnych władz) małej gazetki informacyjnej. Byłaby ona tak samo niezależna, jak są dziś samorządowe biuletyny informacyjne, czyli wcale. Warszawa odpowiada na to odmownie, mówiąc że członkowie koła mogą omawiać swoje sprawy na zebraniach i nie musi nic drukować.
To trochę tak, jakby dzisiaj samorząd uczniowski musiał pytać cenzorów z Warszawy, czy zgadzają się na założenie szkolnego instagrama.
Takie rzeczy działy się w Polsce na co dzień jeszcze 40-50 lat temu.
Kurtyna.
Źródło: Archiwum Akt Nowych, Główny Urząd Kontroli Prasy i Widowisk, sygn. 515.

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!
Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: [email protected].Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).