Najpierw uwaga wstępna - tak, pod tym reportażem też wyłączyłem komentarze. Ilość wyzwisk, wulgaryzmów, insynuacji, półprawd, teorii spiskowych, manipulacji i nienawiści, jaka pojawiła się w komentarzach do tekstu dotyczącego Kijowa (zwłaszcza na Facebooku) przekroczyła wszelkie możliwe oczekiwania. I świadczy wyłącznie o żenująco niskim poziomie swoich twórców.
O Borodziance było dosyć głośno w kwietniu 2022 roku, ponieważ tuż po wyzwoleniu jej ruin z rąk rosjan przyjechał tam Banksy – anonimowy, legendarny brytyjski artysta, który na gruzach jednego ze zniszczonych bloków mieszkalnych namalował symboliczne graffiti. Do tego dzieła jeszcze wrócę.
Jeśli nie ma się samochodu, do Borodzianki najłatwiej dojechać pociągiem – ja jechałem z dworca Kijów Pasażerski, przesiadając się na Kijowie Wołyńskim i Borszczówce, ale czasami trafiają się też kursy bezpośrednie. Jeżdżą tam też marszrutki z Kijowa, ale pociągi są zdecydowanie wygodniejsze. Zaletą są ogrzewane wagony (w Ukrainie przejażdżka pociągiem to też okazja do ogrzania się!) i bardzo tanie bilety, bo nie mając żadnej ulgi, dojechałem do Borodzianki, płacąc za około trzech złotych. Ukraińska kolej jeszcze przed wojną była jednak dla mnie dość trudna do ogarnięcia, bo na dworcach w rozkładach jazdy często nie wymienia się wszystkich stacji pośrednich, a przez Internet nie dało się zaplanować podróży z przesiadkami.
"Wagon Niezłomności", czyli punkt pomocy humanitarnej na stacji kolejowej Borodzianka.
Już na starcie zauważyłem, że tutaj będzie o wiele trudniej, niż w Kijowie, gdzie trafiałem głównie na ludzi ufnych i chętnych do rozmowy. Kiedy wyszedłem na plac przed dworcem, zrobiłem kilka zdjęć i niemal od razu zaczepiła mnie starsza pani, dopytując nieufnie, kim jestem i po co mi te zdjęcia. Mówiła, że to jest przecież infrastruktura techniczna (choć w Ukrainie nie ma zakazu fotografowania okolic dworców), chciała też zobaczyć moją legitymację prasową, aby się upewnić, że faktycznie jestem tym, za kogo się podaję.
I absolutnie mnie takie zachowanie nie dziwi – gdybym żył przez miesiąc pod rosyjską okupacją i zobaczył w swoim malutkim miasteczku obcego człowieka z aparatem, też byłbym bardzo podejrzliwy. I też bym chciał wiedzieć, co to za jeden kręci się koło mojego sklepiku.
Dworzec w Borodziance leży na krańcu miasteczka, więc aby dostać się do centrum, trzeba iść około dwudziestu minut wzdłuż niemal pustej drogi. I szczerze mówiąc, spodziewałem się, że zobaczę tam głównie stertę gruzów, bo zdjęcia z wiosny 2022 roku pokazywały, że miasto zostało niemal doszczętnie zniszczone.
Zaskoczenie było spore, bo w Borodziance trwa już bardzo intensywna odbudowa. To widok na główną ulicę.
Tempo tej odbudowy jest jednak naprawdę imponujące, bo ukraińskie Ministerstwo Odbudowy inwestuje tutaj niemałe pieniądze, z których mieszkańcy umieją odpowiednio skorzystać. Usunięto już niemal wszystkie zrujnowane budynki, a wiele uszkodzonych odbudowano, ocieplono i odmalowano – tak, aby nie było na nich widać śladów wojny. W miejscu wyburzonych bloków wielorodzinnych trwa właśnie budowa nowych i choć miejscami nadal jest jeszcze nienaturalnie pusto, wszędzie widać plakaty z wizualizacjami tego, jak te miejsca będą wyglądać już za niecałe dwa lata – odbudowa Borodzianki ma zakończyć się już w połowie 2027 roku. Spacerując jej ulicami, miałem wrażenie, że podobnie poczułbym się w Bolesławcu lat pięćdziesiątych – to wtedy też było zniszczone przez wojnę miasto, którego odbudowa (i rozbudowa) ruszała właśnie z kopyta.
Intensywna odbudowa i powolny powrót do normalności to jest jednak tylko część prawdy o Borodziance.
Ostrzelany w marcu 2022 roku przez rosyjski śmigłowiec pomnik Tarasa Szewczenki.
Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć na główny plac w miasteczku i zobaczyć pomnik Tarasa Szewczenki, wciąż noszący ślady po rosyjskich kulach. Szewczenko, jeden z głównych budzicieli ukraińskiej kultury i tożsamości narodowej, jest dla Ukraińców tym, kim dla nas Mickiewicz, Słowacki i Norwid – a więc dla rosjan, uparcie twierdzących, że Ukraina nie ma własnej historii i kultury, jest postacią wyjątkowo niewygodną. Niestety, na strzelaniu do pomnika w Borodziance się nie skończyło, a opowieści o tym, co tam się działo podczas okupacji, porażają.
Malowidło Banksy'ego w Borodziance.
Rosjanie okupowali Borodziankę przez 28 dni i wielu mieszkańców było zmuszonych do spędzenia niemal całego tego czasu w schronach. Okupanci jeździli po ulicach i strzelali z ostrej amunicji do przypadkowo napotykanych przechodniów. Rosjanie potrafili latać śmigłowcami po mieście i strzelać do bloków mieszkalnych, choć nie stanowiły one żadnego wojskowego zagrożenia. Ci sami rosjanie, już podczas okupacji, ostrzeliwali miasto przy pomocy ciężkiej artylerii, robiąc dokładnie to samo, co Niemcy w 1939 roku w Wieluniu – obrócili w gruzy małe, bezbronne i pozbawione militarnego znaczenia miasteczko tylko po to, aby zastraszyć Ukraińców i pokazać swoją bezwzględność. Każdy odwiedzający Borodziankę może wysłuchać tych historii przy specjalnym infoboksie, wystawionym w pobliżu pomnika Szewczenki.
Wnętrze namiotu humanitarnego w centrum miasta.
Codzienne życie w Borodziance jest trudne, bo miasto nadal nie jest w pełni odbudowane. Wciąż nie zbudowano nowej poczty, więc aby nadać/odebrać przesyłkę, trzeba udać się do specjalnego kontenera, takiego samego jak te, które stanęły w wielu miastach Dolnego Śląska po powodzi z września 2024 roku. Podobnie z lokalną pizzerią, która nie tylko że musi gnieździć się w kontenerze, to jeszcze musi korzystać z generatora prądu. Agregaty są tutaj tak samo niezbędne, jak w Kijowie, bo na prowincji są takie same problemy z prądem i ogrzewaniem, jak w metropolii.
Dla potrzebujących wsparcia w mieście założono dwa „Punkty Niezłomności” – jeden w namiocie przed domem kultury, a drugi w wagonie kolejowym przy dworcu. W obu tych miejscach każdy może się ogrzać, podładować telefon, zjeść ciepłą zupę, napić się kawy lub herbaty – i po prostu pogadać z sąsiadami. Będąc w Borodziance, spędziłem trochę czasu w namiocie i zostałem tam przyjęty jak swój. Mimo że nie potrzebowałem wsparcia innego, niż doładowanie telefonu, wolontariusze nakarmili mnie ciepłą zupą, poczęstowali kawą i jeszcze dali na drogę pakiet obiadowy – kotleta mielonego z ryżem i surówką.
Okazało się, że jeden z wolontariuszy zna język polski, bo przez trzy lata mieszkał w Tarnowie, mało tego, namiotem zawiaduje polsko-ukraińska Fundacja św. Marcina de Porres, prowadzona przez zakon dominikanów. Rozmawiając z wolontariuszem, dowiedziałem się, że co prawda w Borodziance takie namioty humanitarne, jak ten, trzeba stawiać każdej zimy od wybuchu wojny, ale że obecna jest wyjątkowo dotkliwa, a potrzeby są ogromne. I rzeczywiście – w pół godziny przez namiot przewinęło się kilkanaście osób i widać było, że dla nich pobyt tam to upragniona chwila odpoczynku, spotkania z drugim człowiekiem, a może nawet pierwszy posiłek od wielu godzin. Wolontariusz powiedział też dość oczywistą rzecz, że nawet w Ukrainie są ludzie, którzy niejako zapominają o trwającej wojnie i chcą udawać, że ona ich nie dotyczy. Tak jest w każdym narodzie w każdej epoce historycznej – w Polsce podczas II wojny światowej też mieliśmy cały wachlarz ludzkich postaw – ale ludzi dobrej woli nadal jest w Ukrainie więcej.
"Aleja Sławy" przy cerkwi w Borodziance. Podobne upamiętnienia lokalnych bohaterów, poległych za Ukrainę, powstają w całym kraju.
W Borodziance, podobnie jak w całej Ukrainie, bardzo dba się o upamiętnienie lokalnych bohaterów, którzy oddali życie w obronie swojego kraju. Przy miejscowej cerkwi powstała zatem „Aleja Sławy”, na której pokazane są wielkie plansze ze zdjęciami, nazwiskami, stopniami wojskowymi i krótkimi opisami poległych mieszkańców miasteczka. Gdy się czyta te opisy, polegli przestają być tylko zbiorem statystyk, zza których wychodzą konkretne historie.
Młodszy sierżant Iwan Jarosławowycz Jazir, który poległ w obronie rodzinnej Borodzianki, walcząc z rosyjskimi najeźdźcami.
Zaledwie 21-letni Serhij Wasylowycz Romaniuk, który zaciągnął się do ukraińskiej armii i zginął podczas walk w Donbasie. Weteran walk z samozwańczymi „republikami ludowymi” w Donbasie.
Borys Iwanowycz Kosjan, który mimo dużego doświadczenia bojowego zginął już w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny, broniąc Borodzianki przez rosjanami.
Podobnych biogramów jest tam już kilkadziesiąt…
Odbudowa miasteczka powinna się zakończyć za półtora roku.
Jak podsumowałbym wizytę w Borodziance? Mam nadzieję, że nie podzieli losu swojego polskiego odpowiednika, Wielunia, który mimo swej bogatej historii i urokliwego położenia promuje się niemal wyłącznie opowieścią o niemieckich nalotach. Borodzianka ma historię sięgającą jeszcze czasów Rusi Kijowskiej, ma też swoje miejsce w historii Polski – w czerwcu 1920 roku nasze oddziały zacięcie się tu broniły przed bolszewikami, osłaniając ewakuację polskich i ukraińskich uchodźców. Bitwa była tak znaczna, że jest wymieniona na warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza. Tym niemniej pamięć o zbrodniach na cywilach, jakich dokonali tam rosjanie w 2022 roku, absolutnie nie może zginąć i musi pozostać żywa.
Sama Borodzianka jest dla mnie przede wszystkim symbolem niezłomności i nadziei. Naprawdę spodziewałem się zastać tam gruzowisko, a tymczasem, mimo wojny, zimy i trudnych warunków mieszkaniowych, mieszkańcy Borodzianki w imponującym tempie odbudowują swoje miasto. Hart, przywiązanie do rodzinnych stron, solidarność, niewiarygodne tempo prac budowlanych – spacer po Borodziance pokazuje, że człowiek może się podnieść nawet z największej życiowej tragedii i choć traumę dosłownie czuć tam w powietrzu, mieszkańcy tego małego miasteczka są zdeterminowani, aby nie tylko je odbudować, ale też uczynić piękniejszym, niż przed wojną.

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!
Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).