Gdy 5 kwietnia 1946 roku, około godziny 12:00, pociąg z pierwszymi osadnikami z Bałkanów wjechał na stację kolejową w Bolesławcu, trwał jeszcze Wielki Post - święta Zmartwychwstania Pańskiego obchodzono wtedy dopiero dwa tygodnie później. A jednak dla tych przybyszów, hucznie witanych przez oficjalne delegacje, kompanię honorową 40 Pułku Piechoty i nowych mieszkańców miasta, odrodzenie do nowego życia zaczęło się właśnie tamtego szczególnego dnia.
555 pionierów miało za sobą kilkudniową podróż, której szlak wiódł przez Jugosławię, Węgry, Czechosłowację i praktycznie cały Dolny Śląsk, dopiero od kilku miesięcy kontrolowany przez Polskę. Wielu z nich wiozło ze sobą nie tylko bagaże i zwierzęta, ale i traumatyczne wojenne przeżycia. Gdy pięć lat wcześniej do ich wiosek w północnej Bośni dotarła wojna, trafili pod władzę ustaszy - faszystowskich Chorwatów, którzy wysługiwali się Niemcom i dostali od nich w nagrodę własne państwo. Polacy przez cztery lata musieli bronić się nie tylko przed tymi dwoma okupantami, ale też opierać się serbskim partyzantom, czetnikom, którzy często dokonywali rabunkowych napadów w tamtych rejonach. Gdy tylko wojna się skończyła, większość Polaków postanowiła opuścić Jugosławię i zamieszkać gdzieś w Polsce.
Wybór padł na powiat bolesławiecki, ponieważ wysłana wcześniej do Polski delegacja potencjalnych osadników uznała, że właśnie te tereny najbardziej przypominają im krajobrazy Bośni.
Gdy na dworcu zakończyły się oficjalne przemówienia, osadnicy mogli udać się na film do kina Orzeł, a Państwowy Urząd Repatriacyjny przygotował dla nich śniadanie, obiad i kolację. Wybrana zawczasu delegacja została zaproszona na oficjalne, acz skromne (aprowizacja w Bolesławcu nadal była fatalna) przyjęcie w Starostwie Powiatowym przy ul. Chrobrego, a dowódca stacjonującego w Bolesławcu 40 Pułku Piechoty zebrał grupę nastolatków, którzy walczyli w jugosłowiańskiej partyzantce i zaprosił ich na wspólny posiłek w kasynie oficerskim. Następnego dnia cały transport odprawiono do Zabłocia (dzisiejsza Zebrzydowa), ale pociąg musiał dojechać tam okrężną drogą przez Jaranowo (obecne Miłkowice), Żagań i Kaławsk (Węgliniec), bo wiadukt na Bobrze wciąż nie był odbudowany ze zniszczeń wojennych.
Przyjazd do Polski był dla osadników poważnym ryzykiem i biletem w jedną stronę. W tamtym momencie nie było pewne, czy Dolny Śląsk pozostanie na stałe w Polsce i dominowało poczucie, że niebawem wybuchnie kolejna wojna światowa, w której zmierzą się Stany Zjednoczone oraz Związek Sowiecki. Tymczasem wraz z wyjazdem z Jugosławii Polacy zrzekali się nie tylko jej obywatelstwa, ale też całego majątku, jaki musieli tam pozostawić. Musieli zacząć swoje życie całkowicie od nowa i choć przyjeżdżali w większości jako skromni, biedni ludzie po dramatycznych przejściach, w powiecie bolesławieckim dostali szansę na to, aby zacząć wszystko jeszcze raz.
Można powiedzieć, że narodzili się na nowo i mimo dramatycznych przeżyć, wyjazdu w obce strony, biedy i grożących im niebezpieczeństw znaleźli w sobie na tyle siły, odwagi i chęci normalnego, szczęśliwego życia, że zaczęli je tutaj budować, nie zważając na przeciwności. Dziś większości z nich nie ma już z nami, ale nadal są ich potomkowie - w tym piszący te słowa prawnuk osadniczki z drugiego transportu.
Źródło: Archiwum Akt Nowych, akta Państwowego Urzędu Repatriacyjnego Zarządu Centralnego w Łodzi, sygn. 216.

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!
Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: [email protected].Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).