Nie wiadomo, jak dokładnie powstała Szczytnica, ale wiemy tyle, że musiało mieć to miejsce w XIII wieku - jednoznacznie wskazuje na to niemiecka nazwa wioski. Nazwa ta, pierwotnie brzmiąca Merbotenwalde i przeinaczona przez kolejne stulecia na Martinwaldau, pierwotnie upamiętniała albo Marbota, który byłby w takim układzie zasadźcą całej wioski, albo hipotetyczną rodzinę Meriboto, do której tenże zasadźca miałby należeć.
W każdym razie jeszcze na początku XIII wieku w miejscu Szczytnicy rósł gęsty las, ale znalazł się człowiek - może właśnie ten Marbot - który chciał dobrze dla niemieckich kolonistów i dostał zgodę od któregoś z miejscowych książąt na jego wycięcie, aby zbudować nową wieś.
Zmagania z wodą i ogniem
Szczytnica generalnie ma pecha do swojej historii, ponieważ z jej ośmiowiekowych dziejów trwałe miejsce na kartach historii znajdowały przede wszystkim najdramatyczniejsze momenty. Już pierwsza wzmianka potwierdzająca istnienie wioski, datowana na dzień 17 listopada 1293 roku, to zwolnienie niejakiego Pezolda z Merbotenwalde z płacenia dziesięciny, jaką był winien szpitalowi św. Elżbiety we Wrocławiu. Pezold poniósł bliżej nieokreślone straty podczas lokalnej powodzi, więc szpital łaskawie zgodził się nie pobierać od niego należnego podatku.
Szczególnie tragicznym rokiem dla Szczytnicy był rok 1799. Tylko między 18 a 24 lipca we wsi wybuchły trzy wielkie pożary, które jak się potem okazało, były dziełem jednej osoby. Był nią piętnastoletni czeladnik z dworu w Wilczym Lesie i choć nie wiadomo, jaką karę poniósł za swoje zbrodnie, była ona zapewne bardzo surowa - wszak podpalenie już jednego domu groziło pożogą całej wsi.
Kilkadziesiąt lat później historia się powtórzyła, bo w 1864 roku spłonął najpierw jeden dom, a potem z dymem poszedł cały szczytnicki folwark. Podpalaczem, co szczególnie zdumiewające, w obu przypadkach okazał się dziewięcioletni chłopiec, najprawdopodobniej chory psychicznie. Chłopaka przewieziono do szpitala w Bolesławcu, gdzie zmarł w nieznanych nam dzisiaj okolicznościach.
Urzędnik polskiego króla i bankier z Lipska
Pożar zabytkowego folwarku spowodował, że Szczytnica, która od XVI wieku tworzyła wspólną posiadłość rycerską z Wilczym Lasem - swego czasu należąca do Heinricha von Bibrana, który pod koniec swego życia (zmarł w 1642 roku) pracował dla króla Władysława IV Wazy - przez pewien czas nie miała w swych granicach poważniejszej posiadłości. Zmienił to jednak Hugo Fuchs, który w 1873 roku kupił działkę ziemi w Szczytnicy i po czterech latach postawił na niej nowy folwark, zachowany do dziś. Kilka lat później Fuchs uznał, że woli przenieść się do Lipska i w zamian za dwie działki budowlane w tym mieście przekazał cały szczytnicki majątek rentierowi Wilhelmowi Bodensteinowi.
Najpóźniej na początku XX wieku posiadłość przeszła w ręce rodziny Zschiedrich, która zarządzała nim aż do ucieczki przed sowietami w lutym 1945 roku. Gdy Rosjanie zajęli wioskę, przejęli kontrolę nad folwarkiem i utrzymywali ją jeszcze w połowie czerwca 1946 roku. Raportujący o tym polski urzędnik stwierdził, że w majątku Marcinkowice sowieci rezydują nieprawnie, a poza zabudowaniami przynależy doń 59,89 ha ziemi, przede wszystkim uprawnej.
Towarzystwo elektryczne, piekarnie i zasłużony radny
Międzywojenne Martinwaldau leżało nieco na uboczu, ale w 1927 roku w wiosce poza folwarkiem Zschiedrichów znajdowały się jeszcze gospoda Paula Glogera, piekarnia Hermanna Fritscha, trzy rodzinne zakłady szewskie, trzy kuźnie - dwie z nich prowadziły kobiety - i dwa przydomowe zakłady krawieckie. Szczytnica była też siedzibą lokalnego Towarzystwa Elektrycznego, co oznacza, że musiała się tam znajdować mała elektrownia, produkująca prąd dla kilku okolicznych wiosek. Wiemy, że istniała ona jeszcze po wojnie, ponieważ 25 listopada 1946 roku została znacjonalizowana przez Ministra Przemysłu.
W czasach niemieckich niemal wszyscy mieszkańcy Szczytnicy byli ewangelikami, więc istniejąca od 1742 roku szkoła również była ewangelicka. Co ciekawe, początkowo szczytnicka szkoła musiała działać w karczmie sądowej i dopiero w 1795 roku, gdy Prusy wymazywały właśnie Polskę z map, w wiosce wybudowano osobny budynek szkolny. Dość szybko, bo już w 1880 roku, w jego miejsce zbudowano nową, większą szkołę, a jej budynek pełni swoją funkcję aż do dziś.
Ewangelicy ze Szczytnicy uczęszczali na nabożeństwa do obecnego kościoła św. Antoniego w Tomaszowie Bolesławieckim, a niektórzy z nich potrafili całymi dekadami zasiadać w parafialnej Radzie Kościelnej. Jedną z takich osób był emerytowany rolnik, Robert Winter, który w 1930 roku świętował 70 urodziny i zarazem 33 rocznicę ofiarnej pracy we wspomnianej Radzie. Z tej okazji ówczesny pastor Tomaszowa, Kellner, napisał obszerne pismo do konsystorza ewangelickiego we Wrocławiu, wnioskując o uhonorowanie schorowanego już radnego specjalną nagrodą honorową. Miała ona zostać uroczyście wręczona w tomaszowskim kościele podczas generalnej wizytacji parafii przez generalnego superintendenta Śląska - i najpewniej tak też się stało.
Ciąg dalszy nastąpi. Niewykluczone, że wcześniej na innym portalu ukaże się - możliwe że wygenerowane przez sztuczną inteligencję, a na pewno nieautoryzowane przeze mnie - streszczenie tego tekstu. Tym niemniej oryginał, będący efektem twórczej, autorskiej pracy, zawsze będzie lepszy od podróbki.
Źródła:

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!
Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).