ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4774, 29 listopada 2020r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


Zgłoszenie treści posta do moderacji

Zgłaszający:

Temat dyskusji: Tajemnica szmaragdu - odcinek czternasty

Treść posta:
A Julia dowie się stąd:
****************************************
Gdzieś na leśnych duktach i polanach koło Świętoszowa musiały odbywać się nocne manewry, bo z zadumy wyrwała Julię dość głośna, niosąca się aż z poligonu kanonada baterii nowych armatohaubic, słyszana zawsze najlepiej właśnie w tej części Bolesławca. Być może spowodowane to było położeniem osiedla blisko płynącej rzeki Bóbr, która przez setki tysięcy, a może i przez miliony lat rzeźbiła swoje wijące się 270-kilometrowe koryto od źródła znajdującego się po czeskiej stronie Karkonoszy, na Bobrowym Stoku Zacleżskiego Grzbietu, aż do ujścia do Odry w Krośnie Odrzańskim. Rzeki, która przez setki lat służyła do zasilania fos okalających dawne piastowskie grody, przechodzące później z rąk do rąk i zmieniające raz po raz przynależność państwową w długiej i burzliwej historii ziem pogranicza Śląska i Ziemi Łużyckiej.

Zwykle przed północą pancerniacy kończyli swoje ćwiczenia, więc pewnie tak będzie i tym razem, pomyślała Julia. Musiała w zamyśleniu zjeść wszystkie kromki i wypić całą herbatę, bo stał przed nią teraz pusty talerzyk po kanapkach, a w rękach obracała pustą już szklankę po herbacie. Rzuciła spojrzenie na zegar. O rany, już za dziesięć jedenasta! Widocznie przeniosła się w przeszłość na niemal pół godziny, tracąc kolejny cenny czas potrzebny na przygotowania do nocnej wyprawy z Bolkiem. Julia poderwała się nerwowo z krzesła, odstawiła naczynia do zlewozmywaka i wyszła z kuchni, gasząc światło. U wujka światło jeszcze się świeciło. Pewnie odłożył kołdrę na bok i teraz jak zawsze wyrównuje dłońmi prześcieradło, przed położeniem się do łóżka. Potem na pewno zmówi krótki pacierz, powie „Dobranoc, Alinko” do zdjęcia cioci stojącego na komodzie, zgasi światło i dopiero położy się spać. Nawet nie pomyśli, że jego Tosieńka być może nie spędzi tej nocy w domu.

Julia weszła cicho na górę i udała się prosto do łazienki. Wzięła szybki prysznic bez mycia włosów, bo nie miałaby potem czasu na doprowadzenie ich do porządku. Z grubsza wytarła się ręcznikiem, owinęła szlafrokiem i przeszła do swojego pokoju. Dokończyła wycieranie, ubrała świeżą bieliznę, krótkie skarpetki-stopki, czarne wygodne dżinsy i otrzymanego od Oli na imieniny bordowego t-shirta z obrazkiem anioła i napisem „Będę grzeczna”, gdzie litera „c” była trochę wydłużona i zakrzywiona jak wąż, więc spokojnie można było ją odczytać jako literę „s”. Bolek będzie miał powód do kolejnych żartów z wiadomym podtekstem, pomyślała uśmiechając się pod nosem. I o to chodziło.

Uporządkowała poprzedni komplet pachnących jeszcze igliwiem ciuchów, odkładając te nadające się do prania na stosik. Zaniosła odłożone ubrania do łazienki, otworzyła pokrywę pralki i bez nadmiernego upychania i ubijania upuszczała je po kolei do bębna, każdą rzecz uprzednio rozprostowując, sprawdzając z obu stron i przeglądając kieszenie, jeżeli tylko ciuch takowe posiadał. Mimo, że nie zamierzała teraz włączać pralki, sprawdziła, czy do zbiorniczków widocznych pod otwartą pokrywą jest już nasypany proszek do prania i wlany płyn do płukania, chociaż jak siebie zna, jutro tuż przed włączeniem prania pewnie i tak skontroluje wszystko jeszcze raz, tak jak pilot w samolocie kilkakrotnie sprawdza na głos checklistę przed startem.

Mając na względzie zapewnienie krytycznemu, męskiemu oku Bolka kolejnych pozytywnych doznań, wzięła się za szybki i delikatny makijaż. Nie bardzo wiadomo po co, skoro nadchodząca ciemna noc z pewnością nie da Bolesławowi możliwości oceny jakości wykonanej pracy nad maskowaniem niedoskonałości, wynikających z nieubłaganego dla skóry upływu czasu. Znając Bolka, to zapytany, jak mu się podoba jej kolor szminki albo cienia do powiek i tak zapewne będzie się zapierał, że on się na tym nie wyznaje, a nocą i tak wszystkie kocice są czarne. Ja ci dam kocice, już go w myślach ofuknęła Julia.

Na koniec tego dość krótkiego jak na kobietę w jej wieku pindrowania się, uporządkowała i upięła jeszcze włosy, odsłaniając sprytnie owal twarzy. Stojąc przed lustrem łazienki, pokręciła głową w prawo i w lewo oceniając liczbę lat, o które się odmłodziła. Stwierdziwszy, że właśnie cofnęła czas o co najmniej dekadę, złożyła usta w dziubek i cmoknęła do swojego odbicia, zastanawiając się, czy ten wszechobecny dzisiaj niewieści selfie-grymas glonojada mógłby być dla Bolka zachętą do flirtu, czy może jednak pomyśli, że na starość jej odbiło.

Wróciła do pokoju i rozejrzała się w poszukiwaniu komórki, ale przypomniała sobie, że po wysłaniu SMS-a włożyła ją z powrotem do plecaka, który zostawiła w korytarzu na dole. Mimo, że sama niemal na każdym kroku krytykowała Olę za widoczne u niej objawy uzależnienia od Internetu i mediów społecznościowych, to gdy telefon nie leżał w zasięgu jej wzroku, a właśnie go potrzebowała, zwykle denerwowała się i czuła trochę jak palacz, któremu skończyła się paczka papierosów. Świadomość, że jest się online, a kontakt ze światem jest zachowany, wpływa na większość dzisiejszych posiadaczy smartfonów uspokajająco. Zupełnie jakby każda minuta surfowania po Internecie, obserwowania wpisów i liczenia lajków była kolejną, kojącą dawką narkotyku. Takie czasy.

Julia włożyła jeszcze na siebie zdjętą z wieszaka w szafie, kupioną w sieciówce czarną dżinsową męską bluzę z jasnoszarymi bawełnianym rękawami i tego samego koloru kapturem. Potem zamknęła wszystkie drzwi szafy i popatrzyła ostatni raz na swoje całościowe odbicie w lustrze na środkowych drzwiach. Gdyby była Bolkiem, na pewno spodobałaby się sobie w tym luzackim, nocnym, choć nieco hiphopowym wydaniu. Zgasiła światło, zeszła na dół i wyjęła z plecaka smartfona, odczuwając wyraźną ulgę, kiedy mogła wreszcie chwycić go w rękę i choć na chwilę rzucić okiem na jego rozświetlony ekran.

Godzina 23:27. I co, Bolek? Wystarczyło półtorej godziny, ty zapiekły męski szowinisto. Jeszcze jakiś kwadrans i pewnie pojawi się dyniowa karoca Bolka. Julia przeniosła plecak na stół kuchenny i przejrzała szybko jego wnętrze. Postanowiła wzbogacić zawartość torby o kilka batonów trzymanych w lodówce. Ola wiecznie powtarzała, że słodyczy ani owoców nie należy trzymać w lodówce. Mówiła też, że cukier i tłuszcze idą w tyłek, ale tego Julia także nie słuchała, licząc na swoją jeszcze dobrą, choć ostatnio coraz bardziej zawodzącą w związku z nadchodzącą menopauzą, przemianę materii. A co tam. Jeden baton dziennie jeszcze nikogo nie zabił, a samopoczucie poprawiał doskonale. Z lodówki wyjęła jednak tylko dwa batony. Jeden będzie dla Bolka. I dla jego tyłka.

Miała jeszcze trochę czasu, więc przysiadła na krawędzi stołu i postanowiła wykręcić numer dyżurnego w dyspozytorni PSK. Wiedziała, że dzisiaj na zmianie siedzi dość młody strażak, Paweł. Nie miał biedak lekko, bo był jeszcze w fazie docierania. Koledzy często robili sobie z niego jaja i przedrzeźniali go, bo jak tylko się zdenerwował, dostawał lekkiego jąkania. Ale za to był bardzo bystry i oprócz wady wymowy, która ujawniała się tylko w dużym stresie, był bardzo dobry w tym, co robił. A naprawdę niewielu nadawało się do pracy na tym odpowiedzialnym stanowisku.

Na ekranie, jak zwykle wyświetlił się dyżurnemu numer dzwoniącego, więc od razu zapytał:

- Coś się stało, pani brygadier?

- Dobry wieczór, Paweł. Nic takiego, chciałam zapytać tylko, czy mieliście coś ciekawego dzisiaj? – zapytała z zainteresowaniem, zupełnie jak matka pyta dziecko o oceny po jego powrocie ze szkoły.

- Rano plama oleju jak zwykle na Kościuszki i jeszcze od kombajnu zapaliła się niewielka łąka w Bożejowicach. Po południu dwie stłuczki w mieście i całkiem groźna kolizja na A4. A przed chwilą mieliśmy jeszcze jedno dość nietypowe wezwanie.

- Czemu nietypowe? A dokąd? – zainteresowała się Julia. Podeszła z telefonem do uchylonego okna. Gdzieś w oddali ledwo słyszała syreny. Wiele syren. Pomyślała, że gdyby była dzisiaj na służbie, byłaby zapewne w tym miejscu, o które właśnie zapytała dyżurnego.

- Na 1 Maja. Strzelanina. Wyobraża pani sobie? Podobno było włamanie do garażu i zdaje się, że właściciel nakrył bandytów na gorącym uczynku. Ci musieli być uzbrojeni, bo bez skrupułów strzelili do faceta. Gościu niezłą furę w garażu musiał trzymać, skoro posunęli się aż do morderstwa. Chłopaki mówili, że podobno bandyci podjechali swoim autem i wygląda na to, że musieli uciec ukradzioną bryką, bo garaż był pusty, a przed garażem zostawili starego mercedesa. – odpowiedział dyżurny, jakby streszczał fabułę obejrzanego w kinie sensacyjnego filmu.

- A gdzie dokładnie na 1 Maja? – Julia podniosła głos i nagle jej w głowie zapaliła się ogromna czerwona lampa ostrzegawcza. Ścisnęło ją w gardle, więc mimowolnie przełknęła ślinę. Z dudniącym sercem i telefonem przy uchu wróciła od okna do kuchennego stołu.

- Na zapleczu kamienic. Wie pani, tam z tyłu muzeum. W sumie to nie wiem, po co nas wzywali do zabezpieczenia, bo zdaje się, że tam to raczej karawan był potrzebny. Ale erkę też wezwali, więc może facet jeszcze dycha. Szkoda człowieka. To straszne, że mamy tu uzbrojonych bandytów, którzy są gotowi zabijać dla kasy czy dla luksusowego auta. Pani brygadier, będzie pani jutro? – dyżurny nie uzyskał odpowiedzi, więc zapytał ponownie. - Pani brygadier, jest tam pani jeszcze? Halo? Pani Nino?!

Julia nie usłyszała ostatnich pytań, bo jeszcze kiedy dyżurny narzekał na rosnącą w Bolesławcu przestępczość, nacisnęła czerwoną słuchawkę i rozłączyła się. Natychmiast wybrała numer do Bolka. Przygryzając dolną wargę słuchała sygnału wywołania. Biiip, biiip, biiip… Nikt nie odbierał. Po czwartym sygnale uruchomiła się skrzynka z żartobliwym monologiem właściciela numeru: „Jeżeli nie odebrałem, zostaw wiadomość, a być może oddzwonię później. A jeżeli nie oddzwonię, to znaczy że nie żyję. Ha, ha, ha.” – zaśmiał się złowieszczo głos Bolka w telefonie. Widocznie według niego miało to być bardzo dowcipne.

Julia nie zaśmiała się, ale za to zbladła. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Poczuła, że mało nie zemdlała, co jej się już dawno nie zdarzyło. Przytrzymała się jednak jednego z krzeseł przy stole, a po krótkiej chwili i kilku głębokich oddechach, kiedy do mózgu dotarła już większa ilość tlenu, udało się jej już w miarę opanować. Zdołała pokonać strach i panikę, skupiając się na celu, tak jak setki razy dotąd podczas różnych akcji, kiedy niejednokrotnie w ekstremalnych warunkach musiała walczyć o życie ofiar wypadków. Często nawet kilku naraz.

Odzyskała trzeźwe myślenie i chwyciwszy plecak, już pewnym krokiem ruszyła prosto do korytarza. Słysząc jeszcze w uszach przerażające słowa i śmiech Bolka, grzebała nerwowo w kieszeniach bluzy Oli, wiszącej w korytarzu. Jezu, gdzie ona je chowa? Trzęsącą się ręką wyjęła w końcu z jednej z kieszeni kluczyki do volkswagena córki, stojącego obecnie w zamkniętym, wolnostojącym garażu przy domu wujka. Dobrze, że brama jest otwarta, pomyślała. Zawsze to kilka sekund szybciej.

Miała nadzieję, że pamiętała jeszcze, jak się prowadzi. Cały czas łudziła się, że może to jednak Bolek strzelał, a nie do niego strzelano.
*************************************
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.

Powód zgłoszenia:
Przepisz kod z obrazka