ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4824, 18 stycznia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu7 listopada 2020r. godz. 15:53, odsłon: 847, Bolec.Info/Bolecnauci
Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty
Część, w której Julia i pan Rybka oszukują funkcjonariuszy, a sejf w garażu zionie pustką.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty Człowiek z neseserem (fot. pixabay)

Już jest dwudziesta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Siedemnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Osiemnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewiętnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Niezastąpiony Bolecnauta o pseudonimie M. wciąż dzieli się z nami swoją fantazją i szeroką wiedzą o dawnych czasach. Zachęcamy gorąco także innych do udziału w zabawie, to dzięki Waszym pomysłom szalona bolesławiecka powieść toczy się w ten sposób. Dzisiaj będziemy cucić naszą dwójkę bohaterów na miejscu zbrodni. Zapraszamy do czytania:


Kiedy nosze z nieprzytomnym, postrzelonym mężczyzną zostały już wsunięte do wnętrza karetki i zabezpieczone blokadą, ratownicy i policjanci usłyszeli głośne wołanie innego z funkcjonariuszy, wzywające do pilnej pomocy. Lekarz odwrócił się, popatrzył na leżącego strażaka, potem na policjanta kucającego przy jakiejś ubranej w szlafrok postaci leżącej w otwartych drzwiach jednej z kamienic i polecił ratownikowi Rafałowi:

- My lecimy z Markiem na SOR. A ty weź torbę i sprawdź, co tam się dzieje. W razie potrzeby poproście o następny ambulans. Mam nadzieję, że to tylko omdlenia. Daj potem znać, czy cię podrzucą, czy może trzeba będzie po ciebie przyjechać. Na razie! Trzymaj się.

Rafał posłuchał kolegi i bezzwłocznie ruszył ku leżącemu nieopodal strażakowi, bo ten znajdował się bliżej. Lekarz wsiadł do środka karetki przez tylne drzwi wraz z kierowcą Markiem. Szybko przygotowali i podłączyli urządzenia do monitorowania stanu pacjenta podczas transportu. Po chwili ratownik Marek zgasił zewnętrzne lampy, wyskoczył przez drzwi boczne, zasunął je, po czym przeszedł na tył i zamknął oba skrzydła drzwi tylnych. Szybkim krokiem przeszedł do drzwi kierowcy i po kolejnych kilkunastu sekundach pojazd z włączonym sygnałem wyruszył w drogę powrotną do szpitala.

Zawsze kiedy karetka ruszała, wewnątrz najmocniej trzęsło. Zmiany biegów, kilka ostrych zakrętów, a potem do końca już tylko jazda po gładkich, głównych drogach. Lekarz jedną ręką trzymał się więc uchwytu, a wolną ręką podwiesił kroplówkę, leżącą dotąd na brzuchu pacjenta blisko krwawiącej rany i upewnił się, że płyn prawidłowo sączy się do żył, w coraz większym stopniu uzupełniając braki krwi. Do szpitala mieli dwie do trzech minut drogi, więc pacjent powinien bardzo szybko trafić pod skalpel. Mówią, że czas to pieniądz. W tej robocie czas to życie, pomyślał lekarz, obserwując blade oblicze nieszczęśnika.

Facet miał pecha, że trafił na złodziei samochodów we własnym garażu. I do tego uzbrojonych. Ale z drugiej strony miał też szczęście, że nie był to garaż na jakimś odludziu i że miał czujnych sąsiadów. Godzina później, a zakończyłoby się pewnie wypisaniem świadectwa zgonu. A to już zupełnie inna procedura, chociaż papierów z grubsza tyle samo. W przypadku transportu rannego nikt jednak nie nazywał karetki karawanem, tak jak w przypadku transportu nieboszczyka. Kiedy zaś już ratownicy jechali karawanem, zdarzało się im dla żartu rzucać kierowcy do kieszeni albo do schowka na kokpicie monetę i żartować „Masz obola, Charonie” albo „Tylko nie utop nas w Styksie, posępny flisaku”.

Czarny humor nierzadko pomagał ratownikom rozładować napięcie i obniżyć poziom stresu, towarzyszącego nieodłącznie ich trudnej i nie zawsze wdzięcznej pracy. Pomagał uporać się z uczuciem bezsilności wobec przerażającej mocy kostuchy, wedle własnego uznania zatrzymującej oddech i bicie serca bezbronnego człowieka, bez względu na wiek, zamożność czy pozycję społeczną. Pomagał radzić sobie z poczuciem wszechogarniającej niemocy, kiedy niejednokrotnie zdarzało się przegrać walkę o życie chorego lub poszkodowanego, czy to w jego domu, czy gdziekolwiek w plenerze. Czasem pomagał tłumić poczucie winy, jakie odczuwali przy przekazywaniu tragicznych wiadomości, kiedy nie starczało siły, aby wytrzymać błagalne spojrzenia matek, żon, czy córek, aby otrzymana informacja okazała się jednak pomyłką. Ale na pewno nie pomagał po pracy oczyścić głowy z natłoku dramatycznych obrazów i nie pomagał zasypiać w ciepłym, bezpiecznym domu, przy własnej, kochającej rodzinie.

Ratownik-kierowca Marek prowadził jak zwykle dynamicznie i pewnie. Puste ulice ułatwiły szybki przejazd wyjącego i błyskającego ambulansu do tego stopnia, że już dwie i pół minuty później ratownicy wyciągali nosze z pacjentem i przekazywali go czekającemu na SOR zespołowi. Lekarz z ambulansu zauważył, że oprócz pielęgniarek byli tam już obecni chirurg i anestezjolog. Brakowało tylko chirurga naczyniowego, ale ten powinien czekać na sali operacyjnej, gdyż i dla niego szykowała się żmudna, precyzyjna, wręcz zegarmistrzowska praca przy naprawie uszkodzonego mechanizmu, jakim było rosłe ciało byłego żołnierza.

Życie Bolesława znajdowało się odtąd w rękach ludzi, którzy na co dzień mieli do czynienia z zagrażającymi życiu obrażeniami, choć nie co dzień były to rany postrzałowe.

Policjanci, którzy pomogli ratownikom przetransportować poszkodowanego do czekającego ambulansu, nie widząc pilnej potrzeby asystowania przy omdleńcach na podwórku, wrócili do garażu. Postanowili, że jeszcze trochę rozejrzą się po miejscu przestępstwa w oczekiwaniu na zapowiedziane przez dyżurnego rychłe przybycie technika od zabezpieczenia śladów i kolegów z wydziału dochodzeniowo-śledczego. Otrzymali także informację, że w ciągu maksymalnie pół godziny na miejscu powinien pojawić się prokurator. A wtedy oni dwaj nie będą już mieli zbyt wiele do roboty, oprócz zdania relacji z momentu przyjazdu na miejsce zgłoszenia, szczegółowego opisania zastanej sytuacji, a potem napisania kilku raportów.

Ratownik Rafał minął radiowóz i podszedł do leżącego na ziemi strażaka. Kiedy go zobaczył z bliska uniósł brwi i szerzej otworzył oczy, gdyż mimo ciemności natychmiast rozpoznał ubraną w kurtkę strażaka kobietę.

- Pani Nina! – niemal krzyknął zaskoczony. Z drugiej strony nie powinien się dziwić. Bardzo często spotykali się w różnych okolicznościach, w różnych miejscach i o różnych porach dnia, ale wyłącznie, można by tak ująć, na niwie zawodowej. A szkoda, bo Nina, a tak się do niej zwracał na razie tylko w myślach Rafał, bo nie miał odwagi zwracać się do niej per „ty”, miała w sobie to coś. Co prawda była od niego parę lat starsza, a on był kawalerem z odzysku, ale kto wie, może kiedyś zainteresuje się nim jako mężczyzną i zwróci się do niego nieco innymi słowami niż „przytrzymaj mi ten opatrunek” podczas zaopatrywania rannych na miejscu wypadku.

Oboje wykonywali bardzo podobną pracę, tylko że w dwóch różnych służbach. Ratowanie życia i zdrowia ludzkiego w ekstremalnych warunkach należy do przeżyć, które bardzo zbliżają. Rafał nie miał dotąd śmiałości wymaganej do ewentualnego rozwinięcia ich znajomości, ale zawsze przyjeżdżając na miejsce wezwania wyglądał w zespole strażaków jej rudych włosów, czasem puszczonych luzem, a czasem splecionych w warkocze, jak u Heleny Kurcewiczówny z „Ogniem i Mieczem”.

Ratownik kucnął, uniósł delikatnie nogi omdlałej Niny, a pod spód podłożył przyniesioną torbę. Sprawdził tętno na szyi. Było w porządku. Przed spoliczkowaniem niewiasty, od którego na razie próbował się powstrzymać, postanowił jednak najpierw spróbować lekko potrząsnąć j za ramiona, jakby czynność ta miała na powrót poukładać w jej głowie jakieś rozsypane elementy.

- Halo! Słyszy mnie pani?! – krzyknął i odetchnął z ulgą, bo wstrząśnięta Julia nagle otworzyła oczy i zamrugała nimi kilka razy.

- O, kurczę. Chyba zemdlałam – stwierdziła już całkowicie świadomie i z wyczuwalnym zakłopotaniem leżąca Julia. Podniosła głowę, a następnie bez pomocy Rafała zaczęła sprawnie wstawać. Po chwili, już w pozycji stojącej, rozejrzała się nerwowo po podwórku, a potem zwróciła się do znanego jej z twarzy i z imienia ratownika z pogotowia, ściskając dłonią jego ramię – Rafał? A gdzie Bolek? Powiedz, co z nim?

- Mówisz o ofierze tamtej strzelaniny? – skoro ona przeszła na „ty”, również i on przestał się krępować. Kiwnął głową w kierunku otwartego garażu – To nie musisz się martwić na zapas. Jest w ciężkim, ale stabilnym stanie. Chłopaki z Policji twierdzą, że podczas włamania do jego garażu dostał postrzał na wylot. Lekarz stwierdził, że się z tego wyliże. Jak zemdlałaś, odjechali z nim do szpitala. Myślę, że dadzą radę go połatać, ale może być problem, bo stracił dużo krwi. Widziałem jego tautaż, ma bardzo rzadką grupę…

- Zero Rh minus – dokończyła Julia.

- Tak, a skąd wiesz? – zapytał zaskoczony Rafał – Czyżbyś znała tego faceta?

- Jasne, że go znam, to mój… ten, no… jesteśmy razem – Julia przy ostatnich słowach zakryła dłonią usta i dziwacznie zabełkotała, tak, aby słowa te koniecznie zabrzmiały cicho i niezrozumiale. Zaczęła zastanawiać się, czy nie zabrnęła już zbyt daleko, ale doszła do wniosku, że nie miało obecnie znaczenia, jakie tajemnice zdradzi temu obcemu, choć znanemu jej ratownikowi – Słuchaj, jeżeli potrzebna będzie krew, to znam jedną osobę z taką samą grupą. To nasza córka. Moja i Bolka znaczy – Julia poszła na całość. Miała nadzieję, że Rafał nie współpracuje z żadnym lokalnym portalem plotkarskim i zostawi tę informację dla siebie.

- Zatem powiedz jej, że świetnie by było, gdyby się zgłosiła jutro przed południem na Plac Piłsudskiego. Stoi tam jeszcze do jutra krwiobus. Wystarczy, że przed oddaniem krwi powie, że to dla jej ojca i poda jego dane, a wszystko zostanie zapisane i przekazane bankom krwi.

Ratownik Rafał, chcąc jednocześnie zamaskować zmieszanie, rozczarowanie i zawód z powodu usłyszanych właśnie informacji, pokazał ręką w kierunku otwartych drzwi kamienicy i szybko zaproponował:

- A teraz chodźmy sprawdzić, czy tam potrzebna jest nasza pomoc – schylił się, podniósł leżącą na ziemi torbę i wziął Julię pod rękę. Ta lekko odsunęła się od niego i ruszyła przed siebie już bez jego pomocy. Nie lubiła nachalności. Z doświadczenia wiedziała, że wszelkie nie mające szans na powodzenie podchody facetów należało dusić w zarodku, zanim ich wyobraźnia zaczynała podpowiadać im jakiekolwiek obrazy o ich dalszej, wspólnej drodze życiowej.

Kiedy podeszli do funkcjonariusza, ten klęczał odwrócony do nich plecami i starał się cucić jakiegoś staruszka w szlafroku. Julia postanowiła przejąć kontrolę nad sytuacją, wyręczając ratownika z karetki:

- Proszę zrobić mi miejsce, jestem ratownikiem medycznym ze straży pożarnej. Antonina Polańska. – wyjaśniła Julia policjantowi - Ale wolę, jak się do mnie mówi Julia, a nie Nina – poprosiła nie zwracając uwagi na zakłopotanie malujące się tym razem na twarzy ratownika.
Policjant wstał, odsunął się i stanął z boku, a Julia mogła wreszcie zobaczyć twarz starszego pana. Natychmiast rozpoznała pana Rybkę.

- Pan profesor! – niemal krzyknęła.

Od ich ostatniego spotkania mogło minąć ile? Jezu, to już ze dwadzieścia osiem albo dwadzieścia dziewięć lat, stwierdziła nieco skonsternowana Julia. Wydawało się to niemożliwe, a jednak. Szmat czasu.

- Znasz wszystkich w tej okolicy, Nina… znaczy Julia? – zaśmiał się na głos ratownik Rafał, a potem zakrył usta i szepnął do policjanta – To jest żona albo partnerka tego postrzelonego faceta z garażu.

- Naprawdę? To będzie musiała potem odpowiedzieć nam na kilka pytań – również zakrywając usta i szeptem odpowiedział funkcjonariusz.

Julia nie mogła usłyszeć tej szeptanej konwersacji za jej plecami. Sprawdziła puls i oddech swojego byłego nauczyciela. Położyła go delikatnie na ziemi, zdjęła kurtkę strażaka i wsunęła ją pod nogi nieprzytomnego. Krew musiała zacząć dostarczać więcej tlenu do mózgu, a wtedy szansa, że świadomość szybko wróci, zwiększała się znacząco.

- Panie Stefanie! Halo, panie profesorze! Budzimy się! – Julia próbowała głośnym wołaniem nawiązać kontakt z leżącym. Stojącym za nią kolegom z Policji i Pogotowia wyjaśniła – To mój dawny nauczyciel fizyki z liceum, Pan Stefan Rybka. Świetny pedagog, taki wiecie, starej daty. Znajdzie się gdzieś może jakaś chłodna woda? Mogłabym odrobinę skropić jego twarz.

- Mam w wozie butelkę wody niegazowanej. Polecę po nią – odpowiedział policjant i ruszył do swojego radiowozu stojącego pod murem.

- To świetnie. Dziękuję bardzo – rzuciła Julia do odchodzącego funkcjonariusza i ponownie podniesionym głosem zaczęła wołać do nadal nieprzytomnego staruszka – Panie profesorze! Panie Stefanie! – i wreszcie pan Stefan stęknął i otworzył oczy.

- Tosia? Czy ja śnię? – odezwał się wybudzony staruszek, a Rafał już całkiem zgłupiał w kwestii Niny o wielu imionach.

Kilkanaście sekund trwało zanim do pana Stefana dotarło, dlaczego znajduje się z pozycji poziomej, a nad nim klęczy jakaś kobieta podobna do jego dawnej uczennicy. Julia pomogła mu się podnieść do pozycji siedzącej. Oparła go plecami o ościeżnicę drzwi. Wrócił policjant i podał Julii butelkę wody, a Julia szybko odkręciła korek butelki.

Kiedy policjant wracał z butelką wody, na podwórko wjechał samochód bez tradycyjnych policyjnych oznaczeń. Wysiadło z niego trzech nieumundurowanych mężczyzn. Jeden z nich trzymał dość dużą torbę, a dwaj nieśli niezbyt opasłe teczki. Wszyscy mieli przewieszone przez szyję, dyndające odznaki policyjne. Popatrzyli na grupkę osób przy drzwiach kamienicy, ale zdecydowali się skierować swoje kroki do garażu. Po chwili weszli do środka i zaczęli rozmawiać z dwoma policjantami, którzy kilkanaście minut temu przybyli na miejsce przestępstwa jako pierwsi.

- Proszę wypić troszkę wody, panie profesorze! – Julia podsunęła panu Rybce butelkę, a ten wziął kilka małych łyków – Ale niech pan jeszcze nie wstaje, bo znowu się może panu w głowie zakręcić.

Pan Rybka Powoli wracał do rzeczywistości. Mimo wszystko poprosił Julię, aby mu pomogła wstać. Podtrzymywany przez nią pod ramię, rozglądał się niespokojnie po podwórku. Próbował też zajrzeć ponad mercedesem do wnętrza garażu po drugiej stronie podwórka.

- Co z Bolkiem? Żyje? – zapytał zgromadzoną przy nim trójkę słabym jeszcze głosem i popatrzył na nich z niepokojem. Przypomniał sobie co zobaczył, zanim zemdlał.

- Rannego zabrano do szpitala – poinformował go ratownik Rafał, a pan Stefan wreszcie zaczął się trochę uspokajać.

- Żyje dzięki panu, panie Rybka – dodał policjant – Dzięki temu, że tak szybko zadzwonił pan do nas. Świetnie się pan zachował. Kiedy ten Bolek wyjdzie ze szpitala, będzie chyba musiał panu postawić dobrą wódkę.

- I jakąś dobrą rybkę na zagrychę – błyskotliwie dorzucił Rafał, a wszyscy włącznie ze starszym panem zaśmiali się głośno.

- Świetny żart, Rafał – podsumowała z przekąsem Julia i zwróciła się już do pana Stefana – Cieszę się, że nic panu nie jest, panie profesorze.

- Widziałem, że zajechali koledzy z dochodzeniówki i technik od śladów – wtrącił się policjant – Więc my z panem Rafałem pójdziemy sprawdzić, czy czegoś od nas nie potrzebują, a wy sobie tu chwilę pogadajcie o starych czasach, dobrze? Tylko nie odchodźcie na razie donikąd, bo za chwilę na pewno ktoś będzie chciał z wami krótko porozmawiać. Powiem im, aby nie zwlekali z tym, bo późno się zrobiło, a nasz bohater powinien przecież solidnie wypocząć i odzyskać siły, co nie, panie Rybka? Myślę, że nie będą mieli więcej niż kilka pytań. Szanse na złapanie bandyty lub bandytów są największe tuż po popełnieniu przestępstwa, a potem jest coraz trudniej.

Kiedy policjant z ratownikiem Rafałem odeszli w kierunku garażu, Julia rozejrzała się i zauważyła obok drzwi sąsiedniej kamienicy niewielką ławeczkę, na której każdego dnia sąsiedzi zapewne wymieniali się najświeższymi i najczęściej także sensacyjnymi wiadomościami podwórkowymi. Zabrała z ziemi strażacką kurtkę i poprowadziła Pana Stefana do tej ławeczki. Chcąc nie chcąc, rzeczywiście rozpoczęli rozmowę wracając do czasów liceum.

- Antonina, ciężko uwierzyć, że to naprawdę ty – zaczął pan Rybka, przypominając sobie zdarzenia sprzed prawie trzydziestu lat.

- To ja panie profesorze. Antonina Polańska, rocznik maturalny 1991 – odpowiedziała Julia, gdyby jednak dawny nauczyciel nie zapamiętał tych szczegółów - Jak to miło, że pan mnie rozpoznał. Przecież od czasów liceum minęło tyle lat! Musiałam się chyba mocno zmienić, co nie?

- Mam pamięć do twarzy, Tosiu. Aż tak wiele się nie zmieniłaś. Pamiętam doskonale ciebie i Bolka, kiedy byliście razem. I wasze wyprawy połączone ze szwendaniem się po niebezpiecznych miejscach, o których was ostrzegałem. No i jak pamiętasz, niestety wykrakałem nieszczęście – pan Rybka kilka razy potakująco pokiwał głową.

- To wcale nie było tak. Pan słyszał tylko oficjalną wersję, panie profesorze, bo wojsko nie chciało ujawniać prawdziwych szczegółów. Prawda była zupełnie inna – odparła Julia – jak będziemy mieć więcej czasu, opowiem panu.

- Słyszałem, że wyjechałaś z Bolesławca z rodzicami. Bolek chodził potem strasznie smutny. Zupełnie stracił chęć do nauki i do życia. Nie mogłaś mu dalej pomagać w nauce, no i nie zdał matury, a potem wzięli go prosto do wojska.

- To moi rodzice zakazali mu się ze mną widywać. A jak wydobrzałam i zdałam maturę zdecydowali, że wyjedziemy - wytłumaczyła Julia – Ja też to wszystko bardzo mocno przeżyłam.

- Potem Bolek wiele lat jako żołnierz jeździł po świecie, ale w końcu wrócił – nie dał się przegadać pan Stefan – A jak wrócił, to poszedł na wojskową emeryturę. Ale nadal pracuje w wojsku. Podobno uczy i trenuje młodych, czy coś takiego.

- Tak, wiem. Zdążył mi się już pochwalić, że jest emerytem, ale czynnym – potwierdziła Julia.

- A wiesz, że mieszka w tej właśnie klatce, przy której siedzimy? – zapytał pan Rybka – Na parterze, w mieszkaniu po swoich dziadkach. Może ich pamiętasz, boście przecież co chwilę przyjeżdżali tymi waszymi rowerami. Tutaj, na to właśnie podwórko. Będzie już jakieś osiem lat, jak mu dziadkowie poumierali. W jednym roku, wyobrażasz sobie? Najpierw odeszli jego rodzice, kiedy był mały. A potem dziadkowie. No i został się całkowicie sam. Mogę jeszcze tej wody?

- Proszę bardzo – odparła Julia i ponownie podała swojemu dawnemu profesorowi odkręconą butelkę z wodą – Ale Bolek nie był i nie jest sam – Julia przypomniała sobie o bracie Bolka, Waldku, który wiele lat temu związał się ze światkiem przestępczym, a teraz nie wiadomo, co się z nim działo – Ale to już historia, panie profesorze. A wie pan, że teraz ta historia pisze się na nowo? Znów się spotkaliśmy. I chyba wróciło to co było między mną a Bolkiem.

- No to lepiej, żeby go tam w tym szpitalu jakoś poskładali i pozszywali, bo bardzo bym chciał, żeby Bolek przestał być wreszcie taki samotny… – stwierdził z nadzieją w głosie pan Stefan, ale przerwał wywód, bo podeszli do nich dwaj policjanci w cywilu, ci co przybyli niedawno z teczkami. Teraz mieli w rękach wyciągnięte z teczek notatniki i długopisy.

- Dobry wieczór. Podkomisarz Kamiński, wydział dochodzeniowo-śledczy, Komenda Powiatowa Policji w Bolesławcu – przywitał się i przedstawił starszy z policjantów, niewysoki i z wąsem – A mój kolega to aspirant Świgoń – podkomisarz wskazał głową młodszego policjanta, który był dużo wyższy, ale bardzo szczupły, bez wąsa, a za to w okularach o dość grubych szkłach. Co chwilę poprawiał te okulary ręką z długopisem. Widocznie noski były ustawione zbyt szeroko, a może to jego nos był zbyt wąski.

- Wskazano nam państwa, jako tych, którzy mogą nam pomóc w rozwikłaniu tej sprawy – wtrącił aspirant Świgoń nienaturalnie wysokim głosem, jak gdyby mutacja się u niego jeszcze nie zakończyła – Ratownik mówił też, że oboje państwo przed chwilą źle się poczuliście, więc teraz zadamy tylko kilka najważniejszych pytań, a jutro zaprosimy państwa do nas na dłuższą rozmowę, dobrze?

- A aby było szybciej i pan mógł pójść już do domu odpocząć, zrobimy tak – postanowił podkomisarz i zwrócił się do obojga siedzących na ławeczce – aspirant porozmawia chwilę z panem, a ja poproszę panią do garażu i samochodu poszkodowanego. Policjant mówił, że jest pani żoną ofiary napadu…

- Tylko jego partnerką – szybko poprawiła Julia, tylko leciutko mijając się z prawdą – jeszcze nie żoną.

- Ale już wkrótce mają się pobrać – oświadczył oficjalnym tonem pan Stefan, znacząco mijając się z prawdą – Mam nadzieję być świadkiem na ich ślubie! – dorzucił wesoło kolejne kłamstewko, uśmiechając się i mrugając okiem do Julii.

- A to świetnie, gratuluję! – odpowiedział podkomisarz Kamiński, wyraźnie nadużywający spójnika „a” – A zatem pani obejrzy garaż i samochód, a potem powie nam, co mogło zostać pani zdaniem ukradzione przez włamywaczy. Zapraszam ze mną.

Julia idąc koło policjanta ubrała z powrotem pożyczoną wcześniej kurtkę. Na chwilę obróciła głowę i zobaczyła, jak aspirant przysiada się do pana Rybki, wyjmuje latarkę i rozkłada notatnik, przygotowując się do zapisu rozmowy. Stwierdziła, że policjant będzie miał co pisać, bo pan profesor był zawsze wspaniałym gawędziarzem, któremu nie miało się odwagi ani ochoty przerywać.

- A widzę, że pani pracuje w straży? – zagaił zaciekawiony podkomisarz – A jako kto?

- Zgadza się, panie podkomisarzu. A jako ratownik medyczny – Julia szybko przejęła manierę podkomisarza – Zwykle jeżdżę do różnych wypadków. A tutaj przyjechałam bardziej prywatnie, do narzeczonego.

- A, jasne. Ma się rozumieć – odparł podkomisarz – Jeżeli pani nie była jeszcze w garażu, to uprzedzam, że widok może nie być dla pani przyjemny.

Doszli do mercedesa i minęli go. Przy radiowozie stojącym nadal na światłach obok mercedesa Julia zobaczyła łącznie teraz trzech rozmawiających ze sobą policjantów i ratownika, który odprowadzał ją wzrokiem, zanim weszli do garażu. W środku nie było nikogo oprócz technika policyjnego. Technik właśnie próbował wyjąć z jednej z dziur w ścianie tkwiący tam pocisk za pomocą czegoś w rodzaju pęsety. Przy wejściu do garażu leżała jego duża, otwarta torba, a obok niej aparat fotograficzny z lampą błyskową, trochę różnych narzędzi, pojemniczków z różnymi substancjami i duża ilość torebek strunowych.

Julia rzeczywiście wolałaby nie widzieć tego, co właśnie zobaczyła na własne oczy. Krew Bolka na podłodze, pięć dziur w tynku na ścianie pod wiszącym nowym, błyszczącym jeszcze rowerem, rozwalona szafka na stole po prawej stronie garażu i otwarty sejf pod stołem po jego lewej stronie. Z miejsca, w którym stała, widziała wyraźnie, że w sejfie nie było skrzynki, którą przywieźli z Bolkiem tu wcześniej tego dnia. Na własne oczy widziała, jak Bolek tę skrzynkę do garażu wnosił i wkładał do sejfu.

Julia tak bardzo się przestraszyła, że aż przeszły ją dreszcze. Przełknęła ślinę i na wszelki wypadek wzięła kilka głębszych wdechów, aby tlen lepiej i szybciej został dostarczony do mózgu. Skoro nie było skrzynki, to czy mogła ona być przyczyną i celem włamania? Czy może jednak Bolek zabrał gdzieś stąd tę cholerną skrzynkę? Chciała się puknąć w czoło, bo przecież Bolek raczej by sam skrzynki nie zabrał i natychmiast potem sam się nie postrzelił, jeszcze do tego pięć razy nie trafiając. W policji to by raczej miejsca nie zagrzała jako detektyw.

- A wszystko w porządku? – podkomisarz zwrócił uwagę na niepokojące objawy i zachowanie Julii. Najwidoczniej pomyślał, że ujrzana krew jej partnera tak na nią zadziałała.

- Nic mi nie jest, ale nie mogę sobie wyobrazić, co Bolek musiał tu przeżyć – zatroskanie w głosie Julii było prawdziwe i szczere.

- A i to właśnie musimy rozszyfrować. Kto, jak i po co tu się włamał. Wtedy jest szansa na odnalezienie przestępcy. A jest pani w stanie teraz powiedzieć mi, co mogło stąd zginąć? – podkomisarz rozpoczął już właściwy wywiad.

- Jestem niemal pewna, że brakuje tylko jednej rzeczy – odpowiedziała Julia.

- A jakiej konkretnie? – wyraźnie zainteresował się śledczy. Otworzył notatnik i przygotował się do zapisywania.

- A takiej skrzynki. Mniej więcej takich o rozmiarów – Julia starała się pokazać dłońmi trzy zapamiętane wymiary skrzynki.

- A co w niej się znajdowało? – zapytał podkomisarz Kamiński.

- I tego właśnie nie wiem. To Bolek ją znalazł i nie powiedział mi tego. Myślę nawet, że sam mógł nie wiedzieć. A możemy sprawdzić jeszcze na wszelki wypadek w bagażniku samochodu? Może tam jest schowana? – zaproponowała Julia.

- A oczywiście, chodźmy. Tylko proszę, niech pani niczego sama nie dotyka – poprosił podkomisarz i wyjął ze swojej kieszeni rękawiczki – Nie możemy zniszczyć ani zatrzeć żadnych śladów. Technik będzie musiał wszystko dokładnie przejrzeć zarówno w garażu, jak i w mercedesie.

Zanim wyszli z garażu, podkomisarz poprosił technika, aby dał też Julii jakieś lateksowe, jednorazowe rękawiczki, co ten uczynił, a nawet zaoferował Julii pomoc w ich zakładaniu. Podkomisarz wyciągnął z teczki i zaświecił małą latarkę. Podeszli do mercedesa i zajrzeli do wewnątrz, upewniając się, że w kabinie nie ma skrzynki o rozmiarach zasugerowanych przez Julię, ani jakiejkolwiek innej. Następnie stanęli przy bagażniku. Śledczy ręką ubraną w rękawiczkę nacisnął guzik zamka i pokrywa bagażnika głośno skrzypiąc uniosła się na siłownikach. Zobaczyli różowy neseser i najzwyklejszy na świecie bałagan, który większość bałaganiarzy ma w bagażnikach swoich samochodów po kilku latach niesprzątania i nieodkurzania tamże. Podkomisarz poświecił Julii do wnętrza bagażnika.

- Tutaj też nie ma niestety tej skrzynki – pewnie stwierdziła Julia.

- A w tym neseserze w kolorze pinky? – zapytał podkomisarz.

- Może pan otworzyć, ale tam jest tylko georadar – oznajmiła Julia.

- A, czyli przyszły małżonek to pasjonat historii? – dopytywał się śledczy.

- A jakże. Prawie taki, jak pan profesor. Tyle, że Bolek szuka, a pan Rybka opowiada. Ale ten sprzęt Bolek pożyczył od znajomych z grupy poszukiwawczej – poinformowała Julia.

- A niech pani jednak sprawdzi, czy ten georadar rzeczywiście wciąż tam jest. Z tego co wiem, nie jest to tanie ustrojstwo, więc może złodzieje także i je skroili – poprosił podkomisarz.

Julia pochyliła się nad bagażnikiem, rękami w lateksowych rękawiczkach zwolniła zatrzaski nesesera i otworzyła wieko.

- Stąd nic nie zginęło, panie podkomisarzu. Jestem pewna. Ale chciałabym stąd zabrać tę walizkę ze sprzętem. Ten sprzęt jest cały pożyczony, więc lepiej, żebym go przeniosła w bezpieczne miejsce, dopóki Bolek nie wróci ze szpitala.

- A to najpierw technik musi popatrzeć, czy jest sens zdejmować ślady z tego nesesera. Za chwilę go poproszę, chociaż wszystko wskazuje na to, że bandyci bagażnika samochodu nie otwierali – stwierdził podkomisarz i powędrował do garażu po technika.

Julia zamknęła wieko, a kiedy zabierała prawą rękę, rękaw jej kurtki zahaczył o jedną ze szmat luźno wrzuconych koło nesesera. Ponieważ na rękawie znajdował się odsłonięty rzep, to haczyki rzepa pociągnęły tę szmatę za sobą. Spod szmaty wyłonił się jakiś duży sześcienny przedmiot o gładkich ścianach, którego koloru w słabym świetle Julia nie była w stanie rozpoznać.

Na wszelki wypadek szybciutko owinęła ten sześcian z powrotem w tę samą szmatę, otworzyła neseser i włożyła pakunek do środka, chociaż ledwie się tam zmieścił, po czym jeszcze raz zamknęła wieko. Jak się uda zabrać neseser, później go otworzy i sprawdzi, co to za nieznany artefakt Bolek mógł przewozić w swoim bagażniku.


Chyba wiemy czym może okazać się tajemniczy pakunek. Co z nim zrobi Julia? No i jak zareaguje Ola gdy dowie się o wypadku Bolka? Chętnie odda krew, czy będzie życzyć Bolkowi śmierci? Jesteśmy ogromnie ciekawi Waszych pomysłów! Cieszymy się że jesteście z nami. Dajcie koniecznie znać w komentarzu jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów. Kolejny odcinek już w środę!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Mysi Krokus   11 listopada 2020r. o 0:20

~Mysi Krokus

Postów:

c.d. nie zapominamy o czarnym charakterze
---------------------------------
Z dwunastu stolików we włoskiej restauracji „Fabrizio”, na drugim piętrze legnickiej Galerii Gwarna, zajętych było tylko pięć. W porze lunchu jadały tu głównie przyjaciółki, które umówiły się na zakupy, przedstawiciele handlowi odbywający terenowe szkolenie z dyrektorem regionalnym albo ludzie biznesu z pobliskich biur, którym nie wypadało zamówić kawy z hot-dogiem na jednej z pobliskich stacji benzynowych. Restauracja nie znajdowała się w żadnym z możliwych do wynajęcia lokali, ale była po prostu częścią przestrzeni komunikacyjnej, a jej stoliki zostały ustawione tak, że klienci centrum handlowego przemierzając niekończące się ciągi korytarzy w zakupowym amoku, zmuszeni byli do przechodzenia pomiędzy kontuarem, a częścią jadalną. Dzięki temu restauracja często zyskiwała nawet takich klientów, którzy tylko myszkowali po sklepach, lecz wcale nie mieli zamiaru niczego w danej chwili konsumować.

O tej porze klienci i klientki, którzy nie byli głodni bądź spragnieni, przechadzali się bez pośpiechu pomiędzy sklepami i butikami licząc, że w którymś z nich upolują wreszcie wyczekiwaną okazję „Tylko teraz 50% taniej”, czym będą mogli się zaraz potem pochwalić znajomym w formie selfika na fejsie. Czasem można było zaobserwować jakiegoś biegnącego w pośpiechu do kwiaciarni lub sklepu z biżuterią korpo-męża, który w godzinach pracy właśnie przypomniał sobie o przegapionej poprzedniego dnia rocznicy urodzin żony albo co gorsza rocznicy ślubu, a teraz liczył na odkupienie winy, uszczuplając saldo swojego konta za pomocą złotej karty kredytowej, dodanej jako gratis do kredytu na mieszkanie w stylu loft.

Dopiero między godziną piętnastą a szesnastą schodziły się do galerii rodziny z dziećmi, zakochane pary na wczesnym etapie ich związków, czy zwykła młodzież, dla której centrum handlowe doskonale zastępowało niegdysiejsze podwórka czy boiska, a było od nich lepsze, bo było tu ciepło i nie padało na głowę. Częstymi gośćmi tych nowych świątyń handlu były nierzadko także duety, tria albo kwartety zakupoholiczek, będących żonami zapracowanych do wieczora rekinów biznesu, które pragnęły poprawić sobie humor i ugasić żar samotności kolejną parą modnych i na złość mężowi koniecznie najdroższych butów, czy kolejną hit torebką, zauważoną niedawno na portalu plotkarskim na ramieniu znanej fit celebrytki lub serialowej aktorki. Liczba wyznawców religii nowych czasów, czczących złotego cielca, dla których maksyma „Mieć to być” staje się motywem przewodnim ich życia, od wielu lat ma się dobrze w swoim wzrostowym trendzie.

Przy jednym ze stolików siedział samotny mężczyzna, którego znakiem rozpoznawczym był ciemny, długi płaszcz. Na stoliku przed nim stała wysoka szklanka z trójwarstwową kawą latte, ale ten wcale nie wydawał się być nią zainteresowany. Ale aby móc posiedzieć przy tym stoliku, wypadało cokolwiek zamówić, inaczej naraziłby się na trudne do wytrzymania, krzywe spojrzenia kelnerów. Na podłodze, przy jego prawej nodze stała pokaźna, niegdyś bordowa walizka podróżna o twardej skorupie z polipropylenu, wykazująca tak duże oznaki zużycia, jakby przez wiele lat podróżowała z właścicielem nie noszona za rączkę, ale ciągnięta byle jak za nim na sznurku.

Mężczyzna przyglądał się każdemu, kto pojawiał się w zasięgu jego wzroku, a kto zbliżał się w kierunku restauracji. Wyglądał ewidentnie na osobę, która z niecierpliwością na kogoś czeka. Na kogoś, kto się w dodatku dość mocno spóźnia, bo co kilka chwil nerwowo spoglądał na zegarek, a jego prawa noga od czasu do czasu podrygiwała. Mężczyzna uparcie, choć bezskutecznie próbował powstrzymać ten powtarzający się odruch, kładąc rękę na kolanie za każdym razem, kiedy zaczynało podskakiwać.

Nie miał pojęcia, jak będzie wyglądać zleceniodawca, który rano, ledwie dziesięć godzin po tragicznych wydarzeniach w garażu, ponownie odezwał się telefonicznie w sprawie przekazania zdobytego przez mężczyznę przedmiotu zlecenia. Rozmówca zapytał się jedynie, czy skrzynka jest w jego posiadaniu, a potem stanowczym głosem kazał mu zabierać tyłek w troki i pojawić się jeszcze tego samego dnia o godzinie trzynastej w legnickiej Galerii Gwarna, w restauracji na drugim piętrze, w celu jej wymiany na umówione 25 tysięcy dolarów amerykańskich. Miał gdzieś tłumaczenia, że mężczyzna chwilowo nie dysponuje żadnym środkiem transportu, którym mógłby przybyć na to spotkanie, co zostało podsumowane dosadnym „Nic mnie to nie obchodzi, w takim razie jedź pociągiem”. Oczywiście podróż koleją odpadała. Za dużo ludzi, no i kamer. Mężczyzna po prostu wziął taksówkę. Biorąc pod uwagę oczekiwaną zapłatę, tego rodzaju koszt był dla niego jak najbardziej do zaakceptowania.

Mimo zawodowej obojętności, jaką się powinien wykazać, nie mógł zaprzeczyć, że z chęcią dowiedziałby się, co takiego znajduje się w skrzynce, a czego zdobycie musiało się wczoraj zakończyć zabójstwem z zimną krwią. Nie mógł jednak zaglądnąć do skrzynki, bo taki był warunek umowy. Zresztą po pobieżnym obejrzeniu nie znalazł w niej żadnej dziurki na klucz, widocznych zamków, ani uchwytów. Ale sposób otwarcia skrzynki to już nie było jego zmartwienie. Jeżeli tylko w jego neseserze zamiast skrzynki za chwilę znajdą się grube pliki amerykańskich banknotów, to niech sobie potem ją rozpruwają, otwierają palnikiem, wysadzają dynamitem, zamrażają oddechem Supermana czy nawet machają na nią różdżką Harry’ego Pottera.

O godzinie 13:20, dwadzieścia minut po umówionej godzinie, na ruchomych schodach zauważył trzech wyróżniających się osobników. Wszyscy byli ubrani w garnitury, a jeden z nich miał na głowie kapelusz model fedora, co nadawało mu wyglądu typowego nowojorskiego mafiosa okresu prohibicji. W centrum handlowym taki ubiór nikogo jednak nie dziwił, bo wiele butików oferowało podobne, jeśli nie jeszcze bardziej modne i kosztowne dodatki do garderoby.

Mężczyźni w garniturach dojechali do końca schodów, rozejrzeli się i od razu ruszyli w kierunku restauracji. Po kilkunastu sekundach szybkiego marszu dotarli do pierwszego ze stolików. Facet w kapeluszu powiedział coś cicho do swoich towarzyszy, a ci rozeszli się i stanęli przy wielkich donicach z okazałymi fikusami, znajdujących się po obu stronach przejścia przez restaurację, zupełnie jakby mieli za zadanie zabezpieczać transakcję i w razie problemów nie wypuścić nikogo żywego bez osiągnięcia celu.

Ochroniarze, jak ich nazwał dla własnej potrzeby mężczyzna w płaszczu, nie mieli charakterystycznego dla tej grupy zawodowej odstraszającego wyglądu pakera na sterydach, ani pokrytych krostami, kanciastych i nieogolonych twarzy. Ich zauważalna tylko dla wprawnego oka postawa i zachowanie wskazywały jednak, że potrafią i nie mieliby oporu przed czynieniem pożytku z broni palnej, którą na pewno można byłoby znaleźć pod ich marynarkami, gdyby tylko dali się przeszukać. Wszystkich mogły zmylić ich gładko ogolone twarze i czujne oczy, dyskretnie obserwujące wszystkich i wszystko w zasięgu ich wzroku. Prezentowali sobą taki poziom przystojności, że równie dobrze mogliby promować najnowsze kolekcje odzieżowe na kolorowych stronach znanych czasopism modowych. Samo ich pojawienie się u niektórych klientek i ekspedientek na pewno wywołało wsparty bezdechem bezwarunkowy odruch śledzenia i odprowadzania ciacha wzrokiem.

Mężczyzna w kapeluszu zbliżył się do siedzącego przy stoliku mężczyzny w ciemnym płaszczu, spojrzał na niego, na nietkniętą kawę latte oraz na walizkę na podłodze, a potem przywitał się wesołym głosem, zupełnie nie pasującym do okoliczności, z powodu których się spotkali:

- Przepraszam za małe spóźnienie, zeszło nam trochę w banku – zaśmiał się ze swojego żartu, zdjął nakrycie głowy, a wolną rękę wyciągnął do przodu – Możesz się do mnie zwracać Albert, chociaż to oczywiście nie jest moje prawdziwe imię – wyjaśnił i usiadł z drugiej strony stolika. Położył kapelusz przed sobą i odchylił się na krześle do tyłu, jakby chciał ocenić wynajętego do wykonania zlecenia złodzieja z lepszej perspektywy – Inaczej sobie ciebie wyobrażałem, kolego.

- A ja sobie ciebie w ogóle nie wyobrażałem. Twój wygląd ani twoje imię nie są dla mnie istotne. Moje imię dla ciebie także nie ma znaczenia, ale jeżeli odczuwasz taką potrzebę, to mów mi Dymitr – odpowiedział mężczyzna w płaszczu - Masz moje pieniądze? – przeszedł od razu do konkretów.

- Owszem, mam. Ale będą twoje, jeżeli tylko twoja walizka zawiera to, co dla mnie zdobyłeś – odparł Albert.

- Możesz sam sprawdzić. Jest w środku. Wygląda dokładnie jak na zdjęciu – Dymitr butem popchnął neseser w kierunku Alberta.

Albert siedząc na krześle schylił się, sięgnął po walizkę, podniósł ją z niemałym wysiłkiem do góry i położył na kolanach. Obiema rękami wcisnął przyciski obu zamków naraz i klamry odskoczyły. Podniósł wieko i zobaczył w środku starą, jeszcze trochę pokrytą piaskiem i kurzem skrzynkę, która tak bardzo zainteresowała jego klienta, że kilkanaście tygodni wcześniej zaproponował zapłacenie za nią stu tysięcy dolarów. Wysiłki się opłacą, pomyślał z satysfakcją. Koszty, które dotąd poniósł na zdobycie tak wielu potrzebnych informacji, na uzyskanie dostępu do dawnych map, ustalenie tożsamości i miejsc zamieszkania kilku osób, przekupienie bądź, jak kto woli, przekonanie kilku urzędników, niewątpliwie zwrócą się teraz i to z nawiązką.

- Rzeczywiście odpowiada opisowi. Gratuluję. Rozumiem, że do niej nie zaglądałeś? – zapytał Albert podejrzliwie. Trzymając wieko sięgnął wolną ręką do walizki i w zamyśleniu zaczął powoli pocierać z wierzchu skrzynkę, co najmniej jakby chciał uwolnić z niej dżina, który podaruje mu za chwilę sto tysięcy zielonych papierów, a może i obsypie złotym, zaczarowanym pyłem - Powiedz, trudno było ją zdobyć?

- Nie wiem nawet jak ją otworzyć. Muszę przyznać, że niestety nie obyło się bez komplikacji. Ryzyko wpadki było ogromne, więc może należałaby się jakaś niewielka premia – Dymitr próbował podbić stawkę, chociaż nie spodziewał się, aby w tej kwestii mógł coś osiągnąć. W jego branży nikt nigdy nie dopłaca ani centa powyżej umówionej stawki. Ale też nie wypłaca ani centa mniej niż było wcześniej ustalone. Business is business. Ale zawsze warto próbować, bo to akurat nic nie kosztuje.

- Może i tak, gdyby to ode mnie zależało. Ale nie zależy. Zanim dostaniesz swoja forsę, muszę jeszcze tylko coś sprawdzić, Dymitr. Otrzymałem wyraźne polecenie – zleceniodawca wyraźnie opisał Albertowi w rozmowie telefonicznej, co powinno znajdować się wewnątrz tej skrzynki, więc należało to sprawdzić na miejscu, jeszcze przed wypłatą wynagrodzenia. Żeby nie było potem żadnych nieporozumień. Albert zobaczył grymas na twarzy Dymitra – Sorry, ale inaczej nie mogę, Dymitr. Kasa dopiero po sprawdzeniu zawartości.

- Hej, Albert, nie kombinuj. Miała być skrzynka i jest skrzynka. Guzik mnie obchodzi, pełna czy pusta – Dymitr przeszedł na nieco ostrzejszy ton – Jak mówię, że nie otwierałem, to nie otwierałem. Jej zdobycie kosztowało już życie jednego faceta, którego wcale nie miałem zamiaru wysyłać na tamten świat. Więc nie próbuj mnie robić w konia i uważaj co robisz, bo nie mam nastroju do żartów.

- Dymitr, wyluzuj. Wszystko w porządku. To przecież nie jest moje własne widzimisię – zaczął uspokajać i nieco tłumaczyć się Albert, po czym zmienił temat – A co, naprawdę musiałeś kogoś załatwić? Jak to się stało i kto to był?

- Trochę dużo zadajesz pytań, Albert. A to niedobra cecha w naszej branży.

- Wiem, ale taki już jestem – odparł Albert – Po prostu lubię słuchać różnych historii.

- To był koleś ze zdjęcia – wyjaśnił Dymitr – Niestety, ale gość sam się o to prosił. Wszystko szło dobrze, dopóki nie nakrył mnie jak otwierałem jego sejf. Doszło do walki wręcz, a wtedy moja broń wypaliła i niestety oberwał – Dymitr wstydził się przyznać, że mało nie przegrał z gościem, który w tej konfrontacji dysponował tylko rowerem.

- Jak to? Facet ze zdjęcia nie żyje? – zdenerwował się Albert – Jasna cholera, po co się wyrywałeś?! Przecież wystarczyło opędzlować mu ten garaż, albo mieszkanie w środku nocy i po sprawie. Prosta robota, Dymitr, a ty ją spieprzyłeś! Czy ktoś ci mówił, że możesz sobie strzelać, do kogo chcesz? Facet mógł nam być jeszcze potrzebny, do cholery! – po tych słowach kilkoro klientów restauracji obejrzało się na nich. Również kelner chciał podejść i zwrócić im uwagę, że przeszkadzają innym gościom restauracji, ale zrezygnował oceniając realnie swoje szanse powodzenia jako nikłe.

- Ciiiszej! Zwracasz niepotrzebną uwagę… - syknął na Alberta ostrym szeptem Dymitr.

- Zachciało ci się odgrywać rewolwerowca! A teraz możemy mieć przez ciebie kłopoty – podsumował z wielkimi pretensjami Albert – Nie rozumiesz, że skoro facet dokładnie wiedział, gdzie szukać tej skrzynki, to musiał mieć kiedyś coś wspólnego z jej zaginięciem i ukryciem?

- A co mnie to obchodzi – odparował zniecierpliwiony już sytuacją Dymitr – Mam na to całkiem wywalone, kto co widział, znalazł, czy zakopał. Z tym strzałem głupi zbieg okoliczności i tyle. Nie chciałem tego. Może i szkoda faceta, ale właściwie to była jego wina – próbował się nieco tłumaczyć Dymitr – Wypłacaj tę kasę i znikam.

- Chwila, nie pali się. Najpierw sprawdzę zawartość skrzynki – stanowczo zdecydował Albert.

Pamiętał dokładnie opis wskazujący, gdzie w obudowie skrzynki znajdują się dwa ukryte przyciski, które miały zadziałać tylko wciśnięte naraz i to dość mocno. Odłożył otwartą walizkę na podłogę, wyjął drogocenną skrzynkę i teraz z kolei ją położył sobie na kolanach. Dymitr nie mógł zauważyć, co Albert z nią robi, bo wszystko zasłaniał mu blat stołu.

Albert położył palec wskazujący prawej ręki z prawego boku skrzynki, a palec wskazujący lewej ręki z jej lewego boku. Wyczuł pod palcami niewielkie zagłębienia blisko tylnej ścianki skrzynki, po czym wcisnął oba przyciski mocno i zdecydowanie. Rozległy się jednocześnie dwa głuche stuknięcia, jakby w środku odblokowały się jakieś ukryte mechanizmy. Wieko uchyliło się, ale tylko na jakiś centymetr. Albert przytrzymał wieko z obu stron, nabrał powietrza i wstrzymał oddech. Delikatnie unosił wieko skrzynki do góry, jakby obawiał się, że w środku może znajdować się jakaś wybuchowa substancja, reagująca na najmniejszy szmer czy nawet na delikatne wstrząsy.

Kiedy Dymitr zobaczył wyraz jego twarzy po uniesieniu wieka już wiedział, że coś jest nie tak i kasa za zlecenie nie przejdzie tu i teraz ot tak, z rączki do rączki.

- Mówiłeś, że tu nie zaglądałeś, do cholery! – wydarł się ponownie Albert, kolejny raz ignorując też zaniepokojone spojrzenia klientów restauracji. Szybko jednak opanował się i przeszedł na nieco mniej zwracający uwagę ton – Myślałeś, że masz do czynienia z durniem? Jeżeli sobie wyobrażasz, że możesz tak ze mnie kpić, to jesteś w poważnym błędzie, Dymitr. Gdzie kamień?

- Jaki kamień? – zdziwił się oskarżony o kradzież Dymitr – A czy ja wracam z jakiegoś kamieniołomu, czy jak?

- A, już wiem! Wymyśliłeś sobie pewnie, cwaniaku, że jak go zatrzymasz, to wyżebrzesz wyższą kasę, tak? Naprawdę jesteś aż tak chciwym sukinsynem? Po czymś takim twoja reputacja legnie w gruzach i nie zarobisz już w tym kraju ani jednego centa! – zapowiedział wściekły Albert.

- Uspokój się, człowieku. Przysięgam, że nie otwierałem tej skrzynki. Masz moje słowo! Dostałeś ją w takim stanie, w jakim ją znalazłem. Albo tego twojego kamienia tam w ogóle nie było, albo musiał go wyciągnąć ten gość, co razem ze swoją babką odkopał skrzynkę. To jedyna możliwość, jaką widzę – na szybko przeanalizował sytuację Dymitr.

- Nie widzisz, że to dla ciebie jeszcze gorzej? Martwy nam nic przecież nie powie. Mówiłem, że trzeba było załatwić to po cichu. I jak zamierzasz teraz odzyskać mój kamień?

- A co mnie obchodzi jakiś twój pierdzielony kamień, Albert. To twoja wina. Zlecenie było na skrzynkę i masz skrzynkę. Miałem do niej nie zaglądać, to nie zaglądałem. Gdyby było polecenie sprawdzić zawartość skrzynki tam na miejscu, przed jej zabraniem, to nie miałbym żadnego powodu kropnąć faceta przed skończeniem roboty. Jeśli skrzynka okazałaby się pusta, wyciągnąłbym z niego informacje pewnie jeszcze zanim wydłubałbym mu oczy. I wszyscy byliby teraz zadowoleni. A tak ja mam gościa na sumieniu, a ty masz pustą skrzynkę – Dymitrowi nie można było odmówić racji ani tym bardziej logiki – Kasa do mojej walizki w tej chwili! Ja nie żartuję. I przestań mnie obrażać, ćwoku jeden, bo ja też umiem rzucać mięsem. A we frajerskiego detektywa sam się możesz pobawić razem ze swoimi wypachnionymi gogusiami.

- Dobra, Dymitr. Wierzę ci, a inwektywy i tak niczego w tej chwili nie zmienią. Ani obruszanie się jak dziecko w piaskownicy – próbował nieco ugłaskać Dymitra Albert, odkładając skrzynkę z powrotem do jego sfatygowanej walizki – To prawda, że robotę odwaliłeś, choć może nieco zbyt gorliwie. Za skrzynkę twoje pieniądze ci się jak najbardziej należą. Ale posłuchaj, mam dla ciebie propozycję biznesową. Zapłacę ci więcej, jeśli pomożesz mi znaleźć kamień, który był w tej skrzynce. Zrozum, wiesz już o tej sprawie tak wiele, że bardzo ułatwi ci to wytropienie zguby. Dostałeś ode mnie sporo materiałów, a jak będzie potrzeba postaram się zdobyć o wiele więcej potrzebnych ci informacji. Dla mnie jesteś konkretnym facetem. I bystrym – Albert przyjrzał się twarzy Dymitra, ale komplement nie wywołał u niego jakiejkolwiek reakcji – Wierzę, że jak usiądziesz i na spokojnie wszystko przeanalizujesz, bez problemu uda ci się ustalić, gdzie kamień może się teraz znajdować. A potem pozostanie ci tylko go zdobyć. Tylko tym razem najlepiej bez ofiar. Proszę cię, Dymitr. Dla człowieka z twoim doświadczeniem to pestka. I oczywiście opłaci ci się to. Dorzucę pięć tysięcy. Łatwy szmal.

- Piętnaście tysięcy, Albert. Może to nie być takie łatwe, jak sądzisz. Ani takie szybkie – bez skrupułów próbował podbić stawkę Dymitr. Pieniądze zawsze przemawiały do niego najsilniej.

- Dziesięć, jeżeli na nasze następne spotkanie przywieziesz kamień. Razem będzie dla ciebie trzydzieści pięć tysięcy. Ale teraz dam ci tylko dwadzieścia, a resztę po robocie. To uczciwa propozycja. Zgoda? – zaproponował Albert Dymitrowi, usiłując wywrzeć presję spojrzeniem prosto w jego oczy.

Dymitr wytrzymał spojrzenie, ale i tak nie musiał długo myśleć, bo już miał pewne poszlaki, jak się do tego zabrać i od czego powinien zacząć. Miał do przeszukania właściwie tylko jedno miejsce, a właściwie jeden stary samochód. A potem miał do pogadania tylko z jedną osobą. Była to pewna rudowłosa, teraz już wolna lisica. Nic o niej na razie nie wiedział. Ale od czego ma się przyjaciela Alberta, który ma swoje sposoby na załatwienie wszystkiego, może poza zdobyciem głowic nuklearnych do międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Ale kto wie, cholera, może ma i takie możliwości?

- Zgoda, Albert.

Wstali, wyciągnęli ręce i uścisnęli sobie dłonie na znak zawartej umowy. Potem usiedli ponownie. Albert sięgnął do kieszeni, wyjął dwie białe koperty i przekazał je ponad stołem Dymitrowi. Dymitr otworzył każdą z nich, rzucił okiem na dwa pliki studolarowych banknotów i skinął do Alberta na znak, że kwota pasuje.

Albert podniósł rękę, aby kelner zauważył, że ma podejść i przyjąć zamówienie.

- Zamówię dwie świeże kawy. A może chcesz coś zjeść? – zapytał Dymitra. W duchu był mu wdzięczny, że nie będzie musiał zajmować się szukaniem kamienia na własną rękę. Bez kamienia sto tysięcy papierów mógłby sobie co najwyżej skserować, wyświetlić w wyszukiwarce, albo wyjąć z Monopoly.

- Kawę z przyjemnością wypiję. Czarną i mocną. Miałem wczoraj ciężki i długi wieczór – odpowiedział Dymitr, jednak postanowił nadal grać okrutnego bandziora – Ale pamiętaj, Albert, jak mnie wydymasz, to na pewno będzie twój ostatni raz.

- Nie obrażaj się, Dymitr, ale zdecydowanie wolę kobiety – odpowiedział z uśmiechem Albert – A więc od czego chcesz zacząć, przyjacielu?

- Na początek będę potrzebował tylko ustalić tożsamość i adres jednej takiej rudowłosej lisicy, która jest obecnie do wzięcia, bo właśnie straciła swojego faceta…

- Poczekaj, Dymitr – Albert wyciągnął markowego smartfona z najwyższej i najdroższej jabłkowej półki, z pewnością dorównującego ceną jego garniturowi. Chwilę przeglądał galerię zdjęć, a kiedy znalazł i powiększył właściwą fotografię, pokazał ją Dymitrowi – To ona?

Na zdjęciu wykonanym przy stawie miejskim Julia z córką Olą siedziały na jednej z ławek i objadały się lodami gałkowymi z wafelkowych kubeczków, całkiem nieświadome, że ktoś może fotografować je z ukrycia.
----------------------------------
ufff, co za akcja
c.d.n.
Pozdrawiam Panią Redaktor i Wiernych Czytelników
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

DomoExprtWeterynarzNoclegi KlekusiowoMORENA
Inne informacje z regionu