ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4849, 27 lutego 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu20 lutego 2021r. godz. 16:25, odsłon: 1111, Bolec.Info/Bolecnauci
Tajemnica szmaragdu - odcinek 49
Część w której Waldemar rzuca się w pościg, a Żaklina próbuje się wydostać z bagażnika porywacza.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 49 Szpital powiatowy w Bolesławcu (fot. Bolec.Info)

Już jest czterdziesta dziewiąta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Czterdziesta szósta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta ósma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dzisiaj dowiemy się jak Żaklinie udało się zadzwonić do Hieronima oraz ponownie znajdziemy się w bolesławieckim szpitalu, gdzie zostaniemy świadkami strzelaniny. Zapraszamy do lektury:


Stan świadomości, w jakim po przebudzeniu znajdowała się Żaklina Sadza, był zgoła dziwnym stanem. Potrafiła odróżnić słyszane dźwięki przypominające warkot silnika i szum opon na asfalcie, odczuwała dotyk twardego podłoża i jego wstrząsy, czuła ledwo wyczuwalny zapach benzyny i spalin, a w ustach miała bardzo dziwny kwaśno-metaliczny posmak. Usta z kolei miała zaklejone taśmą samoprzylepną. W sumie to nie wiadomo, po co, bo i tak nie miała na razie zamiaru wzywać pomocy. Z pewnością mogłoby to rozwścieczyć tego faceta w płaszczu, a póki co nie chciała go denerwować, aż nie pozna jego prawdziwych zamiarów. Bo może wcale nie są to niecne zamiary. Może tylko pojeździ trochę sobie z nią w bagażniku i potem ją wypuści?

Jeśli chodzi o ostatni z pięciu podstawowych zmysłów – wzrok, to nie bardzo wiedziała, co się stało z jej oczami. Albo widziała głęboką czerń, albo po prostu oślepła i nie widziała nic. Jednak ledwo zauważalne smużki sączącego się nie wiadomo skąd słabego światła, uspokoiły ją nieco w tej kwestii. Najwyraźniej znajdowała w jakimś niemal całkowicie ciemnym i ciasnym pomieszczeniu. Biorąc pod uwagę odczucia pozostałych zmysłów i zapamiętane zdarzenia z ostatnich chwil przed utratą świadomości, bez wysiłku domyśliła się, że jest więźniem przewożonym w bagażniku samochodu, który zamierzała śledzić, rozpoczynając swój spektakularny pościg za czterema kółkami na dwóch kółkach.

Nie miała na razie pojęcia, czy spała kilka minut, czy kilka godzin. Odnotowała za to kilka niepokojących rzeczy dotyczących swojej pozycji i ogólnego stanu zdrowia. Leżała w pozycji skulonej na lewym boku, mocno obolałym po upadku na asfalt w tunelu. Ręce miała skrępowane za plecami. Jakaś cienka linka czy taśma mocno wpijała się jej w nadgarstki. Również obie kostki były czymś związane. Jednym słowem była skutecznie unieruchomiona. Upolowana jak zwierzyna łowna. I tak się w tej chwili właśnie czuła, jak trofeum. Dobrze, że nie ma poroża. Gdyby miała, to marne zdaje się byłyby szanse na uniknięcie dekapitacji, wypchania jej truchła i zawiśnięcia na ścianie w pozycji na zawsze nieruchomej z wyszczerzonymi kłami.

Dobra wiadomość była taka, że wszystkie pięć zmysłów funkcjonowało, jakby nie patrzeć, prawidłowo. Nie wiedziała ile czasu będzie podróżować w tej niewygodnej pozycji, ale musiała zacząć ruszać mózgownicą. Szósty zmysł, który funkcjonował u niej również nader poprawnie, podpowiadał jej, że znajduje się w dużym niebezpieczeństwie. Wewnętrzny głos, jak przez megafon, wręcz darł się w jej głowie: „Dziewczyno, jak się stąd nie wydostaniesz, będzie po tobie!”. Okay, moja ty kobieca intuicjo. Posłucham cię, jak zawsze dotąd w ważnych sprawach życiowych. Przecież jeszcze mnie nigdy nie zawiodłaś. Szkoda jednak, że nie trzepnęłaś mnie w mój niemądry, kanarkowy dekiel, kiedy wsiadałam na ten rower…

Odtworzyła sobie w miarę dokładnie ostatnie minuty przed porwaniem. A potem przebieg dynamicznej akcji w tunelu. Facet miał swój plan opracowany zapewne od chwili kiedy zauważył, że podąża za nim wypożyczonym jednośladem. Może nawet celowo ją do tego sprowokował przejeżdżając koło niej swoim autem? A ona dała się tak łatwo złapać, jak płotka na kulkę aromatyzowanej przynęty.

Dokładnie, choć na szybko, przeanalizowała i oceniła swoją sytuację. Nie miała zbyt wielu opcji. Ani zbyt wiele czasu. Wiedziała, że bandyta nie będzie jej woził godzinami po okolicy. Być może na razie tylko szukał ustronnego miejsca na odebranie jej życia i pozbycie się jej doczesnych szczątków. Z drugiej strony, jeżeli miał przygotowaną substancję usypiającą i nosił się z zamiarem porwania przy użyciu tego chemicznego preparatu, to na pewno miał wcześniej upatrzone jakieś miejsce, w którym planował choćby tymczasowo zadekować swoją ofiarę. Zaczęła się zastanawiać i rozważać możliwe powody, dla których bandyta zapragnął stać się właścicielem skrępowanej dwudziestokilkulatki. Pomijając oczywisty, samo narzucający się cel, to możliwe, że miał wobec niej także i inne zamiary. No cóż, nie trzeba być geniuszem dedukcji, żeby wyczaić, że chciał sobie z nią uciąć pogawędkę na temat zdjęć, które już na pewno znalazł w jej torbie. Co ją podkusiło, żeby wydrukować te fotki także i dla siebie i zapakować je to torby?

Próbowała poruszyć rękami. Czuła, że nadgarstki miała naprawdę solidnie unieruchomione. Facet musiał być wyjątkowo silny i niedelikatny. Próby uwolnienia rąk skończyłyby się zapewne urwaniem którejś z dłoni. Przypomniała sobie nagle scenę z jakiegoś filmu. Embrionalna pozycja ciała będzie pomocna w tym, co miała zamiar zrobić. Nie miała nadziei na wymacanie w ciemności swojej torby, bo porywacz na pewno zadbał o to, by nie podróżowała z nią w bagażniku, ale zawsze lepiej mieć ręce z przodu niż z tyłu, choćby i skrępowane.

Podciągnęła kolana do samej brody i powoli, acz z wielkim wysiłkiem zaczęła przekładać spętane ręce pod grubymi podeszwami swoich butów, co nie było takie do końca łatwe. W połowie tej czynności zatrzymała się nagle. Telefon w tylnej kieszeni spodni! Kiedy się mocno napięła podciągając nogi, poczuła wyraźnie, że jej prywatna komórka nadal tam tkwi. Czemu dopiero teraz sobie o nim przypomniała? Żeby tylko bateria nie była jeszcze rozładowana!

Jej ręce szybko wróciły do swojej poprzedniej pozycji za plecami. Po chwili wyciągnęła prawą dłonią telefon z kieszeni. Stwierdziła, że ze ściskanym w ręku telefonem gimnastyka z przekładaniem związanych rąk z tyłu do przodu pod stopami nie ma sensu. Dlatego postanowiła puścić telefon, a sama przesunęła się nieco do przodu i przeturlała się na drugi, mniej obolały bok. W ten sposób komórka znalazła się gdzieś przed nią, chociaż w ciemności nie mogła tego stwierdzić na pewno. Przystąpiła ponownie do porzuconego manewru przekładania rąk i teraz już nawet poszło jej to dużo sprawniej. Prawa, nienaruszona upadkiem strona ciała, nie bolała jej tak jak lewa i nie musiała już na nią tak bardzo uważać.

Ręce wyciągnięte do przodu umożliwiły jej nareszcie zdarcie taśmy klejącej z ust, a następnie skuteczne przemacanie podłogi bagażnika. Oprócz wyjętej z kieszeni komórki nie natrafiła palcami na nic więcej, co mogłoby w jakimkolwiek stopniu posłużyć jej do uwolnienia się. Obróciła smartfon tak, aby guziki znajdowały się po prawej stronie i nacisnęła przycisk zasilania. Wyświetlacz rozjaśnił się i oświetlił ciemne wnętrze komory bagażnika. Faktycznie oprócz niej i telefonu w zamkniętej, ciasnej przestrzeni nie dało się zauważyć niczego przydatnego. Żadnego noża, klucza do kół, ani lasera do przepalania blachy. Tylko ona i jej telefon. Być może jej ostatnia szansa na uwolnienie.

Żaklina wprowadziła numer PIN i ekran się odblokował. Zegar pokazywał godzinę 16:54, ale nie to akurat było dla niej najważniejsze. O wiele bardziej przeraziła ją inna cyfra - 2. Ściślej 2%. Tyle pokazywał wskaźnik naładowania baterii. Boże, żeby tylko udało się wykonać chociaż jedno połączenie! Oczywiście nie spodziewała się znaleźć w tej ciasnej przestrzeni także odpowiedniej samochodowej ładowarki z odpowiednio długim kablem i to jeszcze o odpowiedniej końcówce. Ale mimo wszystko w takich właśnie chwilach, jak ta, wzywa się najpierw na pomoc wszelkie siły wyższe, w tym boskie, w złudnej najczęściej nadziei na interwencję. Dopiero potem wzywa się policję, a w tym konkretnym przypadku świeżo poznanego aspiranta Hieronima Świgonia. I tak postanowiła zrobić.

- Boże! Szybciej, szybciej! Gdzie jest to ha! – pospieszała sama siebie przewijając listę kontaktów. – Jest! Hieronim… – jej palec nerwowo i mocno nacisnął zieloną słuchawkę, jakby miało to przyspieszyć wybieranie numeru. – No, dzwoń, do cholery! Jakie tu-tu-tu?!

Odsunęła nieco ekran i przyjrzała się ikonce oznaczającej stan połączenia z siecią telefonii komórkowej. Pokazywała się ledwo jedna kreseczka. Gdyby tylko mogła głośno krzyknąć, nie zwracając uwagi kierującego autem porywacza, na pewno byłaby to bardzo głośna i niecenzuralna uwaga co do kiepskiego sygnału częstotliwości radiowej, niezbędnego do nawiązania połączenia. Klatka Faradaya, cholera. Dokoła sama blacha! Wiedziała, że przy słabym sygnale z nadajników komórka spróbuje wzmocnić swój własny nadawany sygnał, ale zużyje jeszcze więcej prądu. Uda mi się zadzwonić, czy się nie uda? Nacisnęła zieloną słuchawkę ponownie i na ekranie pojawił się napis „Łączenie”.

Po kilku sygnałach po drugiej stronie wreszcie odezwał się trochę przerywanym głosem tak pożądany przez nią rozmówca:

- No, co tam, Żaklina? Już zatęskniłaś za Hirkiem?

Trzymając słuchawkę telefonu w bardzo niewygodnej pozycji ze skręconą nienaturalnie głową, Żaklina nie mogła zauważyć, że dwa procenty właśnie zamieniły się w jeden procent.

***

Julia obserwowała biegnącego przed nią Waldka. Facet ładnych kilka lat starszy ode mnie, a skacze po tych schodkach lekko jak olimpijczyk! Dobrze, że to tylko jedno piętro, pomyślała, inaczej mogłabym się najeść wstydu za swoją kondycję. Cóż, kontynuowała swój wewnętrzny monolog, myślałam, że jestem w nieco lepszej formie. A może tylko dlatego się tak zadyszałam, że jestem taka zdenerwowana?

- A gdzie Zbyszek? – krzyknął nagle Waldek nie widząc przed sobą prokuratora, chociaż powinni go już zobaczyć po opuszczeniu klatki schodowej. – Chyba musiał pomylić piętra. Słyszałem zdaje się jego kroki gdzieś tam wyżej na schodach. Ale nie będziemy go teraz zawracać. Nie ma czasu. Biegniemy prosto do Bolka!

Gnali już przez korytarz, w dalszej części którego znajdował się oddział intensywnej terapii. Przez ostatnie trzy dni Julia zdążyła poznać ten segment szpitala niemal jak własną kieszeń. Układ pomieszczeń i grafik pracy personelu pielęgniarskiego opanowała już pierwszej nocy spędzonej pomiędzy łóżkiem walczącego o życie i powrót do świadomości Bolka, a krzesłami ustawionymi przed salą chorych i służącymi jej co pewien czas do drzemania.

Ostatni fragment wyścigu po najbardziej zaciemnionej części korytarza był najgorszy. Julii przychodziły na myśl wszelkie możliwe czarne scenariusze, wliczając w to zastanie na miejscu zdesperowanego i gotowego na wszystko bandyty, trzymającego strzykawkę wbitą w butlę z fizjologicznym roztworem soli. Płyn dzięki grawitacji i podciśnieniu w arteriach dostarczyłby substancje mineralne do żył Bolka wraz ze śmiertelną trucizną i szybciutko byłoby po chłopie. Po jej chłopie.

Przeraziła się nie na żarty. Pozioma linia na monitorze, którą już kilka razy w życiu miała okazję widzieć, była najgorszym z możliwych widoków, jaki tylko przepełniony nadzieją bliski chorego może sobie wyobrazić. Piskliwy, wwiercający się w uszy ciągły dźwięk, który temu towarzyszył, zapewne miał pomagać duszy opuścić ciało i przenieść się do nowego, podobno lepszego świata. Żaden taki pisk nie dobiegał jednak z sali, do której się zbliżali, co pozwalało mieć nadzieję, że Bolka nie spotkało jednak, póki co, nic gorszego niż podczas włamania do jego garażu i nie dokonuje właśnie żywota.

Przebiegli koło pokoju pielęgniarek, ale o dziwo, okazał się on całkowicie pusty, więc nie zatrzymali się przy nim i nie zajrzeli do środka, tylko biegli dalej, nieco już zwalniając. Julia zrównała się z Waldkiem. Kątem oka zauważyła, jak brat Bolka sięga pod rozpiętą marynarkę. W jego ręku w mgnieniu oka pojawił się niewielki pistolet. Oj, może się tutaj zaraz zrobić gorąco!

Do pokoju Bolka zostało może z dziesięć metrów, kiedy stało się coś, czego w zasadzie mogli się spodziewać, ale jednak się nie spodziewali. Z wnętrza sali wyszła ubrana w zielony uniform postać chowając coś dużego do szarej, zamykanej na zatrzaski plastikowej skrzynki, jaką nosili zwykle ze sobą hydraulicy albo elektrycy. Osobnik musiał kątem oka zauważyć nadbiegających z jego lewej strony szaleńców z bronią, bo nagle odwrócił się w prawo i wystartował jak koń z boksu podczas Westminster Derby na Służewcu.

- Ty sprawdź, co u Bolka! Ja lecę za nim! - krzyknął Waldek do Julii, a potem przyspieszając kroku jeszcze głośniej krzyknął do pleców uciekającej postaci i wyciągnął broń przed siebie – Stój, bo będę strzelał!

- Uważaj, Waldek. On też może mieć broń! A jest zdolny do wszystkiego! – odkrzyknęła Julia i rozpoczęła niełatwy manewr hamowania na śliskiej nawierzchni toru wyścigowego.

Pomagając sobie chwytem oburącz za ościeżnicę, mimo pewnych kłopotów z utrzymaniem równowagi, zdołała zatrzymać się na wypastowanej podłodze pokrytej wykładziną PVC i przez otwarte drzwi wpadła do środka pomieszczenia, gdzie na jednym z łóżek leżał nieruchomo Bolek z czarną, szeroką opaską na oczach. Powoli, lecz miarowo oddychał. Czy to już jego ostatnie chwile?!

Waldek, nieraz biorąc już udział w podobnych akcjach pościgowych, z każdą sekundą i każdym mijanym metrem, w trybie ciągłym analizował sytuację. W przeciwieństwie do uciekiniera, nie umykały mu takie szczegóły, jak napisy na drzwiach i oznaczenia dróg ewakuacyjnych. Natychmiast zauważył, że w tym obszarze korytarza, którego koniec w szybkim tempie zbliżał się już zarówno do niego, jak i do uciekającego, wszystkie strzałki na zielonych tabliczkach skierowane były w przeciwnym kierunku, niż obaj się aktualnie poruszali. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że zbieg popełnił mały, ale być może brzemienny dla niego w skutkach błąd i właśnie zabrnął w ślepy zaułek. Jeżeli dotąd jeszcze się tego nie domyślił, to wkrótce przekona się, że jedyną dla niego drogą ucieczki będzie wyłącznie jakieś okno albo powrót korytarzem, którym obaj przybiegli. Ale odwrót przez korytarz blokował ściganemu podążający jego śladem Waldek, który postanowił właśnie zwolnić kroku. Z już odbezpieczoną i wycelowaną weń bronią, Waldek ustawił się w pozycji strzeleckiej i krzyknął:

- Rzuć skrzynkę i podnieś ręce do góry! Poddaj się! Stąd nie masz żadnego wyjścia!

Bandyta także zatrzymał się, lecz jakieś trzy metry przed ścianą kończącą korytarz. Musiał na gorąco analizować swoje opcje, bo rozglądał się nerwowo to w prawo, to w lewo, ale się nie odwracał. Nie podnosił też rąk do góry, co istotnie zaniepokoiło Waldka. Czuł, że typek coś knuje, może nawet dąży do konfrontacji, więc wzmógł czujność. Chociaż dzieliło ich jakieś sześć, może siedem metrów, Waldek nie mógł stwierdzić, czy delikwent jest uzbrojony, czy nie. Za pazuchą mógł mieć cały arsenał, nie wspominając o skrzynce, która mogła być ten na przykład wypełniona materiałami wybuchowymi. Na wszelki wypadek cały czas mierzył do niego z pistoletu.

- Celuję w środek twoich pleców! Jeśli masz broń, sięgnij po nią powoli lewą ręką i odrzuć daleko na lewą stronę! Jeden podejrzany ruch i po tobie!

Gość musiał mieć niebotyczną fantazję, szaleńczą odwagę i nieskończoną pewność siebie, a może tej samej wielkości głupotę, albo jedno i drugie naraz, bo całkowicie zignorował grożące mu konsekwencje. Nagle ruszył w prawą stronę i w pełnym pędzie uderzył barkiem w zamknięte drzwi, nie zaprzątając sobie głowy użyciem klamki. Drzwi z ogromnym trzaskiem i wraz z osobnikiem je atakującym, wpadły do środka. Waldek natychmiast ruszył w tamtą stronę. Obawiał się, że fantazja uciekającego przed nim mężczyzny była o wiele bogatsza i pchnęła go nie tylko do przetestowania właściwości antywyważeniowych drzwi, ale za chwilę podobnemu testowi podda on też okno znajdujące się zapewne gdzieś na drugim końcu pomieszczenia.

Waldek pomylił się jednak w swoim osądzie. Kiedy dotarł do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą dostępu do środka sali strzegły zamknięte zapewne na klucz drzwi, zauważył, że jest to na szczęście pokój bez okien. Okazało się, że to po prostu zwykłe pomieszczenie gospodarcze przepełnione regałami ze środkami czystości i typowym sprzętem używanym do sprzątania. Chwilowo jednak pakamera personelu sprzątającego zamieniła się w pobojowisko, pośrodku którego leżał na brzuchu uciekinier, stękając i zwijając się z bólu, jakby przed chwilą coś sobie poważnie uszkodził, może nawet złamał. I to więcej niż jedną kość. Wpadające do ciasnego wnętrza drzwi musiały uderzyć o któryś z regałów i strącić jego zawartość na podłogę, bo leżący przywalony był dodatkowo dziesiątkami opakowań ze środkami czystości, jakichś ścierek, jednorazowych ręczników i kijów od mopów, spod których nie potrafił się wygrzebać.

Waldek postanowił wykorzystać tę chwilową niedyspozycję ściganego. Nacisnął włącznik światła znajdujący się na wewnętrznej ścianie, podszedł do leżącego mężczyzny, przełożył broń do lewej ręki, a prawą chwycił kolesia za kołnierz, pociągnął i odwrócił na plecy. Obmacał go sprawnie i szybko w poszukiwaniu jakiejkolwiek ukrytej broni. Nie znalazłszy żadnego uzbrojenia, sprawnym ruchem buta odsunął szarą skrzynkę, cofnął się o trzy kroki i dopiero teraz mógł dobrze przyjrzeć się twarzy łobuza.

Być może facet przeszedł ostatnio ze dwadzieścia bolesnych i skomplikowanych operacji plastycznych, a być może przeszczepiono mu twarz, jak w tym filmie z Travoltą i Cage’m, ale na jego agenckie zawodowe przeczucie, z pewnością nie był to Jacenko ze zdjęć, które tego dnia miał okazję oglądać. Zdziwienie szybko ustąpiło ciekawości i Waldek zaczął zadawać pytania:

- Kim ty jesteś, człowieku?! Co robisz w szpitalu i dlaczego, do cholery, przede mną uciekałeś? Przecież mogłem cię zastrzelić, idioto!

Obdarowany tym paskudnym epitetem osobnik jęczał i kwękał, mnąc w ustach wiele przeróżnych przekleństw, ale nie odpowiadał na żadne pytania. Waldkowi zdawało się, że usilnie stara się trzymać lewą ręką za swój prawy łokieć. Zdaje się, że musiał się też nieźle walnąć w nos, bo z którejś dziurki popłynęła mu strużka krwi po policzku. W tym momencie Waldek usłyszał za plecami damskie kroki.

- Z Bolkiem na szczęście wszystko w porządku. Śpi smacznie – Julia stanęła za plecami Waldka i spojrzała przez jego ramię. – O Jezu! To ty go tak urządziłeś? Wolno wam tak od razu bić podejrzanych? Kto to w ogóle jest? Jeśli to ten, co mnie i Bolka tak urządził, to ja mu jeszcze zaraz poprawię…

Julia chciała się przepchnąć obok Waldka i udała, że zakasuje rękawy szykując się do bójki, ale Waldek powstrzymał ją wolną ręką, zanim ubiła gościa na marmeladę do końca.

- Zostaw, Julka. Jeszcze nie wiem, kto to, ani co robił u Bolka, ale to na pewno nie ten, którego szukamy. Na razie nie chce gadać. Albo i nie może. Żałuj, że nie widziałaś, jak ten wariat staranował drzwi. Mogłem to, kurde, nagrać i wrzucić do Internetu. Gwarantowany milion odtworzeń i sto procent lajków – zaśmiał się Waldek na wspomnienie brutalnego, ale skutecznego, choć okupionego ofiarami, ataku na skrzydło drzwi. Waldek schylił się, podniósł i podał Julii zarekwirowaną ściganemu skrzynkę. Sam nadal trzymał typa na muszce.

- Sprawdź, co jest w środku.

Zanim Julia wyszła ze zdemolowanego pomieszczenia z pojemnikiem trzymanym w rękach, przez chwilę stała i przyglądała się wyraźnie cierpiącemu fałszywemu hydraulikowi. Przechyliła głowę w lewo, następnie w prawo i znów w lewo. Potem odwróciła się i wyszła na korytarz. Położyła skrzynkę na podłodze i zajrzała do środka.

- Waldek, tutaj jest tylko dobrej klasy lustrzanka z wielkim obiektywem.

- Jak to? Żadnej broni? – zdziwił się Waldek i odwrócił w jej stronę twarz z podniesionymi brwiami, jakby nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

- Ano, nie ma. Chociaż… Jeśli można kogoś czymś takim zastrzelić, to tutaj jest jeszcze taka mała chromowana spluwa – zażartowała Julia wymachując wyciągniętym z torby niewielkim kluczem oczkowym „dziesiątką”, po czym wrzuciła narzędzie z powrotem do skrzynki.

- To co on tam na sali mógł robić tyle czasu? Pamiętam, że wszedł tam jeszcze, kiedy prokurator przesłuchiwał Bolka…

- Ja go zdaje się znam – patrząc na aparat fotograficzny, stwierdziła już teraz z przekonaniem Julia. – Przypominam sobie, że widziałam go wiele razy. Zdaje się, że to taki nasz lokalny kronikarz kryminalny, nazwiskiem Skrętkowski. Imienia nie pamiętam. Facet zawsze pojawia się na miejscach różnych wypadków dużo szybciej niż my ze strażakami. Wszędzie w mieście musi mieć widać swoje wtyczki, cwaniak. A potem dopisują na zdjęciach do tych artykułów „TYLKO U NAS!” – ostatnie słowa Julia wypowiedziała grubszym głosem, z teatralnym zamaszystym gestem przesuwając rękę z rozłożonymi palcami od lewej do prawej, jakby wskazywała i czytała wiszący przed nią ogromny baner.

- Coś mi się zatem zdaje, Julia, że po ostatnich wydarzeniach Bolek musiał awansować na lokalnego celebrytę – rzekł Waldek. – Nasz pan paparazzi, którego sądząc po możliwych uszkodzeniach, trzeba będzie pilnie odstawić na chirurgię, po prostu chciał sobie tutaj tylko troszkę powęszyć i zebrać materiały do kolejnego sensacyjnego artykułu. W sumie to mieliśmy szczęście, Jula, że to nie ten wasz Jacenko. Mimo wszystko, trzeba będzie poprosić, aby załatwili Bolkowi, jako świadkowi, całodobową ochronę. Ten bandyta wciąż gdzieś tu przecież może się kręcić.

- Lecę sprawdzić, co u wujka, Waldek. A potem poszukam Oli. Trudna misja mnie czeka. Muszę powiedzieć jej o tym wszystkim. Żeby na siebie uważała – oznajmiła Julia podnosząc się i wyprostowując. – Po drodze powiadomię jakiegoś lekarza, żeby przysłali nosze po delikwenta. A ty na wszelki wypadek miej go cały czas na oku, żeby ci pismak się gdzieś nie ulotnił… – Julia ponownie popatrzyła na skrzynkę. – Wydaje mi się, że dla dobra waszego śledztwa powinniście przejrzeć też jego aparat i zadbać o to, aby na razie nie publikował żadnych szczegółów, o których mógł się dowiedzieć, szpiegując tutaj w szpitalu.

– Dzięki za wskazówki, agencie Julio. Na pewno tak zrobię – Waldek wyszedł na korytarz i zabezpieczył służbową broń, po czym włożył ją pod marynarkę, zapewne umieszczając pistolet w niewidocznej dla postronnych osób kaburze. Jednocześnie wyjął telefon i zaczął wybierać numer. – Rzeczywiście muszę go pilnować, bo jeszcze wariat gotowy wskoczyć gdzieś do zsypu na śmieci, albo zniknąć w jakiejś kratce wentylacyjnej. – Waldek przyłożył słuchawkę do ucha. – Dzwonię do prokuratora. Jak mu o tym opowiem, na pewno pęknie ze śmiechu.

Po drugiej stronie ktoś odebrał i musiał powiedzieć coś, co sprawiło, że Waldek niemal natychmiast odłożył telefon i rzucając krótkie „Prokurator właśnie tutaj idzie” popatrzył w kierunku, skąd rozpoczął się ich krótki pościg za pomysłowym dziennikarzem. Julia również obejrzała się w tą samą stronę. Zobaczyła zbliżającego się do nich prokuratora Pietrzaka. Szedł jednak jakoś tak powoli i dziwnie, jakby wiały silne wiatry boczne. Co jest, zdziwiła się Julia? Jego też wykończył ten sprint po schodach? No bo chyba nie zdążył w tak krótkim czasie odwiedzić baru? W szpitalach raczej alkoholu nie oferują.

- Zbyszek? – już z daleka wesoło zagadnął prokuratora Waldek - Złapaliśmy go, wyobraź sobie, że to jakiś dziennikarz z...

Waldek zamilkł równie szybko, jak próbował zacząć swoją relację, kiedy tylko zobaczył całą postać dopiero co poznanego w południe tego dnia kolegi. Począwszy od sporej plamy w górnej części jego lewego ramienia, pośrodku której widniał ciemniejszy, niewielki otwór, po marynarce prokuratora spływała krew. Jej krople koniecznie próbowały za idącym utworzyć na posadzce jakiś napis za pomocą alfabetu Morse’a. Być może nawet było to S.O.S.

Ranny prokurator Pietrzak stanął przed nimi i zaczął się osuwać. Waldek z Julią rzucili się do przodu, chwytając go z obu stron pod ramiona. Podtrzymując go, przeszli z nim dwa metry i delikatnie pomogli mu usiąść plecami przy ścianie. Ten, nadal całkiem przytomny, choć na pewno zszokowany tym, co go musiało przed chwilą spotkać, krótkimi zdaniami relacjonował:

- On miał pistolet…

- Ale nie słyszeliśmy strzału – całkiem niepotrzebnie wtrąciła Julia. Waldek przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie.

- Z tłumikiem… Tam na górze… Odwrócił się i po prostu do mnie wypalił… Kiedy upadłem mierzył jeszcze przez chwilę w środek mojego czoła, ale nie zabił mnie… Potem uciekł, drań jeden… Z powrotem po schodach na dół… Dzwoń Waldek po Kamińskiego, niech ściągają tu wszystkich… I cały sprzęt… – prokurator zamknął oczy, ale nadal regularnie oddychał. Może chciał tylko na chwilę się zdrzemnąć i potem po prostu obudzić się, zostawiając za sobą ten koszmarny sen.

Waldek wstał tak wściekły, że niemal się w środku gotował, rzucając stek nienadających się do zacytowania przekleństw. Wyszarpnął ponownie telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki, aż dało się słyszeć dźwięk rozdzieranego materiału i pękających nici.

- Myślałem dotąd, że to będzie bułka z masłem, piiip. A teraz to już trzeba wszystkich postawić na nogi – wyszukał na liście kontaktów numer do swojej centrali i nacisnął zieloną słuchawkę. – Lepiej od jutra korzystaj z komunikacji publicznej, Julia, bo będziecie mieli problem z korkami w mieście. Na jutro ściągam tutaj pół Warszawy.


W jaki sposób prokurator Pietrzak został postrzelony? Czy pół Warszawy w całym Bolesławcu pomoże? Jakie zamiary ma Jacenko wobec Żakliny? Czy uda jej się samej wydostać z bagażnika? Natomiast czy drugi dziennikarz dojdzie do siebie i odpowie na kilka pytań, popychając śledztwo do przodu? A przecież jeszcze jest kwestia bezpieczeństwa Oli... Czy ktokolwiek może czuć się bezpiecznie?

Cieszymy się, że razem z nami tworzycie, czytacie i emocjonujecie się historią. Bolecnauta (czy może, jak sugerujecie, Bolecnautka) M. ciągle oczarowuje nas swoją pełną emocji historią i doprowadza do szybszego bicia serca. Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów? Kogo lubicie najmniej, a kogo najbardziej?

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 > >>

~Granatowe Przymiotno   23 lutego 2021r. o 23:38

~Granatowe Przymiotno

Postów:

c.d. z powodu sugestii, dzisiaj nieco zaskakujących reminiscencji z przeszłości Dymitra
-----------------------------------------------
Dymitr zignorował podniesiony szlaban przy wjeździe na teren szpitala, tak samo jak nie przejął się umieszczonym tuż obok, na niedużej białej tablicy, komunikatem o konieczności uiszczenia opłaty za wjazd. Nie planował tutaj zbyt długo zabawić, więc nie zaprzątał sobie głowy takimi drobnostkami, jak zakup biletu parkingowego. Specjalne oprogramowanie wskazujące pozycję lokalizatora, wgrane tym razem do smartfona, leżącego obecnie na przednim siedzeniu pasażera, pokazywało, że do żółtego volkswagena jest już bardzo blisko.

Niezbyt na razie kłopotliwa i nie czyniąca żadnego hałasu, zawartość bagażnika, mimo swego udziwnionego wyglądu, całkiem apetyczna i żywa, choć chwilowo uśpiona, musiała widocznie nadal spokojnie sobie drzemać. Po zaciągnięciu oparów silnej substancji usypiającej ze szmaty powinna jeszcze z jakąś godzinkę zalegać nieruchomo jak warzywko. Stary, poczciwy chloroform. A jaki tani! Na szczęście dla niektórych, nie wszystkie metody, którymi Dymitr posługiwał się na co dzień w swojej pracy były krwiste i niosły za sobą ofiary śmiertelne oraz inne, niewyobrażalne koszty. Czasem trzeba załatwić coś po cichu i bez zwracania na siebie uwagi, za pomocą minimalnych, acz skutecznych i wypróbowanych środków.

Przejechał powoli pod pasażem łączącym starą i nową część budynku szpitala i zaczął się rozglądać. Samochód w kanarkowym kolorze będzie łatwo wypatrzeć, pomyślał i skręcił najpierw w lewo, aby zacząć objazd pomiędzy kilkoma mniejszymi budynkami, wchodzącymi w skład tego zdrowotnego kompleksu. W tej plątaninie dróg wewnętrznych nie widziało się zbyt wielu lekarzy w kitlach. Raczej byli to albo pacjenci, albo odwiedzający, a może też klienci apteki, którą zauważył w jednym z niskich, piętrowych pawilonów. Za to samochodów parkowało tutaj chyba więcej niż przed stadionem podczas meczu pierwszoligowego. Większość z nich wyglądała jakby wyjechały prosto z salonów.

Po jakiejś minucie powolnej jazdy wreszcie zauważył małe, żółte polo. Stało w tej części chaotycznie zaprojektowanej przestrzeni parkingowej, na którą należało wjechać nieco pod górę. Rozglądając się, jakby szukał miejsca dla zaparkowania swojego auta, podjechał do volkswagena i stanął bardzo blisko, tuż tuż za nim, blokując całkowicie możliwość jego wyjazdu. Gdyby właścicielka samochodu właśnie teraz zamierzała nim odjechać, musiałaby najpierw delikatnie zapukać mu w okienko i uprzejmie poprosić, aby ruszył swoje „samolubne, bezmyślne dupsko” i pozwolił jej wyjechać, zanim wezwie policję. A może byłaby dużo mniej grzeczna.

Dymitr nie wyłączył silnika, pociągnął za klamkę i rozglądając się dokoła wysiadł, pozostawiwszy drzwi szeroko otwarte. Nie zauważył nikogo w pobliżu, więc wszedł pomiędzy swoje auto a zaparkowanego żółtka. Szybko schylił się, ukląkł i zajrzał pod tylny zderzak volkswagena. Lokalizator tkwił dokładnie tam, gdzie go umieścił, a jego czerwone światełko cały czas powoli pulsowało. Chwycił urządzenie i pociągnięciem połączonym z przesunięciem odczepił silny magnes od blachy podwozia. Jeszcze zanim wstał i schował urządzenie do kieszeni płaszcza, przesunął włącznik z pozycji ON w OFF. Wiedział, że w tym momencie czerwona kropka zniknęła z mapy obrazującej położenie lokalizatora i już nikt się teraz nie dowie, dokąd pojedzie polo należące do młodej lisicy. Jemu to niczego już nie skomplikuje, bo właśnie teraz postanowił skorzystać z okazji i nieco zmodyfikować swoje plany.

Przed zajęciem na powrót miejsca w swoim aucie, przysłuchał się jeszcze na wszelki wypadek, czy aby z jego bagażnika nie dochodzą żadne niepokojące dźwięki. Cisza, nic się nie dzieje. Usiadł więc zadowolony za kierownicą, powoli ruszył, lecz zamiast pojechać najkrótszą i najszybszą z możliwych tras, wybrał dokładnie tą samą drogę, którą wcześniej klucząc dotarł tutaj. Musiał zaparkować gdzieś na uboczu, bo wiedział, że to, co miał zamiar teraz zrobić, może mu zabrać dłuższą chwilę. Może nie całą wieczność, ale nawet krótki spacer po nieznanych mu korytarzach szpitala bez znajomości topografii jego pomieszczeń, z pewnością zajmie coś koło kwadransa. Raczej nie więcej. Schody, korytarz, drzwi, krótkie pytanie, strzał i powrót. Oby obyło się tym razem bez komplikacji i jakiegoś miotania defibrylatorami czy respiratorami. Kto wie, co ten postrzelony wariat może jeszcze wymyślić, jeżeli jest już w pełni przytomny.

Po ujechaniu kilkudziesięciu metrów skręcił za róg jednego z budynków i wypatrzył odpowiednie, wolne miejsce, akurat pod rozłożystym drzewem. Przynajmniej auto się nie nagrzeje i może nie ugotuje mi się ta dziewucha na kolację, pomyślał. A jak się upraży w tej blaszanej puszce, to też nic takiego się nie stanie. Chciał sobie co prawda jeszcze z nią towarzysko między innymi porozmawiać, ale aż tak mu na tej konwersacji nie zależało, aby miał tego żałować.

Dymitr wysiadł, rozejrzał się uważnie i włożył rękę pod płaszcz. Tam, w budynku, może nie być czasu na odpowiednie przygotowania. Wyjął zatem z podwójnej kabury pistolet i tłumik, po czym skręcił dwa elementy śmiercionośnej broni i wcisnął zestaw gotowy do użycia za pasek spodni blisko lewego biodra. Rękojeść pistoletu wystawała wyraźnie ponad pasek, ale teraz nie dbał o to, czy ktoś to dostrzeże i czy domyśli się, do czego może ten przedmiot służyć.

Ruszył szybkim, zdecydowanym krokiem. Kiedy do wejścia na klatkę schodową od strony dziedzińca miał jeszcze dosłownie ze trzy metry, w szybie wiatrołapu zobaczył odbicie zabawnej sceny za jego plecami. Odwrócił się w samą porę, aby na wzniesieniu z parkingiem zobaczyć, jak jakiś, można by powiedzieć, mikrus w garniturze, goniąc co najmniej jakby biegł do żony na porodówkę, musiał się chyba potknąć o jakąś wystającą, nierówną betonową płytę, bo tuż przy żółtej polówce się wywrócił! A, zaraz. Nie. On się nie wywalił. On się celowo położył. Co jest? Po co on tam szpera? Może mu drobne z portfela wypadły?

Zdziwiony Dymitr zobaczył, jak elegancik, praktycznie leżąc już na plecach i nie bacząc na możliwość ufajdania marynarki, zagląda uważnie pod spód volkswagena! O cholera, on ewidentnie szuka tego lokalizatora, domyślił się wreszcie Dymitr. Nie trzeba było długo myśleć, kto to może być. Tylko skąd on wiedział o tym nadajniku? Wreszcie zaczął kojarzyć fakty. Z dwóch lokalizatorów jeden już na pewno wpadł w ręce śledczych po obszukaniu tego mercedesa sprzed garażu. Skoro jakoś dokopali się do jego zdjęć na rynku, pogrzebali w Internecie i wiedzą także, że kupił dwa takie urządzenia i dokupił do nich dwie karty SIM. A więc teraz zapewne szukają tego drugiego nadajnika. Ten niepozorny facet to na pewno musi być gliniarz! Ale czemu jest tu tylko on jeden? Przecież zwykle chodzą parami. I skąd on się tu w ogóle wziął? Przyszedł na piechotę?

Kurczę, zdążyłem w ostatniej chwili zdjąć tę pluskwę, odetchnął z ulgą Dymitr i nie zauważony przez policjanta podszedł wreszcie do automatycznych drzwi. Kiedy skrzydła się rozsunęły, szybko zniknął we wnętrzu budynku, aby nie wzbudzać niczyjego niezdrowego zainteresowania swoją nietypową garderobą. Trzeba być wyjątkowo czujnym, mówił sam do siebie w myślach, choć póki co, nie miał jeszcze powodów wątpić w powodzenie swojej karkołomnej misji. Chociaż z drugiej strony, jeśli jest tu jeden glina, to mogą być i następni, domyślił się i wyjął zza paska spodni gotowy do strzału pistolet z tłumikiem. Tak na wszelki wypadek. Lepiej się nie szarpać ze spodniami, kiedy ktoś do niego będzie celował pierwszy. Jeszcze w nerwach sobie przypadkiem coś odstrzeli.

Skacząc po dwa-trzy stopnie naraz, szybko znalazł się przed drzwiami, nad którymi napis wielkimi literami informował, że gdzieś tam za nimi znajduje się oddział intensywnej opieki medycznej. Dobra, teraz trzeba dokończyć przynajmniej jedną robotę i naprawić, to co spartaczyłem niecałe cztery doby wcześniej u tego wariata komandosa w jego garażu, pomyślał. Obiecał sobie, że tym razem faceta odstrzeli bez niepotrzebnych rozterek, chyba, że od razu po pierwszym pytaniu gość wymięknie i za cenę uratowania swojego tyłka powie, co zrobili z tym zielonym kamieniem. Obiecywać można zawsze i wszystko, byle tylko osiągnąć cel. Byle tylko zawartość skrzynki, na którą czekał Albert z wypłatą, znalazła się wreszcie w jego posiadaniu.

Odblokował kciukiem bezpiecznik trzymanej blisko ciała broni i właśnie miał wolną lewą ręką otworzyć przeszklone drzwi, kiedy zamarł w bezruchu na dźwięk głosu, który doszedł do niego z lewej strony.

- Pan do kogo? To zamknięty oddział i tylko najbliższej rodzinie wolno tam wchodzić za zgodą lekarza.

Od strony schodów nie doszedł go wcześniej dźwięk kroków, chociaż tajemnicza postać mogła mieć na stopach na przykład miękkie obuwie. Nie usłyszał przecież także, jak chwilę wcześniej wchodziła po tych schodach. Ciekawe, czy zauważyła broń, czy nie? Chyba nie, bo ani nie uciekła, ani nie wpadła w panikę. Na wszelki wypadek jednak przycisnął prawą rękę z pistoletem mocniej do ciała. Młoda osoba, której głos skojarzył mu się natychmiast z głosem Marleny Dietrich w „Sag mir wo die Blumen sind”, musiała zwyczajnie przystanąć na jego widok i nie podeszła bliżej, jakby wyczuła, że coś tu może być nie tak.

Głos był kobiecy, młody, dźwięczny i dość niski. Głęboki, pełny i nieco szemrzący w niskich tonach. Szalenie seksowny, przeszywający uszy, serce, a nawet trzewia. Dymitr nigdy wcześniej nie doznał takiego odczucia słysząc czyjkolwiek głos. Nawet nie przypuszczał dotąd, że można komuś sponiewierać jego wewnętrzne organy, nie licząc kołatających się tamże uczuć, samą tylko barwą głosu.

Bał się jednak odwrócić głowę i spojrzeć w stronę schodów prowadzących w dół klatki schodowej. Bał się rozczarowania, jakiego czasem się doznaje przy spotkaniu na żywo z osobą, którą słyszało się dotąd jedynie przez telefon i widziało jedynie w wyobraźni albo wyłącznie na podretuszowanych zdjęciach. Obawiał się, że kiedy spojrzy w tamtą stronę, to ta magiczna scena się odczaruje i kobieta okaże się unoszącą się wewnątrz moczarowej mgły zjawą, a ten cudny głos zmieni się w jakiś skrzek albo charczenie.

Powoli zaczął obracać głowę w lewo. Nagle stało się z nim coś dziwnego, jakby doznał dejà vu albo wsiadł do wehikułu czasu i uruchomił go odpowiednią wajchą.

***

Gorące czerwcowe lato 1983 roku.

Zakola wijącej się rzeki Czeremosz tworzyły w swoim biegu przez tereny na skraju Huculszczyzny, gdzie mieszkał od dzieciństwa, bardziej kamieniste niż piaszczyste łachy. Kiedy kończyła się wiosna w wielu miejscach bez problemu można było przejść na drugą stronę rzeki brodząc w jej nurcie co najwyżej po kolana. Latem na te kamieniste wyspy wchodzili poszukujący miejsca na popołudniowy odpoczynek, okoliczni mieszkańcy, głównie młodzi ludzie, którym palące słońce i żar od nagrzanych kamieni jeszcze tak nie szkodził, jak starszym. Letnicy rozkładali koce i leżaki, wyciągali kanapki i napoje i korzystali z chwil, kiedy mogli zapomnieć o dokuczliwej rzeczywistości i problemach nękających mieszkańców Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Dymitr, a właściwie jeszcze wtedy Danił, siedział z Natalią na balustradzie obłażącego z farby betonowo-stalowego szarego mostu, jedynego połączenia Wyżnicy z sąsiednimi Kutami, gdzie obydwoje mieszkali. Nogi mieli opuszczone po zewnętrznej stronie barierki, ignorując grożące im niebezpieczeństwo. Upadek z tej wysokości mógłby skończyć się dla człowieka tragicznie, ale wtedy tak się tym nie przejmowali. Młodym gniewnym i tym normalnym zresztą też, zawsze wydaje się, że są o dwa kroki od nieśmiertelności i że nad wszystkim są w stanie zapanować, a nad grawitacją to już na pewno.

Natalia była koleżanką Daniła z równoległej klasy liceum w Wyżnicy, miasta po drugiej stronie rzeki, będącego swojego rodzaju bramą do Bukowiny, krainy tak bardzo podobnej do polskich Bieszczadów. Danił był w Natalii na zabój zakochany, ale nikomu jeszcze o tym nie powiedział. Nawet jej samej. Ona z kolei traktowała go raczej jak kumpla, korepetytora i powiernika niektórych z jej babskich tajemnic.

Od czasu do czasu, po szkole, tu i ówdzie trochę się razem poszwendali, a potem Danił odprowadzał ją do domu i tam pomagał w matematyce i fizyce na prośbę jego matki, która znała się z kolei z jej matką. Mama Natalii zauważyła, że jej córka kuleje w szkole z kilku ważnych przedmiotów i pewnego dnia zapytała Daniła, czy nie pomógłby jej córce. Danił nie potrafił i nie chciał odmówić, a nawet ucieszył się na tę okazję, by móc się nieco zbliżyć do dziewczyny, w której się od długiego czasu poważnie zadurzył.

Ich ojcowie też się znali, ale głównie z wspólnego przesiadywania w restoranach i ze współzawodnictwa w opróżnianiu stachanów z wódką na czas. Pili jak równy z równym i po równo. Matka Daniła potrafiła odseparować go od wybryków ojca, bo Danił był jedynakiem. Chroniła go jak mogła przed ojcem. Jak dotąd skutecznie. Danił nie pamiętał, aby tata, przynoszony nierzadko przez kolegów i stawiany albo kładziony pod drzwiami, kiedykolwiek podniósł na niego rękę. W rzadkich momentach trzeźwości jego ojciec wychodził z domu i szedł nad rzekę z wędką, nie wiadomo po co, bo żadnych ryb nigdy do domu nie przynosił. Widocznie się wstydził na trzeźwo stanąć z dorastającym synem twarzą w twarz, a gdzieś się podziać przecież musiał poza domem.

Matka Natalii, mając oprócz niej jeszcze czwórkę innych, młodszych pociech, nie dawała sobie właściwie z niczym rady. Ani z nauką swoich dzieci, ani z pijaństwem męża. Nie miała siły na walkę o zapewnienie im właściwej opieki. Za to dawała sobie radę z zakupami leków w aptece. Bardzo często po zatruciu lekami lądowała potem w szpitalu, przechodząc kolejne, coraz częstsze załamania nerwowe. Danił dziwił się, że dotąd Natalia i jej rodzeństwo nie zostali takim rodzicom odebrani przez opiekę społeczną.

Tego dnia po szkole usiedli, ot tak sobie, bez konkretnego celu z Natalią na tym długim moście i trochę znudzeni, obserwowali dorosłych opalających się poniżej i ich dzieci, chlapiące się zimną wodą nabieraną wiaderkami i foremkami z leniwie płynącej rzeki. Chybocząc się nieco, machali od niechcenia nogami, rozglądali się dokoła i podziwiali widoki łagodnych, zielonych wzgórz otaczających miasto. Okolica była piękna, o każdej porze roku bez wyjątku.

- Skoczyłbyś? – zapytała w pewnym momencie po ukraińsku Natalia, spoglądając pionowo w dół i oceniając wysokość od nich do powierzchni wody. Rosyjskiego uczyli się w szkole, ale w domach i na ulicy rozmawiano po ukraińsku z wyraźnymi wtrąceniami gwary huculskiej, ciekawej mieszanki rusko-wołosko-polskiej.

Przesunęła się do przodu, przytrzymując się rękoma barierki i schyliła głowę. Jej długie, ciemne, proste i rozpuszczone włosy zawisły luźno i zaczęły falować w podmuchach lekkiego, ciepłego wiatru. Z zasłoniętą tak włosami twarzą wyglądała trochę jak upiorna, potępiona zjawa, snująca się po zamglonych mokradłach w jakiejś zapomnianej, opuszczonej przez Boga, wyklętej krainie umarłych.

Danił, bardziej niż kaskadą jej pięknych włosów, zainteresował się wąskim fragmentem dolnej części jej pleców, który odsłonił się pomiędzy jej koszulką, a krótką spódniczką. Kiedy Natalia wychyliła się jeszcze mocniej do przodu, w powstałej w ten sposób szparze zauważył jej kremową bieliznę. Przełknął ślinę i się zaczerwienił, ale nie mógł oderwać wzroku od tego kuszącego miejsca i zatrzymać pracujących trybów chłopięcej, nastoletniej wyobraźni.

- Ale tylko, żeby ciebie uratować, gdybyś wpadła do głębokiej rzeki – odpowiedział w tym samym języku, sugerując w ten sposób, że darzy ją czymś więcej niż tylko przyjaźnią i że w razie potrzeby roztoczy nad nią opiekę, zachowując się jak prawdziwy radziecki bohater, których z obowiązkowych lektur znali już na pęczki.

Natalia podniosła głowę, cofnęła się i wyprostowała. Trzepnęła głową, aby twarz wydostała się jej spomiędzy włosów. Danił zobaczył jej niebieskie oczy, naturalnie wydatne usta, odznaczające się kości policzkowe i lekko perkaty nos. Była piękna. Żałował, że nie podarowała mu dotąd żadnego zdjęcia. Mógłby patrzeć w nieskończoność na jej stworzoną z pieczołowitością przez naturę twarz. Natalia nigdy się nie malowała. Nie potrzebowała. I tak niewiele by jej to dodało urody, a wśród dorosłych od razu każdy mocniejszy makijaż zostałby uznany za przejaw próżności, a może nawet wyuzdania.

- Naprawdę? A gdybyś skoczył i sam zginął? – Natalia teraz odchyliła głowę mocniej do tyłu, wypinając nieco pierś do przodu.

W tym momencie jeszcze więcej kosmyków włosów odpłynęło przez policzki i uszy na tył jej głowy, a jego wzrok prześlizgnął się na kwiecisty wzór nadrukowany na przedniej części jej jasnozielonej koszulki. Wydawała się tego nie zauważyć. Przekręciła już całkiem odsłoniętą buzię w jego stronę i popatrzyła mu prosto w oczy, niemal wwiercając się swoim wzrokiem w jego głowę i serce, jakby chciała dojrzeć, co tkwi tam wewnątrz tego chłopaka, który tak chętnie jej pomaga i tak często ją odprowadza do domu. Danił zastanawiał się, czy aby właśnie nie zaczął krwawić na klatce piersiowej. Serce biło mu tak mocno, że bał się czy jego żebra i łączący je mostek to wytrzymają, czy może niezbędna będzie jakaś ratująca życie interwencja chirurgiczna na oddziale kardiologii dla zakochanej młodzieży.

- A jaka byłaby wtedy dla ciebie różnica? – Daniłowi bardzo podobało się, że wreszcie patrzyła w jego oczy, a nie, jak dotąd, tylko na niego. I że zadała mu takie pytanie, które pozwoli mu wyjawić, co do niej czuje. A może po prostu sama zauważy w jego oczach wreszcie to, co chciał jej od dawna przekazać?

- A myślisz, że jest mi to obojętne, z kim chciałabym umrzeć? Żyć tu nie ma jak i gdzie…

- Co ty mówisz, Natasza? – zaniepokoił się jej nastrojem Danił. Jego mama słyszała od mamy Natalii, że u nich w domu nie układa się najlepiej. Mama mówiła nawet, że dużo, dużo gorzej niż u niego w domu. Podobno ojciec Natalii często bił swoje dzieci. I ich matkę podobno też. Danił zaczął się zastanawiać, czy nie dzieje się w domu Natalii aby coś jeszcze gorszego. Postanowił delikatnie zapytać o to wprost. – Czy twój ojciec cię skrzywdził, Natasza?

U Natalii jakby ktoś odkręcił kurek z łzami. Zaczęła głośno łkać i nie mogła nad tym zapanować. Z kamienistej plaży na dole spojrzeli na nich ludzie. Danił chciał sięgnąć jedną ręką do kieszeni spodenek z krótkimi nogawkami, ale w pozycji siedzącej, trzymając się balustrady, nie dałby rady jej wyjąć. Mama zawsze wkładała mu do spodni, a nawet letnich spodenek, uprasowaną i złożoną na cztery bawełnianą chusteczkę do nosa. On zwykle protestował, ale mama mówiła, że przyda się na wszelki wypadek, nawet nie będzie wiedział kiedy. I co się okazało? Mama ma zawsze rację. Chusteczka miała przydać się właśnie teraz.

Danił przełożył nogi przez balustradę na stronę mostu i zeskoczył na beton. Dopiero na wyprostowanych nogach był w stanie włożyć palce do kieszeni i dobyć przydatnego w przeróżnych, mniej lub bardziej nagłych sytuacjach, skrawka materiału. Wyjął chusteczkę i podał ją Natalii.

- Weź, Natalia. Wytrzyj oczy. I chodźmy już stąd. Musimy jeszcze przerobić te zadania o prawdopodobieństwie.

Natalia jedną ręką chwyciła chusteczkę, ale nie otarła nią łez, tylko trzymając ją przed sobą wpatrywała się w nią nieruchomo, wypowiadając dwa słowa:

- Czysta chusteczka…

- No, czysta! Mama mi dała. Jeszcze w ogóle nie zasmarkana! – zażartował Danił, chcąc ją troszkę rozśmieszyć i odwrócił się w kierunku miasta. Schylając się i chwytając oba ich tornistry, rzucił jeszcze za siebie. – Dawaj, Natasza, znikamy stąd!

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Nie usłyszał żadnego innego dźwięku oprócz głuchego uderzenia, któremu towarzyszył ledwo słyszalny trzask. Nie był to żaden dźwięk wskazujący, że mogło stać się coś aż tak strasznego jak się stało, ale zapamiętał go na całe życie. Zabrzmiał, jak ciężki worek z kartoflami rzucony prosto na naręcze chrustu. Danił skamieniał, jakby dopiero co spojrzał w oczy Meduzie, chociaż bez namysłu powinien rzucić się do miejsca, w którym kilka sekund wcześniej siedział razem z ukochaną Natalią, aby sprawdzić, co się stało. Ale on wiedział już, co się stało. Czuł to. Każdy by wiedział, że upadek z tej wysokości na kamienie musi się zakończyć tragicznie. Czy zrobiła to, bo chciała, czy może tylko przypadkiem się potknęła?

Nie pamiętał zbyt wiele z późniejszych wydarzeń. Chyba najbardziej to, że bez ustanku powtarzał „Dlaczego, Natasza?”. Później, w szpitalu, odpowiednio silne zastrzyki zdołały go wyrwać z tej katatonii. Ale od tamtej pory przeżyta trauma nie pozwoliła mu już uczuciowo zaangażować się w jakikolwiek trwały związek z żadną inną kobietą. Przez to, potem w wojsku, przez długi czas podejrzewano, że Danił po prostu bardziej lubi mężczyzn, niż kobiety, co nie było zgodne z prawdą.

Ponieważ całe zajście na moście widzieli liczni świadkowie, Danił nigdy nie został oskarżony o to, że przyczynił się w jakikolwiek sposób do śmierci Natalii. Kiedy kilka miesięcy później doszedł do siebie, zaczął się zastanawiać, czy zeszłaby z tego mostu normalnie, gdyby nie zachował się wtedy, jak przystało na mężczyznę i dżentelmena i nie podał jej swojej czystej chusteczki. Na wszelki wypadek od tamtej pory przestał je nosić przy sobie i przestał wyświadczać przysługi kobietom.

Całe późniejsze życie wstydził się tego, że mimo złożonej obietnicy, nie rzucił się za Natalią, by ją uratować. Albo przynajmniej razem z nią zginąć.

W rocznicę jej śmierci, późnym wieczorem, ojciec Natalii, wracając w normalnym dla niego stanie głębokiej nietrzeźwości z restauracji do domu, spadł z tego samego mostu na te same kamienie, łamiąc sobie kręgosłup i stając się tym samym pierwszą śmiertelną ofiarą Daniła. Wszyscy wtedy pomyśleli, że zamroczony ojciec Natalii z powodu dręczących go wyrzutów sumienia, po prostu nie wytrzymał i popełnił samobójstwo, rzucając się z mostu dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zginęła jego córka. Niektórzy nawet poszli dużo dalej i głośno podziwiali go za jego bezgraniczną miłość do własnego dziecka, która pchnęła go do tego desperackiego kroku.

O tę zbrodnię i o wiele następnych Dymitr nie został dotąd oskarżony. Nigdy i nigdzie.

***

Dymitr przekręcił wreszcie do końca głowę, patrząc na osobę o cudownym głosie Marleny Dietrich, która chciała od niego uzyskać prostą informację: czy jest bliskim krewnym kogoś za tymi drzwiami. Na widok dziewczyny, która przytrzymując się poręczy przystanęła na ostatnim ze stopni, jakieś trzy metry od niego, poczuł pulsujące tętnienie arterii w skroniach. Znał ją, lecz dotąd widział ją tylko z daleka, więc nie mógł się spodziewać tego, co zobaczył.

Dlaczego ona musiała być taka podobna do Natalii?

Nie wiedział, skąd i jak, ale coś mu się w głowie musiało poważnie poprzestawiać. Pytanie, które zadał, samo mu się z ust wydostało, całkowicie bez jego woli. Zupełnie jakby ktoś wszedł w jego ciało i przejął nad nim kontrolę, tak jak to stało się w filmie „Uwierz w ducha”. Tylko kto to był?

- Czy twój ojciec cię skrzywdził, Natasza? Nie bój się. Ja cię przed nim obronię…

I pokazał przerażonej Oli trzymany w ręku pistolet, ledwo uśmiechając się kącikami ust. Jakże się zdziwił, kiedy niewdzięczna Natasza ruszyła do przodu z wyraźnym zamiarem odebrania mu pistoletu i powstrzymania go przed realizacją jego zamiaru.
----------------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.

P.S.
Czy historia ta będzie w stanie poruszyć Czytelników?
A może w kimś odezwie się syndrom sztokholmski?
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Niebieskawozielony Klon   24 lutego 2021r. o 4:56

~Niebieskawozielony Klon

Postów:

Krewnym nie jest. Pani z ubezpieczalni zmieniła branże ? Haha
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Niebieskawozielony Klon   24 lutego 2021r. o 8:18

~Niebieskawozielony Klon

Postów:

A kom była dziewczyna towarzysząca ?
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Niebieskawozielony Klon   24 lutego 2021r. o 8:21

~Niebieskawozielony Klon

Postów:

Widziałem ta dziewczynę w dino w ubezpieczalni i u sąsiada najczęściej zostaje wzywany patrol
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Żółtoruda Szydlica   24 lutego 2021r. o 8:59

~Żółtoruda Szydlica

Postów:

Podobna do tej natali której mama poZnala nowego faceta z BMW ?
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Żółtoruda Szydlica   24 lutego 2021r. o 9:02

~Żółtoruda Szydlica

Postów:

I ten Związek który pani b się nie podobał? Troche wersja Maćka N.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Zielonoszara Liatra   24 lutego 2021r. o 9:54

~Zielonoszara Liatra

Postów:

Są tacy, którzy powinni odstawić leki i inne podobne świństwa.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Platynowa Lantana   24 lutego 2021r. o 10:52

~Platynowa Lantana

Postów:

Ale są macki i inni to co innego
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 > >>

Noclegi KlekusiowoKlekusiowoDomoExprtWeterynarz
Inne informacje z regionu