ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4733, 19 października 2020r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


30 września 2020r. godz. 15:30, odsłon: 567, Bolec.Info
Kolejna część bolesławieckiej powieści w odcinkach.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dziesiąty Rewolwer (fot. Pixabay)

Jest już dziesiąta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Ósma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewiąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Cieszymy się, że tak chętnie bierzecie udział w zabawie. Jak zwykle serdeczne pozdrowienia kierujemy do tajemniczego pana M. Na Waszą prośbę odcinki będą pojawiać się teraz dwa razy w tygodniu. Tymczasem w dzisiejszej części ciągle przyglądamy się sytuacji w garażu Bolesława i przeczytamy o mrożącej krew w żyłach walce. Zapraszamy do czytania:


O, jasna cholera! Przecież to miał być nóż!

Zastygły w zaskoczeniu Bolesław mógł tylko na razie obserwować, jak bandyta również podnosi się i staje na nogi z wyjętym z kabury umieszczonej na łydce pod nogawką, wycelowanym w niego rewolwerem Smith & Wesson 637 kaliber 0.38 Special. Bolesław znał ten model, ale nigdy dotąd nie miał okazji z niego korzystać, bo ten mały ważący zaledwie ćwierć kilograma "kieszonkowiec", nie miał praktycznie żadnego wojskowego zastosowania.

Z powodu swoich niewielkich rozmiarów i wagi był jednak idealny dla cywilów do samoobrony i bardzo skuteczny na bliskie odległości, dlatego znajdował dość często miejsce w torebkach kobiet, które bały się same wracać do domu wieczorem i to pustymi ulicami. Każdy napastnik, który zobaczył tę wyciąganą z damskiej torebki sześciostrzałową szminkę z gustownym obrotowym bębenkiem, natychmiast porzucał myśl o dalszym zaprzątaniu uwagi kobiety swą skromną osobą, po czym porzucał też zajmowaną w danym momencie pozycję i oddalał się z niej bezzwłocznie, licząc, że niedoszła ofiara nie choruje na Parkinsona, nadpobudliwość czy inną chorobę wywołującą drżenie rąk i palców.

Bolesław, jak najbardziej świadomy skutków choćby i przypadkowego pociągnięcia za spust podczas nieopatrznego kichnięcia, czy rozprężenia zebranych gazów jelitowych u włamywacza, absolutnie wykluczał też wykonanie jakiegokolwiek nagłego ruchu, czy wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku, który mógłby wytrącić bandytę z równowagi. Wyraził jednocześnie w duchu głęboką nadzieję, że gość nie ma alergii na składniki żywicy epoksydowej, ani nie jadł tego dnia na obiad żadnej wiatropędnej potrawy pokroju bigosu czy fasolki po bretońsku.

Stał więc nieruchomo i w skupieniu z rękami podniesionymi do góry, wyczuwając wierzchem obu dłoni szprychy kół wiszącego za nim na ścianie roweru. Uważnie obserwując rozwój sytuacji czekał na kolejny cud, albo na jakąś inną, nieoczekiwaną okazję do odebrania broni włamywaczowi. Bolesław nie planował na razie odwoływania się do jego zapewne głęboko skrywanego poczucia litości dla bezbronnego przeciwnika albo choćby zwykłej zawodowej solidarności z kolegą po fachu. Drugi cud tym razem długo nie nadchodził, więc w głowie Bolesława musiał szybko narodzić się jakiś inny plan na nadchodzące sekundy, które zaczęły nagle się przeciągać w minuty, a może i w wieczność.

Dziewięciomilimetrowych pocisków nie interesowało, czy cel, do którego z ogromną energią zmierzają nosi jakikolwiek mundur, posiada jakikolwiek stopień wojskowy, zwiewną spódnicę, garnitur czy czarną dyplomatkę. Jeśli tylko cel ten nie był zaopatrzony w minimum 8-milimetrowej grubości stalową blachę, pocisk kalibru 0.38 robił w nim zawsze jednakową, niemal centymetrowej średnicy dziurę wlotową o równych krawędziach. Czasami robił też drugą dziurę, wylotową, dużo większą niż pierwsza, bo wylatując po drugiej stronie celu nie był już przecież taki smukły, jak zaraz po opuszczeniu lufy.

Pocisk wystrzelony z broni o tak dużym kalibrze i tak krótkiej lufie robił praktycznie zawsze dwie dziury, jeżeli tylko odległość strzelającego od celu była tak mała, jak obecna odległość złodzieja od Bolesława. Jeżeli natomiast rozpędzony pocisk trafił po drodze na jakąś twardą kość, bywało, że już w ciele ofiary zmieniał kierunek lotu i czynił wtedy niewyobrażalne spustoszenia w narządach wewnętrznych, skutkujące bolesną i szybką śmiercią, najczęściej w szybko powiększającej się kałuży krwi. Z dwojga złego Bolesław wolałby więc jednak, aby po wystrzale w jego ciele pojawiły się dwie dziury i to najlepiej w linii prostej. Dawało to mimo wszystko większe szanse na przeżycie, jeżeli oczywiście przelatujący pocisk po drodze nie rozerwał żadnej ważnej arterii, ani nie uszkodził jakiegoś ważnego dla podtrzymania czynności życiowych organu.

Bolesław postanowił na razie nie prowokować włamywacza do sprawdzenia w praktyce teorii o dwóch dziurach. Na tyle, na ile pozwolił panujący w garażu półmrok, przyjrzał się nieproszonemu gościowi trochę uważniej. Zauważył, że twarz bandyty była z lewej strony pokryta charakterystycznymi bliznami, jakby kiedyś uległ jakiemuś poważnemu poparzeniu. Na dłoni trzymającej rewolwer, spod rękawa wystawał jakiś tatuaż, ale Bolesław nie mógł dojrzeć jego szczegółów. Po zdjęciu płaszcza facet był obecnie ubrany w zapiętą pod szyję, dopasowaną, ciemną koszulę, na której wisiały specjalne, cienkie, skórzane szelki. Do szelek z lewej strony pod pachą przypięta była charakterystyczna, podwójna, także skórzana kabura. Bolesław wiedział, że chwilę temu, zanim znalazły się połączone ze sobą na stole, tkwiły tam osobno i pistolet, i tłumik. Podwójne uzbrojenie włamywacza w pistolet i rewolwer świadczyło jednak o tym, że raczej nie będzie mógł liczyć na przyjacielski gest pojednania, wspólne opuszczenie garażu i kufelek jasnego pełnego w nieistniejącej już po sąsiedzku knajpie „Zacisze”.

Bolesław w ogóle zastanawiał się, czy to odpowiedni moment na nawiązanie jakichkolwiek stosunków z intruzem, bardziej lub mniej dyplomatycznych. Po oczach faceta zorientował się, że pokojowe rozwiązanie tej trudnej sytuacji będzie raczej niemożliwe do osiągnięcia. Musiał się zacząć liczyć z tym, że jego minuty albo i nawet sekundy są policzone. Nie był tylko pewien, czy przysłowiowe przelatywanie całego życia przed oczami powinno zacząć się już teraz, czy dopiero po otrzymaniu postrzału.

Jakkolwiek głupio mu się zrobiło, bo powinien zacząć sentymentalną, przedśmiertną podróż gdzieś od przedszkola, potem wrócić pamięcią do szkolnych lat w podstawówce w Warcie Bolesławieckiej, następnie przypomnieć sobie śmierć rodziców na przejeździe kolejowym w Iwinach i aresztowanie starszego brata, dłuższą chwilę spędzić myślami w czasach nauki z Julią w bolesławieckim liceum, odtworzyć w szczegółach historię ich cudnego, kilkuletniego związku, potem wyświetlić sobie w głowie film wojenny opisujący jego służbę pełnioną w wojsku, dawną, jak i obecną, wspomnieć smutny rok śmierci obojga opiekujących się nim aż do usamodzielnienia dziadków, a na końcu ponownie usłyszeć dzwonek zaskakującego telefonu otrzymanego przed dwoma tygodniami od Julii z prośbą o pilne, pierwsze po niemal dwudziestu siedmiu latach, spotkanie.

Zamiast tego wszystkiego pomyślał jedynie o dwóch najistotniejszych dotąd wydarzeniach w całym jego życiu. O pierwszym spojrzeniu na szczupłą, wysoką, rudowłosą dziewczynę na korytarzu, tuż przed pierwszą lekcją w dniu rozpoczęcia nauki w liceum i o dniu, kiedy przypadkiem i niespodziewanie natknęli się na siebie pewnego wieczora na całonocnej prywatce u ich wspólnego kolegi we Wrocławiu, ponad dwa lata po maturze i tyle samo czasu po wyprowadzce Julii z rodzicami z Bolesławca. Wyprowadzce sprowokowanej tamtymi dramatycznymi wypadkami czerwcowej nocy, kiedy próbowali odkryć przeznaczenie podziemnych tuneli na terenie Waldschloss. Wyprowadzce, która musiała jednocześnie oznaczać definitywny koniec ich znajomości i zarazem natychmiastowe zerwanie łączącej ich pięknej miłości.

Wróciwszy z podróży wehikułem czasu przez swoje życie, Bolesław przez moment powziął nadzieję, że skoro jednak ściany garażu nie były jeszcze upstrzone jego krwią, to być może bandyta ma wobec niego inne plany, niż w niecałe trzy sekundy zrobić z niego sito z sześcioma albo dwunastoma dziurami. Intruz zdaje się musiał mieć jakąś wewnętrzną zagwozdkę, bo w końcu, nadal celując w Bolesława, z ledwie wyczuwalnym wschodnim akcentem postanowił przedstawić jednak swoje żądanie, dla Bolesława jak najbardziej wykonalne.

- Szyfr do sejfu. – zażądał krótko i po wojskowemu. Szkoda, zawiódł się Bolesław, mógł facet coś dodać, na przykład kwestię typu „bo świtu nie dożyjesz”, dając mu okazję do wykazania w tej scenie swojego talentu krasomówczego i udzielenia jakiejś superinteligentnej, megadowcipnej odpowiedzi, po której widzowie na sali kinowej zanosiliby się ze śmiechu. Gdyby w tym filmie grała dodatkowo Julia, to za chwilę wynosiliby z kina kilkoro martwych widzów z wpisanym odręcznie zdaniem „umarł ze śmiechu” w rubryce „Przyczyna śmierci” w protokołach koronera.

– Cztery cyfry i być może wyjdziesz stąd żywy. – sprecyzował żądanie złodziej, zachęcając Bolesława na swój specyficzny sposób do dobrowolnego zdradzenia tajemniczej, jemu tylko znanej kombinacji.
A jednak się wysilił, pomyślał Bolesław i uśmiechnął się w duchu. Może jeszcze dojdzie z gościem do porozumienia. Może ten da się za chwilę zaprosić na poczęstunek pachnącą szarlotką z lodami i wtedy ukontentowany nie odwzajemni się ołowiem. Nie miał na razie jednak odwagi zaśmiać się na głos, ani tym bardziej zaprosić włamywacza do kawiarni. Nie teraz. Nie wiedział z jakiego filmu pochodzi ta kwestia, lecz postanowił zagrać aktorsko rolę osaczonego zwierzęcia udającego poddanie się przed skrytym kontratakiem.

- Jaką mam gwarancję? – Bolesław pomyślał, że może warto też grać na czas i naciągnąć bandytę na krótką pogawędkę, choćby to miała być ostatnia rozmowa dla któregokolwiek z nich.

- Dobrze wiesz, że żadnej. Możesz liczyć oczywiście na to, że nie kichnę i przypadkiem nie nacisnę spustu. A właśnie coś kręci mnie w nosie. – O, proszę, dowcip też u kolesia przedni, stwierdził Bolesław, nadajemy na tych samych falach albo oglądaliśmy te same filmy. Spróbował więc iść na wymianę ciosów, na razie słownych. Miał w tym niezłą praktykę, zdobytą podczas kilkuletniej znajomości z Julią wieki temu.

- Będzie trochę hałasu od strzału. A gwarantuję ci, że będę się też darł jak cholera, bo wiesz że nie umrę od razu. A tu echo niesie, jak czort. Połowa miasta to usłyszy i szybko zjawi się Policja. – Bolesław szedł na razie na ilość argumentów, a nie na ich jakość.

- Zanim ktokolwiek się tu pojawi, odkryję pozostałe dwie cyfry. Widziałeś, że jestem dobrze przygotowany. – bandyta rzucił szybko okiem w kierunku sejfu i upewnił się, że stetoskop nadal tam leży. Potem popatrzył Bolesławowi prosto w oczy. – Myślę jednak, że jesteś dużo bardziej rozsądny. Chodzi mi tylko o to, że nie chcę nadmiernie hałasować przed otwarciem sejfu. Jak zastrzelę cię teraz, to i tak otworzę sejf. A w razie czego, następne strzały będą niesłyszalne, bo potem wymienię broń na cichą. Jedyna różnica jest więc taka, że możesz zginąć zanim otworzę sejf, albo łudzić się, że po jego otwarciu przekonasz mnie, że warto ci darować życie. – Kurczę, z tysięcy przestępców trafił mu się taki wygadany, inteligentny włamywacz z analitycznym umysłem. Potrafi skubany przekonywająco gadać, skonstatował Bolesław. Byłby strasznie bogaty gdyby sprzedawał ubezpieczenia albo garnki na pokazach.

- No dobra, kolego. Zachowajmy spokój i rozsądek. – Bolesław postanowił spróbował negocjacji nieco z innej strony, nadal grając jednak trochę na czas.

- Z ust mi to wyjąłeś, mój drogi. Ale nie próbuj sztuczek. Czas ucieka. Po prostu gadaj, bo zaraz ci ręce ścierpną, a ja mogę wtedy pomyśleć, że chcesz mnie zaatakować. Lepiej więc, żebyś na razie trzymał je w górze. – poprosił uprzejmie włamywacz. I do tego dżentelmen, jak nic Arsène Lupin! Gdyby gość nosił muchę i smoking, Bolesław mógłby być trochę spokojniejszy o swoje życie.

- Okej, okej. Domyślam się, że nie jesteś amatorem butaprenu. – Włamywacz podniósł w tym momencie pytająco jedną brew. – Nie jesteś też chyba na szczęście alergikiem, bo jeszcze tu stoję. Zakładam też, że i strzelasz nie najgorzej. Ale jak ci podam szyfr, to pewnie oprócz tego, co w sejfie, stracę i życie. A właśnie teraz nie za bardzo mi to pasuje, bo chyba za niedługo zajdą u mnie pewne zmiany, których nie chciałbym przeoczyć. Odzyskałem kogoś, na kim mi kiedyś bardzo zależało. Bardzo długo na to czekałem. Nie chciałbym tej osoby zawieść. – Teraz Bolesław postanowił zagrać na sentymentalnej, męskiej solidarności.

- Widziałem te twoje zmiany. Krasawą rudą lisicę wyrwałeś. Pozazdrościć. Niezły chyba z ciebie ogier musi być. Wiesz… tak sobie teraz pomyślałem, że jak się nie dogadamy, to kiedy już wyciągnę tę skrzynkę… – O, kurczę, przeraził się Bolesław. Gość dokładnie wie, czego szuka! I o Julii też wie! – I kiedy ty odwalisz już kitę, to pokręcę się koło tej twojej lisicy. Może i mi się poszczęści? Co ty na to? Więc nie przeciągaj struny, tylko podaj mi te cholerne cztery cyfry! – tu bandyta podniósł głos i podniósł rewolwer na wysokość oczu, jakby chciał przymierzyć muszkę do szczerbinki.

Mierzył teraz w sam środek czoła Bolesława. Zapewne dla dodania dramatyzmu zniżył też głos i zwolnił tempo wymawiania kolejnych słów.

– Jak ci pierwszą dziurę zrobię najpierw w głowie, przyjacielu, to gwarantuję, że nawet nie piśniesz. A być może twoi sąsiedzi jednak pomyślą, że to jakiś gówniarz odpalił petardę i zgłośnią telewizory, zamiast wyjrzeć za okno? – pytaniem skończył swoją niesamowicie przekonywającą wypowiedź bandyta, po czym, aby być jeszcze bardziej wiarygodnym, powoli odciągnął kurek. W ciszy panującej w garażu rozległo się charakterystyczne, metaliczne kliknięcie. Dźwięk, który przeważnie bywa ostatnim dźwiękiem słyszanym przez ofiary postrzału.

Bolesław wiedział, że w rewolwerze po odwiedzeniu kurka spust przesuwa się nieco do tyłu i do jego naciśnięcia wystarczy wtedy użyć o wiele mniejszej siły. Dosłownie musnąć. Teraz każdy, nawet delikatny ruch palca bandyty mógł zwolnić sprężynę i wyrzucić do przodu iglicę w kierunku spłonki na dnie łuski naboju, znajdującego się w jednej z sześciu komór bębenka. A potem tylko huk, dym i ciemność. I dzwoniąca w uszach cisza na całą, wypełnioną do ostatniego miejsca widzami, salę kinową. Nawet pusta łuska nie spadnie brzęcząc na podłogę, bo pozostanie w bębenku do chwili wymiany na nowy nabój. A z tyłu na ścianie w ułamku sekundy pojawi się szkarłatny rozbryzg, którego kształt nie posłuży raczej żadnej wróżce do wywróżenia jego przyszłości, tak jak fusy po herbacie na dnie szklanki, bo przyszłości żadnej już i nigdy dla Bolesława nie będzie. Ani z Julią, ani bez Julii. Skończyły się żarty, pomyślał w tym momencie Bolesław.

Głupio by było teraz zapierać się, że nie zna tego kodu, bo i facet też mu na głupiego nie wyglądał. Wręcz odwrotnie. Bolesław jeszcze raz piorunem rozważył wszystkie „za” i „przeciw” zdradzeniu kodu. Wszystkie rozsądne argumenty były niestety „za”, wobec żadnego „przeciw”. To zdecydowało, że podjął decyzję o niezwłocznym podzieleniu się wiedzą na temat dnia i miesiąca urodzenia pewnej bliskiej mu osoby. Programując szyfr zamka tuż po kupieniu i zamontowaniu sejfu w ogóle nie zastanawiał się nad nową kombinacją cyfr, gdyż data urodzin Julii nigdy mu z pamięci nie uleciała.

- Dwudziesty ósmy listopada. – rzekł cicho Bolesław, chwilowo zrezygnowany. Na twarzy złodzieja na krótki moment pojawił wyraz zadowolenia z osiągniętego sukcesu.

Przypadkiem Bolesław zapomniał go tylko uprzedzić, że od chwili wyjęcia z bagażnika skrzynki w trakcie pierwszej wizyty z Julią w garażu, jej zawartość była już odrobinę uszczuplona. Zapomniał dotąd poinformować zarówno włamywacza, jak i też Julię, że chwytając oburącz skrzynkę przypadkiem wcisnął naraz pewne dwa ukryte przyciski, które zwolniły zapadki trzymające wieko skrzynki. Zatajając teraz tę informację, Bolesław miał nadzieję skutecznie ocalić i swoje życie, i sowitą wojskową emeryturę, i wreszcie znaleziony w skrzynce, spoczywający teraz owinięty w brudną szmatę w bagażniku mercedesa, tuż obok gaśnicy i trójkąta ostrzegawczego, ogromny, ciężki, jasnozielony kryształ.

Był to idealnie oszlifowany, niesamowicie piękny kamień szlachetny w kształcie sześcianu. O tajemniczym pochodzeniu, jak i nieznanym przeznaczeniu. Ukradziony pewnej czerwcowej, ciemnej nocy razem ze skrzynką przez Bolka i Julię z wojskowej ciężarówki, której kierowca musiał na chwilę zatrzymać się w lesie, aby pilnie odcedzić kartofelki.

Był to zdaje się, największy i najczystszy na świecie… szmaragd.


Czy podstęp Bolesława się powiedzie? Czy nasz bohater wyjdzie z tego bez szwanku, czy jednak naboje bezlitośnie go pokiereszują? Jakie możliwości ratunku ma Bolesław? W jakiej akcji chcielibyście go zobaczyć? Dajcie znać co sądzicie, a kolejna część pojawi się na portalu już w sobotę o 15.30!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).


Pokaż/ukryj komentowany tekst

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona < 1 2

Pannazdzieckiem   3 października 2020r. o 20:20

Pannazdzieckiem

Postów: 13190

Stwórco ... dziękuję Ci za to , że na tej nieszczęśliwej , pięknej Planecie są jeszcze takie perełki INTELEKTU i wyobraźni jak Emcekwadrat :)

ps . Gdyby Karolina dalej goniła M , to potraktuj Ją jak Ola Mamę ... tzw. tumiwisizm

ps dwa . Coś jakoś tak dzisiaj krucho z Bolecnautami :)

Ludzie w zasadzie myślą logicznie. Problem polega na tym , że operują na nie pełnych , bądź fałszywych informacjach. I dlatego taką logikę trzeba w du... ży kapelusz włożyć . Krzysztof Karoń.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Kasztanowoczerwony Wiesiołek   3 października 2020r. o 21:05

~Kasztanowoczerwony Wiesiołek

Postów:

Czyżby druga fala epidemii?
Bolecnauci, nie wierzcie Panu Bernardowi. To nie będzie druga "Moda na sukces". Da się dobrnąć do końca.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona < 1 2

reklama Cyfrowy Polsat zaprasza
reklama Zapraszamy