ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4907, 8 maja 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


Zgłoszenie treści posta do moderacji

Zgłaszający:

Temat dyskusji: Tajemnica szmaragdu - odcinek 61

Treść posta:
c.d.
----------------------------------
Rozpoczynająca się właśnie, mająca potrwać kilka dni impreza, zwana Świętem Ceramiki, której głównym celem od wielu lat było promowanie ręcznie wytwarzanej w lokalnych manufakturach ceramiki stempelkowej, ściągnęła do Bolesławca, jednego z najpiękniejszych dolnośląskich miast, aż trzy stacje telewizyjne: dwie ogólnopolskie i jedną lokalną z Wrocławia. Na pustym placu po dawnym hotelu „Zum Kronprinz von Preußen”, który to plac od wielu lat był i nadal jest przedmiotem burzliwej, wywołującej gorące emocje, urbanistycznej dyskusji mieszkańców Bolesławca, stały więc tym razem aż trzy charakterystyczne, oznakowane wozy transmisyjne.

Przez ponad ćwierć wieku od zakończenia działań wojennych i włączenia dawnego Bunzlau w granice państwa polskiego w nowym europejskim porządku geograficzno-politycznym, zgodnie z trendem degermanizacji i repolonizacji Ziem Odzyskanych po II wojnie światowej, hotel ten funkcjonował pod nazwą „Piastowski”. Zarówno budynek, w którym działał hotel, jak i sąsiednia kamienica przetrwały przejście frontu, ale już nie zdołały oprzeć się próbie czasu. Przez wieloletnie zaniedbania ich stan techniczny pogorszył się na tyle, że na przełomie lat 60 i 70-tych ubiegłego wieku podjęto decyzję o ich rozebraniu.

Zaburzyło to, co prawda, układ urbanistyczny przepięknego bolesławieckiego rynku, pozostawiając wyrwę w jego wschodniej pierzei, wielką jak dziura po ekstrakcji zęba trzonowego mamuta, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powstała bowiem jednocześnie nowa otwarta przestrzeń, dzięki której odsłonił się przepiękny widok na fasadę dawniej kościoła, a obecnie bazyliki mniejszej pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Św. Mikołaja.

Widok ten był tak atrakcyjny i tak wpisał się już w układ przestrzenny całego bolesławieckiego rynku, że teraz z kolei pomysł wstawienia plomby w postaci dwóch nowych kamienic z pewnością wywołałby masowe demonstracje przeciwników i kontrmanifestacje zwolenników tego rozwiązania. Kolejni rezydenci Ratusza, jakiejkolwiek nie byli opcji, prawdopodobnie w obawie o swój los polityczny, wstrzymywali się z podejmowaniem decyzji w sprawie ewentualnej odbudowy jedynych brakujących budynków w zabudowie okalającej plac rynku z czterech stron. Tych, którzy pamiętali jeszcze dwie rozpadające się rudery, z roku na rok jest wszak coraz mniej. A wszyscy bolesławianie od pięćdziesiątego roku życia w dół, o istnieniu tych zrównanych z ziemią budynków wiedzieli tylko z opowiadań swoich rodziców czy dziadków. Obecnie mało który z zapytanych bolesławian jest w stanie wymienić, jakie budynki niegdyś stały na tym pustym placu, a informacje na ten temat można obecnie znaleźć właściwie tylko w historycznych kronikach, na starych fotografiach czy pocztówkach.

Reporter oddziału terenowego TVP we Wrocławiu, Artur Bryłka, wyciągnął właśnie z wozu POL 030 sporych rozmiarów kamerę opatrzoną naklejkami „TVP3 Wrocław”. Zaczął przymocowywać ją do przenośnego statywu rozstawionego na trzech solidnych nóżkach. Tego dnia zamierzał korzystać tylko z jednej kamery, chociaż w wozie znajdowały się jeszcze trzy inne. Dokręcając kilka elementów mocujących i stabilizujących popatrzył do góry, na charakterystyczną, zbudowaną z piaskowca wieżę bazyliki.

- Ładny ten kościół, co nie, Tomek? – podzielił się swoją obserwacją z kolegą z zespołu, technikiem ustawiającym sporej wielkości talerz anteny satelitarnej na dachu ich białego busa.

- Ładny, ładny. W tych okolicach dużo jest budynków zbudowanych z piaskowca. Gdzieś czytałem, że znajdziesz ten piaskowiec wydobywany pod Bolesławcem w wielu znanych budynkach w Europie. Zapamiętałem z nich tylko Reichstag w Berlinie – odpowiedział Tomasz nie podnosząc głowy. Klęczał na kolanach i stękał, dokręcając śruby motylkowe w niewygodnej dla niego pozycji. – Moja żona pochodzi z Lwówka Śląskiego, więc miałem okazję kiedyś zwiedzać te tereny. Dzięki takim zabytkom w większych i mniejszych miejscowościach, cały Dolny Śląsk ma taki unikalny charakter. Te wszystkie zamki, pałace, klasztory i kościoły. Sporo z nich co prawda popadło w ruinę w wiadomych czasach, ale są też i perełki. Widziałeś na przykład ten kamienny wiadukt? Albo zamek w Kliczkowie?

- Wstyd przyznać, ale na żywo jeszcze ani jednego, ani drugiego – odpowiedział Artur.

- No, to żałuj. Może jak czas pozwoli, to podjedziemy i zrobimy tam parę ujęć do naszego materiału, na pewno będzie pasowało, bo bardzo wiele osób kojarzy Bolesławiec, oprócz ceramiki, także z tym długaśnym, kamiennym wiaduktem – Tomek stanął wreszcie na nogi i podszedł do drabinki, po której stawiając ostrożnie stopy powoli zszedł z dachu auta na dół. Stojąc na ziemi poparzył w górę na zmontowany przed chwilą duży, szary talerz. – Gotowe. Idę porobić testy.

Kiedy kolega zniknął we wnętrzu vana wielkości półciężarówki, dziennikarz zdjął osłonę obiektywu, włączył urządzenie i sprawdził wyświetlane na panelu informacje. Do jego obowiązków nie należało przygotowywanie sprzętu, ale lubił te dodatkowe zajęcia i przynajmniej upewniał się, że później podczas nagrywania materiału do relacji filmowej, nie spotkają go żadne niespodzianki. No i zawsze czegoś tam mógł się dodatkowo nauczyć, aby w razie niedyspozycji kamerzysty, choćby na pewien czas przejąć jego rolę. Szefowa w redakcji nie lubiła, kiedy przywozili niepełny, czy niedokręcony materiał bez ważnego powodu.

Po sprawdzeniu sprzętu rzucił okiem na zgrabną redaktor, krzątającą się przed wozem konkurencji, a potem rzucił podniesionym głosem do niewidocznego Tomka „Idę wypróbować ustawienie na placu przed sceną!”. Złożył trójnóg i dźwignąwszy całość na ramię, pomaszerował po wyłożonej kostką nawierzchni rynku prosto w pobliże rozkładanej właśnie konstrukcji średniej wielkości estrady, na której podczas następnych kilku dni będzie występować łącznie kilkunastu mniej lub bardziej znanych artystów.

Po drodze zwrócił uwagę, że właściwie cały rynek otoczony jest kolorowo pomalowanymi kamienicami, a niektóre fasady posiadały dodatkowe, mniej lub bardziej wyszukane ozdoby. Architektonicznie centrum Bolesławca bardzo trzyma się kupy, pomyślał, nie to co w wielu innych miastach, gdzie oprócz starych odrestaurowanych kamieniczek straszą postawione przez nową powojenną władzę bloki z wielkiej płyty. Odstraszające swą brzydotą budowlane konstrukcje, stojące w wielu, dawniej pięknych centrach miast, przypominają do dzisiaj o tym, że nie każdemu leżało na sercu odtworzenie historycznej tkanki miejskiej, stanowiącej właśnie o wyjątkowości danego miejsca. Ciekawe, jaki był klucz podejmowania decyzji na przykład w Legnicy, a jaki w Bolesławcu, że oba place rynkowe tak drastycznie różnią się dziś swym wyglądem? A najgorzej, że w takiej naznaczonej prawie pięćdziesięcioletnią obecnością dowództwa wojsk radzieckich Legnicy, niewiele obecnie można już z tą brzydotą zrobić.

Artur pierwszy raz był w Bolesławcu w zeszłym roku, także podczas sierpniowego Święta Ceramiki, ale wtedy nie było z nim Tomka, tylko inny technik-operator kamery. Już wtedy zorientował się, że miasto warte jest odwiedzenia i bliższego poznania, ale dotąd nie miał okazji na wycieczkę w te rejony. Dlatego ucieszył się, że to właśnie jemu szefowa kolejny raz zleciła realizację reportażu z tej imprezy, drugi rok z rzędu.

Zadbany bolesławiecki rynek z płytą wyłożoną granitowymi mozaikami kształtów i kolorów, podświetlana fontanna, młode drzewka o dużych, jasnozielonych liściach, mieniące się kolorami kwietniki, ozdobne ceramiczne ławki – to wszystko świadczyło o tym, że mieszkańcy chcą, by ich miasto było ładne i są dumni, że goście i turyści mogą podziwiać to, co Bolesławiec ma do wyeksponowania. Jednak najważniejszą rzeczą, z której Bolesławiec był znany również na świecie, jest właśnie ta promowana tak intensywnie, charakterystyczna ceramika stempelkowa, której kilkunastu, jeśli nie łącznie kilkudziesięciu wytwórców przygotowywało właśnie swoje stoiska na historycznym rynku.

Specjalna ekipa stukając, pukając, wiercąc i niestety soczyście klnąc, montowała elementy jednakowo wyglądających, drewnianych kramów, które wkrótce zostaną zapełnione ręcznie zdobionymi wyrobami, wytworzonymi nie tylko z gliny. Podczas kolejnych dni stoiska producentów odwiedzi kilkadziesiąt, a może nawet i kilkaset tysięcy turystów, którzy rokrocznie przyjeżdżają do Bolesławca przez kilka sierpniowych dni i są zaskakiwani nowymi kształtami, wzorami i rodzajami talerzy, filiżanek, dzbanków, wazonów, świeczników i setek innych wyrobów kamionkowych, mniej lub bardziej przydatnych w kuchni, czy kupowanych tylko dla ozdoby. W świecie masowej produkcji i tandetnego wzornictwa, rękodzieło na szczęście jest nadal cenione, zwłaszcza przez gości z zagranicy, którzy nie da się ukryć, zawsze nieco chętniej niż rodacy sięgają do portfeli z walutą, na co właśnie rokrocznie liczą wszyscy wystawcy.

Mała scena dla artystów powstawała przy wieży ratuszowej, ale dużo większa, główna estrada dla występów miała być ustawiona wyżej, gdzieś na placu pod kinem, albo być może jeszcze dalej. Artur stanął na wprost wznoszonej konstrukcji, rozejrzał się i wybrał dwa miejsca, w których zamierzał wstępnie ustawić kamerę, aby znaleźć najlepsze tło dla przyszłych ujęć. Rozstawiając trójnóg w pierwszym z nich usłyszał nagle za plecami coraz głośniejsze dźwięki kilku syren. Gdzieś w pobliżu przejeżdżają co najmniej dwa uprzywilejowane pojazdy, pomyślał. Ciekawe, co się stało? Ktoś zasłabł, a może gdzieś pojawił się jakiś dym?

Kątem oka zauważył, że kilka przypadkowych osób odwraca swoje głowy w jednym kierunku. Stamtąd właśnie dochodziły narastające dźwięki o zmiennej modulacji, oznaczające zbliżanie się jakiegoś ambulansu, radiowozu albo wozu strażackiego. W chwili, kiedy i on zaczął odwracać głowę, ludzie ci zaczęli w popłochu i chaotycznie rozbiegać się na wszystkie strony, nie wiedząc chyba, który z kierunków będzie tym właściwym. Kilka osób zaczęło coś krzyczeć, ale Artur nie mógł zrozumieć co. Chyba głównie wołano słowa „Uwaga!” i „Ratunku!”, ale w obliczu tego, co w ciągu następnych kilkunastu sekund miało wydarzyć się na bolesławieckim, do tego momentu pięknym i zadbanym rynku, treść tych okrzyków nie miała żadnego znaczenia. Żadne słowo nie było w stanie powstrzymać wyjącego silnikiem, ciemnego audi i jadącego za nim równie głośnego, wielkiego sportowego motocykla, które wpadły na rynek, jakby brały udział w nielegalnym wyścigu ulicznym.

Artur nie wiedział, czy wjazd na rynek w ogóle jest dozwolony, ale był pewien, że na czas wydarzeń, takich jak Święto Ceramiki, z pewnością wiele ulic wyłączanych jest z ruchu, żeby zapewnić tysiącom odwiedzających spokój i bezpieczeństwo. Audi, które prowadził jakiś mężczyzna nagle skręciło w lewo pomiędzy jedną z ławek i niewielkie drzewko z podwieszonymi kwietnikami. Jadąc w sporym przechyle i piszcząc oponami, auto zaczęło zbliżać się prosto w stronę Artura. Ten nie zdążył wpaść w panikę, ale w ostatniej dosłownie chwili jakimś cudem zdążył odskoczyć, zanim przód auta uderzył i wyrzucił w powietrze rozstawioną przez niego dopiero co kamerę. Jasny szlag, co to za wariat, pomyślał tocząc się po twardym granicie i boleśnie obijając sobie przy tym biodra i ramiona. Zanim uderzył głową w koło samochodu należącego do ekipy budującej scenę, zdążył jeszcze pomyśleć, że jego szefowa się wkurzy za zniszczenie sprzętu wartego ponad trzydzieści tysięcy złotych polskich. I to netto, bez VAT.

Po uderzeniu nie stracił przytomności, bo jego czaszka trafiła w oponę, a nie w felgę. Na szczęście, bo dwójka jego synów mogłaby w ułamku sekundy stać się sierotami, a żona przedwczesną wdówką. Uderzenie było tępe, jakby dostał w głowę dużym gumowym młotkiem. Jednak nie na tyle mocne, żeby pozbawić go możliwości obserwacji dalszych kadrów rozgrywającego się, jak się domyślił po kolejnych wjeżdżających na rynek srebrno-niebieskich pojazdach z włączonymi kogutami i syrenami, jakiegoś policyjnego pościgu.

Artur z poziomu granitowej kostki brukowej widział, jak zdesperowany uciekinier, po rozbiciu w drobny mak jego kamery, szybko odkręcił kierownicę w drugą stronę i wykonał gwałtowny skręt w prawo, dając dowód swoich wyjątkowych umiejętności. Wprowadził pojazd w prawoskrętny drift na piszczących i pozostawiających czarne gumowe ślady oponach, ale nie mógł już uniknąć trafienia w pierwsze ze stoisk w gęsto rozstawionej drewnianej zabudowie. Szczęście w nieszczęściu, że demolowane jeden po drugim kramy były dopiero co zmontowane, więc żaden z kupców-rzemieślników nie zdołał jeszcze ich zasiedlić.

Poobijany Artur nie chciał tracić możliwości zobaczenia dalszej części pościgu na własne oczy, więc wstał i trzepnął głową, aby jego oczy mogły wrócić na swoje miejsce. Nie zważając na być może opłakany stan swoich kości i mięśni przebiegł kilkanaście metrów wzdłuż niskiego, metalowego płotka, oddzielającego część spacerową od rabatek kwiatowych, tuż pod jedną ze ścian ratusza, na której znajdowała się jakaś płaskorzeźba z kilkoma postaciami.

Wybiegając zza narożnika budynku spojrzał w prawo w samą porę, aby stać się świadkiem najlepszej sceny kaskaderskiej, jaką kiedykolwiek widział w życiu w filmach sensacyjnych. To, co zobaczył, przeczyło prawom natury, prawom fizyki, ale najbardziej chyba zdrowemu rozsądkowi. Scena była tak surrealistyczna, jakby wszystko zostało wygenerowane przez superszybkie komputery w przestrzeni wirtualnej, a w oczach Artura przewijające się kadry spowolniły, jak w najlepszych scenach w filmie Matrix. Zdenerwował się, zaczął tupać nogami i rzucać słowami powszechnie uważanymi za obelżywe, bo właśnie w takich momentach reporter powinien mieć ze sobą kamerę, a wiedział, że zanim dobiegłby do wozu transmisyjnego po nowy sprzęt, będzie już po całej akcji.

Radiowozy w liczbie czterech jechały za dwoma gnającymi pojazdami, nie wkraczając póki co do akcji, a szajbnięty motocyklista, dosiadający swojego futurystyczego rumaka w nieodpowiednim do sytuacji garniturze, podążał śladem ściganego w odległości ledwie kilku metrów za nim. Widać było, że miał zamiar wyprzedzić ściganego, jeżeli tylko nadarzyłaby się do tego okazja. Podczas, kiedy audi wyrabiało wiraż w prawo, zgrabnie wyłożył się na prawą stronę, niemal dotykając kolanem nawierzchni. Tuż po tym, kiedy kierowca audi zaczął za pomocą zderzaka przestawiać puste stoiska w inne miejsca, szalony człowiek w kasku postanowił wykorzystać chwilową utratę prędkości samochodu i podjąć próbę jego wyprzedzenia.

Motocyklista odbił kierownicą lekko w lewo i przekręcił manetkę gazu do oporu, co w pierwszej chwili lekko uniosło przednie koło ścigacza. Unikając kolizji z większymi wylatującymi w powietrze szczątkami płyt OSB, które jeszcze przed chwilą stanowiły ściany niewielkich domków kupieckich, nie zdołał jednak uniknąć najechania na fragment jednego z nich, który jednym końcem oparł się o ziemię, a drugim o inny, większy gabarytowo szczątek byłego straganu, tworząc równię pochyłą.

- O, rany! – wykrzyknął Artur na widok sceny, której całkiem przypadkowo stał się naocznym świadkiem.

***

Hieronim tak właściwie nie miał zamiaru tego dnia fruwać jednośladem w przestworzach bolesławieckiego rynku, ale skoro już się to miało zdarzyć, pomyślał, że powinien spróbować to jakoś wykorzystać. O ile oczywiście nie wyrośnie przed nim jakaś ściana i nie zostanie uwieczniony na fasadzie jednej z kamienic jako krwawa plama o humanoidalnym kształcie, manewr ten mógł przynieść pewne korzyści. Nie rozpoczął więc nagłego hamowania, ale zaryzykował, jeszcze bardziej przekręcił pokrętło gazu i przyspieszył, podejmując ryzykowną próbę wyprzedzenia ściganego audi w locie. Dosłownie.

Motocykl najechał na przypadkiem powstałą skocznię, uniósł się jak startujący Jumbo Jet bez skrzydeł i wzleciał w powietrze, przyjmując przepiękną pozycję z kierującym przyklejonym do baku i kokpitu, jak jeździec do szyi konia skaczącego przez bardzo wysoką przeszkodę na hipodromie albo jak Indianin gnający bez siodła na swoim koniu maści bułanej za stadem bizonów. Pomijając sportowe, artystyczne i przyrodnicze konotacje tej sceny, taki lecący kilka metrów nad ziemię ćwierćtonowy motor, nie wliczając kierującego, mógł stanowić niezłą broń, jeżeli tylko umiało się z niej skorzystać podczas lądowania.

Niestety brak praktyki w pilotowaniu latających jednośladów i czynienia z nich użytku w celu łapania przestępców dał o sobie w tym momencie znać. Hieronimowi zabrakło także odrobiny szczęścia, gdyż mimo przyziemienia tuż przed maską ściganego audi, nie poradził sobie już ze zbyt śliską nawierzchnią, wyłożoną na przemian szorstką kostką i gładkimi płytami. Zupełnie także niepotrzebnie palce prawej ręki Hieronima podczas twardego, acz świetnie zamortyzowanego lądowania, odruchowo wyprostowały się i zacisnęły na dźwigni hamulca blokując przednie koło Hayabusy.

Zanim motocykl się przewrócił, a Hieronim się od niego oddzielił, kierowca audi z perfekcyjnym refleksem i niesamowitą umiejętnością przewidywania, po minięciu ostatnich roztrzaskiwanych drewnianych stoisk odbił w lewo, korygując tor jazdy tak, że nie tylko uniknął uderzenia w lądujące i przewracające się przed nim Suzuki. Jednocześnie ustawił auto w sposób, który umożliwił mu wjazd w ulicę Prusa na pełnej prędkości między pierzchającymi na wszystkie strony przechodniami. Gdyby nie ten manewr prawdopodobnie wjechałby w podcienia i miałby wielki problem z wyjazdem, przez co zapewne ścigającym go radiowozom udałoby się go zablokować i uniemożliwić mu dalszą spektakularną ucieczkę.

Gdyby Hieronim nie spadł z przewracającego się motocykla, dokonałby żywota razem z nim, gdyż omijany przez audi, sunący i obracający się jednoślad, wzbudzając fontanny iskier wpadł z ogromnym hukiem na pierwszą z grubych, obłożonych okładziną z piaskowca podpór w podcieniach. Po uderzeniu w solidną, twardą przeszkodę, pojazd rozpadł się na wiele większych i mniejszych części, z których tylko niewiele przypominało jeszcze o świetlanej przeszłości tych szczątków, jako rozwijającego 300 km/h mechanicznego sokoła wędrownego, wyprodukowanego w japońskiej fabryce.

Szczątki maszyny zostały porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów, czyniąc wiele szkody witrynom, elewacjom i kilkunastu osobom, które skulone próbowały ukryć się w załomkach murów kamienic i wejściach do sklepów. Kilka litrów pozostałego w baku paliwa rozlało się i zapłonęło, co dopełniło przerażającego obrazu zniszczeń i skutecznie zablokowało nadjeżdżającym radiowozom możliwość dalszego pościgu.

Sam Hieronim mógł o sobie powiedzieć, że tego dnia uniknął przeznaczenia, wyrwał się kostusze spod kosy, rozminął się ze śmiercią. Najpierw sunął kilka metrów na plecach, zdzierając sobie z nich wszystko łącznie z podkoszulkiem i wierzchnią warstwą naskórka. Potem uderzył o krawężnik, podskoczył, siłą bezwładności okręcił się i wytracając impet, przeleciał tuż obok rozstawionych, zajętych stolików z parasolami i wpadł tymi samymi ogołoconymi plecami na ustawioną przed ścianą lodówkę z napojami gazowanymi, wstawioną tam przez właściciela znajdującej się tuż obok knajpy.

Szyba lodówki pękła, obsypała Hieronima gradem kawałeczków szkła, nie czyniąc mu jednak żadnej dodatkowej szkody. Znajdujący się wciąż na jego głowie kask zdołał uchronić go przed pęknięciem czaszki, jak i przed lecącymi z góry szklanymi odłamkami. Siedząc oparty o zniszczoną lodówkę Hieronim, obmacał się z grubsza po kościach i wyciągnął rękę za siebie, głaskając lodówkę po bocznej ścianie z wdzięczności za ocalenie życia. Podniósł przyłbicę i z ulgą westchnął.

- I niech mi ktoś powie teraz, że słodzone i gazowane napoje szkodzą. Mi uratowały właśnie życie – rzucił do zdziwionych i przestraszonych jednocześnie, zajmujących stoliki klientów restauracji, nie zdając sobie do końca sprawy z absurdalności swojego stwierdzenia.

Poobdzierany i poobijany stanął na trzęsących się nogach, odpiął zapięcie kasku, zdjął go i rozejrzał się po dymiącym tuż obok miejscu katastrofy w ruchu lądowym. Biorąc zapewne pod uwagę brak możliwości kontynuacji pościgu za poszukiwanym porywaczem, uniósł kask do góry i nie bacząc, że jest cudzą własnością, z całej siły trzasnął nim o bruk. Kask potoczył się pod nogi nadchodzących, podziwiających wcześniej podniebne akrobacje Hieronima funkcjonariuszy, którzy już zdążyli opuścić radiowozy i próbowali zapanować nad sytuacją chaosu i przerażenia krzyczących ludzi.

Mocna powłoka wartego ponad tysiąc złotych nakrycia głowy oczywiście wytrzymała, pękła jedynie i odpadła osłona z pleksi. W końcu te kaski są tak zaprojektowane, aby mogły wytrzymać o wiele mocniejsze i groźniejsze dla motocyklistów uderzenia, niż głową w szybę lodówki, czy wybuchy wściekłości lub bezsilności ich użytkowników. Prezentujący sobą obraz nędzy i rozpaczy Hieronim jednak nie wytrzymał i ewidentnie musiał całkiem „wyjść z nerw”, bo publicznie i z premedytacją, choć w przypływie emocji, naruszył prawo i w obecności kilkudziesięciu gapiących się na niego osób wrzasnął:

- K…a mać! Kij z motorem, ale chyba już po Żaklinie!
----------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.

Powód zgłoszenia:
Przepisz kod z obrazka



reklama Zapraszamy!