ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4832, 26 stycznia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Manpower - praca
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


Tylko na Bolcu21 listopada 2020r. godz. 15:53, odsłon: 855, Bolec.Info/Bolecnauci
Część w której podkomisarz Kamiński próbuje rozwiązać zagadkę, a technik nie rozpoznaje w rowerze broni do samoobrony.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty czwarty Ulica 1 Maja, widok w stronę placu Zamkowego (fot. polska-org.pl)

Już jest dwudziesta czwarta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Dwudziesta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta druga część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Niezastąpiony Bolecnauta o pseudonimie M. znowu zdradza nam zakulisowe działanie służb na miejscu zbrodni. Zachęcamy gorąco także innych do udziału w zabawie, to dzięki Waszym pomysłom szalona bolesławiecka opowieść toczy się w ten sposób. Dzisiaj cofniemy się nieco w czasie, wracając do nocy tuż po zbrodni. Zapraszamy do czytania:


Mimo ciemnej nocy, oświetlone kilkoma policyjnymi reflektorami podwórko na zapleczu kamienic przy ulicy 1 Maja przypominało trochę bazar na dawnym bolesławieckim babskim rynku w sobotni poranek. Kilkanaście osób mijało się, rozmawiało ze sobą, przenosiło różne torby ze sprzętem i dokumenty pomiędzy garażem a oznakowanymi i nieoznakowanymi służbowymi samochodami Policji i prokuratora. Dla osoby postronnej wydawać by się mogło, że panuje tutaj chaos. Ale praca organów ścigania była dobrze skoordynowana w celu jak najszybszego zebrania śladów i dowodów rzeczowych oraz natychmiastowego przesłuchania wszystkich ewentualnych świadków zdarzenia. Doświadczenie i rutyna pozwalały wszystkim pracownikom na wykonywanie swoich obowiązków na tym wstępnym etapie śledztwa bez precyzyjnej koordynacji. Dopiero w dalszym toku postępowania będą się kontaktować, spotykać i ustalać miedzy sobą kolejne działania, które będzie już nadzorował prokurator, aż do czasu odnalezienia sprawców i doprowadzenia ich przed oblicze wymiaru sprawiedliwości.

Ze względu na rodzaj i wagę popełnionego przestępstwa przeciw mieniu i zdrowiu, zebrane informacje, znalezione dowody, odciski i ślady, wyniki analiz, przeróżne raporty i protokoły przesłuchań będą systematycznie trafiać do prokuratora za pośrednictwem wyznaczonych do sprawy funkcjonariuszy komórki dochodzeniowo-śledczej. Dopóki sprawa nie zostanie rozwikłana, będą oni pracować wspólnie i ściśle według opracowanych założeń prowadzonego dochodzenia. Segregatory z dokumentami szybko zaczną puchnąć, a lista plików w folderach służbowych komputerów będzie się wydłużać. Ponieważ doszło do usiłowania zabójstwa z użyciem broni palnej, a broń ta z pewnością nadal znajdowała się w posiadaniu przestępcy lub przestępców, sprawa zostanie uznana za priorytetową i zajmą się nią bardziej doświadczeni śledczy.

Prokurator Pietrzak, który pochodził z Bolesławca, ale przez długi czas pełnił swoje funkcje poza rodzinnym miastem, stał w oświetlonym garażu w gronie czterech umundurowanych i dwóch nieumundurowanych policjantów oraz krzątającego się technika. Zapisywał w notesie przekazywane mu informacje od mundurowych, którzy jako pierwsi dojechali na miejsce przestępstwa. Na razie robił to pobieżnie, ponieważ wiedział, że później otrzyma dokładniejsze, pisemne raporty, w których piszącym zwykle przypomina się o wiele więcej szczegółów, niż na początku podawali w relacji słownej. Podziękował im i poprosił, aby zaraz przeszli się parami po podwórku, sprawdzili, w których mieszkaniach pali się światło i poprosili gapiów z okien, aby ci, którzy cokolwiek widzieli bądź słyszeli, zeszli na dół z nimi porozmawiać.

Następnie pozostali w garażu podkomisarz Kamiński i aspirant Świgoń zaczęli przekazywać prokuratorowi Pietrzakowi zdobyte dotychczas informacje, głównie pozyskane od starszego pana Stefana Rybki i od Antoniny Polańskiej, jak to się wyrazili – „narzeczonej” ofiary postrzału.

Prokurator z podkomisarzem Kamińskim trochę się znali, ponieważ prowadzili ostatnio kilka spraw razem. Prokurator Pietrzak zdążył wyrobić sobie już o nim dość dobrą opinię. Aspiranta Świgonia o wzroście i tęgości tyczki do fasoli oraz o wiecznie zsuwających się z nosa okularach, prokurator widział pierwszy raz. Musiał się jednak szybko oswoić z jego piskliwym głosem, aby nie uśmiechać się pod nosem za każdym razem, kiedy aspirant udzielał się w rozmowie. Z kolei to, jak i o czym mówił ten młody śledczy pozwoliło budować zaufanie do jego osoby. Wydawało się też, że miał odpowiednie podejście do ludzi. Na pewno wiele osób w przyszłości będzie się przed nim otwierać i mówić więcej, niż by chciały lub mogły, a jest to bardzo pomocne w śledztwie. Prokurator żartobliwie pomyślał, że jeśli będzie równie uczynny, co wysoki, to starsze osoby na pewno będą go przy okazji prosić o wymianę żarówki bądź zawieszenie gwiazdy na choince przed Bożym Narodzeniem.

- Pan Stefan Rybka, lat 78, emerytowany nauczyciel – prokurator zapisał słowa aspiranta w kajecie i ponownie podniósł wzrok do góry na policjanta. – Gdzie mieszka?

- W pierwszej kamienicy od strony muzeum, na drugim piętrze. Mówił, że widział błyski z okna w swojej narożnej kuchni. Z tego okna, z którego ma widok na podwórko. Z drugiego ma widok na muzeum, cukiernię i pomnik Kutuzowa – odpowiedział precyzyjnie aspirant, czując się nieco jak na egzaminie. To była dla niego pierwsza poważniejsza sprawa, którą miał okazję prowadzić z podkomisarzem i pod nadzorem prokuratora. Za wszelką cenę chciał więc zrobić dobre wrażenie na wszystkich.

Prokurator wyszedł na próg garażu i spojrzał w okna na drugim piętrze należące do mieszkania pana Rybki. Potem rozejrzał się w prawo i w lewo po podwórku, oceniając zapewne potencjalny zasięg widoku z okna świadka i wrócił do garażu.

- Na pewno nie mógł widzieć sytuacji w środku, nawet jeśli brama była podniesiona. A czy słyszał jakieś dźwięki dochodzące z garażu? – dopytywał prokurator.

- Miał otwarte okno, żeby nocą wietrzyć mieszkanie. Mówi, że padło dokładnie sześć wystrzałów, niemal w równych odstępach czasu. Sądząc po ilości dziur w ścianie przestępca raczej nie należał do wybitnych strzelców – zasugerował aspirant Świgoń, chcąc trochę zabłysnąć przed prokuratorem zarówno dedukcją, jak i dowcipem.

- Na to wygląda. A może strzelca coś zaskoczyło albo mu przeszkodziło w oddaniu precyzyjnych strzałów? Trudno uwierzyć, że można chybić w dorosłego mężczyznę z dwóch, no może trzech metrów – podsumował prokurator. – Czy świadek powiedział, co ile sekund padały strzały?

- Nie zdążyłem go o to zapytać, zanim pan prokurator przyjechał – zmieszał się aspirant maskując to niedopatrzenie nerwowym ruchem ręki, kolejny raz poprawiając okulary. Nie chciał zdradzić, że nawet nie pomyślał o zadaniu takiego pytania. – Ale jeszcze nie zwolniłem świadka. Siedzi tam na ławce razem z narzeczoną ofiary, zatem możemy podejść i zadać im jeszcze kilka dodatkowych pytań.

- Może za chwilę, teraz obejrzyjmy garaż. Czy pan technik już skończył? – prokurator zwrócił się do mężczyzny ściągającego jednorazowe rękawiczki i zbierającego do pokaźnej torby swoje narzędzia, akcesoria, odczynniki, pełne i puste torebki.

- Tak, panie prokuratorze, skończyłem, chociaż pracy dla mnie nie było tu zbyt wiele – technik omiótł wzrokiem całe wnętrze, a zanim opisał wyniki swojej pracy musiał się przez krótką chwilę skupić. – Zrobiłem dużo zdjęć. A co do śladów, to tak w skrócie: zdjąłem odciski z otwartego sejfu i zniszczonej szafki na stole. Pobrałem próbki krwi z podłogi i ze ściany. Posadzka jest świeżo malowana, więc łatwo było ją sprawdzić pod kątem śladów biologicznych. Mam kilka włosów, ale nic więcej. Wygrzebałem z otworów w tynku pięć kul, a jedna – ta, która przebiła ciało ofiary i odbiła się od ściany, leżała koło nogi od stołu. I właściwie to wszystko. Sądząc po rozmiarze pocisków, jest to kaliber 9 mm. Prześlę do laboratorium, a tam dokładnie sprawdzą i określą możliwe modele broni. Ja wnioskuję, że to mógł być rewolwer, a może ktoś po prostu pozbierał łuski. Reszta pomieszczenia czysta, zupełnie jakby ten, kto tu się włamał, niczego nie przeszukiwał i nie niszczył, ale zabrał tylko to, o co mu chodziło i potem po prostu wyszedł – podsumował technik.

- A brama garażowa? Sprawdzał pan, w jaki sposób została otwarta? – zaciekawił się prokurator.

- Wyłamana jakimś łomem lub podobnym narzędziem. Sądząc po uszkodzeniach, sprawca włożył to coś między posadzkę a uszczelkę bramy i z bardzo dużą siłą pociągnął do góry, zrywając plastikowy łańcuch – technik opisał najbardziej prawdopodobną jego zdaniem wersję metody dostania się do pomieszczenia.

- Czyli to ofiara weszła do garażu po włamywaczu, a nie odwrotnie – wywnioskował prokurator, po czym spojrzał na ścianę blisko bramy i zobaczył tam klawiaturę urządzenia alarmowego. Wskazał w tym kierunku długopisem. – A co z alarmem? Nie zadziałał?

- I to jest bardzo dziwne – odparł technik. – Moim zdaniem alarm musiał być rozbrojony i to raczej z zewnątrz, inaczej czujki ruchu by zadziałały i obudziłoby się całe centrum miasta.

- Czyli włamywacz miał pilota albo znał kod? – dociekał prokurator.

- Trudno powiedzieć, ale na pewno wyłamał bramę i wszedł do garażu już po wyłączeniu alarmu – podsumował technik.

- Tak musiało właśnie być, inaczej nasz najważniejszy dotychczas świadek, usłyszałby syrenę alarmu, a nic takiego jak dotąd nie zostało potwierdzone – wtrącił aspirant Świgoń.

- Jest jeszcze możliwość, że alarm nie został uzbrojony przy zamykaniu garażu. A ten łom? – zadał kolejne pytanie prokurator.

- Nie ma, panie prokuratorze – odpowiedział technik. – Bandyta zadbał, aby nie pozostawiać po sobie jakichkolwiek śladów. Naprawdę to wygląda na robotę zawodowca. Dodam jeszcze, że ślady wskazują, iż ten sam łom posłużył złodziejowi do wyłamania drzwiczek w szafce na stole. Ale akurat ta szafka nie była zbyt solidna, więc raczej nie miał z tym większego problemu.

- Może wcześniej nie zauważył ukrytego pod stołem sejfu, skoro zdecydował się narobić hałasu? Czy w ten sam sposób otworzył też później sejf? – prokurator podczas zadawania pytań analizował też na głos poszlaki i cały czas robił notatki.

- Nie, na sejfie nie ma śladów uszkodzeń mechanicznych. Tutaj na pewno został wprowadzony kod do szyfru, więc podejrzewam, że jedynie te zdjęte z sejfu odciski będą należeć do włamywacza. Napastnik musiał znać właściwą kombinację, albo ofiara podała mu go przed postrzeleniem – dzielił się swoimi domysłami technik.

- Patrząc w otwór lufy tylko szaleniec mógłby się wahać, czy podać kod do sejfu, czy położyć jednak na szali swoje życie. Właśnie tego jak dotąd nie mogę zrozumieć. Skoro Wilczyński podał bandycie szyfr, dlaczego został postrzelony? Nie widać tu śladów jakiejkolwiek szamotaniny, a wiemy od pani Polańskiej, że ofiara służyła w wojsku i znała sztuki walki. A czy w szafce i w sejfie panował bałagan? – zainteresował się podkomisarz Kamiński.

- Nie, na pewno nie było tam żadnych śladów przeszukiwania. Trudno też powiedzieć, czy cokolwiek stamtąd zginęło, choć z sejfu pobrałem drobiny piasku i pyłu, jakby coś tam wcześniej się znajdowało. Jeżeli pan pozwoli, penie prokuratorze, teraz chciałbym jeszcze zająć się samochodem ofiary na zewnątrz – technik podniósł swoją zapakowaną już torbę i kiwnął głową w kierunku stojącego przed garażem mercedesa z otwartymi drzwiami od strony kierowcy.

- Oczywiście. My też już stąd wychodzimy, panowie – zgodził się prokurator. Technik poszedł przodem, a zaraz za nim ruszyli pozostali. Wychodząc, prokurator Pietrzak odwrócił się jeszcze do podkomisarza i aspiranta: – Potem każcie opuścić bramę i pozaklejać taśmami. Być może jeszcze tu jutro wrócimy, jak przeanalizujemy wszystkie informacje i zaczniemy szukać skradzionych przedmiotów.

- Narzeczona ofiary jest pewna, że zginął stąd tylko jeden przedmiot – poinformował podkomisarz Kamiński. – Była to niezbyt duża skrzynka, przywieziona przez nią i ofiarę z lasu niedaleko Złotego Potoku, gdzie ją wspólnie wczoraj wykopali.

- A to ciekawa informacja. Stara skrzynka powodem włamania i usiłowania zabójstwa. Niech pan nie zapomni poprosić Polańskiej, aby ją później dokładnie opisała, a najlepiej naszkicowała. Można też to zrobić z waszym rysownikiem – zasugerował prokurator Pietrzak. – A teraz chodźmy już do naszych świadków, żeby nie musieli tu kwitnąć całą noc – prokurator spojrzał na zegarek. – Minęła północ, więc niech nie siedzą tu dłużej niż to konieczne.

Prokurator i śledczy po drodze przyjrzeli się, jak technik za pomocą pędzelka pokrywa klamkę otwartych drzwi proszkiem, a potem przykłada mały przezroczysty pasek, na którym odwzoruje się zdejmowany odcisk, jeżeli tylko na tej klamce się znajduje.

Przechodząc koło mercedesa aspirant Świgoń musiał coś zauważyć, bo zatrzymał się na chwilę, pochylił się nad klapą bagażnika, spojrzał z kilku stron pod światło i zwrócił się do klęczącego nadal przy drzwiach technika:

- Wydaje mi się, że widzę tu jakiś odcisk buta. Dziwne. Po co ktoś miałby łazić po samochodzie? Niech pan to potem sprawdzi, dobrze?

- Jasne, kolego – odpowiedział technik. – Zaraz to dokładnie obejrzę.

W tym momencie do aspiranta podszedł jeden z mundurowych rozmawiających dotąd przez otwarte okna z mieszkańcami, który chwilę wcześniej wysłuchał jakiegoś komunikatu przez radio.

- Panie aspirancie, koledzy którzy blokują ulicę Kutuzowa przy cukierni zaraz po przyjeździe na miejsce meldowali do centrali o jakimś podejrzanym, ciemnym audi stojącym na parkingu przed cukiernią. Mówią, że jest otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Podali numery tablic do centrali i nadal sprawdzają w bazie to auto i jego właściciela. Może nasz technik sprawdzi i tamten samochód?

- Dziękuję za informację – odpowiedział aspirant funkcjonariuszowi, po czym zwrócił się ponownie do technika, który teraz oglądał już z latarką przednie siedzenia mercedesa. – Słyszał pan? Proszę potem podejść na parking przed cukiernią i obejrzeć ten podejrzany pojazd. Może to właśnie nim przyjechał przestępca? Ja poinformuję o tym prokuratora.

Aspirant Świgoń po chwili dołączył do stojących już przy świadkach prokuratora z podkomisarzem. Prokurator zdążył się już przedstawić i zapisać dokładne dane świadków, łącznie z ich adresami i numerami telefonów. Kiedy skończył, zwrócił się najpierw do starszego pana:

- Panie Stefanie, czy oprócz tego, co powiedział pan aspirantowi, chciałby pan jeszcze coś dodać?

- Wydaje mi się, że powiedziałem już wszystko, co mogłoby się wam przydać – odpowiedział emeryt.

- Pozwoli pan, że mimo to zadam panu jeszcze kilka pytań, a potem pani Polańska odprowadzi pana do jego mieszkania, dobrze? – zaproponował prokurator i przewrócił kartkę notesu, aby zapisywać kolejne informacje w słabym świetle słabej lampy zapalonej nad wejściem do kamienicy. – Czy widział pan, jak samochód pana Wilczyńskiego wjeżdża na podwórko?

- Nie, jak popatrzyłem na dół, samochód już tam stał ze zgaszonymi światłami. W garażu świeciło się jakieś słabe światło, ale na pewno nie te jasne lampy co teraz. Mogła to być latarka, bo to światło trochę mrugało – przypomniał sobie pan Rybka. – A po chwili pojawiły się błyski i usłyszałem serię strzałów. Tak sobie myślę, że nad Bolkiem musiała czuwać opatrzność, że dosięgnęła go tylko jedna kula, bo…

- A w jakich odstępach czasu słychać było te strzały? – szybko przerwał mu kolejnym pytaniem prokurator wyczuwając, że starszy pan należy do tych, którzy lubią sobie poopowiadać. W takich sytuacjach podczas przesłuchania trzeba szybko wracać do konkretów, bo razem z przekazywaną informacją na temat zapamiętanych wydarzeń w wypowiedziach takich świadków zaczynają się pojawiać ich własne, często nader wybujałe opisy i zbyt subiektywne opinie.

- Razem trwało to jakieś 10-12 sekund. Na pewno nie więcej – ocenił pan Rybka. – Chwilę wcześniej patrzyłem przez okno i piłem wodę, ale jak padł pierwszy strzał, kubek na szczęście był już pusty, więc nie…

- Czy po tych strzałach widział pan kogokolwiek opuszczającego garaż? – znów musiał wtrącić się w wypowiedź staruszka prokurator.

- Nie, bo tuż potem wyszedłem z kuchni zadzwonić na Policję. Wie pan, chciałem wystukać numer 112, ale się pomyliłem, bo kiedyś…

- Nic się takiego nie stało, panie Stefanie. Dzisiaj wszystkie służby informują się nawzajem w ciągu dosłownie kilkunastu sekund. Bolesławiec to nieduże miasto, koordynacja jest nietrudna, a czas dojazdu służb bywa naprawdę krótki – prokurator kolejny raz nie pozwolił rozgadać się świadkowi. – Panie Rybka, myślę, że dzisiejszej nocy to właśnie panu może zawdzięczać życie pan Wilczyński. Z mojej strony to wszystko, ale proszę być przygotowanym na kolejną rozmowę, gdybyśmy mieli do pana jeszcze jakieś pytania.

Prokurator przełożył długopis do ręki z notatnikiem, po czym wyciągnął wolną już rękę, aby uścisnąć dłoń starszego pana, dziękując mu w ten sposób i za jego postawę i za udzielone wyjaśnienia.

- Dziękuję za te słowa, panie prokuratorze. Cieszę się, że mogłem pomóc – odwzajemnił uścisk prokuratora pan Rybka. – Jestem do waszej dyspozycji. Będę się gorąco modlił, aby Bolek wrócił do zdrowia…

- A pani, pani Antonino? Mówiono mi, że pojawiła się pani w uniformie na podwórku kiedy już zabierano ofiarę do ambulansu? – prokurator zwrócił się do Julii, która w międzyczasie pisała coś na swoim telefonie.

- Tak, przybyłam, zobaczyłam i zemdlałam – mimo nerwów i stresu Julia odpowiedziała na zadane pytanie słowami Juliusza Cezara, kończąc wysyłanie wiadomości do swojej córki. Schowała telefon, podniosła głowę i patrząc na prokuratora zaczęła się mu tłumaczyć – Chyba pierwszy raz w życiu zasłabłam, a przecież w mojej pracy takie sytuacje mam na co dzień.

- To zrozumiałe, jeżeli jest się tak blisko z ofiarą – ze współczuciem stwierdził prokurator. – Pewnie chce pani zaraz jechać do szpitala, więc będę się streszczał. O której godzinie miała pani ostatni kontakt z panem Wilczyńskim?

- Po naszym dzisiejszym… znaczy wczorajszym, bo jest już przecież po północy, spotkaniu Bolek odwiózł mnie do domu na Graniczną około dwudziestej drugiej i wtedy widzieliśmy się ostatni raz – odpowiedziała Julia.

- Rozumiem, że wcześniej przyjechaliście tutaj ze skrzynką? – prokurator na szybko próbował odtworzyć chronologię zdarzeń poprzedniego dnia.

- Tak, około dwudziestej pierwszej trzydzieści. Widziałam na własne oczy, jak wykopaną koło Złotego Potoku skrzynkę Bolek zamykał w sejfie, w garażu – wyjaśniła Julia.

- Czy zamykając drzwi garażowe pan Wilczyński uzbroił może alarm? – spytał prokurator.

- Jasne, że tak. On ma takiego pilota przy kluczykach do samochodu. Kiedy brama opadła, nacisnął na pilocie guzik i usłyszałam takie „pik, pik” – odpowiedziała Julia, a prokurator to sobie zapisał.

- A czy wiedziała pani lub widziała, co znajdowało się w skradzionej skrzynce? – dołączył do rozmowy podkomisarz Kamiński.

- Niestety nie, ponieważ nawet nie próbowaliśmy jej otwierać. Mieliśmy to spróbować zrobić dopiero następnego dnia – odrzekła Julia, a w myślach dodała „Wtedy nie, ale teraz już wiem”.

Sama nie wiedziała, dlaczego zataiła tę informację. Widać nie docierało do niej jeszcze albo nie chciała do siebie tego dopuścić, że to tajemniczy sześcian ze skrzynki był powodem niezapowiedzianej wizyty włamywacza i przyczyną tragicznej w skutkach strzelaniny. Nie miała pojęcia, że lepiej dla niej i dla innych byłoby, gdyby niezwykły klejnot znalazł się jak najszybciej w rękach Policji. Błędnie założyła, że jeżeli nikt się o nim nie dowie, to wszyscy będą bezpieczni i nikomu więcej włos z głowy nie spadnie.

- Wie pani co? – kontynuował prokurator Pietrzak. – Podejrzewam, że bandyta dokładnie wiedział dokąd i po co przychodzi. Śmiem twierdzić, że wiedział nawet, gdzie i czego szukać, bo nic innego nie zostało zabrane oprócz skrzynki. A sejf został otwarty za pomocą prawidłowo wprowadzonego szyfru. Dlatego tak ważne jest, abyśmy dowiedzieli się, co zawierała ta skrzynka.

- Niestety nie pomogę panu. Właściwie, to przypomniałam sobie teraz, że tylko Bolek miał ją w rękach. Ja tej skrzynki nawet dokładnie nie obejrzałam – stwierdziła Julia.

- Teraz zadam pani bardzo ważne pytanie. Proszę się nie spieszyć i dobrze się zastanowić – poprosił prokurator. – Czy wcześniej tego dnia zauważyła pani, czy może ktoś śledził panią albo pana Wilczyńskiego? Jakiś podejrzany człowiek, albo na przykład auto jadące za wami?

To pytanie prokuratora zastanowiło Julię. Przecież z tym włamaniem to rzeczywiście nie mógł być przypadek. Albo włamywacz znał adres Bolka i miał też informację o lokalizacji jego garażu, albo naprawdę musiał podążać ich śladem. Nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, a usłyszeli krzyk spod garażu:

- Panie prokuratorze! – zawołał zza mercedesa technik, niewidoczny z miejsca, w którym prokurator rozmawiał ze świadkami. – Proszę tu szybko przyjść! Mam coś naprawdę ciekawego!

Julia przełknęła ślinę. Czyżby technik otworzył bagażnik i znalazł to, co schowała przed wszystkimi w neseserze?


Czyżby nasza Julia niedokładnie ukryła tak cenny przedmiot? Być może kiedy potem pojedzie do Bolka do szpitala, będzie czuła tylko niekończące się poczucie winy i strachu? Co takiego znalazł technik? No i czy podkomisarz Kamiński i aspirant Świgoń oraz prokurator Pietrzak zdołają rozwikłać tę zagadkę i złapać groźnego przestępcę? Koniecznie napiszcie w komentarzu jak podobają Wam się losy naszych bohaterów! Jak wyobrażacie sobie ich dalsze losy? Kolejny odcinek już w środę!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).


Pokaż/ukryj komentowany tekst

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Szarobrązowa Tunbergia   24 listopada 2020r. o 21:39

~Szarobrązowa Tunbergia

Postów:

c.d.
---------------------------------------
Powoli budził się kolejny letni dzień. Jasne promienie wschodzącego słońca wpadały przez wysokie balkonowe okna wynajmowanego mieszkania na trzecim piętrze czteropiętrowego bloku, tworząc na przeciwległej ścianie jasne, kontrastujące z ciemnozieloną barwą starej tapety, duże geometryczne wzory. W szczelinach karniszy przykręconych do sufitu nad oknami tkwiło kilkadziesiąt chaotycznie poukładanych żabek, ale nie trzymały one ani firanek, ani zasłon. Szyby okien były wyjątkowo czyste, co było wyłączną zasługą lokatora, który widocznie nie cierpiał widoku smug na szkle, bo zarówno pod oknem w dużym pokoju, jak i pod oknami w małym pokoju i w kuchni znajdowały się pojemniki z płynem do mycia szyb oraz ściereczki.

Światło oślepiłoby drzemiącego w dużym, tapicerowanym fotelu mężczyznę, gdyby ten miał otwarte oczy. Mężczyzna spał jednak spokojnie w nietypowej pozycji i w niecodziennym stroju. Trzymał ręce na podłokietnikach, a głowę miał odchyloną do tyłu. Fotel ustawiony był pod takim kątem, aby siedzący na nim miał pod kontrolą zarówno widok okna, jak i drzwi wejściowe do pokoju. Mężczyzna zamiast piżamy miał na sobie zwykłe ubranie, jakby dopiero co usiadł albo miał za chwilę dokądś wyjść. Nietypowe były u niego skórzane szelki, do których przyczepiona była pusta kabura, przesunięta obecnie pod lewą pachę. Pomiędzy podłokietnikiem a prawym udem mężczyzny wciśnięty był pistolet z tłumikiem. Wyglądało na to, że zasypianie na wygodnym fotelu w tej właśnie pozycji było jego normalnym zwyczajem. Tym bardziej, że w mieszkaniu nie było żadnego innego mebla do spania.

Mieszkanie było dwupokojowe, z kuchnią i niewielką łazienką. Po tej stronie budynku okna dużego pokoju wychodziły na szeroką, reprezentacyjną ulicę 1000-lecia prowadzącą przez Chojnów do Legnicy. Za ulicą, w otoczeniu sporej ilości drzew, znajdowało się kilkanaście ładnych, zbudowanych z piaskowca, poniemieckich jeszcze budynków szpitala psychiatrycznego. Z drugiej strony budynku okna niewielkiego pokoiku i równie skromnej kuchni wychodziły na podwórko, na którym znajdował się plac zabaw, a nieco dalej położone były parkingi zapchane rzędami samochodów do tego stopnia, że wieczorami, aby zaparkować, trzeba było się zawsze trochę najeździć i naszukać wolnego miejsca.

Blok, jak i całe osiedle nazywano wielką płytą. Osiedli takich było całe mnóstwo we wszystkich polskich miastach, wliczając Bolesławiec. Zupełnie jak w kraju, z którego pochodził najmujący mieszkanie mężczyzna. Czuł się więc tutaj trochę jak w swojej ojczyźnie. Różnica była tylko taka, że w Polsce bloki były już docieplone, elewacje kolorowe, przed blokami stały auta coraz nowsze i coraz droższe, a gospodarka rwała do przodu, co można było liczyć ilością centrów handlowych oraz kolejnych powstających przy głównych drogach i węzłach drogowych halach firm z kapitałem zagranicznym. No i te ceny. W Polsce żyje się drogo, coraz drożej.

Mieszkanie można było uznać za wyjątkowo ponure. Właściciel mieszkania wynajętego z ogłoszenia na lokalnym portalu internetowym, któremu Dymitr zapłacił gotówką czynsz za trzy miesiące z góry, lubował się w ciemnych tapetach i ciemnych kolorach paneli podłogowych. Wyposażenie mieszkania było więcej niż skromne. Fotel służący mu do spania kupił w sklepie z używanymi meblami jeszcze tego samego dnia, w którym wynajął to mieszkanie. Dymitr nigdy nie lubił otaczać się zbyt wieloma przedmiotami, jako że w większości nie był mu one do niczego potrzebne, a poza tym dość często przenosił się z miejsca na miejsce. Dzięki czemu trudniej było go wytropić. Jak dotąd.

Poprzedniego dnia wrócił taksówką z Legnicy do Bolesławca, tuż po lunchu z Albertem. Zanim się pożegnali Albert podziękował mu ponownie za częściowe wykonanie zlecenia i oprócz dwóch kopert z dziesięcioma tysiącami dolarów każda, kazał zabrać z powrotem niepotrzebną mu pustą skrzynkę. Obiecał też przesłać posiadane dodatkowe zdjęcia i informacje o partnerce mężczyzny zastrzelonego w garażu. Zostawił także Dymitrowi swój numer telefonu i poprosił go, aby w razie konieczności zdobycia kolejnych informacji dał mu znać, czego potrzebuje. Fajny i wszechmogący ten Albert, pomyślał wtedy Dymitr i zaciekawił się ile ten z kolei miał zainkasować za jakiś tam durnowaty kamień ze skrzynki, skoro zdecydował się mu zapłacić za jego zdobycie aż trzydzieści pięć tysięcy zielonych.

Po przytaszczeniu podniszczonego nesesera z powrotem do mieszkania, Dymitr zaniósł go do małego pokoju i pozostawił tam razem ze skrzynką w środku. Rzucił okiem na zgromadzone w tym pomieszczeniu narzędzia, urządzenia elektroniczne i inne przedmioty przydatne do wykonywania jego obecnego zajęcia - specjalisty od nietypowych, trudnych i czasem brudnych zleceń. Następnie poszedł do lodówki, wyjął napoczętą butelkę wódki, litrową colę i zrobił sobie z nich szklankę drinka pół na pół, którego wypił jednym haustem. Przeszedł do dużego pokoju, usiadł w fotelu i przejrzał na smartfonie ogłoszenia o sprzedaży samochodów marki audi na kilku portalach motoryzacyjnych, wpisując w okienku filtra „lokalizacja” nazwę miejscowości Bolesławiec. Zanotował telefony z czterech najbardziej interesujących ogłoszeń, zadzwonił pod zapisane numery i umówił się z ogłoszeniodawcami na oglądanie pojazdów kolejnego dnia od rana, bo miała być to sobota.

Coś go tknęło i zajrzał także do aktualnych wiadomości podawanych na dwóch znanych mu już lokalnych portalach internetowych. Na obu z nich znalazł sensacyjne tytuły o zdarzeniu, jakie miało miejsce ostatniej nocy. Jeden z portali informował o ofierze strzelaniny krzycząco-pytającym nagłówkiem „Czyżby krwawe porachunki mafii?”, a drugi „Zagadkowa zbrodnia w garażu”. Widać było wyraźnie, że redakcje prześcigają się na ściąganie tytułami jak największej ilości internautów i nastawiają na maksymalizację ilości kliknięć. Interes musi się kręcić.

Kliknął w ten drugi artykuł na portalu wbolcu.net, bo chciał dowiedzieć się, w jakim kierunku prokuratura ma zamiar prowadzić śledztwo. Już pod tytułem zauważył ogromną ilość odsłon. Niezależnie od miejsca na świecie uwagę ludzi zawsze najbardziej przyciąga sensacja, krew i śmierć. Sześć tysięcy kliknięć w niecałą dobę! Poczytny ten portal, pomyślał i zaczął czytać, co takiego ustalili jak dotąd dociekliwi redaktorzy. Już pierwszy akapit spowodował, że Dymitr zaklął i sięgnął po paczkę papierosów.

Czytając kolejne linijki przewijanego palcem tekstu, wypalił w niecałe dwie minuty całego papierosa, zgasił go w stojącej na podłodze popielniczce i szybko sięgnął po następnego. Niedobrze, pomyślał, facet jakimś cudem przeżył. Wiedział, że było to możliwe tylko dlatego, że jakiś wścibski sąsiad zadzwonił gdzie trzeba, jak tylko usłyszał feralne strzały z jego idiotycznego rowerolweru. Pamiętał dobrze widok karetki, która razem z radiowozem jechała do postrzelonego krótko po tym, kiedy on, obciążony ciężkim pakunkiem, w dość nietypowy sposób zdążył już pieszo ewakuować się z miejsca włamania. Gościu miał niewyobrażalnie dużo szczęścia w nieszczęściu. Typ spod jasnej gwiazdy.

Autor artykułu, Gerard Skrętkowski donosił, że poprzedniej nocy, około dwudziestej trzeciej doszło do strzelaniny w garażu na ulicy 1 Maja. Właściciel garażu, niejaki Bolesław W., w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala. Lekarz, który operował rannego odmówił dziennikarzowi wywiadu, ale redaktor swoimi kanałami dotarł do informacji i nie omieszkał o tym wspomnieć, że po kilkugodzinnej nocnej operacji pacjent obecnie przebywa na OIOM-ie i utrzymywany jest w stanie śpiączki farmakologicznej. Redaktor nie użył słów „walczy o życie”, co oznaczało, że stan postrzelonego jest ciężki, ale nie zagraża jego życiu.

Dziennikarz informował następnie, że to jeden z czujnych sąsiadów powiadomił Policję i że właśnie szybko udzielona pomoc prawdopodobnie uratowała ofierze życie. Niestety, jak dotąd redaktorowi nie udało się porozmawiać z bohaterskim sąsiadem, ale niejakie panie Malinowska i Kwiatkowska z sąsiednich kamienic z chęcią dzieliły się z czytelnikami wiedzą o swoim rannym sąsiedzie, o pozostałych podejrzanych sąsiadach i swoimi spostrzeżeniami na temat ewentualnych motywów napadu, których prawdziwość mogła budzić uzasadnione wątpliwości.

Dalej redaktor donosił w artykule, że śledczy i prokurator zastrzegli, że nie będą udzielać prasie żadnych informacji do czasu zakończenia śledztwa, ale poprosili czytelników o zgłaszanie informacji o jakiejkolwiek postaci czy podejrzanym pojeździe, zauważonych w rejonie starego miasta i kilku ulic w centrum minionej nocy. Obiecali, że jak tylko dobro śledztwa na to pozwoli, będą informować redakcję i czytelników na bieżąco. Dali do zrozumienia, że mają odciski palców sprawcy i wiedzą też, co zostało z garażu skradzione, a zdjęcie lub rysunek przedmiotu zostanie wkrótce opublikowany w specjalnym komunikacie z prośba o pomoc w jego odnalezieniu. Zablefowali przy okazji, że już posiadają wizerunek sprawcy. Dymitr pomyślał, że jak się facet w szpitalu obudzi, to na pewno taki portret przygotują i wtedy z jego pokrytą bliznami, charakterystyczną gębą może zrobić się niebezpiecznie. Później zastanowi się co z tym zrobić, ale być może zanim koleś się ocknie i będzie w stanie mówić, jemu uda się dokończyć robotę za pozostałe piętnaście tysięcy dolarów.

Dymitr zauważył, że pod artykułem rozpętała się burza komentarzy. Przejrzał dwanaście pierwszych stron z wypowiedziami internautów o śmiesznych ksywkach, po czym przerwał czytanie, bo wpisy zaczęły się powtarzać, wiele stało się wulgarnych, a niektóre zeszły nawet na tematy polityczne i mieszały z błotem zarówno rządzących krajem, jak i miejscowych polityków. Nowe komentarze nadal pojawiały się w pewnych odstępach czasu, a wiele z nich było wynikiem snucia mniej lub bardziej sensownych domysłów i teorii spiskowych, zapewne rodzących się w głowach ludzi, którzy naoglądali seriali z serii CSI, naczytali o Sherlocku Holmesie, a być może i o przygodach Harry’ego Pottera.

Potem Dymitr przerzucił drugi artykuł na konkurencyjnym portalu, ale ten nie informował o niczym dużo ciekawszym. Skończył czytać oba artykuły mniej więcej w połowie nowo otwartej paczki papierosów.
Policja będzie miała sporo pracy, żeby te wszystkie doniesienia posprawdzać i zweryfikować ich prawdziwość. Dymitr na razie jako jedyny oprócz leżącego w szpitalu, nieprzytomnego Bolesława W., wiedział jednak, że każda podpowiadana przez bujną wyobraźnię komentujących wersja wydarzeń lub hipoteza nie może być prawdziwa i zawiedzie śledczych donikąd.

Pomyślał, że jego podejrzane auto na pewno zostało dokładnie sprawdzone i znaleziono w nim jego odciski palców. Po raz kolejny pożałował, że zaparkował zbyt blisko miejsca, w którym miał wykonać swoją, trochę spapraną zdaniem Alberta, robotę. Zastanowił się też, czy mógł zostawić po sobie jakiekolwiek inne ślady, oprócz rozwalonej skrzynki w garażu i odcisków w samochodzie. Łomu nie znajdą, pocieszył się, ale co z sejfem? Przecież otwierał go także bez rękawiczek. Policja przez to zapewne szybko powiąże włamanie z porzuconym samochodem.

Kiedy Dymitr zasypiał w swojej ulubionej, siedzącej pozycji, myślał już tylko o tym, że za kilka dni, kiedy już poobserwuje sobie interesującą go obecnie, ale na razie tylko zawodowo rudowłosą osobę płci żeńskiej i zmusi ją do oddania kamienia, zainkasuje resztę wynagrodzenia i być może zrobi sobie kilkutygodniowe wakacje na Kanarach. Albo może na Krecie. Albo na jego ulubionym Krymie. Czemu nie? Wyjedzie z Polski przynajmniej do czasu, kiedy sprawa tutaj nie ucichnie, a ludzie zapomną twarz, która za kilka dni ukaże się pewnie w lokalnej prasie i na lokalnych portalach, o ile niejaki podziurawiony Bolesław W. nie straci pamięci ani mowy. Albert miał rację, że robota została trochę spaprana. Ale co było, minęło. Kto wie, może uda się jeszcze naprawić ten mały błąd?

*****

Z telefonu leżącego blisko fotela, tuż koło przepełnionej popielniczki odezwała się melodia „Biełyje rozy”, ustawiona przez Dymitra jako sygnał budzika. Ósma zero zero. Dymitr otworzył oczy i pozostawiając na fotelu broń przeszedł do łazienki. Wykąpał się, ogolił, nie zapominając o delikatnym traktowaniu skóry pokrytej bliznami, po czym przebrał dokładnie w taki sam, lecz czysty komplet ubrań. Tylko skórzany pasek z kaburą nie był nowy, ale ten sam, co poprzedniego dnia.

Wrócił do pokoju, podniósł z podłogi popielniczkę, zaniósł ją do kuchni i wypróżnił do kosza pod zlewozmywakiem. Przygotował sobie skromne śniadanie z kilku składników, które trzymał w lodówce. Kawa rozpuszczalna z marketu w ogóle mu nie smakowała. Jak wymieni dolary w kantorze, kupi sobie dzisiaj wreszcie lepszą, a tą wywali do kosza. Zjadł kromki, zmył naczynia i wrócił do dużego pokoju. Wziął napoczętą paczkę papierosów, wyszedł na balkon i paląc przyglądał się jeżdżącym samochodom, jakby wybierał, którym z nich mógłby sobie kiedyś pojeździć. Jak już kupi nowe audi, czeka go nieco żmudnej, ale koniecznej roboty, jak śledzenie, obserwowanie, robienie zdjęć i dużo innych, oczywiście niezgodnych z prawem działań.

Wrócił na fotel, chwycił telefon i zadzwonił po taksówkę na swój adres za kwadrans. Miękki mebel oprócz spania służył mu także do analizowania i planowania działań. Po drugiej stronie fotela trzymał notes. Podniósł go i znajdującym się w środku długopisem zapisał sobie najważniejsze, posiadane i otrzymane dotąd informacje. Otworzył w telefonie galerię i zaczął przeglądać otrzymane trzy zdjęcia oraz skąpe, jak na razie informacje, zebrane wcześniej przez ludzi Alberta na temat Antoniny Polańskiej i Aleksandry Wilczyńskiej. Ciekawe, czemu mają różne nazwiska? Zapisał adres zamieszkania tej ciekawej rodzinki. Zacznie od śledzenia i zbadania rozkładu dnia zarówno matki, jak i córki. Musi wiedzieć dokładnie, gdzie pracują, jakie mają zainteresowania i przyzwyczajenia, gdzie i kiedy robią zakupy, czy chodzą do kina, do knajpy oraz jak często i z kim się spotykają.

Pomyślał też, że przed zorganizowaniem porwania ważne będzie znalezienie odpowiedniego lokum na planowane przez niego ukrycie i przetrzymywanie dorosłej, ale młodej jeszcze dziewczyny. Nie będzie to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Pojedzie najpierw obejrzeć miejsca, które dawniej doskonale znał. Może na byłe lotnisko do Osłej, może do Trzebienia, a może i nawet trochę dalej, do Pstrąża. Wszędzie tam można jeszcze dzisiaj znaleźć odosobnione i dobrze ukryte, nadające się do tego celu dawne piwnice, czy opuszczone budynki. Kiedy już wybierze to najlepsze, trzeba będzie je przystosować do funkcji czegoś w rodzaju więziennej celi na co najmniej kilkudniowy, przymusowy pobyt skrępowanej ofiary, bez konieczności pełnienia stałego, całodobowego nadzoru.

Przygotowanie kryjówki będzie wymagało trochę fatygi, zdobycia jakichś materiałów, wykonania prowizorycznych zabezpieczeń, ale wszystko to jest konieczne, żeby szantaż mógł być skuteczny. Ale to i tak tylko na wypadek, gdyby mamusia zdecydowała się odmówić współpracy i nie zechciała dobrowolnie podać miejsca ukrycia kamienia ze skrzynki. Dymitr miał jednak nadzieję, że kobitka już przy pierwszej rozmowie zmięknie i bardziej brutalne, siłowe czy psychologicznie metody okażą się zbędne. A Dymitr tych metod znał dość sporo.

Po zrobieniu notatek, wstał z fotela i schował do tylnych kieszeni spodni notes i telefon. Poszedł do kuchni i zabrał jedną z dwóch pozostawionych poprzedniego wieczora w chlebaku kopert. Pomyślał, że to powinno wystarczyć, bo dolar ostatnio dobrze stoi. Zanim wyszedł z mieszkania ubrał swój długi, nieodzowny według niego płaszcz. Pod płaszczem, ponownie rozdzielone, zajęły jeszcze swoje miejsca w kaburze pistolet i tłumik.

Zamknął drzwi i wyszedł z klatki. Na pobliskim parkingu czekała zamówiona taksówka, którą miał zamiar pojeździć dzisiaj po Bolesławcu i po okolicach, aby wybrać dla siebie wreszcie nowy środek lokomocji. Bez tego dalsza część opracowanego planu odzyskania zaginionej zawartości skrzynki nie będzie możliwa do sprawnego i szybkiego zrealizowania. Wsiadł do czekającej taksówki, rzucił do kierowcy „Proszę najpierw do jakiegoś czynnego kantoru, a potem do autokomisu w Łące” i auto odjechało.
-----------------------------------
c.d.n.
Nadal brak komentarzy? tworzyć dalej czy nie tworzyć?
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Zielonkawożółta Aukuba   25 listopada 2020r. o 7:43

~Zielonkawożółta Aukuba

Postów:

Ups... nie "rozwalonej skrzynki w garażu", lecz "rozwalonej szafki w garażu".
Brak "się" w "naoglądali seriali"
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

reklama Zapraszamy