ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4907, 8 maja 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Oferta pracy: Monter wyrobów z tworzyw sztucznych – Rena Polska - Wykroty, Dolnośląskie
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu17 kwietnia 2021r. godz. 15:14, odsłon: 631, Bolecnauci/Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek 64
Część w której w piękną, letnią noc, Ola prawie dekapituje okrutnych opryszków... łopatą.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 64 Wybrzeże nocą (fot. pixabay)

Już jest sześćdziesiąta czwarta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Sześćdziesiąta pierwsza część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta druga część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta trzecia część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Dzisiaj Bolecnauta Pan M. ukazuje nam inne oblicze Oli. Czy to zimna krew po tatusiu? Zapraszamy do lektury:


Do miejsca koncertu muzyczno-tanecznego na terenie parkingu mieleńskiego MOSiRu miały jeszcze jakieś trzysta metrów w linii prostej, kiedy Żaklinie musiał akurat teraz wpaść jakiś ostry kamyczek do jednej z tenisówek, które założyła, mając zapewne nadzieję jeszcze tej nocy na kilka chwil pląsów na parkiecie w miłym towarzystwie. Zatrzymała się, prawą ręką oparła się o niestabilny płot i podniosła lewą nogę sięgając do stopy drugą ręką, aby rozsznurować, zdjąć i wytrzepać obuwie. Ola stanęła kilka metrów dalej i obróciła się.

- Co jest?

- A nic, kamyczek mi wpadł. Idź, idź, Ola. Zaraz cię dogonię – Żaklina uśmiechnęła się, choć było na tyle ciemno, że Ola mogła tego nie zauważyć. – Jakby co, zajmij mi miejsce przy stoliku, najlepiej z jakimś przystojnym Hiszpanem. A ty sobie bierz tego drugiego…

- Jakby co, to przecież koncert jest, a nie kolacja w knajpie, Żakciu. Dobra, pospiesz się, bo nawet na ostatnią piosenkę nie zdążymy…

Ola zobaczyła za Żakliną majaczące sylwetki jakichś trzech podejrzanych osobników, którzy stali kilkanaście metrów dalej, palili papierosy i wydawali się zajęci rozmową. Mimo pukającej do jej głowy ostrzegawczej intuicji, odwróciła się i ruszyła ponownie w kierunku, z którego dobiegała muzyka. Po kilkunastu sekundach znów jednak przystanęła, bo coś ją tknęło. Ponownie spojrzała w miejsce, w którym Żaklina pozbywała się uwierającego kamyka, ale Żakliny tam już nie było. Nie było też tych trzech gości, a nigdzie indziej w okolicy nie zauważyła żywej duszy. Jezu, Żaklina! Ola ruszyła z miejsca, a po chwili już biegła z walącym sercem. Była pewna, że za chwilę stanie się coś złego, a może już się stało. Takich rzeczy się nie wie, takie rzeczy po prostu się czuje.

Biegnąc, szukała w płocie dziury na tyle dużej, żeby zmieściła się w niej dorosła osoba. Ledwie kilka metrów za miejscem, w którym stała wcześniej Żaklina zobaczyła słup ogłoszeniowy, na który wcześniej nie zwróciła uwagi. Zaraz za słupem jeden z paneli płotu właściwie nie stał, tylko leżał, umożliwiając wejście na teren rzekomo strzeżonego placu budowy. W trzech susach Ola pokonała, niemal się przy tym wywracając, niestabilne, chyboczące się przęsło.

Plac budowy nie był duży, ale przynajmniej był dość dobrze oświetlony. Po prawej stronie Ola zauważyła jakiś barakowóz, w którym paliło się słabe światło. Tam nie zdążyliby jej zabrać, stwierdziła. Zostaje rozpoczęta budowa. Niewiele myśląc i nie chcąc tracić czasu na powiadamianie policji, ruszyła w kierunku budynku, który skutecznie odstraszał turystów swym wyglądem. Budowlany bałagan panujący wokół zmusił ją do ostrożniejszego stawiania kroków, ale i tak raz po raz o coś się boleśnie potykała w swym lekkim obuwiu o cienkich podeszwach. Tuż przed wejściem do jakichś pomieszczeń w przyziemiu, być może miał to być w przyszłości podziemny garaż, stanęła i zaczęła nasłuchiwać.

Głośna muzyka dochodząca z koncertu skutecznie zagłuszała jakiekolwiek dźwięki, więc Ola stwierdziła, że na słuchu nie ma co w tym miejscu polegać. Pozostało jej mieć tylko otwarte oczy. Wchodząc do nowo powstającego, pełnego pułapek budynku, próbowała wymacać ścianę i natknęła się przypadkiem palcami na opartą o mur łopatę. Chwyciła ją w rękę i zważyła, kilkakrotnie unosząc i opuszczając. Jako broń się nada, pomyślała. Tylko, że prawie nic nie było widać. Prawie.

Gdzieś w głębi, ale nie tak daleko od niej, musiała znajdować się jakaś klatka schodowa, bo lekka poświata, którą zauważyła, dobiegała trochę z góry, jakby z sufitu. Po kilkunastu krokach po równej posadzce, dotarła do odlanych z betonu schodów. Mimo ciemności widziała wszystkie stopnie, a dochodzące z góry światło migało, jakby ktoś palił tam ognisko. Ola usłyszała krótki, rozpaczliwy, przerwany krzyk Żakliny „Ratu…”. Mimo ogarniającego strachu, wołanie to musiało ją pchnąć do działania. Starając się stawiać ciche, choć szybkie kroki, wchodziła do góry stopień za stopniem.

Po chwili usłyszała trzy męskie, nerwowe, lekko bełkoczące głosy, chaotycznie i dość głośno szepczące jeden przez drugiego:

- Trzymaj ją i zakryj gębę, bo się będzie drzeć…

- Ja wolę nagrywać, za dużo mam w czubie…

- Dobra, to ja pierwszy…

- Ale wierzga, pinda jedna…

Ola wychyliła głowę ponad posadzkę pomieszczenia na wyższej kondygnacji i zobaczyła scenę, która tak naprawdę powinna ją zmrozić i całkowicie sparaliżować jej ruchy. Biorąc pod uwagę liczebną i siłową przewagę trójki napastników, mogłaby i tak uznać jakiekolwiek dalsze działanie za bezcelowe, a grożące narażeniem także i jej życia lub zdrowia na szwank. Ale niespodziewanie umysł Oli odrzucił panikę i stłamsił przerażenie. Jakiś przełącznik w niej musiał przestawić się gdzieś pomiędzy pozycję „Pewność siebie” a „Działanie odruchowe”. Być może miała nieodkryte dotąd wrodzone cechy wojowniczki, które aktywowały się tylko na szczycie uczucia desperacji i w obliczu największego zagrożenia, a być może przypomniały się jej się po prostu lekcje samoobrony, na jakie jej mama zabierała ją, kiedy Ola była w trzeciej i czwartej klasie głogowskiego pierwszego ogólniaka.

Któregoś razu widząc, jak siedemnastoletnia Ola, stojąc przed lustrem w łazience w samym ręczniku zasłaniającym ją wyłącznie od piersi do bioder, upina włosy, jej mama stwierdziła z zazdrością:

- Ależ ty masz figurę, córa. Powiadam ci, że faceci będę leżeć ci u stóp. Ale pamiętaj, że po świecie krążą też różne szuje i zbóje. A kiedy takiego spotkasz, nie możesz mieć skrupułów. Musisz umieć sobie sama poradzić. Ty albo oni. Gdyby twój tata żył, być może sam by cię tego nauczył. Znam właściciela takiego jednego klubu sportowego. Niedawno wyciągałam go z rozbitego auta i stąd się znamy. Zawodowo, prywatnie nie. To jeszcze młodzian. Zaprowadzę cię na te zajęcia. A nuż ci się spodoba. Znaczy… sport, a nie trener.

Trener Łukasz nie był w typie Oli, ale uprawiany i uczony przez niego sport spodobał się jej już wtedy, kiedy ten chciał się przed nią popisać i kiedy przerzucona przez jego plecy walnęła plecami o matę, nie czyniąc sobie przy tym żadnej krzywdy. Chciała koniecznie dowiedzieć się, jak można tak łatwo i bez wysiłku rzucić kimś wyższym od siebie, o podobnej sobie wadze, ale tak, aby delikwent nawet się nie zorientował, że został właśnie skutecznie unieruchomiony bądź unieszkodliwiony. Od tamtej pory mama zabierała Olę raz w tygodniu na zajęcia w najlepszym głogowskim klubie judo. Nie były to zajęcia męczące, ale Ola dzięki nim stała się sprawniejsza fizycznie, odporniejsza psychicznie, a przede wszystkim nabrała pewności siebie. Co, jak się okazało, było nie do przecenienia w obecnej, dramatycznie niebezpiecznej sytuacji.

Przy dochodzących z zewnątrz łagodnych, początkowych dźwiękach rozpoczynającej się na koncercie kolejnej melodii, w której wyraźnie rozpoznała „Hero” Enrique Iglesiasa, ukryta w cieniu zaczęła niepostrzeżenie zbliżać się do szamoczących się na betonowej podłodze łysych zbirów. Te obleśne, zapocone zakapiory próbowały przytrzymywać wyrywającą się i broniącą się kopniakami przerażoną Żaklinę. Mimo, że dzielnie stawiała im opór, to jednak ich było trzech, mieli trzy razy więcej kończyn i ze sześć razy więcej siły, na którą nawet desperacja ofiary niewiele mogła poradzić.

Pierwszy z napastników na klęcząco jednym przedramieniem przyduszał Żaklinie gardło, a drugą dłonią zakrywał jej usta. Drugi stał pochylony tyłem do skradającej się Oli i nagrywał całą scenę telefonem komórkowym. Trzeci, ten z najkrótszą szyją, chociaż żaden z nich nie wykazywał akurat w tej kwestii cech żyrafy, usiłował usiąść na Żaklinie i przygwoździć ją własnym, nadmiernie opasłym ciałem. Próbował przy tym jednocześnie nieporadnie i bezskutecznie zapanować nad jej machającymi na oślep rękami. Żaklina musiała być skrajnie zdesperowana, ale i w przypływie adrenaliny niesamowicie silna, że jak dotąd te oprychy nie zdołały jej skutecznie ujarzmić, pomyślała Ola. Dobra nasza. Walcz dalej, Żaki. Walcz!

Poziom wściekłości u Oli był tak ogromny, że niemal zaczął rozsadzać jej czaszkę. Ale nie mogła stracić chłodnej oceny sytuacji, ani pójść na żywioł. Po prostu wyobraziła sobie po kolei wszystkie ruchy, które miała zamiar za sekundę wykonać. Tylko nie opisała ich na głos, jak Schwarzenegger w „True lies” jednemu z bandziorów przed skręceniem mu karku. Ola postanowiła od razu wykorzystać łopatę, bo nie chciała ryzykować zabawy w żadne chwyty obezwładniające. Takim gnojom nie należało się obezwładnienie, ale bolesne i to jak najbardziej, obrażenia.

Ola podeszła dosłownie na palcach do stojącego tyłem łysielca, cieszącego się jak dziecko, że za chwilę będzie mógł nagrać sobie film, który pewnie potem miał zamiar rozesłać go kumplom. Chwyciła sztych niesionego narzędzia budowlanego obiema rękami, uniosła w prawo i do góry, jednocześnie skręcając swoje ciało. Chciała w ten sposób przy ciosie nadać łopacie maksymalny pęd i prędkość. Obie te wielkości fizyczne zdecydować miały o tym, czy ofiara uderzenia straci przytomność od razu, czy dopiero przy zetknięciu z podłogą. W sumie to nieistotne, bo chodziło jedynie o to, by za pomocą kawałka hartowanej stali wyeliminować sukinkota skutecznie i na długo, najlepiej na zawsze, bez względu na konsekwencje.

„Let me be your hero”, wyrecytowała w myślach wers refrenu piosenki dokładnie wtedy, kiedy usłyszała z koncertu fragment śpiewany przez przystojnego Hiszpana i wypuściła pierwszy, niemal zabójczy dla trafionego cios. Rozległ się taki huk, jakby facetowi pękła czaszka, co było wielce prawdopodobne, gdyż, jak Ola pamiętała z anatomii, skorupa chroniąca mózg nie była tak twarda, jak kość udowa. A do tego przypominająca płyty tektoniczne jakiejś planety mózgoczaszka miała swoje słabsze punkty w postaci łączących jej fragmenty szwów.

Gdyby istniało takie przekleństwo na świecie, które kumulowałoby milion razy inne najgorsze na świecie przekleństwa, właśnie takiego użyłby teraz ten całkowicie zaskoczony fagas, przyduszający szyję Żakliny. Kiedy uniósł wzrok, zobaczył jak miejsce jego stojącego przed chwilą tuż obok kolegi, z którego łysej głowy, w miejscu bezkształtnego, zmiażdżonego ucha natychmiast trysnęła krew, zajmuje równie piękna, co zgrabna dziewczyna. Prawdopodobnie w jego pijackim widzie Ola objawiła mu się jako spadający z nieba demon zagłady. Przerażony gość na pięknej kobiecej twarzy nie był w stanie wyczytać jakiegokolwiek współczucia, ani niczego innego, poza lodowatą chęcią odwetu. Zauważył, a być może podpowiedziała mu to jakaś wyćwiczona bijatykami intuicja, że mściwy anioł bezzwłocznie po wysłaniu na beton zaślinionego operatora kamery, powtórnie zamierzał zaatakować.

Telefon pierwszej ofiary upadł na posadzkę ekranem w dół, silnie świecąca dioda LED, która oświetlała posępną poświatą wszystkie postaci tej konfrontacji zgasła. Ola, wykorzystując mrok i element zaskoczenia, nie marnowała czasu na ponowne przełożenie łopaty na prawą stronę, ale zamachnęła się łyżką narzędzia z lewej strony, kosząc nią jak żniwiarz śmierci dwustronną kosą.

Drugi z oprawców Żakliny ledwo zdążył zobaczyć nadlatujący, ułożony tym razem poziomo płaski kawałek metalu, skierowany dokładnie w centralną część jego twarzoczaszki. Gdyby w ułamku sekundy odruchowo nie cofnął głowy, mógłby zostać iście po królewsku zdekapitowany, jak Ludwik któryś tam na szafocie w osiemnastowiecznej Francji, lubującej się w przelewaniu krwi swoich władców. Dzięki refleksowi, a może zbyt krótkim rękom Oli, ostra końcówka użytego jako broni narzędzia, odcięła mu jedynie nos, przedtem przecinając aż do kości jego prawy policzek tuż pod oczami. Drugi z trafionych nietypową bronią krótkoszyich, razem z nosem musiał stracić także kontakt z rzeczywistością, ponieważ krwawiąc równie obficie co poprzednik, przewrócił się jak podcięte drzewo i na trwałe przylgnął do posadzki.

Po brutalnym, ale całkowicie usprawiedliwionym okolicznościami wyeliminowaniu dwóch z trzech przeciwników przez Olę, dziewczyny były teraz w przewadze. Trzeci z rywal drużyny przeciwnej w tej, jak wydawało się na samym początku, nierównej walce dobra ze złem, usiłował podnieść się i odskoczyć na bok, ale ochlapana jak dotąd dwoma grupami krwi Żaklina zdołała go mocno objąć nogami powyżej bioder i przytrzymać w żelaznym uścisku, spotęgowanym dodatkowo przepełniającą ją furią wściekłości. W normalnej intymnej sytuacji, taki zakleszczony samiec byłby wniebowzięty, ale temu tutaj daleko było do erotycznych uniesień. Spotkania z dwiema atrakcyjnymi dziewczynami tej nocy nie zaliczy do udanych, a być może będzie miał nawet uraz do kobiet już do końca swojego podłego życia, co przy niefortunnym zbiegu okoliczności mogło nastąpić jeszcze tej nocy.

W świetle latarki telefonu wzrok Oli napotkał wzrok leżącej przyjaciółki. W ułamku sekundy jakieś mentalne, a może telepatyczne fale przeniosły ostatnie istotne pytanie z jej głowy do głowy Żakliny. Bezgłośne zdanie z pytajnikiem na końcu było krótkie: „Tego też?”. Żaklina nie dając żulowi żadnej szansy na uczciwy proces i sprawiedliwy wyrok, skinęła głową i zamknęła oczy obawiając się, że kolejna porcja kropel krwi może również ochlapać jej twarz.

Unieruchomiony między udami swojej niedoszłej ofiary bandzior, w odruchu desperacji próbował jeszcze podnieść ręce tuż przed egzekucją i obronić się przed ciosem przeznaczonym dla jego ogolonej łepetyny. Tym samym jednak zrobił sobie podwójną krzywdę, skutkującą poczwórnym bólem łamanych gnatów, bo potworna siła trzeciego uderzenia złamała mu prawdopodobnie wszystkie kości przedramion. Ola z chęcią powiedziałaby mu dokładnie, jak one się nazywały po polsku i po łacinie, gdyby tylko nie była zajęta rozpędzaniem łopaty przed zadaniem finalnego, czwartego ciosu, kończącego brutalny i krwisty spektakl, jak w starej grze komputerowej Mortal Kombat. Jednocześnie z tym ostatnim, równie silnym co poprzednie, uderzeniem, które miało powalić i wyeliminować trzeciego z podpitych bandytów, Żaklina rozluźniła uścisk i rozchyliła uda, aby pozbawiony przytomności i władzy nad rękami degenerat mógł swobodnie i z gracją worka wypełnionego kamieniami zająć należne mu miejsce obok swoich kolegów.

Ola popatrzyła na swoje koszmarne, dokonane własnoręcznie dzieło. Mama miała rację. Faceci słali się u jej stóp, a po świecie wciąż krążą wszelakiej maści szuje i zbóje, którym tylko łopatologicznie można próbować wybić z głowy niecne zamiary. Ola chciała odrzucić łopatę na bok, ale ostatecznie wzięła ją w lewą rękę, a prawą pomogła wstać gramolącej się, szlochającej przyjaciółce. Objęły się z Żakliną za ramiona i bezzwłocznie zaczęły schodzić po schodach, aby jak najszybciej opuścić budynek i zostawić to feralne miejsce za sobą. Wychodząc z budowy na ulicę cały czas się podtrzymywały, także, co było nie mniej istotne, na duchu.

Walka musiała się skończyć, zanim jeszcze Enrique dośpiewał swój miłosny hit do końca. Przy ostatnich dźwiękach przeboju młodego Iglesiasa Żaklina jak w transie zaczęła nucić pierwszą zwrotkę tej piosenki, jakby chciała, żeby puszczono ją jeszcze raz od początku. Prawdopodobnie obie lubiły słuchać piosenek Hiszpana i znały większość tekstu na pamięć, bo po chwili zaczęły już wspólnie nucić słowa niegdysiejszego, popularnego zwłaszcza wśród dziewcząt przeboju. Słowa te pasowały jak ulał do tego co obie przed chwilą obie przeżyły:

“Would you die for the one you loved?
Hold me in your arms tonight

I can be your hero, baby
I can kiss away the pain
I will stand by you forever
You can take my very breath away”

Po chwili obie już płakały, łkały i śpiewały jednocześnie, powtarzając tylko sam refren, ale coraz głośniej i głośniej. Każdy kto by je teraz usłyszał pomyślałby, że nieźle musiały się przed momentem wyszaleć na koncercie i równie mocno wstawić, popijając u-booty, albo serię kilku niebieskich drinków z lodem pod rząd. Sądząc po zachowaniu i slalomie, jakim pokonywały drogę powrotną, niewątpliwie mogły być wzięte za podchmielone, rozbawione imprezowiczki, które dopiero skończyły kręcić piruety na parkiecie.

- Nie tak miał się skończyć ten wieczór – odezwała się wreszcie do Żakliny Ola cichym głosem, kiedy przechodziły przez furtkę ogrodzenia ośrodka. – Nie tak miało być. Przepraszam.

- Nie masz za co. To ja cię przepraszam, że cię namówiłam na ten nocny wypad.

- Przepraszam, że cię zostawiłam tam na chodniku samą, Żaklina. Nigdy nie powinnam…

- Przestań! – przerwała Żaklina. Wreszcie rozdzieliły się z Olą i obie usiadły na jednej z trzech ławek stojących przed wejściem do domu wczasowego „Albatros”. Żaklina ukryła twarz w dłoniach, potarła ją kilka razy, jakby chciała się obmyć z traumatycznych wspomnień. – I cicho już bądź. Musimy o tym jak najszybciej zapomnieć… A co z tymi gnojami? Myślisz, że żyją?

- Nie wiem. Kości są wytrzymałe, ale waliłam ich jednak chyba trochę za mocno. Wiesz, adrenalina – Ola próbowała się tłumaczyć Żaklinie, kto wie, być może nawet i z morderstwa. Zakrwawione narzędzie zbrodni wsunęła chwilowo pod ławkę.

- Należało im się. I to jeszcze mocniej – Żaklina położyła Oli rękę na ramieniu. – To co? Dzwonić na policję?

- Lepiej nie. Daj mi się zastanowić… Wiem, pójdziemy do Tadzia, pewnie jeszcze nie śpi. Niech znajdzie numer do tego stróża na budowie, zadzwoni i powie, że ktoś widział tam jakąś bójkę – zaproponowała Ola. – Może jeszcze się łachudry nie wykrwawią, jak ich tam znajdą.

- Nie byłaby to akurat wielka strata – Żaklina wiedziała, że tymi słowami wyszła właśnie na bezduszną, cyniczną osobę. Ale gdyby ktokolwiek inny miał przeżyć to, czego jej się udało dzięki Oli uniknąć, to zapewne nie toczyłby podobnej dysputy na temat ludzkich zachowań i motywacji w obliczu tragedii. – Dobra, tak zrobimy, Olka. Ale dzisiejszy wieczór zachowamy w tajemnicy, rozumiesz? To nie my. Niczego nie wiemy i nikogo nie widziałyśmy. Nas tam w ogóle nie było. Grzecznie położyłyśmy się spać z naszymi dzieciakami, okej?

Ola bez słowa przytaknęła. Jaki z niej będzie w przyszłości lekarz? Nieudzielenie pomocy i krzywoprzysięstwo? Nie składała jeszcze co prawda przysięgi Hipokratesa, ale nawet gdyby, to w sytuacji, która chwilowo pozbawiła ją zarówno współczucia, jak i ludzkich odruchów, i tak nie potrafiłaby jako potencjalna ofiara zdobyć się na nic więcej, niż powiadomienie odpowiednich służb. A jak któryś z nich umrze? Przecież wtedy na pewno będzie śledztwo. Trudno.

Obie jeszcze przez chwilę milczały, nie patrząc na siebie. Pewnie kolejny raz odtwarzały i analizowały przebieg wydarzeń. Każda z nich przeżywała to po swojemu. Nie mogły zrobić nic więcej. Ani mniej. Inaczej też nie, bo dla którejś z nich mogło to skończyć się tragicznie.

- Szczęście, że zabrałam stamtąd tę łopatę – stwierdziła Ola. – Może Tadziu znajdzie też sposób, żeby się jej pozbyć?

- Okej, no to idziemy do niego. Żeby tylko nie pomyślał, że chcemy go napastować w środku nocy – mimo nadal wyczuwalnego rozchwiania nerwowego, zażartowała Żaklina. Wstały z ławki, ale tym razem to Żaklina podniosła łopatę próbując ocenić, czy sama dałaby radę użyć jej jako broni w sytuacji zagrożenia. – Koniecznie musimy się tego pozbyć. Swoją drogą, to z ciebie to niezła zadymiara jest, Olka. Nie przypuszczałabym, że możesz bez mrugnięcia okiem spuścić komuś takie manto. Jakie jak mam szczęście, że cię poznałam. Jak ja ci się odwdzięczę?

- Daj spokój, Żaki. Nie ma o czym mówić. Na moim miejscu zrobiłabyś przecież to samo…

- Nie byłabym taka pewna. Zimna krew to raczej nie moja bajka. Jak coś się dzieje, to na początku od razu panikuję – przyznała się Żaklina.

Zanim ruszyły odwiedzić oglądającego zapewne telewizję Tadzia, przytuliła się jeszcze mocno do Oli, tak mocno, że aż je obie zabolały mięśnie i kości. Szepnęła jej cichutko do ucha:

– Olcia, Nie zapomnę ci tego. Do końca życia będę mieć u ciebie dług…

Nie wiedziała wtedy, że za kilka lat przewrotny los znów je połączy i będzie miała okazję spłacić cudownej i bohaterskiej Oli ten dług. I to z nawiązką.


Jak Żaklina uratuje Olę? Czy dziewczynom uda się uwolnić z rąk Dymitra? Czy Hieronim pożyczy kolejny motor do ratowania dziewcząt? Czy Waldek z Bolesławem im pomogą? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów!

Bolecnauta Pan M. pisze, dzieląc się z nami mrożącymi krew w żyłach historiami i talentem pisarskim. Piszcie w komentarzach, co najbardziej podoba się Wam w powieści i która postać jest najbliższa Waszym sercom!

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Różowofioletowy Przetacznik   17 kwietnia 2021r. o 17:16

~Różowofioletowy Przetacznik

Postów:

No i fajnie
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Malinowoczerwony Żeniszek   21 kwietnia 2021r. o 11:43

~Malinowoczerwony Żeniszek

Postów:

c.d. trochę wcześniej w archiwum, a potem niespodzianka
‐------------------------
Kapitan Adam Mleczko, pożegnawszy uprzednio przedstawicieli dwóch agencji wywiadowczych z Warszawy, którzy złożyli mu niezapowiedzianą i niepokojącą wizytę, od kilku minut siedział za swoim biurkiem nieruchomy jak słup soli. Wpatrywał się nadal w otwartą księgę, w której rejestrowane są osoby wizytujące archiwum, a więc dysponujące zezwoleniem na dostęp do akt. Z wpisów dokonanych przez zbiegłą z biura Sylwię nie można było wyczytać jednak nic więcej, niż zostało stwierdzone przez jego niedawnych gości. Co za szczęście, że wyszli sami, nie prowadząc mnie w kajdankach, pomyślał. Przecież równie dobrze mogli mnie posądzić o współudział i dalszą część przesłuchania prowadzić w areszcie.

Adam próbował cały czas analizować i zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazł. Póki co, miał jednak bałagan w głowie, który musiał jak najszybciej sobie poukładać, żeby nie popełnić jakiegoś nieodwracalnego w skutkach błędu. Rozumiał doskonale, że w chwili, kiedy jego przełożeni dowiedzą się, że w jego komórce miała miejsce działalność szpiegowska przedstawicieli obcego państwa, on sam może znaleźć się w nieciekawym położeniu, mimo oczywistych dowodów na uwikłanie w tę sprawę kogoś innego. Dałoby się to przecież podciągnąć pod brak należytego nadzoru, a to z kolei można byłoby wprost uznać za niedopełnienie obowiązków. No i żegnaj kariero.

Agent Wilczyński, brat jego dobrego kolegi Bolka, oprócz wyglądu przystojnego aktora dysponował ponadprzeciętną inteligencją, zdolnościami analitycznymi oraz detektywistyczną intuicją. Po nagłym wyjściu, a właściwie wybiegnięciu Sylwii, od razu zorientował się, że kapitan Mleczko naprawdę nie miał bladego pojęcia o poczynaniach swojej podwładnej oraz o tym, że macki jakichś obcych służb dosięgnęły i zdołały przeciągnąć na swoją stronę seksowną blondynkę.

Skoro agenci natychmiast nie ruszyli za Sylwią w pościg, to albo musieli wiedzieć, że jeżeli będą potrzebować ją przesłuchać, to bez problemu ją znajdą, albo uznali, że nie będzie im ona, póki co, do niczego potrzebna i zatrzymanie jej w chwili obecnej nie wniesie do ich śledztwa nic przydatnego. Przed wyjściem kapitan Waldemar Wilczyński zadał Adamowi jeszcze kilka formalnych pytań dotyczących historii zatrudnienia i charakteru pracy zawodowej uciekinierki, po czym nie spiesząc się, opuścili gabinet we dwóch z kolegą Antonim Moczydłą, który był wyraźnie rozczarowany i niepocieszony, że nie miał okazji nikomu dać wycisku, ani kontynuować swoich flirtujących podchodów ku atrakcyjnej kobiecie. Obaj pozostawili nieco zszokowanemu całą sytuacją kapitanowi Mleczce swoje wizytówki na biurku. Po ich wyjściu, jeden z kartoników jako nieprzydatny od razu powędrował do szuflady biurka, a drugi znalazł się w portfelu Adama.

Adam wpadł na pomysł, że trzeba będzie bezzwłocznie napisać raport do dowództwa. Lepiej wyprzedzić fakty, bo to, że zostanie wkrótce wezwany do złożenia wyjaśnień w tej sprawie było więcej niż pewne. Zamknął księgę, wstał z fotela i z opasłym tomiskiem pod pachą przeszedł do pokoju obok. Swoim wejściem wyrwał z zamyślenia również Aldonę, która w otwartym kalendarzu książkowym bezwiednie rysowała jakieś esy floresy. Z głośnym stukiem położył przyniesioną księgę na biurku podwładnej i położył palec wskazujący na okładce patrząc Aldonie w oczy. Postukał palcem kilka razy podkreślając znaczenie swojego polecenia.

- Pani Aldono, proszę przeanalizować wpisy w tej księdze i najlepiej w kilku poprzednich. Proszę znaleźć i zanotować strony z wszystkimi wpisami Sylwii. Niech pani dokładnie czyta wpisane nazwiska osób wpuszczanych przez nią do archiwum. Proszę sobie zapisać: Andrzej Bojko – Adam poczekał aż pani Aldona zanotuje dane na małej karteczce. – Przede wszystkim trzeba szukać wpisów dotyczących osoby o tych właśnie personaliach.

- Jasne, szefie. A jak znajdę, kserować? – próbowała uściślić Aldona.

- Najlepiej tak – po chwili zastanowienia odpowiedział Adam. – Proszę w ogóle przejrzeć wszystkie jej zapisy, zwłaszcza z takimi nazwiskami, które z jakiegoś powodu zwrócą pani uwagę…

- To znaczy? – Aldona nie do końca rozumiała, co kapitan ma na myśli.

- Sam nie wiem. Może na przykład obco brzmiące. Niech się pani zda na intuicję. Chcę po prostu wiedzieć, czy poza tym jednym gościem wpuszczała ona do archiwum jeszcze jakichś innych podejrzanych typów – próbował doprecyzować Adam. – Pani Aldono, krótko mówiąc, Sylwia wpakowała się w coś, za co i my możemy być pociągnięci do odpowiedzialności, a zwłaszcza ja.

- Wie pan, co? – Aldona przesunęła księgę bliżej siebie i odwróciła napisami w swoją stronę. Otworzyła okładkę, pośliniła palec i zaczęła przewijać strona po stronie. – Ona od początku wydawała mi się taka jakaś dziwna…

- Dziwna?

- No, taka jakaś inna. Nie dało się jej polubić. Nigdy na przykład nie mówiła o swoim mężu, ani o tym, co się dzieje u niej w domu. Nie można było z nią w ogóle o niczym luźno pogadać. A o psach to już w ogóle. No i te włosy – Aldona podniosła rękę i przeczesała palcami swoją grzywkę potrząsając przy tym ręką. – Nie wiem na pewno, ale wydawało mi się, że nosi perukę. Ale wie pan, głupio pytać o sprawy osobiste. Mogła być na przykład chora, no nie? Ludzie czasem tracą włosy w chorobie.

- Ja także muszę przyznać, że tak naprawdę niewiele o niej wiedziałem. Szkoda, bo być może wcześniej zorientowałbym się, że coś kombinuje. A tak, proszę bardzo, teraz pewnie i mnie będą podejrzewać o szpiegostwo.

- Panie Adamie. Jeżeli nie ma pan nic na sumieniu, może pan być spokojny…

- Łatwo pani mówić – odrzekł Adam. – Powinienem ją nadzorować, analizować wpisy i czasem akceptować wizyty nieznanych osób, zwłaszcza spoza jednostki, a przestałem to robić bardzo dawno temu, od kiedy odwiedzalność naszego archiwum drastycznie spadła. Ale cóż, co się stało… Lepiej niech pani zacznie już z tą książką.

- Dobrze, od razu się tym zajmę. Jutro do południa będzie pan miał informacje na biurku – zapewniła Aldona.

- I niech pani zrobi to porządnie, bo i tak wcześniej, czy później będziemy musieli te dane dostarczyć do szefostwa – poprosił Adam. – Ja idę do kadr, muszę sprawdzić kilka rzeczy na jej temat. Lepiej być przygotowanym, kiedy będą mnie szczegółowo maglować. Coś mi mówi, że wkrótce dowiemy się jeszcze wielu ciekawych rzeczy o naszej sprzedajnej koleżance.

- A co? Myśli pan, szefie, że robiła to zwyczajnie dla kasy? – Aldona podrapała się po głowie, jakby coś sobie przypomniała. – Zaraz. Faktycznie, od kilku tygodni codziennie pytała, jak stoi dolar i strasznie się cieszyła, kiedy dolar drożał. Często brała kalkulator i przeliczała coś szepcząc pod nosem…

- A to ciekawe. Dolar jest ulubioną walutą szpiegów… – Adamowi musiało także coś przyjść do głowy. – Pani Aldono, a czy mamy gdzieś u siebie jakąś fotkę Sylwii?

- Za panem, na ścianie – machnięciem głowy Aldona nakazała Adamowi obejrzeć się przez plecy. Adam odwrócił się. Na ścianie za nim wisiała tylko jedna fotografia. – Pamięta pan. To z imprezy, kiedy żegnaliśmy kolejną turę Amerykanów. Bardzo ładnie tam wyszła. Naprawdę sexy z niej babka. Niektórzy kowboje byli zachwyceni, a ona tylko im obrączkę pokazywała i śmiała się z nich.

Adam zdjął oprawione w antyramkę zdjęcie. Odwrócił ramkę do góry nogami, zdjął klipsy mocujące i rozdzielił szkło od podstawy, wyjmując spomiędzy nich całkiem świeżą fotografię. Przedstawiała ona kilka roześmianych osób, w tym kilku umundurowanych żołnierzy polskich i amerykańskich, a dokładnie pośrodku nich przeszczęśliwą tak licznym męskim towarzystwem, ustawioną jak modelka, wydekoltowaną blondynkę. Sięgnął po nożyczki z przybornika i przyciął środek zdjęcia tak, aby została na nim tylko zdradziecka Sylwia. Aldona zdziwionym wzrokiem obserwowała, co robi jej przełożony. Adam zauważył to.

- No co? – musiał wyjaśnić swoje destrukcyjne postępowanie. – Już więcej się na nic nie przyda. Nie sądzę, żebyśmy mieli okazję ją jeszcze zobaczyć w naszym biurze. Nie po tym, co zrobiła.

W drzwiach jeszcze na chwilę zatrzymał się i odwrócił. Zadając kolejne pytanie usiłował za wszelką cenę uciekać gdzieś wzrokiem, tak mu było bardzo głupio:

- Ale, pani Aldono. Tak z ręką na sercu. Nie miała pani z tym nic wspólnego?

- Ależ szefie, zna mnie pan. Po co niby miałabym to robić? Mam dwa lata do emerytury. Byłabym zwyczajnie głupia, gdybym się na coś takiego zdecydowała. Przysięgam na mojego labradora, że nie miałam z tym nic wspólnego – argumenty pani Aldony były dla Adama przekonujące, podobnie jak i jej głos.

- To mi wystarczy. Pani miłość do tego psiaka jest bezgraniczna – podsumował Adam i zamknął za sobą drzwi, martwiąc się o swoją Korę, która już na dniach powinna się szczenić.

Nie miał zamiaru bezczynnie siedzieć, aż przybędą żandarmi i zabiorą go prosto do aresztu. Postanowił trochę powęszyć na własną rękę. Może gdyby ją znalazł i oddał w ręce organów ścigania, to choć w niewielkim stopniu zdjąłby z siebie odpowiedzialność i narastające poczucie winy?

Wychodząc z biura z zamiarem późniejszego zwiedzenia ze zdjęciem Sylwii wszystkich bolesławieckich kantorów wymiany walut zastanawiał się, czy to aby nie jest wspólna cecha przedstawicielek płci pięknej, że na końcu wszystkie okazują się nie tymi, za które się podają. No bo dlaczego tego ranka spotkana w szpitalu bratanica agenta Wilczyńskiego podała się za jego i Bolka siostrę? Czy wszystkie najpiękniejsze i najbardziej pociągające kobiety muszą być jak Mata Hari?

A’propos Bolka. Obiecał mu, że po południu wpadnie i go odwiedzi. Wszak przyjaciół należy wspierać, a słowa dotrzymywać. Postanowił, że jak tylko nakarmi i wyprowadzi na krótki spacerek swoją bokserkę, pojedzie do kumpla do szpitala. Przy okazji spyta go, czy będzie mógł spotykać się z jego córką. Widział ją co prawda tylko raz i rozmawiał z nią bardzo krótko, ale to wystarczyło by od pierwszego wejrzenia zamotała mu w głowie. Cóż mógł o niej więc na razie powiedzieć? Że była to wielce intrygująca, inteligentna, piękna, powabna, warta zainteresowania kobieta, która była bardzo podobna do swojego ojca...

***

Julia złożyła całusa na Bolkowym policzku, choć miała ochotę tu i teraz bardzo mocno przytulić się do niego, przekazując mu znaczną część swojego strachu, a zwrotnie pobierając większą część jego odwagi, determinacji, stoickiego spokoju i wszystkiego, czego jej akurat teraz brakowało. Stwierdziła przy okazji że to, iż był taki unieruchomiony, troszeczkę ją nawet kręci. Ale głupio by było kłaść się teraz na szpitalnym łóżku, kiedy Waldek czekał cierpliwie na korytarzu, aż ona pożegna się z Bolkiem i pojadą realizować obgadany przed chwilą ich wspólny plan ratowania dziewczyn.

Bolesław ścisnął ją za rękę i przytrzymywał, jakby rozumiał wszystko, co Julia ma w głowie. A może po prostu chciał, aby chwila pocałunku, któremu towarzyszyło przyjemne łaskotanie jej włosów po kilku częściach jego twarzy, trwała jak najdłużej. No a poza tym tak przyjemnie pachniała. Na pewno jednak Bolesław musiał się martwić, czy wszystko, co ustalili przebiegnie tak, jak to omówili, lecz tym razem bez kolejnych ofiar. Nie obyło się oczywiście bez komentarza z jego strony i udzielenia kilku ostrzeżeń oraz cennych wskazówek.

- Gdyby to ode mnie zależało, to nie pozwoliłbym ci ryzykować – zapewnił Julię, kiedy ponownie wyprostowała się i spojrzała na niego. – Ale niestety jeszcze nie jest za dobrze z moimi oczami, więc na zbyt wiele bym wam się teraz nie przydał. Ani jako kierowca, ani nawet jako żywa tarcza. Obiecaj mi, że będziesz uważać na siebie, dobrze? I proszę, zdaj się na Waldka. To stary wyga, on wie co robi. I żadnych własnych pomysłów. Mnie nie słuchasz, to chociaż słuchaj mojego brata. To, co on powie, to tak jakbym ja sam powiedział, zgoda?

- Wiesz, że zrobię wszystko, żeby Olę i tę drugą biedną dziewczynę z tego wyciągnąć. Jeżeli cię to uspokoi, obiecuję, że Waldek będzie od teraz głównodowodzącym. Nie posłuchałam go wtedy w lesie i pożałowałam, ale teraz… – tu Julia podniosła uroczyście dwa palce w górę – … teraz już koniec z nietypowymi pomysłami. Nie będę niepotrzebnie ryzykować. Za dużo mam do stracenia.

Julia celowo starała się emanować optymizmem, chociaż nie była pewna, czy Bolek to kupił. W głębi duszy wiedziała, że najbliższe godziny mogą przynieść jeszcze wiele przykrych niespodzianek. Kiedy pomyślała, co grozi Oli, aż ją zabolał żołądek. Życie to nie film. Niektórych scen nie da się zagrać ponownie.

- W takim razie trzymam wszystkie kciuki za wasze powodzenie, Julia! – Bolesław także starał się nie pokazywać po sobie zdenerwowania. Wiedział, że jego legendarny już brak wylewności był często mylony z pesymizmem, ale nic nie mógł na to poradzić, że nigdy nie był typem ekstrawertyka, a udawanie wiecznie roześmianego wesołka po prostu nie leżało w jego naturze.

Julia poklepała przez kołdrę uda Bolka, wstała i wyszła nie przedłużając niepotrzebnie chwili rozstania. Wiedziała, że jeśli coś pójdzie nie tak, może to być ich ostatnie pożegnanie. Wychodząc na korytarz obejrzała się jeszcze raz i pomyślała, że szkoda by było, gdyby któraś z nich nie miała okazji więcej się z nim spotkać. Facet zasłużył sobie, żeby spędzić z jakąś kobietą resztę swojego życia.

W drzwiach minęła się z agentem Antonim Moczydłą, którego Waldek wcześniej poprosił o przypilnowanie bezpieczeństwa jego brata, uprzedzając, że jest duża szansa, iż Jacenko może ponownie pojawić się w szpitalu. Antoni zarzekał się, że nawet gdyby szpital zaatakował cały oddział komandosów, poradzi sobie z trudnym i niebezpiecznym zadaniem ochrony ich ważnego świadka. Kiedy jednak usiadł na krześle ustawionym niedaleko łóżka Bolka, przypadkiem zupełnie blisko gniazda elektrycznego, od razu sięgnął po telefon, który działał w najlepsze. Widocznie dobrej klasy aparat był nie tylko drogi, ale także wodoodporny.

Waldek chodził po korytarzu w tę i z powrotem. Widać było, że nad czymś intensywnie myśli, a jego ręce pstrykające palcami dawały wyraźne znaki, że lepiej by się głowie myślało, gdyby tylko mógł wypalić jakiegoś papierosa. A może nawet z pół paczki na raz. Julia nie posiadała niestety nic, co mogłaby mu zaproponować jako pomoc w funkcjonowaniu jego szarych komórek, ale gdyby miała, sama z chęcią spróbowałaby, czy nikotyna jest w stanie ukoić rozkołatane nerwy. Słyszała, że tak.

Ruszyli z Waldkiem korytarzem, zamierzając po drodze wpaść jeszcze na izbę przyjęć. Julia chciała dopytać się o zdrowie wujka, Waldek o zdrowie prokuratora Pietrzaka, a oboje ciekawiło, czy i ten obłąkany redaktor trafi na L4, czy zostanie tylko na jakiś czas wyposażony w gustowny temblak. Oboje wyrazili też nadzieję, że przez całą tę aferę już nikt więcej nie zajmie szpitalnego łóżka, ani nie będzie absorbował w jakikolwiek inny sposób uwagi służb medycznych.

Julia wyjęła z kieszeni komórkę Oli i sprawdziła, czy nie ma nieodebranych rozmów. Na liście było jakieś jedno połączenie. Dzwonił jakiś Alan. Kto to jest Alan? Waldek widząc, że Julia ze zdziwioną miną obserwuje ekran różowego smartfona, spytał:

- To on dzwonił?

- Nie, to nie on. Jakiś Alan. Ale nie znam – oznajmiła Julia odczytawszy napis na wyświetlaczu. – Nie słyszałam sygnału, ani nie czułam żeby telefon dzwonił. Widocznie Ola przychodząc do szpitala wycisza telefon i wyłącza wibracje.

- Ja też nie znam żadnego Alana. Ciekawe, czy jest na tym świecie matka, która zna wszystkich znajomych z listy kontaktów swojej córki? – pytanie Waldka było retoryczne i łatwe.

Weszli na korytarz przed izbą przyjęć i poprosili o udzielenie informacji na temat wujka Zygmunta. W środku sali zabiegowej nie zauważyli krewnego Julii, więc czekali cierpliwie aż wyjdzie do nich lekarz. Waldek postanowił nie tracić czasu, udzielając Julii pewnych wytycznych przed kolejnym kontaktem ze strony porywacza.

- Pamiętaj, że jak tylko wyświetli się ponownie ten „numer nieznany”, trzymasz gościa na linii jak najdłużej. Mów powoli i często proś o powtórzenie, jakbyś nie dosłyszała przez zakłócenia. Może coś usłyszysz w tle i uda się rozpoznać okolicę, z której dzwoni. A jak będzie chciał się umówić, próbuj sama zasugerować miejsce spotkania. Bądź przygotowana, że będzie grał ostro. Ale nie bój się. Zaręczam ci, że nie zrobi krzywdy Oli, dopóki to my będziemy mieć ten kamień. To zawodowiec, więc dla niego liczy się przede wszystkim interes. Sprawy osobiste, czy jakieś chore ambicje odkłada na plan dalszy. No ale zawsze trzeba liczyć się z tym, że to może być jednak psychopata na prochach.

Julia konotowała rady Waldka w pamięci, ale z góry wiedziała, że nie wszystkie wytyczne będą możliwe do zrealizowania. Nie należała bowiem do osób, które w sytuacjach stresowych potrafią zachować aż tak zimną krew i chłodny umysł, aby postępować ściśle według planu bez względu na wszystko. W czasach licealnych i podczas niedokończonych studiów potrafiła przekuć przedegzaminacyjne stresy na motywację i utrzymać samokontrolę, ale wtedy żadnemu z jej bliskich nie groziła śmierć.

Facet w kitlu, który wyszedł do nich, to był ten sam lekarz, który przyjmował wujka Zygmunta. Oświadczył, że pacjent odzyskał przytomność, ale chce go zatrzymać jeden dzień na obserwacji na oddziale wewnętrznym. Julia zgodziła się i obiecała dostarczyć wujkowi piżamę i kilka rzeczy osobistych, najszybciej jak to będzie możliwe.

O prokuratorze z kolei nie dowiedzieli się nic nowego, gdyż podobno trafił od razu na operację. Ale na temat redaktora Skrętkowskiego, o dziwo, lekarz rozgadał się aż ponad miarę. Z jego wyjaśnień Julia i Waldek zrozumieli, że faktycznie dziennikarz złamał obojczyk, został zaopatrzony i wysłany do domu. Ale to, co doktor wylał z siebie zaraz potem, trudno by było nazwać inaczej niż wiadrem pomyj. Żalił się na redaktora, opisując go wyłącznie przymiotnikami pejoratywnymi i to w najwyższym stopniu. Najbardziej wśibska szuja, najprzebieglejszy pismak, najbardziej podstępny reporterzyna i temu podobne. Lekarze mają chyba na niego jakieś uczulenie, pomyślała Julia, ale wcale nie można im się dziwić. To człowiek pomysłowy i zdolny do wszystkiego, aby tylko zdobyć informacje i zrobić jakieś sensacyjne fotografie, co niedawno udowodnił. Gdzie diabeł nie może, tam Skrętkowskiego pośle. Marketingowcy nazywają to ładnie orientacją na cel.

Kiedy z bolącymi od inwektyw uszami wychodzili ze szpitala, kierując się do zaparkowanego na parkingu lśniącego bmw na warszawskich tablicach, nadal rozmawiali o ofiarach bandyty, którego Waldek cały czas określał nazwiskiem Jacenko, chociaż zastrzegał, że nie jest to jego prawdziwa tożsamość. Kiedy jechali ulicami miasta, Julia przypomniała sobie przejażdżkę z Bolkiem jego mercedesem sprzed kilku dni. Szkoda, że ani wtedy, ani teraz nie powiedziała mu jeszcze całej prawdy o Oli. Kto wie, może to wszystko potoczyłoby się jakoś inaczej?

Waldek odnotował rozkojarzenie i nieobecność duchową Julii, gdyż przestała się odzywać i nieco zbyt często spoglądała na ekran telefonu. Pewnie denerwuje się, że ten drań jeszcze nie dzwoni. Ciekawe, czy potem podczas wymiany dziewczyn na zielony szmaragd wytrzyma presję, zastanawiał się w myślach. Oby nie zadziałało jedno z praw Murphy’ego. Jak to szło? Jeżeli jest choć nikła szansa, że coś pójdzie nie tak, to na pewno pójdzie.

Julii wydawało się, że po naciśnięciu przez nią dzwonka pan profesor Rybka otworzył drzwi jakoś tak bardzo szybko. Jakby spodziewał się gości, albo dosłownie stał tuż za drzwiami. Dziwne to było, bo weszli z Waldkiem do budynku bez uprzedniego dzwonienia domofonem. Po prostu skorzystali z okazji, że na dole akurat ktoś wychodził z klatki. Czyżby pan Rybka przypadkiem obserwował parking na podwórzu i widział, jak wchodzą do budynku?

- Cieszę się, Julia, że cię ponownie widzę. O, przyprowadziłaś gościa? Wejdźcie, proszę – pan Stefan odsunął się zapraszając w ten sposób Julię i Waldka do wejścia do swojego mieszkania. – Co tam u naszego Bolka?

- U Bolka w porządku. Jak pan wie, to silny facet, więc szybko dochodzi do siebie – zapewniła Julia nie ruszając się z miejsca. – A to Waldek, brat Bolka. Też kawał chłopa, co nie? Ale nie będziemy wchodzić, bo my tylko na chwilę, panie profesorze.

- Aha, brat Bolka. A jakiś taki do niego niepodobny – pan Stefan uśmiechając się ocenił rysy twarzy Waldka. – Co was do mnie sprowadza? Jakaś kolejna tajemnica do rozwiązania? Znowu coś gdzieś wygrzebaliście i nie wiecie co z tym zrobić?

- Dobrze słyszeć, że humor nie opuszcza pana profesora. Nic z tych rzeczy – odpowiedziała z uśmiechem Julia. – Przyszliśmy pana wreszcie uwolnić od tego kłopotliwego szmaragdu.

- Szmaragdu? Julia, to ty nie wiesz? Przecież tego kamienia u mnie nie ma…

Waldek zmarszczył brwi i popatrzył na Julię. Julia zbladła jak papier i zaczęła się osuwać.

- No nie. Znowu?! - pan Stefan wyciągnął ręce, jakby chciał rzucić się do przodu, ale w chwyceniu i podtrzymaniu Julii sprawnie ubiegł go skonsternowany Waldek.
---------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.

Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

WeterynarzNoclegi KlekusiowoDomoExprt
reklama Zapraszamy!
Inne informacje z regionu
reklama Zapraszamy