~~Kalinowykardynalski Czosnek niezalogowany
21 min. temu
Dominik Stein
·
Obserwuj
13 godz.
·
Polska jest jedynym krajem na świecie, który wypowiedział sam sobie wojnę i ją przegrał
– i robi to cyklicznie, od stuleci, wciąż według tego samego scenariusza. To nie jest teoria polityczna ani metafora. To historia państwa, które w najważniejszych momentach swojego istnienia staje naprzeciw własnych obywateli, a ci – zamiast budować – wybierają destrukcję, byle tylko nie dopuścić do zwycięstwa kogokolwiek, kto wyrasta ponad przeciętność. W XVIII wieku, gdy Europa modernizowała się z prędkością światła, Polska tonęła w anarchii wywołanej przez prawo wolnego veta – narzędzie, które miało chronić wolność szlachecką, a stało się najskuteczniejszą bronią przeciwko własnemu państwu. Jeden głos mógł zniszczyć cały sejm, przerwać reformy i zatrzymać czas. W 1652 roku poseł Władysław Siciński po raz pierwszy zerwał obrady, otwierając epokę, w której ambicja jednostki była ważniejsza niż racja państwa. Przez kolejne sto lat polska szlachta nie rządziła Rzecząpospolitą – ona ją szantażowała. Państwo stawało się zakładnikiem herbowej próżności, a każde „nie pozwalam” było wypowiedziane nie tylko królowi, lecz całej wspólnocie. To była pierwsza wojna, którą Polska wypowiedziała samej sobie. Przegrała ją w 1772 roku, kiedy przyszli zaborcy nie musieli nawet walczyć – wystarczyło poczekać, aż Polacy sami doprowadzą swoje państwo do rozkładu. Dwa pokolenia później historia powtórzyła się w innym kostiumie. Powstania XIX wieku były zrywami heroizmu, ale zarazem dowodem na to, że Polska potrafi zjednoczyć się tylko wtedy, gdy nie ma państwa. Gdy państwo istnieje – Polacy natychmiast dzielą się na frakcje: jedni chcą modernizacji, drudzy chcą tradycji, trzeci chcą chaosu, a czwarty chcą, by nikt niczego nie zmieniał. Po powstaniu styczniowym Aleksander Wielopolski – konserwatysta, którego potomni mogliby dziś uznać za umiarkowanego modernizatora – był nazywany zdrajcą, choć jego program uprzemysłowienia i reform społecznych po latach okazał się jedyną drogą, którą Polska mogła pójść. Ale Polska nie chciała reform – chciała romantyzmu. Wolała umrzeć pięknie, niż żyć mądrze. Dlatego ci, którzy potrafili myśleć kategoriami państwa, byli zawsze spóźnionymi zwycięzcami. Adam Czartoryski – niedoceniony. Joachim Lelewel – oskarżany. Romuald Traugutt – zrozumiany dopiero po śmierci. W XX wieku mechanizm się nie zmienił. Józef Piłsudski odbudował państwo i poprowadził je przez najtrudniejszy moment w 1920 roku, ale już dekadę później jedni nazywali go dyktatorem, drudzy faszystą, trzeci zamachowcem. Dopiero dziś potrafimy powiedzieć, że bez Piłsudskiego nie byłoby II RP. Wtedy chciano go obalić. Tak samo było z Romanem Dmowskim – intelektualistą, którego wizja państwowości i realistycznej polityki zagranicznej była niezbędna do narodzin niepodległej Polski. Gdy żył, był oskarżany o zdradę interesu narodowego. Po śmierci – kanonizowany przez tych, którzy nie czytali jego dzieł. Po wojnie mechanizm się tylko przepoczwarzył. PRL zamroził polskie konflikty pod warstwą betonu, ale nie rozwiązał żadnego z nich. Gdy w 1989 roku ten beton pękł, wszystko wróciło z podwójną siłą. Transformacja była pierwszą od XVIII wieku szansą na to, by Polska zrezygnowała z wojny z samą sobą. Ale Polacy natychmiast rozdali broń. Mazowieckiego nazwano „czerwonym”, bo nie był dość rewolucyjny. Balcerowicza okrzyknięto katem, choć to jego reformy stworzyły fundament nowoczesnej gospodarki. Geremek, Kuroń, Michnik – każdy z nich został w ciągu kilku lat przemieniony z autorytetu w wroga publicznego. A przecież to oni odbudowali polską państwowość. Tylko że Polska nie akceptuje sukcesu. Polska w swoim odruchu kulturowym zawsze wybierze figurę, która ładnie mówi o krzywdzie, nad figurę, która potrafi naprawić instytucje. I dlatego, kiedy w 2005 roku pojawił się projekt IV RP – rewolucji, która nie miała niczego zbudować, a wszystko zburzyć – duża część społeczeństwa uznała to za objawienie. Nie dlatego, że rozumiała prawo czy ustrój. Dlatego, że dobrze brzmiało: ktoś wreszcie zrobi porządek. Ale Polska nie chce porządku. Chce zemsty. A zemsta nie buduje państw. Zemsta buduje plemiona. I tak weszliśmy w epokę, w której inteligencję nazwano elitą oderwaną od narodu, fachowców spychano na margines, a przeciętność zaczęła być walutą polityczną. W tej atmosferze „zwykły człowiek” stał się świętym totemem. A za nim wślizgnęli się ludzie tacy jak Karol Nawrocki – ucieleśnienie polskiej antyselekcji. Człowiek bez dorobku, bez wizji, bez odwagi inteligenckiej, ale z idealnym temperamentem drobnego strażnika mitów. On nie musi być wybitny. W Polsce to wręcz wada. On musi być swojski, przewidywalny, lojalny nie wobec państwa, lecz wobec plemienia. To dlatego z taką łatwością przyjęto go jako prezydenta. Bo Polska od wieków nie wybiera ludzi, którzy ją wzmocnią. Polska wybiera ludzi, którzy jej nie zawstydzą – czyli nie będą od niej mądrzejsi. Mechanizm ten jest stary jak dulszczyzna, jak kombinatorstwo, jak folwarczna logika „jakoś to będzie”. Polska od stuleci nie nagradza kompetencji. Polska nagradza zgodność z własnymi wadami. I dlatego Nawrocki nie jest wypadkiem. Jest konsekwencją. Jest kolejnym ogniwem w łańcuchu kulturowej autodestrukcji, który ciągnie się od liberum veto po współczesną politykę. Polska nie przegrała wojny zaborcami. Polska przegrała wojnę z własną niezdolnością do nowoczesności. I dlatego dziś, kiedy mówimy, że Polska wypowiedziała sama sobie wojnę, nie mówimy o partiach, prezydentach czy ustrojach. Mówimy o pewnej właściwości polskiej duszy: o lęku przed mądrością, o nieufności wobec instytucji, o nienawiści do elit i jednoczesnej tęsknocie za nimi. Mówimy o kraju, który potrafi wyłonić wielkich ludzi – ale nie potrafi ich utrzymać przy życiu politycznym. Kościuszko, Piłsudski, Mazowiecki, Okrągły Stół – wszystkie te momenty były próbami odbudowania państwa. Wszystkie te próby zakończyły się tym samym: Polacy w końcu obalali tych, którzy im to państwo przynosili. Bo państwo wymaga pokory. A pokora jest cnotą, której polska kultura nigdy nie uznała za atrakcyjną. Polska wypowiedziała sobie wojnę dawno temu. I tę wojnę przegrała, bo od pokoleń walczy nie o to, by było lepiej – lecz o to, by nikt nie miał racji bardziej niż my sami. W tej wojnie nie chodzi o władzę. Chodzi o to, by nikt nie był większy od naszej własnej małości. I dlatego Polska tak często wybiera ludzi, którzy ją nie wzniosą – tylko nie zawstydzą. Prezydent Nawrocki jest jedynie najnowszym dowodem.
Dominik Stein