Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Praca w Goldbeck Comfort!
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Gratuluje Poczułaś Się Dorośle Kiedy Załatwiłaś Ofierze Pobicie Przez Policje
od pokrzywdzona dla solenizantka
Gratuluje "dorosłej" Ze Szczytnicy Ktora Pod świetlicą Krzyczala Brawo Policja Kiedy Pokrzywdzoną Wlasnie Przez Nią Szarpała Policja M
od pokrzywdzonej dla dorosła
☆ Dzwonek Do Drzwi Czy To Ty...? Przecież To Niemożliwe A Ja Ciągle W To Wierzę.. ( M*m )
od Mnie dla Ciebie
Miłego Dnia....
od kobieta dla dla Innych
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
11 lipca 2021r. godz. 16:00, odsłon: 773, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 86, czyli farbowany lis i wódz Siedzący Kameleon

Część w której poznajemy całą prawdę o Sylwii.
Ogień
Ogień (fot. pixabay)

Jest już kolejny odcinek naszej bolesławieckiej powieści!

Indeks bohaterów - kto jest kim?

Osiemdziesiąta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Osiemdziesiąta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Osiemdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Zapraszamy do lektury:


Sylwia szybko i sprawnie zerwała się na nogi i mierząc w leżącą, oświetloną łuną pożaru postać, przeszła ostatnie kilka kroków dzielących ją od celu z wyciągniętym przed siebie pistoletem Walther P99. Trzymała go pewnie i mocno, jakby oswajała się z tą bronią już od dzieciństwa, choć wcale tak nie było. Dopiero Dymitr pokazał jej jak chwycić rękojeść, aby dobrze leżała w dłoni. Na twarzy Sylwii malowała się determinacja, a usta miała zaciśnięte w grymasie złości, a może nawet i nienawiści. Jedno drgnięcie palca, jeden niewielki wstrząs sejsmiczny, zwykłe kichnięcie… i nikt już „Taśmy” nie poskleja.

- Sylwia, nie baw się tym pistoletem, mówię. Przecież może ci przypadkiem wystrzelić… – „Szef” Wiewiórski przekręcił się i chwilowo spoczywał na plecach podparty łokciami. Twarz miał zwróconą w stronę wejścia do budowli, a widok na zewnątrz przesłaniała mu niebezpieczna, bo uzbrojona kobieta. Mimo że zamilkł, jego siwiejąca broda wyglądała, jakby nadal bezgłośnie poruszał ustami, a była to tylko gra mrugających jaskrawych płomieni, odbijających swój blask w dość krótko przystrzyżonym zaroście. Jakieś trzy metry na lewo od „Szefa” leżała jego broń, która wypadła mu z rąk podczas upadku spowodowanego podmuchem fali uderzeniowej, powstałej od wybuchu samochodu przed hangarem. Nie miał zamiaru po nią sięgać. Ba, nawet nie spojrzał w stronę swojego utraconego pistoletu.

- Jeżeli wystrzeli, to dlatego, że ja tego zechcę… – cedząc słowa, powoli odpowiedziała Sylwia.

- Przecież nie wiesz, jak posługiwać się bronią. Nigdy cię tego nie uczyłem – bezbronny „Szef” zaczął się unosić i machnął dłonią, jakby opędzał się od natrętnego komara.

Podwinął nogi i usiadł wyprostowany, jak Indianin w wigwamie na naradzie plemiennej starszyzny. Można było wyobrazić sobie, że wódz Siedzący Kameleon wyciągnie zaraz fajkę pokoju i zaproponuje swojemu wrogowi dymka, prowadzącego w następstwie do zakopania topora wojennego. Jednak mina celującej w niego Rączej Łani, sugerowała, że wyjątkowej urody blada twarz raczej odmówi uczynienia tego przyjaznego gestu.

Wódz Wiewiórski oparł przedramiona na kolanach i wbijając w Sylwię wzrok, opuścił brwi. Ciężko sapnął. Tuż potem wykonał głęboki wdech nosem, a jego nozdrza powiększyły się, jakby próbował wyczuć węchem niesiony podmuchem wiatru zapach swojej niedoszłej ofiary, która po wybuchu gdzieś nagle mu się zapodziała. Jako myśliwego denerwowało go, że nie może kontynuować swojego niedokończonego polowania. A jeszcze bardziej stresowało go, że nie kontroluje sytuacji za swoimi plecami, a właśnie stamtąd spodziewał się dużo większego niebezpieczeństwa, niż trzymająca go na muszce zjawiskowa, wielce seksowna rudowłosa squaw. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jego strzelcy na zewnątrz przez płonące samochody nie są w stanie dostrzec, co się dzieje w środku hangaru. Kto wie, może uradowani nawet smażą już przy tym ogniu kiełbaski i piją jego zdrowie, uznawszy go za martwego?

Póki co, musiał spróbować okiełznać mordercze zapędy niespodziewanego agresora. Zastygłego w bezruchu z naładowaną i gotową do strzału bronią pięknego drapieżnika, który nie tylko nie krył swoich zamiarów, ale jeszcze pokrzyżował mu jego własne plany. Zmarszczone czoło mogło oznaczać, że Wiewiórski analizował wachlarz możliwości zachowania zdrowia, bądź życia w swojej beznadziejnej sytuacji. A może tylko nie podobało mu się, że ktoś śmiał go zmuszać do uległości?

- Nie uczyłeś, ponieważ myślałeś, że jestem na to za głupia, tato. Na studia też mnie nie wysłałeś, bo miałam sobie nie poradzić. A przecież w liceum miałam niezłe stopnie! – Sylwia na przedostatnim słowie w każdym zdaniu podnosiła głos niemal do krzyku. Ewidentna oznaka narastającej frustracji.

- Jeśli tak bardzo zależy ci na tym papierku, kupię ci go, księżniczko – tym razem „Szef” uniósł brwi w geście zainteresowania jakimś naprędce wymyślonym pomysłem. – Może by tak od razu doktorat?

- O tym właśnie mówię, tato – Sylwia przełożyła broń do lewej ręki, a prawą przesunęła za ucho opadający jej na twarz kosmyk włosów. Po tym zabiegu poprawiającym urodę, broń wróciła do ręki prawej. Gdyby naprzeciwko nie siedział jej własny, nieuzbrojony ojciec, zapewne byłby to ostatni, rozpraszający uwagę mężczyzn flirciarski gest w jej życiu. – Tymi niewinnymi żartami zawsze mnie poniżałeś, a ja traciłam wiarę w siebie…

- Trochę aby nie przesadzasz, księżniczko? Znasz mnie, żarty nieustannie się mnie trzymają. Ale przyznasz chyba, że nigdy ci niczego nie brakowało, co nie?

- Prezenty i ciuchy to nie wszystko, tato. Ale te absurdalne zakazy mogłeś sobie darować. Na imprezy nie mogłam chodzić, bo mi wrzucą coś do szklanki. Koleżanek nie mogłam zapraszać, bo wciągną mnie do ćpania i alkoholu. Z chłopakami nie mogłam się spotykać, bo… bo tylko jedno im było w głowie. A do tego ten za niski, tamten za chudy, albo pochodzenie nie nasze…

- Żaden nie był dla ciebie dobry. Przecież wiesz, że to gówniarzeria była, mleko pod nosem, maminsynki zafajdane… Fajnych, umięśnionych i opalonych chłopaków to mogłaś spotkać… – palec wskazujący lewej dłoni Wiewiórskiego uniósł się do góry, ale dłoń pozostała na swoim miejscu. – O, na Ibizie na przykład, tyle, że tam głównie to wypachnione i napalone samce były, więc i tak trzeba ich było trzymać na dystans. Ale przecież przyznasz, że i bez nich świetnie się bawiłaś w tych wszystkich hotelach, kurortach, resortach…

- Myślisz, że można tak naprawdę odpocząć z ciągle narzekającym ojcem albo tymi twoimi krótkoszyjcami za plecami? „Samej cię nie puszczę, księżniczko”, słyszałam za każdym razem. Przecież na te wszystkie wakacje wyjeżdżałam tylko z tobą, albo wcale… – Wyrzucając z siebie nagromadzone przez lata pretensje Sylwia musiała niemal doprowadzić się do płaczu, bo głos zaczął się jej łamać. – Kto tak miał, oprócz mnie? Kto, powiedz? Jak można było tak żyć, będąc nastolatką? Spieprzyłeś mi najlepsze lata mojego życia… Ale teraz mam Dymitra i tylko on się dla mnie liczy. A ty już nigdy więcej nie staniesz mi na drodze…

- Ale, ale… Przecież za mąż sobie wyszłaś! I to bez mojego pozwolenia! – Wiewiórski przerwał szybko swojej córce. Tym razem jego prawy palec wskazujący powędrował do góry razem z całą ręką, a potem został skierowany w stronę dziewczyny, jakby punktował ten jej jeden, jak dotąd jedyny grzech nieposłuszeństwa. W ogóle nie okazywał przy tym strachu, jakby był pewny, że jej groźna gadka to tylko czcze pogróżki. Kilkakrotnie pstryknął palcami, po czym znów wycelował w córkę palec. – Za tego, co z nim wtedy uciekłaś. Jak mu tam było… no ten… Seba?

- Wyłącznie tobie na złość. Kiedy uciekłam z domu, on mnie zabrał do Stanów. Łaknęłam wolności, chciałam poznać świat, spotkać prawdziwych ludzi. A tam… poczułam się wolna. Poszaleliśmy, a w Vegas ten głupek mi się oświadczył. No i dałam się ponieść, bo dlaczego nie? Tatuś daleko, jaj mu nie odstrzeli…

- Wiesz, co? W sumie z tymi jajami to byłby dobry pomysł. Dałbym ci rozwód i pozbyłbym się tego wrzoda jednocześnie. Jak to mówią, dwie pieczenie na jednym… – Wiewiórski przechylił głowę i spojrzał na gorejące pojazdy za plecami Sylwii – … ogniu. Musisz wiedzieć, że w pewnym sensie to tam, w tym Bolesławcu, zaczęła mi przez niego wyrastać konkurencja. A to przecież dzięki mnie ten fajfus wszedł kiedyś do biznesu. Niedługo potem zachciało mu się kręcić własne lody. Co prawda tylko lokalnie, ale za to na boku. No i przestał płacić składki na moją ubezpieczalnię. O wiele jednak gorsze było to, że zakręcił ci w głowie. Gnojek zabrał mi moją małą księżniczkę. Dotąd przymykałem oko, ale miarka się przebrała. Możesz już czuć się wdową…

- Nie pozwolę ci na to! I skrzywdzić Dymitra też ci nie pozwolę! Nie będziesz więcej ingerował w moje życie. Bo moje życie, to…. to… moje życie, po prostu…

- Ej, tam – Wiewiórski znów machnął ręką na siedząco. Należał widocznie do tych, co najpierw się nagadają, a potem ich ręce bolą. – Jakie to życie? Z pewnością nie życie księżniczki... A przy mnie to by ci nigdy niczego nie brakowało, Sylwuś moja kochana…

- Niczego, oprócz poczucia bezpieczeństwa i wolności, chciałeś powiedzieć…

- A do czego babom niby pragnienie wolności? Same kłopoty tylko przez to potem są. Wróć do domu, proszę… – tym razem ręce Wiewiórskiego złożyły się jak do modlitwy. – Po co ci się po świecie włóczyć z jakimiś obcymi oprychami, kiedy w domu za płotem swoje, córeczko…

- Nie mów tak do mnie! – podniosła nagle głos Sylwia i cofnęła się o krok. Potrząsnęła lufą grożącym gestem. Gdyby nawet w tym momencie wystrzelała cały magazynek, żaden z pocisków nie trafiłby jej rodzonego tatusia. Chyba, że w urażoną dumę. – Tylko mama mogła tak do mnie mówić!

- Mamą to ty sobie gęby nie wycieraj! – wybuch Wiewiórskiego był bezpośrednim następstwem wybuchu Sylwii. Chciał jeszcze coś wykrzyczeć, ale po kilku sekundach namysłu popatrzył gdzieś w bok i kolejne słowa wypowiedział do któregoś z betonowych filarów, wspierających łukowaty dach. – Przecież nie możesz jej pamiętać. Byłaś jeszcze malutka, jak odeszła...

- Nie odeszła, tato, tylko zginęła. Zginęła przez ciebie i te twoje szemrane interesy…

- Ja powiedziałbym raczej, że zginęła przypadkowo – Wiewiórski przeniósł wzrok z powrotem na swoją córkę. – Chyba pora, żebyś wreszcie poznała prawdę.

- Nigdy dotąd mi tej prawdy nie chciałeś objawić. Ale z chęcią posłuchałabym twojej kolejnej bajeczki, jak z serii „Poczytaj mi, tato”. No, dawaj!

- Jak miałaś trzy latka, źli bandyci napadli na nasz dom…

- Aha, czyli są jeszcze bandyci dobrzy? – Sylwia nie mogła się powstrzymać ze złośliwościami. – A ty do których się zaliczasz?

- … kiedy mnie nie było… – Wiewiórski kompletnie zignorował i uwagę Sylwii, i zadane przez nią pytania – … napadli na nasz dom i chcieli porwać ciebie i mamę dla okupu. Ale twoja mama nie chciała im na to pozwolić. Wywiązała się szamotanina i zasłoniła cię swoim ciałem. Poświęciła się dla ciebie.

- Rzewna bajka, muszę przyznać. Zaraz jeszcze się dowiem, że to przeze mnie nie żyje – pokręciła głową Sylwia. – Wiesz co? Nie kłam. Zastrzelili ją źli bandyci, bo ich sam do domu zaprosiłeś, żeby cię bronili przed innymi złymi bandytami, których przewaliłeś na dużą kasę...

- Co za bzdury… – zdumiał się wyraźnie zaskoczony Wiewiórski. – Skąd ty masz takie informacje?

- Anton mi opowiedział, kiedy miałam czternaście, może piętnaście lat – wzruszyła ramionami Sylwia. – A co ty? Myślałeś, że nigdy się nie dowiem?

- Przysięgam, że mu ten jęzor wyrwę i przybiję widelcem do tablicy z jego nekrologiem…

- Czego byś nie zrobił, zły czy dobry gangsterze, nazywający się moim ojcem, nie zmieni to faktu, że to przez ciebie zginęła, a nie przeze mnie…

Oskarżenie było bardzo mocne, ale Wiewiórski nie dał tego po sobie poznać. Musiał prawdopodobnie sam zmagać się przez wiele lat z tą traumą. Zapewne czas wyleczył rany, choć niewątpliwie blizny na jego duszy pozostały. Zamiast zareagować nerwowo, spokojnie i powoli odpowiedział:

- Nie chciałem tego. Kochałem twoją mamę. Była taka piękna… Była dla mnie wszystkim… – wyznanie człowieka, którego sumienie dotąd było czyste, bo rzadko używane, musiało go mimo wszystko sporo kosztować, jak zresztą i kolejne jego słowa. – I kocham ciebie, jedyny namacalny ślad, że ona w ogóle istniała… Tak szybko musiałem ci zastąpić twoją mamę, która traktowała cię jak oczko w głowie, więc i ja może trochę zwariowałem na twoim punkcie. Nie zaprzeczysz, że potem opiekowałem się tobą najlepiej, jak umiałem?

Sylwia milczała przez kilka chwil. Po policzkach leciały jej łzy i nawet załkała kilka razy. W ciszy panującej wewnątrz hangaru padły wreszcie z jej ust ciche słowa:

- Być może chciałeś dla mnie dobrze, ale…

- Ale sknociłeś sprawę, Taśma… – niespodziewanie za plecami siedzącego po indiańsku seniora gangsterskiego rodu stanął mężczyzna, którego Sylwia miała okazję tego dnia przelotnie zobaczyć w biurze. – Mam nadzieję, że skończyliście z tymi waszymi ckliwymi pierdołami, bo jeszcze przed północą chciałbym cię ponownie zapuszkować i skreślić z mojej listy, panie tatuś.

Mężczyzna był dość przystojny, a w tej jasnej koszuli i szelkach z przyczepionymi dwiema kaburami, to już z pewnością mógł kojarzyć się z agentem 007. Dość powiedzieć, że facet oprócz pewności siebie i bijącej z jego oczu inteligencji, emanował urodą któregoś z tych znanych amerykańskich aktorów, ale Sylwia za Chiny nie mogła sobie przypomnieć jego nazwiska. W każdym razie ani razu nie grał Bonda.

Nienajmłodszy już elegant celował jednym z dwóch posiadanych pistoletów w trzymającego skrępowane ręce za plecami, a idącego obok niego po jego prawej stronie Dymitra. Drugi przyłożył do głowy niegdyś najbardziej poszukiwanego gangstera w Peerelu, co ten musiał poczuć i odczuć tym razem już jako prawdziwe zagrożenie. Jak zwykle jednak nie dał po sobie poznać strachu. I jak zwykle przybrał odpowiednią na taką okazję maskę błazna. Jak mu się wydawało, całkiem odpowiednią w tym towarzystwie.

- Waldek, jak pragnę swojej śmierci! Kopę lat! – głos nie zmienia się tak mocno z wiekiem, jak inne cechy wyglądu, charakteru, czy choćby pseudonimy. Wiewiórski nie miał więc najmniejszego problemu z rozpoznaniem niespodziewanego świadka ich rodzinnych reminiscencji. – Gienek już się w grobie przewraca! Dla kogo teraz kablujesz, farbowany lisie?


Po czyjej stronie opowie się Sylwia? Prawa, rodziny, czy miłości? Jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów? Dajcie znać!

Bolecnauta Pan M. pisze i wymyśla, zaskakując czytelników swoimi pomysłami i nadając bohaterom dwie i więcej twarzy. Jak zauważa autor: nigdy nie należy oceniać książki po okładce! Naszą redakcję zaskoczyła ogromnie historia Sylwii. Czy Was też?

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 86, czyli farbowany lis i wódz Siedzący Kameleon

~~M 14 lipca 2021r. o 16:18
c.d. trochę straszno, trochę śmieszno
-------------------------------------------------------------------
- Żaklina!!! – Ola prawą dłonią wymierzyła przyjaciółce solidny policzek, po czym szarpnęła ją za koszulkę, aż naderwały się szwy i poszarpana część lewego rękawka t-shirta zawisła luźno, odsłaniając średniej wielkości tatuaż na jej ramieniu. Był to obraz ryby. Nie była to jednak ryba wyznawcy religii chrześcijańskiej w formie dwóch przecinających się łuków, lecz karykaturalny wzór szkieletu rekina zastygłego z otwartymi szczękami i o zdecydowanie przerośniętej czaszce.

Żaklina ani na chwilę nie mogła się wydostać z transu, w który wpadła. Przyjąwszy pozycję siadu kucznego z dłońmi opartymi na udach, wciąż mamrotała, kiwając się do tego w tył i w przód. Przeplatała ze sobą zdania „Boże, on nie żyje” z „Co ja narobiłam” i czymś tam jeszcze, ale już mniej zrozumiałym. Pozostawała w tej pozie przez cały czas, odkąd zdołała wyciągnąć Olę z rozbitego samochodu i dowiedziała się, że w płonącej pułapce wciąż tkwi Hieronim. Katatonia trwała, dopóki nie poczuła na twarzy uderzenia. Dopiero fizyczny ból przerwał niebezpieczne odłączenie od rzeczywistości pogrążonego w przerażeniu umysłu Żakliny.

- Co… co? – przeniosła wzrok z jakiejś pustki przed sobą na przyjaciółkę, przedstawiającą sobą równie tragiczny obraz nędzy i rozpaczy, co ona sama.

Poczochrane ciemne, długie włosy bezładnie opadały Oli częściowo do przodu, częściowo na plecy. Na jej twarzy widniały chaotyczne, porozcierane smugi mieszanki potu i ciemnego osadu powstałego od gęstego dymu. Ola wyglądała przez to, jakby przed chwilą opuściła stanowisko pracy przy piecu hutniczym, a ogień z paleniska nadal rzucał na nią mrugającą, pomarańczową poświatę. Pobrudzone i pomięte ubranie dosłownie wisiało na niej, jak gdyby dopiero co wydostała się spod gruzów zawalonego kilkupiętrowego budynku. Ale mimo fatalnego wyglądu i fizycznych dolegliwości, nie traciła zimnej krwi ani przytomności rozumowania. Całą panikę i poczucie beznadziei widocznie musiała wchłonąć w siebie Żaklina.

- Ogarnij się, dziewczyno! Musisz mi pomóc, bo zaraz będzie po nim! – Ola natychmiast odwróciła się i pobiegła do zakleszczonego na miejscu kierowcy młodego policjanta.

Żaklina, nie wierząc własnym mięśniom, ani własnym możliwościom, podniosła się i stanęła na nogach. Zdziwiona, że potrafi nimi powłóczyć, ruszyła przed siebie i obeszła maskę sportowego auta. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyła, że drzwi od strony kierowcy są otwarte, a Ola stękając i głośno przeklinając brzydkim słowem na „K”, próbuje z czymś się szarpać. A raczej z kimś. Żaklina chwyciła za krawędź drzwi, próbując je otworzyć jeszcze szerzej, ale musiały być już maksymalnie otwarte, bo zawiasy stawiły wyraźny opór.

Hieronim wyglądał jakby spał. Żaklina nagle nabrała irracjonalnej ochoty pocałować go w usta. Czyżby jej szwankujacy umysł pomyślał, że to wystarczy, aby obudzić śpiącego królewicza? Trzepnęła się otwartą dłonią w czoło, próbując ustawić wszystkie klepki na swoim miejscu. Potem przymknęła oczy i potrząsnęła głową. Oczy nie wypadły, ale co do uporządkowania klepek, to chyba oba te zabiegi jej w tym pomogły.

- Siedzenie… – powiedziała trochę zbyt głośno, analizując szczegóły zastanej sytuacji. Popatrzyła z niepokojem na pożar ogarniający coraz większą część pojazdu. Trzeba się pośpieszyć, pomyślała, bo płomienie już zaczynały parzyć skórę, nawet przez tkaninę spodni.

- Że jak? – Ola nie przerywała prób uwolnienia nóg nieprzytomnego młodego mężczyzny.

Głowa Hieronima odchylona była do tyłu i wspierała się o zagłówek. Zmiażdżone wybuchem poduszki powietrznej okulary ledwie wisiały na jego podrapanym i lekko krwawiącym nosie. A jeszcze kilka godzin temu poprawiała mu w tych brylach noski, aby mu się lepiej trzymały na tym jego śmiesznym, trochę piegowatym nosie.

- Odsuń siedzenie. Z boku musi być jakaś wajcha – poinformowała kucającą przyjaciółkę.

Sięgnęła ponad Olą po zniszczone, częściowo połamane binokle. Pieczołowicie zdjęła je z nosa Hieronima, złożyła zauszniki i dopiero teraz dotarło do niej, że w chwili obecnej byłyby one ostatnią rzeczą, której może potrzebować ofiara wypadku. Rzuciła je więc do wnętrza auta, jakby rozgrzane przez ogień oprawki zaczęły ją parzyć w palce. Nagły dreszcz przeszedł jej ciało, kiedy zdała sobie sprawę, że przed nią może równie dobrze spoczywać nieboszczyk… Że dla niego i tak może być już za późno na ratunek… Musiała znów potrząsnąć głową, aby zrzucić z siebie oblepiający ją z wolna pesymizm.

- Hirek? – cicho wyszeptała Żaklina i dotknęła policzka policjanta, który tego dnia od pierwszego wejrzenia zawrócił jej w głowie. Był jeszcze ciepły. A może to po prostu od wysokiej temperatury w aucie jeszcze nie ostygł? Co ja bredzę, ofuknęła się w myślach. Kolejne potrząśnięcie głową, aby odgonić durne myśli. Żeby tylko od tego potrząsania jakiś szejk z substancji szarej i białej się nie zrobił w mojej czaszce…

- Nie ma wajchy, są tylko przyciski… – do Żakliny dobiegł gdzieś z dołu głos Oli.

- To spróbuj którymś przyciskiem odsunąć siedzenie – sprawy techniczne wcale nie muszą być dla bab takie skomplikowane, jeśli się tylko trochę wysilić. – Tylko najpierw popatrz na….

- Kurde, nie w tę stronę – Ola niemal natychmiast przycisnęła drugą część okrągłego przycisku, aby jeszcze nie pogorszyć sprawy z dolnymi kończynami Hieronima. Gdyby się przyjrzała uważniej, zauważyłaby przecież te strzałki nieco wcześniej. Ale tu nie ma czasu na takie rzeczy.

- Ola, tobie też się wydaje, że on nie oddycha? – panika znów próbowała czule objąć Żaklinę w talii i przytulić do siebie. Trzeba machnąć głową, bo to pomaga. Nie uszło to jednak uwadze Oli, czekającej aż fotel przesunie się powoli i o kilkanaście centymetrów do tyłu.

- Co ty masz jakieś nerwy uszkodzone, że tak ciągle machasz tą głową? – Oli oczywiście też się wydawało, że klatka piersiowa Hieronima przestała się od jakiegoś czasu unosić, ba, była niemal pewna, że facet się zatrzymał, ale nie odpowiedziała na pytanie Żakliny, bo nie chciała jeszcze bardziej denerwować koleżanki. Na jej fachowe oko dziewczyna była na granicy załamania nerwowego. A obie musiały się teraz skupić na próbie resuscytacji. – Lepiej tego nie rób, bo możesz mieć coś uszkodzone po wypadku… Dobra, dawaj, wyciągamy go. Przejdź na moją prawą stronę. Okej, teraz ja za nogi, a ty pod pachy. Tylko szybko i sprawnie, za pierwszym razem, bo bardzo gorąco się robi. Już mi chyba cały prawy boczek wytopiło z tłuszczu.

Ola nie wiedziała, czy w takiej sytuacji jakiekolwiek żarty są na miejscu, a tym bardziej, czy potrafią kogokolwiek rozśmieszyć. Ale chyba lepiej, żeby zamiast poddawać się demonowi strachu, na czyjejś twarzy pojawił się uśmiech, choćby i na krótki moment. Żaklina nie zaśmiała się, ale też nie wróciła już do krainy przeraża czy. Wykonała polecenie Oli. Dobra nasza, pomyślała Ola z nadzieją, że Hieronim za chwilę złapie oddech, otworzy oczy i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Ale życie to nie bajka, trzeba się trochę nawysilać, aby dopisać piękne zakończenie.

Ostrożnie wyjęły bezwładnego Hieronima z samochodu i po chwili zdwojonego wysiłku zdołały go przenieść kilka metrów. Na znak Oli położyły ciało na plecach na miękkiej trawie. Ola natychmiast położyła ucho na klatce piersiowej młodego policjanta. Nie popatrzyła nawet na Żaklinę, kiedy przystąpiła do masażu nieruchomego serca. Duchy beznadziei, strachu, zwątpienia i rezygnacji wychynęły z piekielnych czeluści i powoli sunęły przez ciemność w stronę ich trojga, zacierając ręce w nadziei pochłonięcia swoich kolejnych ofiar. Żywych bądź martwych.

***

- Paćjent zaśnął. Parametry się źnormowały – doktor Butani po analizie wyświetlających się na urządzeniach informacji o funkcjach życiowych, ujął Julię pod rękę i zdecydowanym ruchem pociągnął ze sobą do wyjścia z sali. – Jeśli w tym kraju wsziskie ludzie tak pracują, jak siośtra i ten tam, to za rok Indie was wypsiedzą i ja się śtąd wyniosię do mojej ojczyźny się mieszkać tam.

Wychodząc obdarzył siejącym gromy spojrzeniem unikającą kontaktu wzrokowego siostrę Żanetę i udającego, że ogląda swoje wizytujące uprzednio otwór nosowy palce, agenta Moczydłę. Jego komórka, na którą cały czas łapczywie spoglądał, nadal leżała nietknięta na wolnym łóżku, tam, gdzie została przez siostrę wcześniej odłożona. Agent patrzył na siostrę z pożądaniem, kiedy przekładała jego smartfona na stolik. Zrobiła to, ponieważ musiała przygotowywać miejsce na rychłe przybycie kolejnego pacjenta. Koleżanki z chirurgii dzwoniły niedawno i zdradziły jej, że kolejny niesamowicie ciasteczkowy przystojniak ze skomplikowanie złamaną kończyną dolną wkrótce opuści salę operacyjną i zostanie przekazany pod jej opiekę. Dwie z nich zadeklarowały się nawet na nocne dyżury, ale siostra Żaneta poinformowała je, że mimo wakacji mają już pełną obsadę na oddziale. Niektórymi ciastkami trudno jest się podzielić.

- Siostra teź psijdzie zaraz do dyziurki – rzucił wychodząc z sali doktor. Na odchodne zwrócił się jeszcze do agenta Antka. – A z pana przełozionymi poroźmawiam jutro na telefonie.

Zawstydzona swoimi niecnymi uczynkami siostra Żaneta przedłużała aktualne zajęcie, jak tylko się dało. Chyba układała sobie w głowie jakąś linię obrony zanim zostanie poproszona o wyjaśnienia. Kiedy skończyła, wyciągnęła swój okrąglutki, oskarżycielski palec i cedząc słowa, wycharczała z siebie niskim głosem:

- Co się tak na mnie gapisz, zboczeńcu?! Co z ciebie za klawisz, że śpisz na służbie? To twoja wina, że pacjent zniknął, a teraz wszystko skrupi się na mnie! Ech, ty… - siostra wykonała ręką zamach, jakby chciała spoliczkować Antoniego Moczydłę na odległość. A ten chyba musiał uwierzył we wszystkie jej oskarżenia, bo głośno przełknął ślinę.

Siostra Żaneta skierowała się do wyjścia. Dopiero wtedy Antoni odzyskał zdolność mówienia i niezmierzoną odwagę, by zaryzykować i to uczynić. Nie wiedział jednak, co może tym na siebie ściągnąć. A powinien był w tym momencie się także przeżegnać.

- A gdzie się siostra podziewała, co? To nie do mnie należy zafajdany obowiązek pilnować swoich pacjentów! Taka z siostry święta krowa?

W siostrę jakby diabeł wstąpił. Jakby piorun strzelił w monstrum pozszywane przez doktora Frankensteina… Gdyby w dłoni dzierżyła cokolwiek nadającego się do rzucenia, właśnie leciało by toto ze świstem w stronę agenta, zabijając go na miejscu i rozcinając na dwie nierówne połowy. Nie miała nic w rękach, więc tylko sapnęła, przystanęła i obróciła się. Zmrużyła oczy i gdyby to z kolei wzrok mógł miotać laserem, w ciele agenta ziałaby teraz wielka i krwista jak arbuz dziura.

W zapadłej ciszy niemal dało się słyszeć tykanie bomby zegarowej. Syk podpalonego lontu. Prawie dało się wyczuć drgania zbocza wulkanu nabrzmiałego rozpaloną lawą tuż przed erupcją. Ale minęło kilka sekund i siostra ŻanEtna zapanowała nad swoim ciśnieniem trzysta na dwieście. Cicho, jakby robiła to do siebie, rzuciła tylko krótką, ale celną ripostą:

- Nie zaczynaj z idiotą… – po czym wyszła lekko jak baletnica, wzbudzając swoimi krokami jedynie niewielkie drgania stropu.

W pokoju pielęgniarek czekał na nią sąd polowy, który zdaje się wydał już na nią wyrok skazujący. Mimo protestów samozwańczej obrończyni w osobie Julii, sędzia Butani nie dawał sobie wmówić, że to sam pacjent na własne życzenie i o własnych siłach potajemnie opuścił szpital. Siostra postanowiła nie wtrącać się do przebiegu tego zaocznego procesu. Opór doktora przeciw obarczeniu siostry całkowitą winą za narażenie zdrowia i życia pacjenta, a także jego własnej reputacji jako jej szefa, powoli jednak słabł. A kiedy ta bidulka Julia już niemal uklękła składając ręce w błagalnym geście o uwierzenie w opowiedzianą mu wersję, doktor dopiero żachnął się i powiedział:

- No, dobzie, dobzie… Niech ci będzie, kobieto. Sam wysiedł, a karetka go tylko źnalaźła i przywioźła. Mozie i tak było…

- Tak było, jak bum cyk cyk. Nie mozie, ale na pewno, psisięgam – podniosła dwa palce do góry Julia. Całkiem nieświadomie zaczęła naśladować charakterystyczną wymowę pochodzącego z Indii doktora.

- Cyk cyk? Jak ziegarek?

- Jak ziegarek. Śwajcarski – odpowiedziała Julia, dyskretnie puszczając oko do nadal milczącej siostry Żanety. – Tylko niech doktor nie ciągnie siostry do odpowiedzialności. Ona niczego nie zawiniła, tylko ten inteligent, co miał stać na straży, a drzemał.

- Ty, moja droga, śpokojna – doktor wychodząc z dyżurki poklepał Julią po ramieniu. – Ty taka gaduła, że juś lepiej nie gadaj więcej, a ja nie pociągnę siostrę za konsekwencje, źgoda?

Kiedy dwie niemłode już kobitki po przejściach zostały same, obie spuściły wzrok i jak na rozkaz głęboko odetchnęły, powoli wypuszczając powietrze. Potem popatrzyły się na siebie, a jeszcze chwilę potem pomilczały przez kilkanaście długich sekund, myśląc o swoich własnych przewinieniach. Pierwsza nie wytrzymała siostra Żaneta:

- No, gadaj, dziewczyno, bo nie wytrzymam z ciekawości! Oświadczył ci się w końcu ten mięczak, czy nie?

I obie parsknęły śmiechem.
------------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 14 lipca 2021r. o 16:26
Errata
"Przerażaczy" miało być razem. Autokorekta nie wie co robi.
I lepiej byłoby, gdyby Ola "przyłożyła" ucho, a nie "położyła".
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 14 lipca 2021r. o 16:50
Jak się człowiek spieszy, to sądzi błędy
"musiał uwierzył" winno być uwierzyć
"poklepał Julią" winno być Julię

Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA