Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Dziad Zawsze Nim Będzie :d :d
od Dawny GREGBOLEC dla Pseudo Policeman
Nic Sie Nie Zbuduje Jak Marta Nie Zaprojektuje! Pozdrowienia, Miłego Dzionka I Smacznej Kawusi!
od Bobek dla Martita Favorita
Pozdrowienia Dla Najlepszego Doktora! #toiler_every_day
od Bobek dla Doktor Krystian
Pozdrawiam Miłosza C Z Wrocławskiego Centrum R&d!
od Cygan dla Miłosz C
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
3 lipca 2021r. godz. 17:10, odsłon: 1137, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 84, czyli ułamek sekundy i fala ognia

Część w której Dymitr próbuje zabić... śmiechem.
Sylwia na tle wybuchu
Sylwia na tle wybuchu (fot. pixabay)

Jest już kolejny odcinek naszej bolesławieckiej powieści!

Indeks bohaterów - kto jest kim?

Osiemdziesiąta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Osiemdziesiąta druga część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Osiemdziesiąta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Zapraszamy do lektury:


Maleńkie punkciki na piersi Dymitra zgasły równie szybko, jak się pojawiły, co wyglądało trochę jakby czerwonym świetlikom jednocześnie i nagle zabrakło elektryczności. Dymitr szybko domyślił się, że nie jest mu na razie pisane zginąć od kul wystrzelonych z tych samych karabinów, do których przymocowane były celowniki laserowe. Razem z kropeczkami zgasły także emitowane przez przyrządy optyczne smugi, zwykle wyznaczające tor nadlatującym po ich trajektorii, śmiercionośnym pociskom. Krótko mówiąc, jeszcze nie znajdował się w tunelu na ostatnim etapie swojej życiowej podróży, a mityczne światełka o krwisto-karminowej barwie znajdujące się na jego końcu nie wypalą mu tego wieczora źrenic.

Choć powinno być to dla Dymitra raczej pozytywne spostrzeżenie, nie do końca go ono ucieszyło. Niepokoił się, ponieważ niemal pewne było, że mimo, iż jego nagła i niechybna śmierć nie leży aktualnie w interesie nieznanych mu ludzi, to ich czujne oczy nadal zaglądały przez snajperskie lunety. Laserowe wiązki zgasły, ale był pewien, że wyszkoleni snajperzy nadal oceniali, przestrzelenie którego z jego organów może przynieść najpewniejszą i natychmiastową śmierć. Skoro więc nie zamierzali jeszcze w ułamku sekundy odsyłać go w zaświaty, czekały go z pewnością jeszcze jakieś niespodzianki. Tylko jakie?


Oczywiście istniała jeszcze i taka możliwość, że strzelcy wyborowi przestali go pokrywać świetlną iluminacją, jakby był jakimś historycznym zabytkiem architektury, ponieważ mając go w polu widzenia, przełączyli się po prostu na celowniki termowizyjne. I w ten sposób zapewne stał się dla nich aktualnie dużo jaśniejszą od otoczenia plamą, w którą zwyczajnie trafić im będzie jeszcze łatwiej. Plamą, której nie uda się tak szybko odskoczyć gdzieś w bok i ukryć. Ale ucieczka była akurat ostatnią rzeczą, którą Dymitr miałby zamiar i ochotę zrobić. Gdzieś tam przecież jego Sylwia może znajdować się w ogromnym niebezpieczeństwie.

Z przedśmiertnych, jak się mimo wszystko domyślał, rozważań wyrwał go nagle donośny, męski głos osobnika wyłaniającego się z ciemności. Kontury średnio wysokiego mężczyzny, które zajęły jedynie niewielką część ogromnego otworu, stanowiącego niegdyś bramę wjazdową do hangaru, nie wskazywały na to, aby to on przed chwilą celował do niego z użyciem precyzyjnych przyrządów optycznych. Przybysz nie miał bowiem w rękach żadnej długolufowej broni. Nie miał też żadnej broni przewieszonej przez ramię. Zatem to nie on był myśliwym, ale z pewnością to jemu musieli towarzyszyć ukryci w czerni nocy cisi zabójcy, a on sam zdawał się aspirować do miana samozwańczego wysłannika. Czego może chcieć od niego ten facet?

- Dymitr? A może powinienem mówić do ciebie Daniło? – dopiero ostatnie słowo wyrwało Dymitra ze swoistego letargu, oznaczającego jeszcze przed chwilą stan częściowego pogodzenia się ze swoim losem.

- Ktoś ty? – odpowiedział podniesionym głosem Dymitr, nie łudząc się jednak, że ich pierwsza, a być może jedyna potyczka będzie walką na słowa i odbędzie się wyłącznie na poziomie decybeli emitowanego głosu.

- Najpierw odłóż broń, Dymitr. Tylko spokojnie, bo moim chłopcom zaczynają na spustach drżeć palce z zimna...

- Przecież jest upał… – było jeszcze za wcześnie, aby Dymitr miał ochotę się zastanawiać nad metaforami i zgadywać, co gość miał na myśli. Lepiej na razie próbować udawać mało bystrego.

- Taki żarcik, Dymitr. To po prostu zimne chłopaki, bez duszy i bez serca. Pewnie się nawet założyli, który zdąży wywalić w ciebie magazynek, zanim zaczniesz się przewracać po pierwszym strzale.

- Nie strasz, nie strasz, bo… – Dymitr nie był jednak aż tak stuknięty, żeby całkowicie nie wierzyć tym zapewnieniom.

Wiedział, że w takich sytuacjach stwarzanie pozorów, udawanie nierozgarniętego i gra na zwłokę to jedyna strategia przetrwania, dopóki nie zdarzy się okazja do przejęcia inicjatywy. Jego szósty zmysł mówił mu, że nieznajomemu chodzi na razie o to, aby przechwałkami i groźbami zapewnić sobie przewagę, a przy okazji i rozrywkę intelektualną. Schylił się więc i odłożył trzymany jeszcze przed chwilą lufą do góry pistolet na betonową posadzkę. Kiedy się podnosił, ledwie zauważalnym ruchem musnął nogawkę, aby upewnić się, że na jednej z łydek znajduje się w odpowiednim miejscu, to co zwykle się tam znajdowało. Wyprostował się w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia.

- A teraz ponownie się schyl i podciągnij obie nogawki. Jeżeli masz tam zapasowego gnata, a na pewno masz, rzuć go obok tej twojej starej, zardzewiałej, ruskiej pukawki…

Zaskoczony Dymitr zastosował się do polecenia i tym samym stał się całkiem bezbronny, nie licząc swoich pięści, wojskowego wyszkolenia i wrodzonego intelektu. Obie sztuki broni spoczywały teraz co prawda w zasięgu doskoku, ale czas, który by mu zajęło złapanie którejś z nich z pewnością byłby kilkakrotnie dłuższy od czasu dosięgnięcia go przez wystrzeloną z karabinu kulę. Innych środków walki na odległość, jak choćby gwiazdek shuriken, czy tajemniczej mocy Jedi, Dymitr niestety nie posiadał. A oprócz pistoletu oraz rewolweru, nie nosił nigdy przy sobie trzeciego egzemplarza broni palnej. Za to torba pozostawiona w vanie była, a i owszem, pełna zabawek, którymi teraz z chęcią by się pobawił. Tylko jak się tam dostać?

- Skoro ty mnie już poznałeś, to chyba wypada się samemu przestawić? – próbował podtrzymać rozmowę Dymitr. – Chyba, że kulejesz z konwenansami?

- A skąd takie wrogie nastawienie? Nie wydaje ci się chyba, Dymitr, że przybywam do ciebie osobiście ze złymi zamiarami. Gdyby tak było, nie zabierałbym ci twojego cennego czasu przed śmiercią…

- Czyżbyś był śmiertelnie chory? – inteligencja Dymitra już zasuwała na najwyższych obrotach. Wierzył niezłomnie, że mogła skutecznie zastąpić każdą broń, nawet palną. Mogła pomóc zachować mu zdrowie i życie, jeżeli oczywiście przeciwnik straci czujność, albo nie ustrzeże się innego błędu. Trzeba tylko na ten błąd poczekać, ewentualnie samemu go sprowokować.

- Ha, ha, ha… – nie był to prawdziwy, czy szczery śmiech nieznajomego, lecz raczej teatralna, wyuczona kwestia mówiona. Echo tych dźwięków odbiło się od ścian pustej hali o betonowej, żebrowanej konstrukcji.

Kiedy do Dymitra dobiegły powtarzane przez echo wykrzykniki imitujące śmiech, wydało mu się przez moment, że za swoimi plecami usłyszał jakieś szuranie i oddech. Czyżby to Sylwia w jakiś sposób dostała się do pomieszczenia, z którego uprzednio wyparowały zakładniczki? Czyżby było tam jakieś drugie wyjście? Całkiem możliwe... Dymitr pamiętał, że widział tam metalowe drzwi, które zwróciły jego uwagę podczas szykowania celi na przybycie nie jednej, ale, jak się okazało, dwóch przemiłych lokatorek. Po sprawdzeniu własnoręcznie, że nie da się ich otworzyć, założył, że prowadzą do jakiegoś dodatkowego pomieszczenia w rodzaju podręcznego magazynu, ale nie pełnią roli drugiego wyjścia. Możliwe, że się wtedy pomylił.

- Nazywam się Wiewiórski, pseudonim „Taśma” – rozpoczęła autoprezentację ledwie widoczna z odległości kilkunastu metrów męska postać. W jednej z rąk mężczyzny, który zechciał tak uprzejmie się przedstawić, pojawiła się mała latarka. Jej słabym światłem został oświetlony Dymitr.

- Wybacz, ale informacja ta raczej niewiele mi mówi – oznajmił zaciekawiony Dymitr. Osłaniając ręką oczy przed światłem, próbował bezskutecznie dojrzeć szczegóły twarzy swojego nowego znajomego.

- Wybaczam. Niektórzy zwracają się do mnie „Szef” – Dymitr mógł obserwować i analizować wyłącznie kontury człowieka, z którym rozmawiał. Nie mógł jednak stwierdzić, co ten trzyma w drugiej ręce. Facet powoli wykonał kilka kroków do przodu, ale nadal nie dało się rozróżnić żadnych szczegółów jego wyglądu.

- Miło cię poznać, Szefie – Dymitr był ciekawy, jakie niespodzianki przygotował dla niego ten „Szef”, o którym faktycznie słyszał już co nieco. Oczywiste było dla niego jednak, że nie fatygował się tutaj wyłącznie po to, żeby się mu przedstawić. – Albert wielokrotnie o tobie wspominał…

- Dobrze, czy źle? – Dymitr wyczuł, że chyba trafił tym samym na właściwą ścieżkę.

- Wyłącznie w samych superlatywach – szczerze odpowiedział na pytanie Dymitr. – Twierdził, że jest twoją prawą ręką…

- Nie da się ukryć…

- I prawą nogą… okiem, prawą połową mózgu, prawym jajem – Dymitr celowo próbował wyprowadzić Szefa z równowagi. Zdenerwowani ludzie są o wiele prawdziwsi i nie mają już takich skłonności do prezentowania gry aktorskiej. Szybciej opada z nich maska i przebranie.

- Niezłe, stary. Ale tego na pewno nie powiedział… – tym razem szczerze zaśmiał się Szef, Taśma i Wiewiórski w jednej osobie. Ciekawe, czy uważał się za Świętą Trójcę?

- Nie powiedział, bo sam nie ma jaj. Nie rozumiem, po co trzymasz na smyczy wykastrowanego pieska, który nie potrafi głośniej szczeknąć, ani nie ma odwagi nikogo capnąć stępionymi zębami…

- To akurat prawda, Dymitr. Albert mocny jest tylko w gębie – Wiewiórski vel „Szef” wykonał kolejne trzy kroki. Świetnie, stwierdził Dymitr, jeszcze trochę i może skutecznie mnie przesłoni, przecinając linię strzału.

- Nie wiedziałem, że gangsterzy tak lubią ten rodzaj seksu – Dymitr kontynuował swoją strategię, podejmując dalsze próby wyprowadzenia przeciwnika z równowagi. Wiewiórski kolejny raz się zaśmiał.

- Kurczę, Dymitr, może założysz kabaret? Potrafisz człowieka skutecznie rozbawić. Już cię polubiłem.

- Mógłbym powiedzieć to samo, ale ze mną ci raczej nie wyjdzie, tak jak z Albertem de Bezjaj – Dymitr usłyszał, jak Wiewiórski tłumi chichot. Po chwili piszcząc niemal zanosił się płaczem. Dymitr zaczął się zastanawiać, ile prawdy może być w powiedzeniu „pękł ze śmiechu”. Cóż, cel uświęca środki. Sam nie wiedział, że kryje w sobie takie zabójcze pokłady humoru i prześmiewczego talentu.

- Tacy też są w mojej branży potrzebni – stwierdził Wiewiórski, kiedy już się nieco uspokoił i przetarł jedno oko. – Skutecznie załatwiają w dzisiejszych czasach wiele spraw. Chociaż tę jedną, mówiąc szczerze, spieprzył.

- Mylisz się, nie spieprzył…

- Jak to, Dymitr? To ty masz ten prawdziwy kamień? Albert mówił coś innego…

- Jak sam powiedziałeś, on ma tylko gładką gadkę. Nie rozumiesz, że chciał w ten sposób kryć siebie samego? – Dymitr spróbował lekkiego blefu. – To musisz wiedzieć, że to on nie popisał się tym razem i nie odwalił poprawnie swojej roboty. Pewnie ci także nie powiedział, że dostarczył mi słabych informacji, a i tak sporo z nich okazało się beznadziejnie nieprzydatnych? Przez niego kilka razy omal nie wpadłem.

- Być może, ale teraz to nieważne, Dymitr – „Szef” wykonał dwa kolejne kroki i teraz dzieliło ich już tylko około dziesięciu metrów. W ten sposób dobitnie pokazywał, że nadal żywo interesował go cel działań Dymitra. Co oznaczało, że dopóki łudzi się, że dostanie zielony klejnot, Dymitr raczej może czuć się bezpieczny. – To masz ten kamień, czy nie?

- Przy sobie nie, ale kiedy twój Albercik robił sobie kolejny manicure, ja pracowałem nad tym i wiem, gdzie jest. I bardzo szybko mogę go zdobyć.

- Powiedz, gdzie jest, a być może jeszcze dzisiaj nie zginiesz…

- Czy ty myślisz, że ja aż taki głupi jestem? – Dymitr niezauważenie przeszedł do ofensywy. – Jeżeli będą o tym wiedzieć dwie osoby, jedna z nich stanie się niepotrzebna, nieprawdaż? A to ty teraz jesteś w przewadze.

- No, cóż, Dymitr. Może i głupi nie jesteś, ale ja nie mam czasu na jałowe dyskusje. Twój kabaret przestał mnie już bawić, choć nadal cię lubię. Widzę jednak, że nie zechcesz się dogadać po dobroci… – w ręce szefa, tuż obok latarki pojawił się pistolet.

Mimo, że Dymitr wciąż nie mógł dostrzec szczegółów wyglądu „Szefa”, był za to w stanie zauważyć i usłyszeć, jak Wiewiórski odciąga kciukiem kurek i broń natychmiast staje się gotowa obniżyć liczbę mieszkańców Ziemi o jeden. Za plecami Szefa zauważył jakieś mignięcie. Jakiś cień na tle nieba, nieco tylko jaśniejszego od ścian hangaru. Czyżby na jego rozkaz wpadli do środka jego siepacze? Dymitr błyskawicznie zrozumiał, że jego czas na działanie kończy się i być może koniec ten nastąpi w ułamku sekundy.

W czasie krótszym niż ten właśnie ułamek ocenił swoją ostatnią szansę rzucenia się szczupakiem po broń i oddania celnego wystrzału podczas turlania się z pistoletem po posadzce. Skłamałby, gdyby stwierdził, że prawdopodobieństwo powodzenia tego wariackiego planu jest wysokie, a nawet grubo przesadziłby, oceniając je jako średnie. Ale na jego szczęście zadziałało prawo odwrotności praw Murphy’ego. Jeżeli wszystkie fatalistyczne prawa Murphy’ego zawodzą, zawsze jedno zawiedzie i wyjątkowo coś może się udać. To nie Dymitr jednak stał się cudotwórcą i wybawcą samego siebie z opresji, ale niezależnie od niego na placu przed hangarem i w samym hangarze miały miejsce dwa niemal jednoczesne zdarzenia.

Tuż przed naprężeniem wszystkich mięśni swojego ciała do ryzykownego skoku, do uszu Dymitra dotarł upragniony dźwięk niesamowicie seksownego głosu kobiety, z którą za wszelką cenę pragnął spędzić resztę swojego życia:

- Rzuć broń…

Za plecami Dymitra niemal w tym samym momencie rozległy się identyczne słowa, jakby głos odbił się od tylnej ściany hangaru. Tyle, że jakimś cudem odpowiadające Sylwii niemal natychmiast echo zmieniło brzmienie na męskie:

- Rzuć broń, Taśma…

Wszystko, co się następnie w ciągu nie więcej niż trzydziestu sekund wydarzyło, Dymitr rejestrował klatka po klatce, w krótkich sekwencjach. Rejestrował, ale gdyby miał czas się nad tym zastanowić, nic by nie zrozumiał z tego, czego stał się świadkiem. Nie wiedział bowiem, ani co to za niespodziewany sojusznik stanął za jego plecami, ani co takiego mogło doprowadzić do oślepiającego wybuchu przed hangarem, który wywołał potem lawinę niebezpiecznych skutków.

Pominąwszy ciemność, która najpierw rozbłysła jaskrawą kulą ognia, a potem rozjaśniła się językami płomieni dość szybko ogarniających stojącego na zewnątrz mercedesa, jedyne, co Dymitr zdążył zobaczyć to upadający do przodu „Szef”, a nad jego opadającym ciałem kontury kobiety kroczącej w jego kierunku na tle kuli ognia z pistoletem w wyciągniętej przed siebie dłoni. Kobiety, którą przemieszczająca się fala uderzeniowa wybuchu zdołała przewrócić i to szybciej niż znajdującego się na muszce jej pistoletu „Szefa”.

Dymitrowi wydawało się, że i jego dopadnie silny podmuch wywołany w jego mniemaniu eksplozją należącego do vana Sylwii. Ale nie poczuł na twarzy oczekiwanego, gorącego wiatru. Powinien przecież odczuć wyraźne uderzenie masy pchanego przez wybuch powietrza. Poczuł za to, że coś go pochwyciło za płaszcz i raptownie pociągnęło w tył.

W mgnieniu oka zorientował się, że nie było to ani spodziewane uderzenie fali gorąca, ani na szczęście wystrzelona kula. Tracąc równowagę rozpoznał, że musiały go złapać czyjeś ręce, dynamicznie i znienacka szarpiące go do tyłu. Nie były to jednak ręce kobiece, ale mocne, męskie dłonie o niemal nadludzkiej sile i żelaznym uchwycie palców. Ręce, których właściciel tak jak i on musiał stracić równowagę i wylądował razem z Dymitrem na wilgotnej posadzce pomieszczenia, które jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej miało być całkiem przyzwoicie zaprojektowanym i wykonanym więzieniem.

W momencie, kiedy Dymitr i jego nieoczekiwany wspólnik przeturlali się na boki, jeden w prawo, drugi w lewo, ponownie skrywając się za załomami ścian, z wielkiej hali hangaru dobiegły ich wykrzyczane słowa Wiewiórskiego vel „Szefa” vel „Taśmy”:

- To twoja sprawka, te fajerwerki tam na zewnątrz, Sylwia? Nie celuj do mnie!

Zdezorientowany Dymitr na siedząco przywarł plecami do ściany, podobnie jak to uczynił jego nieznany wybawiciel po drugiej stronie drzwi. Zupełnie nie odnotował faktu, że „Szef” zwrócił się do jego kochanki po imieniu, ale zorientował się, że Sylwia stała się teraz ich jedyną szansą na uratowanie im obojgu, a może i trojgu tyłków. Więc na tyle głośno, na ile pozwalało mu ściśnięte stresem gardło, zaproponował:

- A właśnie, że celuj do niego, Sylwia! Tak jak cię uczyłem! I jeżeli mamy razem wyjść z tego cało, pociągnij wreszcie za ten cholerny spust!

Zdawał sobie sprawę, że Sylwia mogła nie zrozumieć jego słów, bo do Dymitra nie dotarł dźwięk ani jednego wystrzału. Usłyszał za to dwa zaskakujące zdania, wykrzyczane przez Sylwię z głośną pretensją w głosie. Zdawało mu się, że były skierowane prosto do niego.

- Dlaczego ty znów wtrącasz się w moje sprawy? Dlaczego zawsze musisz decydować, co mam robić?


Czy Sylwia na pewno jest tym, za kogo się podaje? Dajcie znać, co uważacie! Jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów?

Bolecnauta Pan M. dzielnie pisze i wymyśla, pozdrawiając M.A.F.I.Ę. (zespół najaktywniejszych komentujących) i czytelników. Autor pyta przewrotnie:  ,,No i kto rozkmini, o co tu biega? Może być wierszem albo prozą :) ". Podejmiecie się tego zadania?

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 84, czyli ułamek sekundy i fala ognia

~~lola 3 lipca 2021r. o 19:26
Kimże jest Sylwia, przecudna wiewióra,
Tylko dla zmyłki strosząca blond pióra...
To tajna agentka, czy córka M.A.F.I.I.,
co bez wahania i zabić potrafi?
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Rudoczerwony Winorośl 3 lipca 2021r. o 20:57
~~lola napisał(a): Kimże jest Sylwia, przecudna wiewióra,
Tylko dla zmyłki strosząca blond pióra...
To tajna agentka, czy córka M.A.F.I.I.,
co bez wahania i zabić potrafi?


I co Ty na to, F?
Albo M robi nam pranie mózgów i przy okazji zrobił z Sylwii podwójną (czy aby tylko?) zawodniczkę albo poszło na na moje i nadziei na rehabilitację rudo-blond hazadzistki nie ma. Nawet trudno mi stwierdzić co lepsze. Tak czy inaczej, zagrać musi rolę oscarową.
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 3 lipca 2021r. o 20:59
Lola, wyszło w punkt. Tylko co tu obstawić?
Ukłony
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 3 lipca 2021r. o 21:37
Niewielka to, ale zawsze satysfakcja, że nasz (A) tym razem i chyba po raz pierwszy nie odczytał moich myśli... :)
Próbujmy zgadnąć, co takiego może łączyć Sylwię z Wiewiórskim?
Czy w wierszyku kryje się fantastycznie ułożona podpowiedź :)
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 4 lipca 2021r. o 0:25
~~M napisał(a): Niewielka to, ale zawsze satysfakcja, że nasz (A) tym razem i chyba po raz pierwszy nie odczytał moich myśli... :)
Próbujmy zgadnąć, co takiego może łączyć Sylwię z Wiewiórskim?
Czy w wierszyku kryje się fantastycznie ułożona podpowiedź :)
M.[/]

Mam wrażenie, że te wierszyki układa ktoś, kto zagląda Ci przez ramię kiedy smarujesz po klawiaturze.
Przeszedł przez moje neurony impuls, który wywołał myśl, że może jak jest jabłoń, to będzie i jabłuszko. Robaczywe.
F mnie zbałamuciła tą miłością trudną i przez los skrzywdzoną, że jakoś ta wizja się nie utrzymała, a tu proszę, jednak trzeba słuchać intuicji.
Oczywiście klamka jeszcze nie zapadła i sprawy mogą przybrać inny obrót. W końcu jesteś Imperatorem tego świata.
Ciekawe, czy jeszcze czyjaś progenitura się objawi w tym zamieszaniu? Albo już po nim?
Kolejny potomek rodu W?
Pozdrawiam
(A)



Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~lola 6 lipca 2021r. o 14:43
Dlaczego w tej szmaragdowej powieści,
Profesor Rybka gdzieś zgubił się w treści?
Wszak to przez tego miłego staruszka,
Skutków przedziwnych otwarła się puszka…
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 7 lipca 2021r. o 8:13
c.d.
------------------------------------------------
- Komisarz Szymon Lasota, SPKP we Wrocławiu – niepozorny jak przystało na antyterrorystę funkcjonariusz, który wyskoczył z jednego z dwóch przybyłych helikopterów S70i Black Hawk, próbował przekrzyczeć warkot silników. I co ciekawe, udało mu się to. Uścisnął wyciągniętą dłoń podkomisarza Kamińskiego, który drugą ręką próbował osłonić oczy od wywołanego przez kręcące się łopaty wiatru, wciskającego do oczu drobiny piasku i kurzu.

- Podkomisarz Kamiński z bolesławieckiej komendy. Będę dowodził tą akcją. Miło mi powitać naszą kawalerię. Mam nadzieję, że wystarczy, że was zobaczą, a sami zwieją gdzie pieprz rośnie – zażartował podkomisarz, choć wiedział, że jeśli informacje od redaktora są prawdziwe, prawdopodobnie czeka ich wszystkich długa i krwawa potyczka.

- Kto wie? Ale byłby to pierwszy raz w historii. Bandyci zwykle nie witają nas kwiatami ani salwami na wiwat. Ma pan mapę terenu? – dowódca kominiarzy nie chciał tracić czasu.

Obaj mężczyźni oświetlani mnóstwem pulsujących, różnokolorowych świateł przeszli szybkim krokiem z tymczasowego lądowiska, urządzonego na sporym, oczyszczonym uprzednio z pojazdów parkingu, do grupy cywilnych i oznakowanych radiowozów. Jeden z policjantów ubrany po cywilnemu, ale także w kamizelce, na polecenie podkomisarza rozwinął papierową wersję map Google’a w wersji satelitarnej. Wydrukowaną na służbowej drukarce mapę położył na masce jednego z aut, po czym poświecił na dokument silną latarką. Podkomisarz Kamiński wyraził wzrokową dezaprobatę dla pomysłowości swojego współpracownika, a potem palcem odszukał interesujące go miejsce. Cóż, przynajmniej nie potrzebował lupy, bo wydruk był wielkości A3. Nie, no. Postarał się kolega…

- Stary poradziecki hangar. Okolica płaska, same łąki. Jakieś tysiąc dwieście metrów stąd. Dojazd jedną jedyną, starą betonową drogą.

- Znaczy, nie ma jak niezauważenie podejść, mimo że jest już ciemno. Jeśli mają termowizyjne lornetki, od razu nas zauważą – ocenił dowódca jednostki specjalnej. – Wiemy cokolwiek o sytuacji na miejscu?

- Nic pewnego. Pojechał tam jeden z naszych, powiedzmy na zwiad, ale jeszcze się nie odezwał. Uprzedzam, że nietypowa będzie to akcja, bo zgodnie z niepotwierdzoną informacją spodziewamy się rozrachunków pomiędzy grupami przestępczymi.

- To może poczekamy, aż się wystrzelają, a potem wyłapiemy pojedynczo, jak się będą ewakuować? – zaproponował bez przekonania dowódca antyterrorystów, licząc być może na łatwe i szybkie zakończenie wyprawy.

Podkomisarz Kamiński uśmiechnął się. Poprawił zapięcia w kamizelce taktycznej, mając nadzieję, że nie przyda się tej nocy. A jeżeli miałaby się przydać, że go nie zawiedzie.

- Gdyby chodziło tylko o jakąś ustawkę albo zwykłą wojnę gangów, pewnie posiedzielibyśmy sobie tutaj przy grillu i piwku. Lecz przestępca, na którego przylecieli zapolować członkowie jakiejś zorganizowanej grupy z Legnicy, dysponuje podobno sporym arsenałem, więc pewnie będzie się próbował bronić w tym hangarze i tanio skóry nie sprzeda. A poszukujemy go od kilku dni, bo nieźle tu u nas w Bolesławcu narozrabiał. Natomiast do tego wszystkiego dochodzi zakładniczka, prawdopodobnie przetrzymywana w hangarze przez naszego poszukiwanego. I gdyby nie to, obojętne byłoby, jak to zrobimy, ważne, żeby ich wszystkich skutecznie unieszkodliwić.

- Okej, rozumiem. Znamy liczebność przeciwnika? – zadał kolejne pytanie oficer z Wrocławia.

- Jakiś kierowca tira opowiadał, że niecałe pół godziny temu widział dwa cywilne śmigłowce, które leciały wzdłuż autostrady, ale skręciły w kierunku Osłej. To ta wioska tutaj – podkomisarz wskazał palcem na mapę. – Spodziewamy się kilkunastu, maksymalnie dwudziestu zbirów. Musieli wylądować na jakimś polu i resztę drogi zapewne planowali pokonać na nogach. Wysłałem w okolicę dwa radiowozy, ale nocą bardzo trudno będzie zauważyć te śmigłowce.

- Jakieś pojęcie o ich uzbrojeniu? – wyglądało na to, że szef antyterrorystów ma w głowie jakąś gotową listę pytań.

- Nieznane, ale spodziewałbym się pełnego asortymentu broni, także automatycznej. A jeżeli to najemnicy, to dochodzi wyposażenie taktyczne, jak choćby granaty czy lornetki. Musicie być czujni i ostrożni.

- Jak zawsze, podkomisarzu. Spróbujemy wykorzystać element zaskoczenia, chyba, że się nas spodziewają…

- Nie sądzę – między policjantów wcisnął się redaktor „gumowe ucho” Skrętkowski. Wcześniej podszedł na tyle blisko, że wyjątkowo skutecznie udało mu się podsłuchiwanie. W swojej kamizelce świetnie wtopił się między profesjonalistów i dzielnie udawał kolejnego członka oddziału. – Ktoś u nich się wygadał, że akcja podobno została zorganizowana naprędce, bez większych przygotowań.

- A więc co pan proponuje, kolego? – szef antyterrorystów zwrócił się do dziennikarza, jak gdyby nigdy nic. No bo skąd miał wiedzieć, że to cywil?

Redaktor, mimo bólu ramienia, wyprostował się i uniósł głowę, jak gdyby ponownie wstąpił w niego podniosły nastrój. Prawdopodobnie mówimy tutaj o czymś w rodzaju niezłomnego ducha walki, którego mu zresztą, jak Don Kichotowi, nigdy nie brakowało. Jeszcze żywe w nim było wspomnienie zaatakowanego i pokonanego wiatraka, który w rzeczywistości okazał się być zamkniętymi na klucz drzwiami w szpitalu.

- Otóż… – redaktor Skrętkowski rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych, jak gdyby zaraz miał wyjawić prawdziwe miejsce ukrycia Złotego Pociągu. Zanim pozwolił sobie kontynuować, chwilę delektował się skupioną na nim uwagą. – Trzeba podjechać na rympał, jak najbliżej się da. Samochody przynajmniej mogą dać jako taką osłonę. Tam wyskoczymy i wystrzelamy gangsterów. A jeżeli nie, to użyjmy śmigłowców! Desant z powietrza jeszcze bardziej ich zaskoczy!

- Niegłupie z tymi wjazdem, ale to raczej byłoby samobójstwo – komisarz Lasota rzucił okiem na kilka policyjnych osobowych aut marki kia, opel i ford. – Jazda w kolumnie odpada, a takimi samochodami po terenie trawiastym, to za duże ryzyko. Zakopią się i utkną, a ja nie mogę niepotrzebnie ryzykować życia chłopaków. Ale helikopterami? W sumie, czemu nie… Jakby podlecieć z tej i z tej strony… Można by ich wziąć w kleszcze.

Dowódca jednostki specjalnej zaczął spokojnie i rzeczowo tłumaczyć pozostałym swoją strategię. Wszyscy funkcjonariusze i jeden cywil nachylili się nad mapą. Dalsza część planu została naświetlona w ciągu nie więcej niż minuty i potwierdzona kiwnięciem głów wszystkich zgromadzonych. Następnie dowódcy jednostek z Wrocławia i z Bolesławca udali się do swoich podwładnych, aby wytłumaczyć im podział zadań.

Kiedy trzy minuty później drogą dojazdową do autostrady przemknął ambulans na sygnale, w tym samym momencie dwa Black Hawki wzleciały na kilkanaście metrów, ich ogony lekko opadły i helikoptery powoli, jak mityczne olbrzymy, ruszyły do akcji. W jednym z nich, w którym miejsce drugiego pilota zajmował dowódca SPKP, pomiędzy rosłymi antyterrorystami zdołał się jakoś upchnąć drobnej postury podkomisarz Kamiński. Czuł się trochę jak dżokej wśród koszykarzy NBA. Aby dodać sobie wigoru, wyjął pistolet i trzymając lufą w dół sprawdził jego gotowość do użycia.

Zastanawiał się, dlaczego aspirant Świgoń się nie odzywa? Od kiedy pojechali z tą Wilczyńską karetką w stronę hangaru telefon milczał, a przydałoby się wiedzieć, co tam się dzieje. Sekundy wcześniej podkomisarz zauważył, że karetka wraca. Tylko kogo wiozła? Kiedy schował służbową broń z powrotem do kabury nagle wnętrze helikoptera wypełniła jasna poświata. Podkomisarz odwrócił się i spojrzał przez jedno z okien w samą porę, aby w odległości kilkuset metrów zobaczyć kulę ognia. Oho, chyba się właśnie zaczęło…

***

Żaklina zdążyła przekląć się w myślach za swój nie najmądrzejszy pomysł włączenia oślepiających świateł drogowych, zanim zobaczyła i poczuła wbijające się tyłem w busa piękne, czerwone auto. Miała ogromne szczęście, że nadal stała między rzędami siedzeń, ponieważ gdyby zajmowała któryś z przednich foteli, z pewnością wyleciałaby przez przednią szybę. A zaraz potem spłonęłaby podczas wybuchu benzyny, do którego doszło niemal natychmiast z powodu uszkodzenia zbiornika paliwa sportowego samochodu. Ale mocne zderzenie tylko rzuciło jej ciałem do przodu, a następnie do tyłu i ostatecznie wylądowała w pozycji leżącej na fotelach w drugim rzędzie. Natychmiast opuściły ją wszelkie skrupuły i tylko trochę poddając się panice, postanowiła zaryzykować i bezzwłocznie opuścić pojazd.

W pozycji leżącej uniosła kolana i uderzyła obunóż stopami w suwane drzwi. Kolizja, do której doszło, musiała poprzestawiać coś w geometrii samochodu, bo drzwi zaskakująco łatwo zostały jej uderzeniem wypchnięte i po prostu wypadły na zewnątrz. W pierwszym odruchu Żaklina miała zamiar wyskoczyć i zwyczajnie uciec na oślep. Pierwsza część jej planu została zrealizowana w ułamku sekundy, ale po wylądowaniu na betonowej nawierzchni nogi w dziwny sposób odmówiły jej posłuszeństwa. Dlaczego nie chcą unieść mnie jak najdalej stąd? – zastanawiała się w swojej głowie.

Ten samochód… Przecież to nie autostrada, a on po prostu wjechał w mercedesa… Dziwne. Zupełnie, jakby zrobił to celowo… Ale po co? Może to jakiś wariat samobójca? Spojrzała przez lewe ramię. Zauważyła ruch w środku zmiażdżonego auta. O, cholera. Tam wewnątrz nadal ktoś jest! I próbuje się wydostać... Żaklina zauważyła, że ktoś na miejscu pasażera bezskutecznie szarpie od środka za klamkę. Kto to może być, do cholery??

Rozbity samochód szybko obejmowały od tyłu płomienie. Coraz bardziej łakome języki ognia już lizały tylną szybę. Jeżeli ktoś tam przeżył i utknął, to zaraz ani chybi się usmaży – wyobraźnia Żakliny podsuwała jej obrazy z wielu widzianych dotąd w pracy reporterskiej na żywo i na zdjęciach wypadków. Przecież nie mogę stąd po prostu zwiać… Bo co, jeśli to ktoś nie powiązany z tym bandytą? Będę mieć go potem na sumieniu, a przecież jeszcze mogą mnie zapuszkować za nieudzielenie pomocy.

Osłaniając twarz od bijącej gorącem łuny, podbiegła schylona do zablokowanych drzwi. Środek auta wypełniał gęsty dym i nie mogła dostrzec szczegółów wyglądu osoby, panicznie próbującej się uwolnić z tej śmiertelnej pułapki. Żaklina szarpnęła za klamkę, ale zamek drzwi nie puścił. Nadal trzymając klamkę, zaparła się nogą i ciągnęła z całej siły. Nie da rady. Co robić? Tylnych drzwi w tym aucie nie było. Szyba! Żaklina ustawiła się tyłem do drzwi i spróbowała silnie uderzyć łokciem. O, Jezu! Ale zabolało. Nie ma szans, połamie tylko kości. Szybko trzeba wymyślić inny sposób. Trzeba znaleźć coś, czym można by było uderzyć i stłuc hartowane szkło, tylko co?

Płomienie były bardzo jasne, ale mimo tego w zasięgu wzroku, Żaklina nie wypatrzyła żadnego kamienia. Potrzeba czegoś innego, na tyle twardego, żeby ta szyba pękła… Torba! W torbie na pewno coś znajdzie! Rzuciła się z powrotem do busa, którego przód również zaczęły ogarniać płomienie. Na szczęście dało się jeszcze wsiąść do środka. Gdzie ta torba…? A, jest. Przy uderzeniu spadła tylko na podłogę…

Zamiast grzebać w jej wnętrzu, złapała za uchwyty, wyskoczyła z powrotem na zewnątrz i dopadła do zablokowanych drzwi płonącego samochodu. Rzuciła torbę na ziemię, rozciągnęła jej krawędzie i wyciągnęła pierwszy lepszy twardy, metalowy przedmiot. Oczywiście pistolet! No bo cóż by innego. Chwyciła za rękojeść, skierowała lufę w szybę, położyła palec na spuście, zamknęła oczy i… Jakiś przebłysk zdrowego rozsądku nakazał jej nie ciągnąć za cyngiel i otworzyć oczy. Przecież mogłaby kogoś w środku zastrzelić! Kogoś, kto właśnie przytknął twarz do szyby i przerażonymi oczami obserwował zapewne w jej mniemaniu przerwaną próbę morderstwa. Kogoś, czyja twarz bardzo przypominała Żaklinie… Olę! Matko Boska, a ta tu skąd się wzięła???

W Żaklinę wstąpiły pokłady nowych sił i nowych, strach się bać, pomysłów. Uniosła pistolet i popukała palcem w okno, tłumacząc na migi, co ma zamiar zrobić. Wgapiająca się w nią z niedowierzaniem Ola zrozumiała jej gesty i odsunęła się najdalej jak tylko mogła. Żaklina, zamiast testować kuloodporność szyby, ujęła lufę pistoletu i z nieco zbyt wielkim rozmachem przywaliła kolbą w samochodowe szybę, która z głośnym trzaskiem pękła i pokruszyła się na tysiąc drobnych kawałków. Tak właśnie została zaprojektowana przez konstruktorów.

Kaszląca głowa Oli wychynęła przez powstały otwór i przez wydostający się ze środka dym. Dziewczyny krzyknęły jednocześnie.

- Żaklina!

- Ola! Możesz wyleźć przez to okno?

- Pomóż mi! – Ola wyciągnęła ręce i Żaklina wyjęła ją tak, jak wydostaje się pierwszego kiszeniaka upchniętego na siłę w słoiku z ogórkami.

Było to trudne zadanie, mimo że Ola naprawdę robiła co mogła, aby jak najszybciej opuścić płonący pojazd. Żaklinie wydawało się, że to ten wredny samochód robi wszystko, aby Olę zatrzymać w swoim śmiertelnie niebezpiecznym wnętrzu.

Opierając ratowaną przyjaciółkę na sobie, Żaklina upadła razem z nią. Jęknęła z bólu przy uderzeniu plecami o betonową nawierzchnię placu, przygnieciona dodatkowo ciężarem koleżanki. Ola zrozumiała to i wciąż kaszląc sturlała się z niej. Przez chwilę obie leżały na plecach. Szybko dyszały i patrzyły w górę, w usłane gwiazdami niebo, do którego wydawało się tak daleko, a czasem, jak teraz, tak blisko. Jeżeli ktoś wierzył w niebo i piekło, oczywiście.

- Trochę jak w Mielnie, co nie? Uciekajmy stąd. Byle, jak najdalej od tego piekielnego koszmaru – zaproponowała mająca te skojarzenia Żaklina, kiedy unormował się jej oddech.

- Nie możemy, bo on tam jeszcze jest…

- Ola, daj spokój! Nie zgrywajmy bohaterek – Żaklina nie miała ochoty na ponowne spotkanie z porywaczem. – Same gościa nie dorwiemy. Ty nie widziałaś, jakim on dysponuje arsenałem. W tym busie miał całą wielką torbę pełną plujących ogniem spluw… I masz szczęście, że nie widziałaś, jak on mnie wcześniej potraktował…

- Ale ja nie o tym… nie o nim… Tam w aucie jest jeszcze ten policjant. Ten aspirant… To on prowadził… – Ola nadal ciężko oddychała, raz po raz pokasłując i oczyszczając w ten sposób płuca. Przez moment szukała w pamięci, jakby miała problemy z przypomnieniem sobie imienia młodego policjanta. – Hieronim!

- Gdzie? – Żaklina nie do końca rozumiała, o czym Ola mówi, ale podniosła głowę i zaczęła się uważne rozglądać mając nadzieję ujrzeć inteligentnego przystojniaka, który wcześniej tego dnia poruszył jej serce i „dobrowolnie” oddał do korekty swoje okulary.

- Tam, w aucie! To on prowadził, kiedy jechaliśmy ciebie ratować… Nagle ktoś nas oślepił światłem i wpadliśmy w poślizg… Żaklina, on się nie rusza. Nie wiem, czy żyje. Ale musimy spróbować go wyciągnąć! Może nie jest jeszcze za późno! – wyczerpana Ola uniosła się na łokciach i z trudem zaczęła się podnosić.

Zakłopotana Żaklina milczała. Nie zamierzała przyznawać się do winy w kwestii spowodowania tego koszmarnego zdarzenia. Zerwała się i bez chwili zwłoki rzuciła do zniszczonego, płonącego jak pochodnia chevroleta. Czyżby przez własną głupotę uśmierciła super faceta i ojca swoich przyszłych dzieci?
-----------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~F jak fanka 7 lipca 2021r. o 10:54
Sylwia ah Sylwia! Przeciwstawia się kochasiowi i na niego krzyczy, a nie chce strzelić do Wiewiórskiego... Stała się niezależna, to na pewno.
Zastanawiam się, czy mogą kryć się za tym powiązania rodzinne. 1) Wiewiórski to wuj lub stryj. Głupio zabić, bo rodzina, ale wie że jest zły. Albo ma z nim traumatyczne wspomnienia rodzinne. 2) Albo: Wiewiórski to przyjaciel jej męża, którego to męża Sylwia nigdy nie lubiła ani nie kochała. Może był w stosunku do niej agresywny, ale bała się właśnie Wiewiórskiego, który zabiłby ją po rozwodzie, bo za dużo wie. Dymitr dał jej nadzieję na normalne życie, ale paraliżuje ją dawny strach i dlatego nie może zabić. 3) Albo: Sylwia jest tajną agentką i najpierw zbliżenie się do swojego męża dało jej możliwość śledzenia kroków Wiewiórskiego, a potem Dymitr dał jej możliwość bezpośredniego spotkania. W początkowym planie miała zabić ich obu i wyczyścić za sobą teren.
Ufff jest jeszcze milion innych opcji, ale ja się poddaję. Zaskoczył nas Pan M., to na pewno. Dobrze, że Lola ma jeszcze głowę na karku. Zgadzam się z nią, że brakuje Pana Rybki - oczekuję go pod koniec powieści na białym koniu ze szmaragdem pod pachą. Hehehe. Co sądzisz o tym pomyśle, (A)?
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec
REKLAMA Fiege - praca !