Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Praca w WEBER HYDRAULIK!
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Gratuluje Poczułaś Się Dorośle Kiedy Załatwiłaś Ofierze Pobicie Przez Policje
od pokrzywdzona dla solenizantka
Gratuluje "dorosłej" Ze Szczytnicy Ktora Pod świetlicą Krzyczala Brawo Policja Kiedy Pokrzywdzoną Wlasnie Przez Nią Szarpała Policja M
od pokrzywdzonej dla dorosła
☆ Dzwonek Do Drzwi Czy To Ty...? Przecież To Niemożliwe A Ja Ciągle W To Wierzę.. ( M*m )
od Mnie dla Ciebie
Miłego Dnia....
od kobieta dla dla Innych
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
29 maja 2021r. godz. 17:40, odsłon: 949, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek specjalny, czyli o żadnym qui pro quo nie może być mowy

Pan M. przedstawia nam indeks postaci: żartobliwy, przydatny i rozwiewający wszelkie wątpliwości.
Pismo
Pismo (fot. pixabay)

Już jest kolejna część bolesławieckiej powieści w odcinkach! Tym razem w nietypowej, ale jakże żartobliwej i niezwykłej odsłonie!

Siedemdziesiąta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Siedemdziesiąta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Siedemdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Kto jest kim i za kogo się podaje? A może ktoś pomylił imiona? Zapraszamy do lektury indeksu:


Bohaterowie główni:

Antonina Julia Polańska – chodzący ideał dziewczyny, kobiety, matki i córki. Choć w wypadku tych dwóch ostatnich życiowych funkcji można mieć pewne zastrzeżenia.

Rocznik – najlepszy. Obecny wiek – „trochę ponad” czterdzieści wiosen. Jedynaczka. Świetna uczennica – najlepsza w liceum. Do momentu skończenia matury – bolesławianka. Od matury do śmierci cioci Alinki – głogowianka. Z pewnych obiektywnych przyczyn, a właściwie z jednej – narodzin córki, nie udaje jej się zdobyć wyższego wykształcenia na Akademii Medycznej we Wrocławiu. Kończy w zamian studium medyczne, a prawdziwe powołanie odnajduje, zostając ratownikiem medycznym w Straży Pożarnej, gdzie dochodzi do wysokiego szczebla na długiej drabince stopni: młodszego brygadiera.

Dość wysoka, rudowłosa. Niegdyś szczupła i zgrabna, dziś nadal zgrabna. Wykazuje zdolności aktorskie. Niegdyś trochę szalona i postrzelona. Zarówno w swoich pomysłach, jak i podczas feralnej czerwonej nocy 1990 roku w pobliżu Waldschloss. Dzisiaj bardziej stateczna, choć głowa nadal u niej gorąca i obfitująca w nie do końca przemyślane pomysły. Osoba z gatunku: „chodź, coś zmalujemy, a potem jakoś to będzie”. Myślenie o konsekwencjach przeważnie zostawia innym.

Pewna swojej wartości, lecz bywa nie do końca świadoma, że inni mogą odczuwać i patrzeć na niektóre rzeczy inaczej. Niemal do końca broni swojego zdania, choć w prywatnym życiu bez wsparcia innych najtrudniejsze momenty mogą wywołać u niej stres i rezygnację z własnych planów. Potrafi być jednak uparta ( w stylu „Nie, to nie. Łaski bez”). Skutki tej postawy: kiepska relacja z własną matką idąca w parze z satysfakcją, że wszystko co ma, osiągnęła dzięki własnej pracy i samozaparciu.

Choroby – brak fizycznych dolegliwości (stara się dbać o siebie). W sferze psychiki – trochę dziur do zdiagnozowania i załatania. Serce – mocne i twarde. Za małe, aby pomieścić jakiegokolwiek innego faceta poza tym jednym jedynym. Po wielu latach miejsce to zostało odkurzone, rozgrzane i czeka na dawnego lokatora.

Inteligencja i elokwencja zawsze szła u niej w parze z urodą. Z czasów licealnych pozostała jej maleńka skłonność do uzależnień. Głównie do uzależnienia od bycia podziwianą i adorowaną. Dość często wykazuje też chęć wyrażania postawy „ja wiem lepiej”, no bo przecież niewiele pomocy otrzymała od własnej matki. Przez brak dostosowania swojej postawy do zmieniających się czasów, z biegiem czasu doprowadza to do pogarszania świetnych relacji z córką.

Jest przekonana, że w życiu najlepsze jeszcze przed nią. Wierzy, że warunkiem osiągnięcia szczęścia i spełnienia jest powrót do tego, co było. Do tego, co dawniej zostało zaprzepaszczone i utracone. W kwestii uczuć oczywiście. Twierdzi, że sprawy materialne nie mają dla niej znaczenia, choć to wydają się być tylko pozory.

Obecnie zajmuje z córką dom schorowanego wujka Zygmunta, którym kilka lat wcześniej postanowiła się zająć (wuj załamał się po śmierci cioci Alinki), przyjeżdżając często do rodzinnego Bolesławca. W końcu, korzystając z okazji że córka Ola rozpoczęła studia, podejmuje decyzję o przeprowadzce i zmianie jednostki PSP, w której dotąd pracowała.

Kiedy nadarza się do tego okazja, skwapliwie próbuje wykorzystać swoje atuty (także intelektualne) oraz umiejętności interpersonalne, aby ponownie zbliżyć się do swojego byłego chłopaka, ojca jej dziecka (nieświadomego tego faktu). Odrobinę przy tym manipuluje Bolkiem. Ale naprawdę ino, ino. Chce mu powiedzieć o ich córce, ale nie ma okazji, odwagi, a może tak po prostu boi się, czy nie nastąpi koniec, zanim jeszcze relacja zacznie się budować na nowo. W końcu dzisiaj oboje są już zupełnie innymi ludźmi…

Bolesław Wilczyński – rocznik ten sam co Julia. Wiek – tuż przed pięćdziesiątką. Owłosienie – gdzieniegdzie skromne, czoło wysokie (co w oczywisty sposób wiąże się ze stopniem owłosienia na głowie, a nawet może być jego skutkiem). Wzrost – wysoki. Waga – obecnie nieco powyżej indeksu BMI dla ludzi „normalnych”. Ale to ma się zmienić, kiedy zdejmie wreszcie z wieszaka w świeżo wyremontowanym garażu rower. Rower, który wyszedł bez szwanku po wizycie gangstera, przeciwnie do swojego właściciela.

Zwykle spokojny i opakowany Bolek ma w naturze rolę hamulcowego i czasem potrafi naprawdę irytująco gadać, całkiem jak smerf Maruda. Wierzy w powodzenie dopiero, jeżeli przeanalizuje wszystkie możliwe opcje i sam stwierdzi, iż wybrał tą jedyną i właściwą drogę do osiągnięcia celu. Na służbie podobno zawsze słucha cierpliwie i niemal do samego końca. Jeżeli oczywiście nie zaśnie, bo nie znosi nadmiernej gadaniny. Dopiero kiedy ktoś skończy, wyraża swoją opinię, zwykle w formie jednozdaniowej, na przykład „W porządku” albo „Do dupy”. Prywatnie z kolei wzbogaca swoją wypowiedź, poprzedzając ją najczęściej imieniem rozmówcy.

Intelekt – wystarczający, aby zrobić maturę w 1991 roku na zadowalającym poziomie, lecz po przymusowym rozstaniu z Julią Bolek przestaje widzieć sens w dalszej edukacji. Korzysta z „biletu” do wojska i tam angażuje się całym sobą w szkolenie, które umożliwia mu wyjazdy na międzynarodowe misje, dzięki którym wspina się po szczeblach kariery w armii. Dzięki temu także, przez wiele lat tułając się po świecie z dala od Bolesławca, staje na nogi, a z biegiem czasu zaciera złe wspomnienia i zapomina o rozdartym sercu. Choć jeśli zapytać go, czy ma jeszcze zdjęcie Julii, z pewnością odpowie: „A które? To z wycieczki na Grodziec, kiedy złapała nas ulewa i oblepiła ją mokra koszulka, czy do ruin klasztoru w Nowogrodźcu, tam, gdzie upaprała mnie masłem ze swojej kanapki, jak wskakiwała mi na barana, aby zobaczyć co jest w tej dziurze, w której brakowało sześć cegieł nad trzecim oknem od lewej?”.

Kiedy spotyka wreszcie długo niewidzianego brata Waldka, nie potrafi „odpuścić” mu winy za swoje cierpienia jako osieroconego dziecka i nastolatka. Kilkanaście lat po utracie rodziców odchodzą także ich dziadkowie, którzy byli prawnymi i faktycznymi opiekunami Bolka od śmierci ich rodziców. Po dziadkach Bolek dziedziczy mieszkanie i garaż na ulicy 1 Maja. Mieszkanie stoi puste, dopóki Bolek nie przechodzi na wojskową emeryturę, nie wraca do Bolesławca i nie podejmuje w tutejszej jednostce wojskowej pracy jako instruktor i szkoleniowiec.

Bolek, mimo wielu prób, nie ułożył sobie z nikim życia na stałe. Uparcie twierdzi, że nieprawdziwe jest powiedzenie „Za mundurem panny sznurem” i że nie miał kobiet w każdym porcie na świecie, jak marynarz czy żeglarz. Kiedy remontuje mieszkanie i garaż, zaprzyjaźnia się z nowym sąsiadem z klatki obok, dawnym nauczycielem fizyki z liceum, który Bolka zaczyna traktować jak syna. Obaj sobie w pewien sposób trochę pomagają. Od innych ludzi Bolek raczej stroni.

W trakcie remontu Bolek dostaje zaskakujący telefon. I od tego momentu jego życie staje się dużo ciekawsze, pełne dramatycznych momentów i zwrotów akcji. Choć Bolek nie do końca rozumie i wierzy w intencje Julii, poddaje się biegowi wydarzeń. W końcu czy ma cokolwiek do stracenia?


Członkowie rodziny i najbliższe grono znajomych

Aleksandra Wilczyńska – owoc jedynego spotkania swoich rodziców po ich rozstaniu. Przepis na idealny wygląd? Figura nastoletniej Julii, reszta po ojcu.

Wychowywana przy istotnym materialnym wsparciu dziadków. Jedyna i najukochańsza wnuczka, z wszystkimi tego konsekwencjami. Przyzwyczajona przez dziadków, że dziecku się nie odmawia. Opuszcza dom i idzie na studia, nie zdając sobie sprawy, że mimo iż matka była dość stanowcza i do tego trzymała ja trochę pod kloszem, to dzięki temu mogła uniknąć wielu życiowych błędów. Zdaniem usamodzielniającej się po liceum Oli, jej mama miała nieco za duży wpływ na jej życiowe decyzje. Obserwacje kolegów i koleżanek ze studiów, obracanie się w nowym środowisku zmienia jej podejście. Coraz bardziej pragnie wyrwać się spod zaborczej, jej zdaniem, matczynej opieki. Do płci brzydkiej ma jednak nadal takie podejście jak własna matka. Nigdy nie ma dobrego momentu na zaangażowanie w jakiś poważny związek. Najpierw nauka i obowiązki. Najpierw zdobycie zawodu i praca.

Waldemar Wilczyński – rodzony brat Bolka. Starszy o parę ładnych lat. Brak nadzoru zapracowanych rodziców sprawia, że wpada w mniej odpowiedzialne środowisko. Ledwo zdaje na prawo jazdy, po spożytych dwóch piwach doprowadza do wypadku, w którym giną rodzice.

Trafia do poprawczaka, a potem do aresztu. Traci kontakt z bratem. Po kilku latach pojawia się wśród członków bandy Wiewiórskiego. Znów znika, a potem, tym razem po dwudziestu kilku latach pojawia się znikąd i znienacka, ale staje się opoką, na której inni muszą zacząć polegać.

Rodzice Julii, dziadkowie Oli – Marian i Barbara – babcia Basia to temat na osobną książkę. Albo poradnik pod tytułem „Jak zepsuć życie swojemu jedynemu dziecku” albo „Jak zepsuć i rozpieścić wnuka”. Najlepszy przykład na to, że nie wolno narzucać dzieciom całkowicie swojej woli, imaginując sobie, że jego świat i jego życie może i musi być lepsze od naszego własnego. Najlepszy przykład najgorszego zarządzania własną rodziną. Brak sprzeciwu dziadka Mariana zawsze tylko utwierdzał babcię Basię w przekonaniu, że obrała jedynie słuszną drogę, aby doprowadzić do rozpadu więzi rodzinnych.

Wujek Zygmunt i ciocia Alinka – w ich domu na ulicy Granicznej zamieszkuje Julia z córką. Wujek Zygmunt po śmierci żony podupada na zdrowiu i wymaga niemal stałej opieki, stając się nijako przyczyną powrotu Julii do Bolesławca.

Rodzice Bolesława i Waldka – niewiele o nich wiemy. Mieszkali w Iwinach, a zginęli w wypadku samochodowym spowodowanym przez Waldka, kiedy Bolek był jeszcze dzieckiem.

Stefan Rybka – emerytowany nauczyciel fizyki. Jak wszyscy dawni nauczyciele w ogólniaku, nazywany przez byłych uczniów „profesorem”. W zasadzie odgrywa jedną z najważniejszych ról w tej historii. Dzięki jego czujności, Bolesław nie wykrwawia się na śmierć w swoim garażu. Pan profesor staje się powiernikiem tajemnic Bolka, potem Julii, a potem powiernikiem szmaragdu, lecz tylko do momentu wyjazdu na wrocławską Politechnikę.

Pasjonat historii, niesamowity gawędziarz. W pewnym stopniu spiritus movens historii przy Waldschloss. Zarażał swoich uczniów ciekawością lokalnej historii. Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku wśród nich znaleźli się właśnie Antonina, czyli Julia oraz Bolesław.

Małgosia vel „Mika” – zabawna koleżanka Julii i Bolka z liceum, obecnie tworzy szklane ozdoby w hucie szkła. Dawniej miłośniczka prozy Chmielewskiej. Obecnie aktywnie prowadzi poszukiwania tego jednego jedynego księcia na koniu, nie zdając sobie sprawy, że dziesięciolecia mijają jak z bicza strzelił. Jak dotąd odniosła dwie trzecie sukcesu, bo podobno jest po dwóch rozwodach, ale jak twierdzi – do trzech razy sztuka. I nadal szuka. Najlepiej kogoś o aparycji i głosie George’a Clooneya.

Czarek Bednarek – przedsiębiorczy kolega Bolka z wojska, a Julii z pierwszego roku medycyny. Ani tu, ani tu ni potrafił się jednak odnaleźć. Ze studiów go wylali, a czas spędzony w wojsku wykorzystał do zrobienia dużych pieniędzy. Prawdopodobnie chciał połączyć jedno i drugie, gdyż na druczkach swoich rodziców lekarzy wypisywał lewe recepty na pigułki, które dawały komuś szczęście, a jemu zarobek.

 

Redakcja wbolcu.net

Gerard Skrętkowski – człowiek legenda. Guru dziennikarstwa. Nie cofa się przed niczym. Bez względu na konsekwencje artykuł musi pójść. Umie rozmawiać ze wszystkimi o wszystkim. Być może nawet wszystkich zna. Podobno nie wszyscy jeszcze znają jego, ale to ma się wkrótce zmienić.

Żaklina Sadza – postać zwracająca uwagę nie tylko żółtą, trawiastą fryzurą. Już przy pierwszym spotkaniu na jej spore atuty stara się nie zwrócić uwagi aspirant Hieronim Świgoń. Dochodzi do obopólnego wzrostu zainteresowania. Ambicja chce u niej iść w parze z tempem rozwoju zawodowego. Umie naprawiać okulary, przez co inni mogą widzieć więcej i lepiej. Chociaż przy niej nie trzeba się akurat wysilać. Umiejętność dyskretnego śledzenia nie jest jej najmocniejszą stroną, tak jak i unikanie wpadania w tarapaty.

Kuba (omyłkowo w części 67 przemianowany na Kamila, czego żaden z czytelników nie zauważył, podobnie jak autor zresztą [oraz nikt z redakcji Bolec.Info, przyznajemy się do winy - przyp. redakcji] ) – równie młody, co Żaklina, adept dziennikarstwa. Nosi też równie dziwne uczesanie. Stara się jak może imponować redaktorowi Skrętkowskiemu, licząc zapewne, że kiedyś uczeń przerośnie mistrza.
 


Politechnika Wrocławska

Profesor Piotr Kasperczyk – kierownik katedry Optyki i Fotoniki Politechniki Wrocławskiej, świadek interesującej rozmowy dawnych kolegów ze studiów i rozszyfrowania przeznaczenia szmaragdowego sześcianu.

Profesor Kazimierz Dulewski – były szef tej samej katedry, dobry kolega profesora Rybki ze studiów; kiedy Stefan Rybka poświęca się pracy pedagogicznej u podstaw na prowincji, ten robi karierę naukową, stając się uznanym autorytetem w świecie naukowym. Dzięki jego koneksjom dochodzi do wizyty pana Rybki i Julii w gabinecie profesora Kasperczyka.

Doktor Szarak – podczas wzmiankowanego spotkania wskazuje możliwe przeznaczenie tajemniczego szmaragdu, opisując jego cechę zwaną pleochroizmem.

 

Archiwum jednostki wojskowej

Adam vel „Alan” Mleczko – ulubiony i najprzystojniejszy szef ze wszystkich bolesławieckich archiwów wojskowych. Ma szczęście w grach losowych oraz niespełnione powodzenie u kobiet. Przez to jest potwierdzeniem porzekadła „Kto ma szczęście w kartach, ten nie ma szczęścia w miłości”. Być może brak stałego związku tłumaczy jego denerwująca cecha, że przy kobietach nie do końca bywa sobą. Nie daje mu spokoju napotkana przypadkiem Ola Wilczyńska, z początku posądzana o to, że jest siostrą braci Wilczyńskich. Znajduje się w nieciekawej sytuacji odnośnie Oli, bo Bolek jest jego dobrym kolegą, ale Waldek oskarża go o kolaborację z obcym wywiadem.

Sylwia Bartecka – drapieżnik w alkowie i dama na salonach. Salonach gier, oczywiście. Pieniądz jej się nie trzyma, bo od razu wpada do wrzutni u jednorękiego bandyty. Ponieważ bardzo lubi wydawać pieniądze, musi szukać źródeł ich pochodzenia. U boku nudnego męża brakuje jej pewnej dozy ekscytacji i szaleństwa, dlatego w pewnym momencie idzie na całość z dwurękim tym razem bandytą, podającym się za międzynarodowego szpiega, dorównującego umiejętnościami samemu agentowi 007.

Aldona Płoska – kobieta w wieku przedemerytalnym. Wobec swojego szefa Adama Mleczki zachowuje się trochę jak jego mama. Mają wspólną pasję – czworonogi.

 

Organa ścigania

Prokurator Zbigniew Pietrzak – niedościgniony rozwiązywacz zagadek kryminalnych. Człowiek stanowczy i konsekwentny. Zręczny manipulator i arcymistrz dedukcji. Niestety, zbyt nieostrożny i za powolny w sięganiu po broń.

Aspirant Hieronim Świgoń – młody policjant śledczy. Przyszłość polskiego wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania. Słaby wzrok nie uniemożliwia mu prowadzenia wszelakich pojazdów, wliczając ścigacze.

Podkomisarz Kamiński – spokojny, stateczny, precyzyjny, dociekliwy… Posiada także wiele innych cech, które czynią go skutecznym w łapaniu przestępców. As wydziału dochodzeniowo-śledczego. Nieznany z imienia.

Agent Antoni Moczydło – można byłoby powiedzieć, że właściwy człowiek na właściwymi miejscu, gdyby nie było akurat zupełne przeciwnie. Ofiara dziurawego i kulawego systemu rekrutacji do służb wywiadowczych. Choć dzięki temu prawdopodobnie ocalało wielu niewinnych ludzi. Pochodzi z Wólki Przypkowskiej. Niby błaha informacja, ale w jego przypadku wiele tłumaczy.

Technik – znawca urządzeń podsłuchowych, ekspert w zabezpieczaniu śladów. Nieznany ani z imienia, ani z nazwiska, choć z powodu swoich zasług z pewnością zasługuje na więcej uwagi.



Funkcjonariusze policji, w tym

Grzegorz i Jarek – pierwszy patrol przybyły do garażu Bolka, który musi udzielać pierwszej pomocy nie tylko ofierze postrzału, ale i kilkorgu zemdlałym.

Posterunkowy Tymoteusz Klich – pilnuje domu Julii i wujka Zygmunta.


Straż Pożarna

Paweł – strażak w dyspozytorni PSK. Potencjalne źródło przecieków do prasy.

Kamil – strażak użyczający Julii kamizelkę podczas zabezpieczania akcji ratowniczej na ulicy 1 Maja. Uprzedzając pytanie – nie, pożaru tam nie było.


Szpital i pogotowie

Siostra Żaneta – korpulentna pielęgniarka na OIOM-ie. Podczas trzech dni, które Julia praktycznie spędza non-stop w szpitalu, staje się powiernikiem historii jej niespełnionego związku z Bolkiem. Uważny obserwator relacji międzyludzkich, trafny komentator. Z pewnością miłośniczka wenezuelskich i tureckich tasiemców o miłości. Ciepła, słuchająca osoba, której od razu chcesz wyznać wszystkie trapiące cię problemy. A ona z pewnością udzieli ci skutecznej porady.

Doktor Kumar Butani – pochodzący z Indii lekarz o charakterystycznym akcencie. Opiekun stażu świeżo upieczonej lekarki – Aleksandry Wilczyńskiej.

Rafał, Marek – członkowie zespołu karetki przybyłej po strzelaninie na 1 Maja. Rafał często spotyka Julię w akcjach ratowniczych. Jako kawaler, próbuje „palić zelówki” do Julii, bez powodzenia.

Inny personel, na przykład pomocna siostra Irena z wielką strzykawką i równie wielką igłą.


Po drugiej stronie jasnej strony

Dymitr Jacenko – główny bohater negatywny. Były żołnierz sił specjalnych armii radzieckiej. Prawdziwe imię: Daniło. Prawdziwe nazwisko nieznane. Pochodzi z przypominających Bieszczady terenów Huculszczyzny. Osoba równie tajemnicza, co niebezpieczna. Poziom inteligencji tak wysoki, jak niski poziom skrupułów. Ekspert we wszystkim, w tym w obsłudze broni i elektronicznych gadżetów, których posiada całe torby. Przemieszcza się w długim, ciemnym płaszczu i w samochodach marki audi. W płaszczu ukrywa wszystko, co mu jest potrzebne albo może mu się ewentualnie przydać, kiedy wszystko inne zawiedzie. Wykazuje pewien magnetyzm dla znudzonych kobiet. Równie droga rączka, co złota. Najlepiej sprawdzał się dotąd w sprawach trudnych i na polu mokrej roboty. Dotąd nieuchwytny, ale to się może wkrótce zmienić, dlatego myśli już o zasłużonej emeryturze na Zanzibarze.

Albert – elegancko ubrany, wygadany współczesny gangster. Na usługach „Szefa”. Pośredniczy w załatwianiu spraw między nim, a Dymitrem. Kto wie, być może najdłuższa ręka „Szefa”, która potrafi wszędzie dosięgnąć.

Ochroniarze Alberta – zwykli ochroniarze. Zapewne oddaliby życie za Alberta, płacącego im w dolarach. A za garść dolarów więcej mogliby go zapewne sprzedać.

„Szef” – postać dość tajemnicza. I niech tak pozostanie. Miensze znajesz, dalsze budiesz.

Sergiusz – barwna postać, lokalny biznesmen, handlarz używanymi samochodami. Źródło płatnych, aktualnych informacji i wcześniejszych kłopotów ze zdrowiem redaktora Skrętkowskiego. Zna „Szefa”, Antona i wszystkich, których trzeba znać, aby utrzymać się na powierzchni. Jego zaś znają ci, którzy powinni go znać. Ale zbyt długo się tą znajomością prawdopodobnie nie nacieszą, gdyż Sergiusza toczy śmiertelna choroba.


Gang Wiewiórskiego

Wiewiórski, pseudonim „Taśma” – słynny włamywacz. Ma na koncie kilka ofiar, w tym także wśród funkcjonariuszy MO. Wielokrotnie łapany i zamykany w więzieniach. Tyle samo razy z nich uciekał. Ulubionym celem jego „wycieczek” i głównym źródłem utrzymania były PEWEX-y, w czasach komuny – źródło zaopatrzenia w towary zza „żelaznej kurtyny”. Kradł głównie polonezy, bo jako miłośnik polskiej motoryzacji, miał do nich sentyment.

Gienek – bystry i wygadany członek bandy, pochodził z kieleckiego. Zginął podczas wymiany ognia z żołnierzami przy ruinach Waldschloss. Szkoda chłopa. Wierny kompan z niego był. Choć bandyta, to jednak z zasadami.

Maniek – amator cudzej własności i jeszcze większy amator trunków. Kiepski strażnik, który zmęczony opróżnianiem flaszek ze starym winem z dawnych piwnic pod restauracją Waldschloss zasypia, zamiast czujnie pełnić wartę. Ma problemy z wymową, nie do końca wynikające z wysokiej liczby zaaplikowanych sobie promili. Być może stracił parę zębów podczas jakieś kulturalnej wymiany argumentów, a być może w jego rodzinnej miejscowości był problem z dostępem do logopedy.

Młody Waldek Wilczyński – jego misją była pomoc w rozpracowaniu gangu poprzez wniknięcie w jego szeregi. Jego nagrodą za wykonanie tego zadania miała być kasacja ciążącego na nim wyroku. Swoją pracę wykonał tak dobrze, że po rozbiciu gangu zaproponowano mu pracę z drugiej strony, w organach ścigania. Waldemar Wilczyński skorzystał z tej okazji i tak rozpoczęła się jego kariera w służbach specjalnych, a potem wywiadowczych.


Inni

Myśliwy z dubeltówką – prowadząc badania nad wydrami, przypadkiem trafia młodego Bolka w szyję, kiedy dwoje licealistów szuka przygód.

Starszy szeregowy Michał – ten żołnierz, który strzelał do Julii. I trafił. Najpewniej przez to właśnie przyczynił się do rozpadu związku Julii z Bolkiem, jeżeli już tak porządnie przeanalizujemy związki przyczynowo-skutkowe.

Radosław Samborski – były konduktor ze Środy Śląskiej, były właściciel pierwszego audi Jacenki.

Zofia i Wiesław Słowikowie – sąsiedzi wujka Zygmunta i Juli. Dzięki ich szybkiej interwencji, pomoc medyczna szybko dociera do Julii i wujka Zygmunta po napadzie w ich domu.

Patryk i Mateusz – umięśnieni amatorzy wrażeń kierujący się kodeksem rycerskim, lecz nie zdający sobie sprawy, że masa to nie wszystko. Na Dymitra nie wystarczy.

Ekipa telewizji, Artur Bryłka i Tomek – przygotowują wóz transmisyjny, a przy okazji pościgu Hieronima za Dymitrem wiozącym zakładniczki tracą drogocenną kamerę.

Młodzież na skuterze – korzystają z ładnej pogody i schronienia oferowanego przez kępy krzewów nad zbiornikiem w Krępnicy. Natykając się na Dymitra w zniszczonym audi, chwilę potem testują wodoodporność skutera.

Trzech obleśnych, podchmielonych napastników w Mielnie – nic o nich nie wiadomo, prócz tego, że po spotkaniu z Olą potrzebowali pilnej pomocy medycznej lub worka na zwłoki.

Trener Łukasz – trener sztuk walki w głogowskiej szkole samoobrony, dzięki któremu Ola zyskała umiejętności radzenia sobie w warunkach stresu, a wymienionych wyżej trzech osobników w Mielnie straciło świadomość, zdrowie i części twarzy.

Tadziu – dozorca ośrodka w Mielnie. Niewiele więcej o nim wiadomo. Zupełnie jakby nie podpisał oświadczenia o RODO. A może nie zapłacono mu stawki dla statysty.

Doktor Mikołaj Kosowski – weterynarz, który podjął się opieki nad należącą do Adama Mleczki Korą, suczką bokserką, spodziewającą się szczeniąt. Prawdziwy fachowiec od leczenia zwierząt.

Romek i Boguś – słynni w okolicy książęta recyklingu. Ważne postaci w kontekście uwolnienia jednej z porwanych przez Dymitra dziewczyn. Ciężko doświadczeni przez życie, skazani przez społeczeństwo na nieotrzymanie drugiej szansy i na lecące w ich kierunku inwektywy.


Bolecnauta Pan M. pisze, dzieląc się z nami swoją niesamowitą wyobraźnią i ogromnym talentem literackim oraz warsztatem pisarskim! Będziecie korzystać z indeksu? Co sądzicie o takim pomyśle?

Autor Pan M. zadaje pytanie: ,,Może kogoś pominąłem? Może o kimś za mało napisałem?". Dajcie koniecznie znać w komentarzach czyj opis najbardziej się Wam podoba a o kim najchętniej czytalibyście bez końca! A może jakiś bohater wybitnie Was irytuje? (Komentujący (A) przyznaje się na przykład, że szczerze nie lubi Sylwii, a Bolecnautka o pseudonimie fanka dla zachowania równowagi życzy jej i Dymitrowi jak najlepiej.)

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek specjalny, czyli o żadnym qui pro quo nie może być mowy

~~A 1 czerwca 2021r. o 14:45
Być może. Chociaż bardziej widzę tu chęć zwabienia Waldka i załatwienia zaległych spraw w cztery oczy. Może właśnie pojawienie się starszego z braci W wywołało takie pospolite ruszenie u Szefa i jego ludzi? Kamień to bardziej biznes (układ z Rosjaninem?) a chęć wyrównania rachunków to już własna inicjatywa Taśmy, jedno dopełnia znakomicie to drugie.
Ciekawe jak ten temat zagospodarujesz?
Pozdrawiam Imperatorze.
(A)


Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Lola 1 czerwca 2021r. o 15:02
No, to do roboty bierz się, M. Mamy nadzieję na krwawą jatkę na tym lotnisku!! Krew, truposzaki, pościgi, przekleństwa, kontrabanda, kasa, pistolety, samoloty, połamane nogi, love - chcemy wszystko tu mieć razem na końcu!!!!
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 1 czerwca 2021r. o 15:11
No, ciepło, ciepło. Trzeba jeszcze tylko zlokalizować źródło przecieku, że do Bolesławca skierowano agenta WW...
Skoro kamyk jest celem równoległym, niech na razie leży w... tam, gdzie leży, po prostu.
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 1 czerwca 2021r. o 18:28
Może agent Atencjusz Moczydło w obliczu dorodnego dekoltu oraz innych równie interesujących walorów coś tam mruknął do ucha niewieściego? Chyba, że jest podwójnym graczem, ale to byłby wyczyn na skalę bohaterów z MI6, CIA czy innego równie groźnego tworu. Jak to mówią, jeżeli słyszysz tętent kopyt spodziewaj się tabunu koni, a wersja numer dwa to chyba jednak jednorożce.
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 1 czerwca 2021r. o 18:38
Myśl dokończę: nie sądzisz chyba, że bandziory kończą swoją działaność na granicy województwa?
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Lola 1 czerwca 2021r. o 18:49
A ja chcem bijatyki. Niech się leją i do siebie strzelają. Nie będę rozpatrywać kwestii, kto z jakiej partii i pod kogo tam jest podczepiony.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 2 czerwca 2021r. o 6:53
c.d. dowód na to, że każdy może być współautorem fabuły, a motywujące komentarze są jak wysokooktanowe paliwo
---------------------------------------
- Dziękujemy z całego serca, panie Staszku! – Julia z wdzięcznością klepnęła w ramię osobnika koło czterdziestki, który przekazał jej odkopany w pryzmie stłuczki zielony, szklany sześcian. Zauważyła, że miał niewiarygodną ilość blizn od rozcięć i poparzeń na dłoniach, ale żadnych świeżych ran mimo kilkuminutowego grzebania w kontenerze z potłuczonymi odpadami poprodukcyjnymi. Może po tylu latach pracy ze szkłem i przy wysokich temperaturach jego skóra wyewoluowała i wykształciła grubość podobną do skóry słonia?

Pan Staszek był całkiem łysy, a odcień jego skóry balansował gdzieś pomiędzy ochrą a sieną paloną. Miał ogorzałą twarz i był niewiarygodnie niskiego wzrostu. Dosłownie metr sześćdziesiąt, ale i to tylko wtedy, gdyby założył kapelusz magika od chowania i wyciągania królików, a do tego porządnie podskoczył. Nosił wyświechtaną już nieco koszulkę z napisem „Nie jestem niski, jestem hobbitem”. Brak wzrostu i możliwości kariery w NBA usiłował nadrabiać ruchliwością i uśmiechem, który nie znikał z jego warg.

Szansa na uwolnienie Oli i tej drugiej biduli dzięki panu Staszkowi wzrosła obecnie w okolice stu procent. Julia nie znała człowieka zbyt dobrze, ale miała ochotę go ucałować w czubek głowy za jego bezinteresowną pomoc. Zarówno za wykonanie pierwszego, a właściwie drugiego… Znaczy drugiego, który stał się pierwszym. No i za ten pierwszy, co nie wyszedł, a teraz się odnalazł jako drugi… Po prostu za oba egzemplarze szklanych odlewów.

- Nie ma sprawy – głos pana Staszka nie brzmiał jednak jak głos Bilbo Bagginsa, lecz jak jakiegoś podłego ogra. Spokojnie mógłby dubbingować okrutną bestię pożerającą ludzi w grach komputerowych PEGI 16. – Jak Mika o coś prosi, to się nie odmawia. Inaczej tak ci dogada, że aż w pięty pójdzie i wyleci eksplodującą czaszką. Ale kiedy już cię polubi, doprowadzi cię do płaczu…. ze śmiechu. Fajna babka, ale dla mnie trochę za wysoka… Chociaż w sumie, jakby wziąć jakiś taboret…? No, ale z drugiej strony, przecież w poziomie to i tak centymetry nie mają znaczenia… To znaczy mają, tyle że inne…

Pan Staszek zaczął manewrować dłońmi i je składać jedna do drugiej, jak gdyby planował za chwilę na tej podstawie wykonać jakieś ilustracje do nowego wydania „Kamasutry dla opornych. I niewysokich”.

Waldek, zapominając o poprawności, wyrozumiałości i empatii, pomyślał, że niewiele na tym świecie kobiet spełniłoby jego wymagania, co do odpowiedniego wzrostu. Chyba, że wśród Pigmejów. Tylko nie wiadomo, czy pan Staszek gustuje w ciemnoskórych no i czy w poszukiwaniu wybranki swego serca miałby ochotę wybrać się do Afryki śladami Tony’ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej. Zamiast komentować jego miłosne gusta i upodobania, również i on dołączył do szczerych podziękowań.

- Nie wiem, co byśmy bez pana zrobili. Być może właśnie uratował pan czyjeś życie…

- Całe szczęście, że zdążyliście. Jutro z rana wszystko to poleci do huty w Pieńsku i będzie przetopione na jakieś kolorowe abażury. I co, może być? – pan Staszek z tym pytaniem zwrócił się do Julii oglądającej przezroczysty zielony odlew pod światło.

- Właśnie, Julia. Może być? – powtórzył pytanie Waldek otwierając drzwi kierowcy od żółtego volkswagena polo.

Po krótkiej dyskusji, używając maksymalnie trzech argumentów Julia przekonała go, że bandyta nabierze wątpliwości, gdyby pokazała mu się na dawnym lotnisku w nowiutkim bmw. A wtedy do wymiany może nie dojść. Spod domu Julii odjechali więc wentylowanym pojazdem, który w razie pościgu nie na wiele mógłby się zdać. Chyba, że Waldek wysiądzie i będzie samochód pchał, jak to celnie ujęła Julia. Mimo wątpliwości i wahania oboje uznali, że nie będą się rozdzielać i jechać w dalszą podróż dwoma samochodami. Dlatego czarne bmw, ku zazdrości sąsiadów, pozostało na razie na podjeździe obok domu.

- Jak dla mnie, niczym się nie różni od tamtego pierwszego, to znaczy drugiego, który dostałam jako pierwszy… – Julia skończyła obracać sześcian w dłoniach. Tak naprawdę dopiero teraz zwróciła uwagę, że szkło jest odrobinę lżejsze od oryginału. Odlew miał faktycznie kilka mini bąbelków wewnątrz, a jeden z narożników był leciutko wyszczerbiony. Kolor? Hmmm… troszkę ciemniejszy niż prawdziwy szmaragd. Ale i tak uznała tę kopię za równie dobrą, jak pierwsza. Znaczy, druga…

- No to lecę, powodzenia! W czymkolwiek tylko będziecie potrzebować – pan Staszek pożegnał się, odwrócił i odszedł.

Gdyby nie jego dość szerokie barki oraz łysina, i gdyby mu założyć tornister, miałoby się ochotę krzyknąć do jego pleców „Powodzenia w szkole!”. Zamiast tego Julia i Waldek pożegnali się tradycyjnie i w lokalnym bolesławieckim dialekcie słowami „Do widzenia”. Co w języku polskim przekłada się na „Na razie”.

Julia poczuła się jak Guliwer opuszczający krainę Liliputów. Waldek poczuł zaś ssanie wywołane głodem nikotyny. W dwie, no może trzy sekundy, zapalony papieros pojawił się w jego ustach. Zostawił otwarte drzwi kierowcy i przeszedł na tył auta. Otworzył bagażnik, do którego wcześniej ze służbowego bmw przerzucił dwie spore czarne i ciężkie torby. Z papierosem pomiędzy wargami, wyglądając jak brzuchomówca, otwierający tylko jedną stronę ust, zwrócił się do Julii:

- Ty poprowadzisz, Julka. Ja muszę się przygotować. Zbliżamy się do pozytywnego finału, mam nadzieję – tu nastąpił wydmuch białej chmury toksycznego dymu i kolejne zaciągnięcie.

Julia obserwowała, jak Waldek zdejmuje marynarkę, a potem otwiera zamki obu znajdujących się w bagażniku toreb. Ściągnął szelki z kaburą po czym włożył inną parę skórzanych szelek. Z dwoma kaburami. Po chwili z drugiej torby wyjął dwa pistolety wykonane z jasnej stali z czarną rękojeścią. Promienie zachodzącego słońca odbiły się w błyszczących elementach śmiercionośnej broni, zanim zajęły swoje miejsce po obu stronach umięśnionej klatki piersiowej człowieka, od którego będzie od teraz zależeć los jej córki.

- Beretta, piękna włoska robota – Waldek mówił wciąż bez wyjmowania papierosa, tak jak kiedyś ludzie mówili pykając fajkę trzymaną w ustach. – Dość ciężkie, ale piekielnie skuteczne. Piętnaście naboi w magazynku.

Julia cały czas przyglądała się Waldkowi zapinającemu zatrzaski w kaburach, a w jej głowie biegły paciorki myśli. Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie przy ruinach Waldschloss. Wtedy Waldek także był uzbrojony, a ona także bała się o czyjeś życie. Wówczas to ona ucierpiała. Teraz ucierpiał Bolek.

Nie licząc innych ofiar tego bandyty, wkrótce mogły do nich dołączyć kolejne. Czuła gdzieś w środku, że na to się zanosi. Jakieś babskie przeczucie mówiło jej, że to nie będzie takie proste: ty mi szmaragd, ja tobie dziewczyny. Sposób, w jaki ten gość się wyrażał, nie zapowiadał, że będzie to uczciwa transakcja handlowa. Tym bardziej, że kamień nie jest prawdziwy. Ciekawe, jak on doszedł do tego, że tamto to była kopia? A co będzie, jeśli się teraz znów i szybko zorientuje? Wtedy na miejscu powinien pojawić się Waldek i jego berety. Czy jak tam te włoskie spluwy się nazywają.

Julia bała się jak cholera. Wiedziała, że dużo ryzykuje jadąc na miejsce z kolejną podróbką. Jednak nie mieli z Waldkiem innego wyjścia. To jedyne rozwiązanie, aby uwolnić dziewczyny. Muszą póki co tańczyć, jak im zagra.

Ale jeżeli bandyta zacznie coś podejrzewać, trudno przewidzieć jak się zachowa. Wtedy dopiero powinien wkroczyć Waldek. Modliła się w duchu, aby choć Ola wyszła z tego bez szwanku. Żeby wszystko im się udało. Żeby prawa Murphy’ego wreszcie straciły swoją moc. Albo żeby nie powstało kolejne: Murphy’ego prawo zachowania mocy – „Z chwilą kiedy prawa Murphy’ego tracą swą moc, pojawiają się kolejne. Te, które działają dwa razy mocniej”.

Gdyby już miało się stać coś złego, to przynajmniej niech inni ocaleją. Niech Waldek przeżyje i niech Ola wreszcie odzyska ojca. Nawet jeśli miałaby stracić matkę. Cichym, choć zdecydowanym głosem odezwała się do prawie szwagra:

- Mam nadzieję, że jeśli coś pójdzie nie tak… To znaczy, jeśli nie dam rady… Bez wahania poślesz tego drania do piekła, tam, gdzie jego miejsce…

Waldemar Wilczyński, brat Bolka, wujek Oli włożył ponownie marynarkę i poruszył ramionami, aby się dobrze ułożyła. Wyjął wreszcie do połowy wypalonego już papierosa i nie gasząc go pstryknął nim na wyłożoną tłuczniem nawierzchnię parkingu przed hutą szkła.

- Trzydzieści naboi. Nie więcej niż dziesięć sekund. Tyle musi wystarczyć, żeby go powstrzymać w razie wykrycia przez niego falsyfikatu i podjęcia decyzji o likwidacji zakładników. Inaczej mogę nie mieć czasu na zmianę magazynków. Dlatego postaramy się w razie czego wykorzystać element zaskoczenia. Tyle, że jeszcze nie wiem, jaki… – Waldek zatrzasnął bagażnik, który huknął jak wieko zamykanej trumny.

Kiedy ruszyli, Waldek siedząc na miejscu pasażera w szczegółach objaśnił Julii swój plan A. Planu B nie miał, bo zwyczajnie mieć go nie mógł. Nie znał terenu, nie znał uzbrojenia przeciwnika, nie znał jego zamiarów. A bez tego i plan A wydawał się być patykiem na wodzie pisany. Mógł zawieść, zanim się jeszcze zacznie.

***

- Powiedziałem, że żal tych starych czasów! – lekko podniesionym głosem krzyknął do interkomu mężczyzna siedzący w śmigłowcu na miejscu drugiego pilota, patrząc w dół przez szyby przeszklonej kabiny. Hałas potężnych silników uniemożliwiał cichą, spokojną rozmowę.

Dwa śmigłowce Ansat produkcji rosyjskiej, które trzy minuty wcześniej wystartowały z prywatnej posiadłości w okolicy Legnicy, przelatywały właśnie na niewielkiej wysokości nad jedną z dzielnic tego byłego wojewódzkiego miasta, zwaną dawniej „Kwadratem”.

Śmigłowce, oficjalnie sprowadzone do Polski przez jedną z legalnych zarejestrowanych firm „Szefa”, a według dokumentów przeznaczone dla ratownictwa medycznego, obecnie były przerobione na wersję pasażersko-towarową. To znaczy desantową – dla ludzi i na sprzęt. Z zewnątrz wyglądały jak zwykłe maszyny cywilne należące do jakiejś korporacji. Od czasu do czasu wykorzystywano je do szybkiego transportu personelu i wyposażenia w miejsca, gdzie interwencja prywatnej najemnej armii właściciela helikopterów była niezbędna i konieczna.

Człowiek ten, zwany przez wszystkich „Szefem”, leciał w drugim śmigłowcu, a co ciekawe uparł się, żeby go też osobiście pilotować. Szef lubił latać, a ponieważ jeszcze bardziej lubił sobie postrzelać do ruchomych celów, często osobiście uczestniczył nie tylko w polowaniach, ale i w każdej akcji, gdzie spodziewał się wymiany ognia. A to oznacza, że jeszcze tego wieczora gdzieś w okolicy zrobi się gorąco. I zapewne nie chodziło o ognisko z kiełbaskami i zakrapianą kolację po legalnym odstrzale, mającym na celu regulację populacji dzików.

Przez równo przystrzyżoną, siwiejącą brodę i włosy, a także przecięte głębokim bruzdami czoło mężczyzna przypominał trochę z wyglądu Seana Connery’ego. Jego postura także mogła budzić podziw i respekt, gdyż mimo wieku bliskiego sześdziesiątki, łatwo było zauważyć szerokie barki, umięśnione przedramiona i dobrze zarysowane bicepsy, które napinały rękawy krótkiej koszulki. Na czarnego T-shirta człowiek ten miał założoną czarną kamizelkę taktyczną bez żadnych napisów. Czarne, bojowe spodnie dopełniały obrazu byłego komandosa, a on sam przez to nazywał siebie i swoich, niemal tak samo ubranych i równie sowicie jak on opłacanych pracowników, „czarnymi ludzikami”. Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z rasizmem, ale odnosiło się jedynie do koloru noszonych przez nich wszystkich elementów ubioru. Czarna armia. Ładnie brzmi. Jakby byli posłańcami przybywającymi z królestwa szatana. Demony piekieł. Elita Lucyferów, na co dzień ukrytych za maskami aniołów.

Może i nie przybywali z podziemnej krainy umarłych, ale wielu z nich mogło o sobie powiedzieć, że kiedyś poznali, co to piekło. I to niejednokrotnie. Byli żołnierze sił specjalnych z reguły miewali za sobą burzliwą przeszłość, bo ich praca rzadko kiedy polegała na przekładaniu papierów czy wypełnianiu raportów. Każdy z nich za swoje dotychczasowe zasługi mógł otrzymać albo order typu srebrna gwiazda, albo zamiennie dożywocie. Zależnie od zleceniodawcy, przedmiotu zlecenia, a także od łaskawości wymiaru sprawiedliwości.

Zdarzało się im podczas wykonywania zadania czasem odesłać kogoś w zaświaty, kiedy negocjacje nie przynosiły spodziewanych efektów. Ale dzisiaj eliminacja niechętnie współpracujących bądź opornych na lojalność osobników to już coraz rzadsze zjawisko. Dzisiaj lepiej się robi interesy, kiedy po twardych negocjacjach lufy nie dymią, a w okolicy nie unosi się zapach prochu ani krwi. Przyjemnie się pracuje, kiedy obie strony uwzględniają swoje argumenty i idą na pewne ustępstwa. Choćby i poparte szantażem czy argumentami mniejszego kalibru, na przykład 7,62 mm, jakim cechowały się karabinki AK, w które wyposażeni byli wszyscy pasażerowie obu śmigłowców, z wyłączeniem pilotów. Ci posiadali jedynie pistolety.

W obu śmigłowcach leciało ich razem trzynastu, łącznie z „Szefem” i drugim z pilotów, siedzącym obok. Mężczyzna z brodą nie był jednak przesądny. Nigdy nie wierzył w żadne tam kabały, czarne koty, pechowe liczby i inne pierdy, a w przypadku pecha zawsze ratowała go umiejętność szybkiej ucieczki i celnego strzelania. Było ich trzynastu, bo po prostu tylko tylu ludzi udało mu się zorganizować na „cito”, a Szefowi zależało na czasie. Informacje, jakie dostał, wskazywały, że i miejsce i czas mogą być odpowiednie do wykonania podobno niełatwego zadania. A cele przeznaczone do likwidacji miały być wkrótce same na wielkim pustym terenie, co sprawiało, że okazja należała do gatunku takich, których nie można przegapić, minimalizując straty własne. Tak przynajmniej twierdził Albert, który osobiście utrzymywał kontakt ze źródłem tych cennych informacji.

Kilkunastu najemników, z których każdy był wyszkolony i uzbrojony na tyle, że aktualnie w pojedynkę mógłby zmierzyć się z pięcioma Johnami Rambo, stanowiło trzon dużo liczniejszej, mobilnej grupy. Oddziału, który sobowtór aktora grającego w kilku odcinkach filmów o przygodach agenta 007, określał mianem małej armii. Płatnej armii, żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, że ktokolwiek mógłby ich poprosić o jakieś gratisowe sprzątanie po imprezie charytatywnej. Albo rozdawanie prezentów w przebraniu Świętego Mikołaja.

- Ano, żal, pułkowniku – potwierdził pilot, choć zapewne kompletnie nie wiedział, co ma na myśli i o czym mówi jego przełożony. Ale faktycznie, kiedyś było tu zupełnie inaczej. Teraz to tylko nowe drogi, domy, fabryki. Coraz bliżej Polsce do Zachodu.

Lecieli przez dłuższą chwilę wzdłuż autostrady, nie tracąc z oczu obu zatłoczonych jezdni tej ważnej, międzynarodowej trasy łączącej Wschód Europy z Zachodem. Sznurki jadących w obie strony ciężarówek zdawały się nie mieć końca. Nie tylko jednak drogi kołowe łączyły gospodarki rozwijających się państw dawnego bloku wschodniego. Obecnie również nici biznesu wszelakiego spajały te dwa plamy materiału na wciąż tkanej nowej mapie nowej Europy. Poza jasnymi, również i ciemne strony zmieniały zasady swojego funkcjonowania. Aby istnieć i się rozwijać, obecnie najlepiej posiadać dwa oblicza. To, co na wierzchu powinno zakrywać to, co pod spodem. Ale tu i tu, i tak przeważnie zarządzają te same osoby.

Po kilku minutach lotu, kiedy mijali okolice Chojnowa, w słuchawkach zabrzmiał głos Szefa. Fachowcy od elektroniki zainstalowali specjalne urządzenia, zapewniające łączność między helikopterami na wybranych, nie używanych przez nikogo częstotliwościach.

- Pamiętaj, Anton. Macie ich dopaść żywych i przyprowadzić do mnie. Sam się nimi zajmę. Jesteś za to odpowiedzialny. Jak ktoś mi kogokolwiek sprzątnie, najpierw tobie wydłubię oczy i urwę łeb przy samej dupie. A potem…

- Jasne, szefie… Szszszsz… jakieś… szszsz… zakłó… szszsz… cenia….

Mężczyzna nie dał dokończyć Szefowi opisu tortur, którym zostałby poddany on a zaraz potem ktoś, kto niewłaściwie wykona powierzone jego oddziałowi zadanie. Przełączył jeden z przycisków na kokpicie z pozycji ON w pozycję OFF, odcinając łączność między lecącymi maszynami. Obrócił się do pilota, sięgnął ręką i odchylił słuchawkę znajdującą się na głowie kolegi, po czym krzyknął mu prosto do ucha.

- Co ten „Taśma” jest taki zawzięty na tych gości? Jak ktoś będzie do mnie strzelał, to z wdzięczności nie poślę mu przecież gołąbka pokoju, co nie…?

***

Adam Mleczko nie przypuszczałby, że agenci Służby Kontrwywiadu Wojskowego zamiast szybkimi, wypasionymi furami, mogą poruszać się używanymi kilkunastoletnimi samochodami małolitrażowymi. Dlatego żółte auto, które zauważył w oddali nie wzbudziło jego zainteresowania. Nie dopuszczał do siebie, że może nim nadjeżdżać para, której pojawienia lada co się spodziewał. Zniecierpliwiony postanowił jak najszybciej wziąć sprawy w swoje ręce, bo co jeśli coś Oli zagraża?

Nie przewidując wszystkich możliwych skutków swojego pomysłu, postanowił zagrać vabank. Liczył, że ci przebrani za włóczęgów bandyci, którzy z pewnością byli w zmowie z porywaczem, albo sami byli porywaczami, spanikują i się poddadzą, a on dzięki temu uratuje Olę. Wiedział, że nie może zmarnować nadarzającej się okazji. Tu na pewno liczyły się sekundy.

Poczuł motyle w brzuchu, bo przecież potem cudowna Ola będzie mu wdzięczna i pozwoli się zaprosić na kolację ze śniadaniem. Waldek przestanie mu zazdrościć powodzenia u kobiet, przestanie się go czepiać i zaakceptuje jego zainteresowanie Olą. Bolek zaś i tak ma niewiele do gadania póki co, to znaczy, póki leży w szpitalu. A tę Julię, matkę Oli, oczaruje swoją aparycją amanta i elokwencją godną krytyka literackiego i filmowego. No, super! To tak z grubsza wszyscy byliby obłaskawieni, czy może jeszcze kogoś pominąłem? – w ułamku sekundy podsumował w głowie Adam.

Tak właśnie z grubsza przedstawiał się jego prosty, ale jakże chytry plan oswobodzenia i zdobycia względów Oli. Zamiast poświęcić odrobinę więcej czasu na myślenie, po prostu głośno się wydarł, przypominając sobie jak to robią na filmach zawodowcy, a zapominając, że część tych słów zasłyszał kiedyś w jakiejś komedii:

- Stój, policja! Poddajcie się! Mam pistolet i nie zawaham się go użyć!

Ruszył w kierunku wspólników porywacza i udał, że sięga pod marynarkę po broń, której oczywiście tam nie miał. Podobnie jak nie miał pojęcia, że niecałe pięć tygodni wcześniej miała miejsce tutaj lipcowa burza z ulewą i z piorunami. Silne, huraganowe podmuchy wiatru połamały wówczas kilka dużych konarów strzelistych topól stojących przy drodze. Konary, które spadły na ziemię, połamały się na wiele mniejszych i większych kawałków. Część z tych grubych gałęzi obrosła ekspansywna roślinność, co utworzyło w wysokiej trawie pułapkę, która tylko czekała na roztargnionych, zatopionych w swoich myślach gamoni. Pułapkę, w którą nieszczęśliwie udało się wpaść szykującemu się do ujęcia obdartych przestępców i bohaterskiego uwolnienia Oli, Adamowi.

Adam postanowił ruszyć do pościgu, bo zauważył, że jego słowa nie odniosły pożądanego skutku, a przez to Ola nie wylądowała jeszcze w jego ramionach. Cóż, można by rzec, że jego durny tekst odniósł skutek gorszy od spodziewanego, żeby nie rzec całkiem przeciwny. Podobnie jak kierunek, w którym po jego słowach bez zbędnej zwłoki zaczęli oddalać się porywacze z objuczonym wózkiem ręcznym. Phi, kilkadziesiąt metrów biegu, co to dla mnie, pomyślał Adam. Tym bardziej, że kolesie będą biegli wolniej z powodu swojego nadbagażu.

Upadając po mniej więcej siódmym kroku pomiędzy grube konary i pomiędzy wysoką trawę, zarówno poczuł jak i usłyszał trzask. Bardziej nawet poczuł niż usłyszał. Nie był to jednak trzask łamanych suchych gałęzi, ale niestety trzask łamanej kości podudzia. Na nieszczęście zdaje się, że tej grubszej. Ta grubsza to piszczelowa, czy strzałkowa? – zdążył jeszcze zapytać swojej własnej pamięci o ten anatomiczny szczegół, zanim wysoka jak tsunami fala bólu pociągnęła go w głębiny, na inny poziom świadomości. W miejsce, gdzie coś tam się słyszy, coś tam się widzi, ale przez pewien czas nie można się ani ruszyć, ani odezwać, choć tak bardzo pragnęłoby się wyć z bólu. Albo krzyczeć za znikającą razem z rzezimieszkami w niewielkim zagajniku, porwaną Olą.
---------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 2 czerwca 2021r. o 7:10
Errata:
Jest "spajały te dwa plamy materiału"
Winno być "spajały te dwie plamy materiału"
Sorry
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
REKLAMA Praca w GXO