Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Praca w Goldbeck Comfort!
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Gratuluje Poczułaś Się Dorośle Kiedy Załatwiłaś Ofierze Pobicie Przez Policje
od pokrzywdzona dla solenizantka
Gratuluje "dorosłej" Ze Szczytnicy Ktora Pod świetlicą Krzyczala Brawo Policja Kiedy Pokrzywdzoną Wlasnie Przez Nią Szarpała Policja M
od pokrzywdzonej dla dorosła
☆ Dzwonek Do Drzwi Czy To Ty...? Przecież To Niemożliwe A Ja Ciągle W To Wierzę.. ( M*m )
od Mnie dla Ciebie
Miłego Dnia....
od kobieta dla dla Innych
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
15 września 2021r. godz. 15:00, odsłon: 266, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 97, czyli troglodyta z prezentem

Część w której Julia wyrywa Bolkowi pudełko, a Ola Julii jego zawartość.
Tajemniczy prezent
Tajemniczy prezent (fot. pixabay.com)

Jest już kolejna część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach! Czy dojdziemy do 100?

Spis WSZYSTKICH ODCINKÓW

Indeks bohaterów - kto jest kim?

Dziewięćdziesiąta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewięćdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewięćdziesiąta szósta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ


Podczas rozrywania paczuszki Bolesław wyglądał jakby był lwem na krawędzi śmierci głodowej, a w środku miał znajdować się ostatni na tej planecie krwisty befsztyk z antylopy. Trzecia warstwa papieru opakowaniowego w kolorowy, muszelkowy rzucik wreszcie ustąpiła. No i okazało się, że to jeszcze nie był koniec.

- Jak to jest ciasno owinięte, kur… teczka! – Bolesław na pewno miał ochotę na końcu dodać soczystszy wykrzyknik, ale się w porę zreflektował, że mógłby tym samym wyjść na gbura i prostaka. Poza tym, przy Julii trzeba się było teraz naprawdę pilnować i skończyć z tymi kawalerskimi, czy wojskowymi nawykami przerywania każdej wypowiedzi wulgaryzmami przestankowymi.

- Może zamiast rozrywać, trzeba było poszukać początku i odwijać za koleją… Teraz to chyba i nożyczkami by nie dało rady – stwierdziła Julia niemal wyszarpując pakunek z rąk swojego narzeczonego. – Dawaj, ja to zrobię. Delikatniej trzeba, troglodyto!

- Czy ty naprawdę myślisz, że ten drań odesłałby wam kamyk warty kilka milionów dolców? – z powątpiewaniem, ale i z nerwową nadzieją w głosie wtrącił się do niemal małżeńskiej dyskusji, Waldek. – W sumie, to czemu nie? Przecież takie rzeczy się zdarzają.

Raczej w filmach, co prawda, ale się zdarzają - dopowiedział, ale już tylko w głowie Waldek. Może Jacenkę ruszyło sumienie i chciał zadośćuczynić swoim podłościom?

- Ja tam bym nie oddała. Pieniądze szczęścia nie dają, ale tak sobie myślę, że chyba byłabym w stanie polubić takie nieszczęście – szczerze przyznała Mika, wpatrując się w pakiecik zupełnie inaczej niż cielę na malowane wrota.

- Właśnie, musiałby się z durniem na łby pozamieniać, aby dobrowolnie oddać taką fortunę – dodał w niepodobnym do siebie stylu pan Rybka, równie łapczywie obserwując zmaltretowaną przesyłkę i pocierając spocone dłonie o spodnie.

- A skąd pomysł, że ja w ogóle mogłem tak pomyśleć, hę? – udał zdziwienie Bolesław, podpierając się pod boki i rozglądając po skupionych twarzach.

- Inaczej nie byłbyś taki nerwowy – wyjaśniła Julia. Jej spokojnie i sprawnie pracujące palce odwinęły nareszcie cały papier i po chwili oczom wszystkich ukazało się drewniane pudełko w kształcie sześcianu.

- Za to wy wyglądacie na oazy spokoju, kurczę… Julia, otwieraj! - bardziej rozkazał niż poprosił Bolesław.

- Rozmiar by nawet pasował… – pan Stefan wypowiedział te słowa powoli, błądząc gdzieś po wyżynach domysłów. Nieświadomie dolał oliwy do kaganków nadziei tlących się nad głowami wszystkich obecnych, do których właśnie w tym momencie dołączyli powolnym krokiem Ola z Adamem Mleczką i z jego kulami.

- Do czego by pasował? – zainteresowała się Ola, nieświadoma dramatycznego nastroju oczekiwania na otwarcie zgrabnego puzderka. – Czyżby kolejne prezenty zaręczynowe? A od kogo?

- Fakty wskazują na tego waszego kilera i porywacza – zdradził bratanicy swoje stuprocentowo trafne podejrzenia Waldemar.

- I złodzieja – Ola bez wahania powiększyła listę zasług rzeczonego przestępcy.

Waldek skrzywił się. Jak dotąd nikomu nie przyznał się do tego, że to z jego inicjatywy doszło do ucieczki Dymitra Jacenki z jego kochanką, a w następstwie tego - do opłakanego w skutkach uprowadzenia samochodu Oli. Samochodu, którego wrak przypadkowo odnalazły jakieś dzieciaki trzy dni po „Bitwie pod Osłą”. I który to volkswagen okazał się być na nieszczęście całkowicie nieubezpieczony na ewentualność kradzieży i pokazowego lotu w przepaść. Tak jakoś mimochodem, wkrótce po wydobyciu rozbitka z dna nieczynnego kamieniołomu, gnębiony wyrzutami sumienia Waldek, obiecał pomóc Julii i Bolkowi w zakupie innego, równie milusiego auta dla ich córki. Wymyślił, że będzie to taki prezent zaręczynowy dla jej rodziców, których na pewno czekały wkrótce niemałe wydatki, związane z planowanym za kilka miesięcy ślubem. Mieli tylko jeszcze uzgodnić, jakie miałoby to być auto. Ola powiedziała, że marzy jej się mini, najlepiej takie jak miał Jaś Fasola. Gdzie ja taki zabytek w Polsce znajdę? - zastanawiał się od tamtej rozmowy Waldek, przeglądając raz po raz ogłoszenia motoryzacyjne.

- No, dowiemy się wreszcie, co jest w środku?! – ponagliła Ola, ale nikt nie kwapił się, by być tym, który jako pierwszy otworzy drewniany pojemnik. Zupełnie jakby wszyscy obawiali się, że może to być jednak szkatułka Pandory. – Nikt nie jest chętny? Spoko, to ja zajrzę…

Ola chwyciła palcami wieczko stojącego na stole pudełeczka. I otworzyła je.

- O, Jezu!!! Toż to mój brelok! Ale skąd… Jak…? I coś tutaj jeszcze jest… Jakiś liścik… To chyba do ciebie, wujek!

***

Małgosia zwana przez wszystkich od czasów liceum Miką, unikała jak mogła spoglądania przed maskę samochodu. Nie sposób było tego nie zauważyć i prowadzący z dużo za dużą prędkością Waldek zaczął się zastanawiać, czy Mika nie ma może jakiejś choroby lokomocyjnej albo fobii związanej z szybkością jazdy, więc zwolnił. Teraz jechał już niemal przepisowo. Po braku zmiany w zachowaniu Miki stwierdził, że chyba nie o to jej chodziło. Ale nie chcąc być posądzonym o wścibstwo, nie mógł w bezpośredni sposób wypytywać o przyczynę jej dyskomfortu. Nie znali się jeszcze na tyle dobrze, mimo, że w ciągu ostatnich dni spotkali się u Julii i Bolka już kilka razy.

- Źle się czujesz? Zatrzymać się?

- Nie trzeba. Ja tylko strasznie nie lubię jeździć tą pseudo autostradą do Wrocławia… – powiedziała Mika cichym głosem. Cały czas trzymała kurczowo uchwyt nad drzwiami, jakby bała się, że drzwi za chwilę się otworzą i zostanie wyssana z mknącego pojazdu.

- Sama się zadeklarowałaś, aby mi towarzyszyć w rozwiązaniu sprawy tego tajemniczego liściku, Mika. Więc nie marudź – Waldek próbował zażartować z udawanym przekąsem.

- A czy ja marudzę? – wzruszyła ramionami Mika. – Wolałabym jechać nawet przez jakieś wichury, bocznymi drogami, byle tylko uniknąć tego tłoku…

Odkąd wjechali na zapchaną autostradę, Mika nie dowcipkowała, nie śmiała się. Waldek kompletnie nie rozumiał jej obiekcji i korciło go, by skłonić Mikę do głębszych zwierzeń. Nie wiedział tylko jak to zrobić tak, aby się na niego nie obraziła. Wyczuwał, że jej nastrój raczej ma jakiś związek z trasą, którą pokonywali, niż ze środkiem lokomocji, czy stylem jego jazdy.

- Ale ten salon samochodowy jest zaraz przy zjeździe z A4 do Wrocławia. Jadąc bocznymi drogami, jechalibyśmy dwa razy dłużej – wytłumaczył.

- Ja to wiem. Ale i tak wolałabym jechać jakąś inną drogą. To najbardziej niebezpieczna droga, jaką znam. Tylu wariatów i pijaków za kierownicą…

Waldkowi nieoczekiwanie pociemniało w oczach. Poczuł pulsowanie w skroniach i na szyi. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że wspomnienie o tamtym wypadku na torach sprzed prawie trzydziestu pięciu lat może przyprawić go niemal o blackout. A już na pewno nie w tej chwili, kiedy gnał po dwujezdniowej drodze pozbawionej pasa awaryjnego, a tuż przed nim kierowca pędzącej czterdziestotonowej ciężarówki bez patrzenia w lusterko postanowił wyprzedzić jadącego o dwa kilometry na godzinę wolniej kolegę po fachu.

O, nie! Tylko nie to! – zdążył pomyśleć Waldek i w ułamku sekundy przełożył nogę z gazu na hamulec.

W zasadzie jego reakcja była zarówno spóźniona, jak i zbędna, ponieważ zaawansowany system radarowy zamontowany w jego luksusowym aucie dużo wcześniej niż on sam zdążył wykryć to nagłe zagrożenie na drodze. Komputer zdołał także dużo szybciej niż kierowca uruchomić procedurę awaryjnego hamowania. I oto kolejny raz miała się ujawnić przewaga zmyślnie zaprogramowanej maszyny nad zawodnym człowiekiem, dzięki której miało zostać uratowane ludzkie życie.

A dokładniej dwa życia potwornie wrzeszczących ludzi, poddanych przy ostrym hamowaniu niebezpiecznym, choć nieuniknionym przeciążeniom.

***

- Jak to twój brelok? Pewna jesteś? – zdziwiona Julia sięgnęła ręką i wyjęła z pudełka mięciutką kulkę pokaźnych rozmiarów. Kiedy wyjęła puszystą zawieszkę wszyscy mogli zauważyć, że u jej dołu zawisł kluczyk. A w zasadzie coś przypominającego grubego, trzyguzikowego pilota, który w dzisiejszych nowoczesnych samochodach imituje i zastępuje tradycyjny kluczyk z ząbkami.

- Brelok mój. Ale ten kluczyk na pewno nie mój – stwierdziła Ola, kiedy nerwowym ruchem odebrała swojej mamie zawartość przesyłki i uważnie obejrzała znalezisko ze wszystkich stron.

- Nie twój? To, co tu jest grane? – zmarszczył brwi zdziwiony Bolesław, niemal wyszarpując córce kluczyk z brelokiem. Czyżby właśnie rozpoczęła się gra w gorącego kartofla?

- Wydaje mi się, że ten liścik nam to wyjaśni – z pełnym zaangażowaniem próbował pomóc w rozwiązaniu tej kolejnej, nowej zagadki pan Stefan. Spojrzał wymownie na Waldka. – Możesz… może po prostu pan go nam przeczyta?

- No właśnie. Co tam jest napisane? – poparła propozycję pana Rybki Julia.

Waldek wyjął z pudełka malutką, kremową kopertkę, na której widniał oznaczający personalia adresata napis „Agent Wilczyński”. Nie ma mowy o pomyłce. Wilczyńskich jest dwóch, ale agentem jestem tylko ja, stwierdził Waldek, po czym otworzył kopertę. Obserwowany przez wszystkie bez wyjątku pary oczu, wyjął ze środka niewielką pojedynczą karteczkę. Przeczytał jej treść i rozejrzał się po zebranych. Rozumiał z tego tyle, ile oni, czyli nic. Przeczytał więc jeszcze raz, ale na głos:

- Salon BMW Wrocław. Mini Cooper. Schowek w kokpicie.

- Co to może znaczyć? – szarpała go za rękaw koszuli Mika. – Chyba wygrałeś jakieś auto w loterii, szczęściarzu! Dasz się karnąć?


Bolecnauta Pan M. pisze i wymyśla, zaskakując i wzruszając czytelników. Jak na dzielnego autora przystało, pisze nawet w chwilach słabości i choroby, co ogromnie podziwiamy.

Każdy może pomóc w tworzeniu powieści, zamieszczając pomysły i sugestie w komentarzu. Prozą, wierszem lub po myślnikach. Czy dojdziemy do magicznej liczby 100 odcinków?

Zachęcamy do opisywania swoich wrażeń czytelniczych! Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów?

Tajemnica szmaragdu - odcinek 97, czyli troglodyta z prezentem

~~M przedwczoraj o 10:38
c.d.
--------------------------------------------------------
Żaklina, wyproszona przez podkomisarza Kamińskiego ze szpitalnej sali, mogła wychwycić swoim gumowym, dziennikarskim uchem jedynie fragmenty cichej rozmowy dwóch pracujących razem w tym samym wydziale policjantów. Ze strzępów słów dochodzących do niej wywnioskowała jedynie, że pewne wątki śledztwa zostały już zamknięte, ale kilka z nich wymaga jeszcze wyjaśnienia. Miała nadzieję, że z tych skrawków informacji uda się naskrobać jakiś kolejny tekst w kronice kryminalnej. Po serii artykułów opisujących aferę z zaginionym klejnotem w tle, czytelnicy domagali się wciąż więcej i więcej. Więcej krwi, pościgów, strzelanin i w ogóle, jak najwięcej wszystkiego, co najgorsze. To znaczy tłumacząc z polskiego na nasz - wszystkiego, co najlepiej poczytne.

Nagle drgnęła, czując ukłucie czymś ostrym w plecy i słysząc za tymi że samymi plecami czyjś donośny okrzyk.

- Ręce do góry!

Żaklina ze strachu upuściła trzymaną w ręce komórkę i posłusznie podniosła ręce nad głowę. Sama nie wiedziała, dlaczego. Pewnie dlatego, że przyłapani szpiedzy robią tak w filmach. Ale czy robią tak także wtedy, kiedy dają się zaskoczyć przez wredne, szczerzące się koleżanki?

- To tylko ja, Żaki. Przestraszyłaś się? – uśmiechnięta Ola w kitlu i upiętych włosach prezentowała się nader korzystnie. Podała Żaklinie podniesiony telefon, posiadający na szczęście pancerną obudowę.

Żaklina mimowolnie i całkiem wiadomie zaczęła się obawiać, iż wymagający nadal ciągłej opieki Hieronim mógłby jakoś dać się Oli omamić, gdyby tylko się na niego zaparła. Skarciła się w myślach za swoją, by nie owijać w bawełnę, babską zazdrość. Choć z Hirkiem znali się ledwie ponad tydzień, to jej właśnie, a nie Oli okazywał swoje najżywsze zainteresowanie. Wnioskowała to stąd, że nadal i bez ustanku narzekał na te swoje okulary, że cisną, że wciąż mu spadają, że trzeba znów je podregulować… Podryw na okulary. Dobre sobie! Chyba pierwszy taki na świecie. Lecz cóż, jak to mówią, cel uświęca środki.

- Nie, tak się tylko wietrzę pod pachami, Olka. Ale się zestrachałam…

- To znaczy, że musisz mieć coś na sumieniu. Tylko, co to może być? Hmmm, już wiem! Może jesteś szpiegiem obcego wywiadu i kogoś tu podsłuchujesz? Albo nie, gorzej, złamałaś serce jakiemuś mężczyźnie!

- Za to do ciupy w tym kraju nie wsadzają…

- Jeszcze nie. Ale pamiętaj, proszę, że u nas nie ma kardiologa o odpowiedniej specjalizacji. Więc jeśli ten chłop się w tobie zadurzy, sama będziesz musiała znaleźć na to jakieś lekarstwo – Ola zlustrowała uważnie głowę Żakliny i pokazała palcem na krótką fryzurkę chłopczycy w kolorze blond Bardot. Uśmiechnęła się. – Wielka i korzystna zmiana, nie powiem. To też dla niego?

- Zdradzę ci coś – Żaklina zniżyła głos do szeptu i zbliżyła swoje usta do prawego ucha Oli. – Kodeks szpiegowski zabrania noszenia rzucających się w oczy czupryn. Takiemu szpiegowi trudniej się ukryć i oczywiście w takiego łatwiej z flinty trafić…

Teraz zaśmiały się obie. Głośno, donośnie, rechotliwie… Uspokoiły się, kiedy w końcu korytarza rozległy się męskie kroki.

- Ty, to chyba ten postrzelony prokurator… – zmrużyła oczy Ola, próbując rozpoznać przybysza.

- E, tam. Wygląda na całkiem normalnego – odparowała Żaklina bez namysłu.

Nie zdążyły się jeszcze ponownie porządnie roześmiać, kiedy na korytarz wyszedł podkomisarz Kamiński. Ominął dziewczyny, po czym na powitanie wyciągnął i uścisnął rękę prokuratora Pietrzaka. Zdrową, lewą rękę, ponieważ jego prawe ramię spoczywało nieruchomo na temblaku.

- Szkoda, że pan wcześniej nie zadzwonił, panie prokuratorze. Przyszlibyśmy razem na tę małą naradę operacyjną.

- Jestem jeszcze na zwolnieniu, podkomisarzu – prokurator odwzajemniając uścisk wychylił się ponad ramieniem policjanta, ponieważ dostrzegł i rozpoznał parę atrakcyjnych dwudziestokilkulatek. – Tak właściwie, to przyszedłem dowiedzieć się o samopoczucie aspiranta. Ale kogo my tu jeszcze mamy, podkomisarzu? Czyżby konieczne było naszemu dzielnemu łowcy złoczyńców wsparcie medyczne i medialne?

***

Bolesław postawił niesiony na ramieniu niezbyt ciężki dwuślad i szukając dla niego odpowiedniego miejsca, rozejrzał się po zaniedbanym pomieszczeniu w niewielkim, wiekowym już budynku na tyłach równie wiekowego domu Julii i jej wujka. Miał to być od teraz nowy garaż dla jego podstarzałego mercedesa, który nie wyróżniał się niczym szczególnym i nowiutkiego roweru, który wsławił się tym, że zdążył już być bronią do samoobrony oraz świadkiem bandyckiego napadu. Nie zauważywszy żadnych odpowiedniej wielkości i wytrzymałości haków, przeprowadził swój funkiel nówkę, prawie nieśmigany bicykl na tyły ciasnawego pomieszczenia i delikatnie, z należną temu kosztownemu nabytkowi troską, oparł go o ścianę tuż obok innego, dużo starszego, na pewno wieki nie serwisowanego i do tego odrapanego roweru.

Nie może tak stać i dodatkowo zagracać, kurczę, podsumował w myślach swoje obserwacje. Trzeba będzie odkręcić te specjalistyczne haki z mojego garażu i zrobić tutaj lekkie przemeblowanie. Podjąwszy to postanowienie wyszedł przez otwartą na oścież bramę na zewnątrz i od razu natknął się na wyraźnie poszukującą go Julię.

- Dzwonił do ciebie Waldek? – spytała zaglądając przez jego ramię do pustego aktualnie pomieszczenia o ścianach ewidentnie wymagających odświeżenia i odpajęczenia.

Zapewne była ciekawa, gdzie Bolek zaparkował swój lśniący i pachnący jeszcze nowością rower. Z zadowoleniem stwierdziła, że tuż koło jej nieco przykurzonego i sponiewieranego, kilkunastoletniego B’Twina. Fajnie. Może jak mi go troszkę podreguluje i nasmaruje, wreszcie ruszę to moje powiększające się dupsko, stwierdziła w duchu. Przy okazji Bolek powinien też zadbać i o swoje, uśmiechnęła się sama do siebie. Obojgu nam przyda się trochę ruchu. Poza sypialnią oczywiście, zachichotała w myślach.

- Nie, a do ciebie? – odpowiedział Bolesław, nieświadomy swojej przyszłej kolarskiej kariery, jak i wprowadzenia do jego życia nowego motta „W zdrowym ciele…” coś tam, coś tam.

- Jakby dzwonił do mnie, to bym chyba nie pytała, czy dzwonił do ciebie, co nie?

- No fakt… – Bolesław w lot, choć poniewczasie wychwycił brak logiki w swoim pytaniu. – A po co ci on?

- No… Tego, ten… Po prostu nie mogę się doczekać, co jest grane z tym samochodem? No i Mika jakoś dziwnie się nie odzywa…

- Nie martw się na zapas. Jak się do południa nie odezwą, sami do nich zadzwonimy.

Najpierw Bolesław dogadał się z Waldkiem, że to on mu pomoże w przenosinach. Ale każdego z nich (choć nie tylko) tak zjadała ciekawość, o co chodzi z tym Mini w salonie samochodowym, że w końcu zdecydowali, że Waldek z Miką pojadą z samego rana do Wrocławia, a Bolek wykorzysta do pomocy swoją świeżo upieczoną narzeczoną. Tymczasem było już po jedenastej, a od brata nie miał żadnych wiadomości, choćby tekstowych.

Bolesław objął Julię ramieniem w pasie i leniwie, krok za krokiem ruszyli do stojącego na podjeździe busa, aby wyjąć z niego kolejne kartony i pakunki. Julia dzielnie biegała w tę i z powrotem, wnosząc pomniejsze pudła z jego rzeczami osobistymi na piętro domu, które zamierzali po wyprowadzce Oli wspólnie zająć, a Bolek przenosił większe i cięższe rzeczy, które przywiózł pożyczonym z jednostki ciemnozielonym dostawczakiem.

Jak szacował, przewiezienie niemal wszystkich niezbędnych mu do życia w nowym miejscu gratów zajmie oprócz tego, jeszcze ze dwa kursy. Po analizie i głębokich przemyśleniach wiele rzeczy miał zamiar zostawić Oli, żeby nie musiała od nowa wyposażać swojego nowego mieszkanka. Bolesław był z siebie bardzo zadowolony, że przekazuje córce lokum świeżo po remoncie, a nie jakąś zapyziałą, zaniedbaną norę. Zależało mu, żeby widziała w nim zaradnego, dbającego o swój dorobek mężczyznę, a nie życiowego nieudacznika i leniwego niechluja. Jej i Julii zdanie było dla niego teraz bardzo ważne. Najważniejsze. To w końcu będzie jego nowa rodzina. Nowe miejsce, nowe życie, nowe obowiązki. I całkiem nowy Bolek.

***

W bmw, za którego kierownicą siedział Waldek, mimo ekstremalnie trudnej sytuacji na drodze, można było nie tracić nadziei na skuteczne i szybkie wyjście z opresji. Najlepsi inżynierowie od dziesiątków lat pracujący nad zwiększeniem szans podróżujących autami tej uznanej marki na zachowanie zdrowia i życia, sprawili się doskonale. Wszystkie zaawansowane systemy aktywnego i pasywnego bezpieczeństwa zadziałały wspólnie i perfekcyjnie, nie pozwalając na wprowadzenie auta w poślizg i utrzymując je na właściwym torze jazdy.

Jednak mimo dziesiątków czujników, czy mnogości szybkich procesorów analizujących dane i obliczających niezbędne wyniki, przekazywane następnie do systemów sterujących poszczególnymi układami mocy, napędu, awaryjnego hamowania i stabilizacji toru jazdy, samochód nie jest, tak jak człowiek, wyposażony w oczy ani w zdolność przewidywania nieracjonalnych zachowań innych uczestników ruchu. Za to Waldek na szczęście był wyposażony w takie oczy, do tego czujne i uważne.

Kiedy bmw gwałtownie wytraciło swoją prędkość, nie pozwalając przy tym jednocześnie na wypadnięcie z drogi, czy wejście w niekontrolowane obroty wokół własnej osi, mogące w rezultacie doprowadzić do koziołkowania, niemal w ostatniej chwili Waldek w lusterku wstecznym zauważył światła trzymającej się za nim od pewnego czasu, a jadącej zbyt szybko i zbyt blisko, furgonetki. Był to jeden z tych rejsowych busów, wożących głównie ludzi z Polski do pracy i z pracy w Niemczech bądź w Holandii. Gdyby nie Waldka manewr gwałtownej zmiany pasa podczas automatycznego hamowania awaryjnego, kierowca busa nie miałby żadnych szans na uniknięcie uderzenia w tył jego samochodu. A tak, dosłownie o centymetry oba auta minęły się i skończyło się jedynie na wielkim strachu i przerażeniu malującym się na twarzy zarówno kierowcy busa, jak i Waldka.

Tego już musiało być za wiele nie tylko dla Waldka, ale i dla jego pasażerki. Zakrywając usta, jakby za chwilę miała zwymiotować, Mika zaczęła dawać znaki wolną ręką, aby Waldek koniecznie się zatrzymał. Ten, nie wiedząc co robić, wyszarpnął ze schowka w drzwiach niewielkie opakowanie. Trzymając je między kolanami odpiął zamek błyskawiczny i jedną ręką wyszarpnął ze środka kamizelkę odblaskową. Podał ją Mice, mówiąc nerwowym, podniesionym głosem:

- Śmiało, haftuj w kamizelkę. Nie mam nic innego. I nie mogę tu stawać, bo nie ma pasa awaryjnego. Jeśli się zatrzymam, jeszcze ktoś nas pozamiata. Sama widzisz, co się dzisiaj dzieje na tej drodze.

- Nie trzeba – Mika przestała zakrywać usta, ale teraz oddychała szybko i płytko. – Nie będę rzygać. Nie o to chodzi. Ale chyba nie dam rady. Zatrzymaj się gdziekolwiek, byle jak najszybciej.

Waldek po krótkiej chwili spostrzegł tablicę oznaczającą za pięćset metrów możliwość zjechania na parking. Postanowił skorzystać z okazji do zatrzymania się, uspokojenia i ukojenia rozkołatanych nerwów. Nie miał pojęcia, co mogło się stać Mice. Wyglądało to na jakiś atak paniki, ale nie był tego pewien, bo nie znał się na tym. Miał jednak nadzieję, że kiedy zjadą na postój, w końcu się dowie, o co chodzi z tą obawą Miki przed jazdą autostradą i skąd się wzięła ta jej nagła, zagadkowa reakcja na niebezpieczną sytuację sprzed kilku chwil.

Parking był niemal pusty, ale mimo to Waldek zajął ostatnie, najbardziej oddalone od toalet miejsce. Mika odpięła pasy i gwałtownym ruchem otworzyła drzwi. Nie oglądając się na Waldka wysiadła i pobiegła do drewnianego stolika, po którego obu stronach znajdowały się ławki do odpoczynku dla zdrożonych podróżujących. Usiadła na jednej z nich, oparła łokcie o blat stołu, po czym schowała twarz w dłoniach. Po chwili położyła czoło na stole, a rękami przykryła niemal całą głowę, zakrywając tym samym nie tylko uszy. Wyglądało na to, że zwyczajnie chciała w tej chwili ukryć całą siebie. Minęła minuta, potem druga. Mika wyglądała, jakby niespodziewanie zasnęła w tej nietypowej pozycji. Waldek spojrzał na zegarek. Dziewiąta dwadzieścia cztery. Ni stąd ni zowąd przyszło mu do głowy, że ten salon samochodowy, do którego zmierzali, jest już od prawie pół godziny otwarty.

Zanim wysiadł, odszukał w schowku nową, jeszcze nie otwartą paczkę papierosów. Kiedy trzasnął swoimi drzwiami, obszedł auto i równie głośno zamknął drzwi po stronie pasażera. Następnie oparł się pośladkami o maskę samochodu, zapalił, głęboko się zaciągnął i wydmuchał gigantyczny biały obłok, jakby chciał wokół siebie postawić jakąś zasłonę dymną. Zanim ruszył w stronę siedzącej z głową na stole koleżanki Julii, zdążył wypalić więcej niż połowę cienkiego papierosa.

- Wszystko w porządku? – spytał, siadając naprzeciwko Miki, prawdziwie zmartwiony jej stanem.

Pstryknięty przez niego tlący się niedopałek nie trafił do kosza. Może i dobrze, bo pojemnik był zapchany papierami i niechcący mogło dojść do pożaru. Mika milczała i nie ruszała się. Waldkowi wydawało się, że nie oddycha. Przez głowę przeszło mu głupie bądź co bądź pytanie, czy można umrzeć w takiej pozycji?

- Mika?

Wreszcie głowa towarzyszącej mu w dzisiejszej, pełnej wrażeń podróży, szczupłej kobiety podniosła się. Jej dotąd lśniące, wesołe oczy stały się matowe i za wszelką cenę starały się skupić na czymś w oddali. Być może na jednym z obracających się wolno i dostojnie wiatraków, produkujących energię z wiatru. A być może na kołującym gdzieś nad ścierniskami polującym myszołowie. Razem z blaskiem źrenic z twarzy Miki zniknął także jej szelmowski uśmieszek, który niemal zawsze gościł na jej ustach, kiedy wiodła prym w obracaniu wszystkiego w żart. Gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie i dlaczego zapodział się ten jej charakterystyczny znak rozpoznawczy. Popatrzyła na Waldka w taki sposób, że aż go ciarki przeszły, ale korzystając ze swojego zawodowego doświadczenia wytrzymał to spojrzenie. Kiedy w końcu się odezwała, powiedziała coś, czego Waldek w życiu by się nie spodziewał:

- Przepraszam cię, Waldek. To jest silniejsze ode mnie. Chcesz posłuchać, jak zginęli mój pierwszy mąż i moje jedyne dziecko?
------------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M przedwczoraj o 10:40
errata
Nie "wiadomie", lecz "świadomie"
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
REKLAMA Mrowka zaprasza