Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Pozdrawiam Cię Serdecznie,współczuję,ból Powoli Minie...
od Z. dla 'Zbyszka',wiele lat temu.
Dawno Nie Byłam Z Mężczyzna
od Stęskniona dla mężczyzna
Wszystkiego Dobrego , Pani ...
od J dla E
Dobrej Niedzieli , Zdrowej , Spokojnej, W Gronie Rodziny I Dobrego Obiadu.
od ARMAGEDON dla osadnicy Bolesławca
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
22 września 2021r. godz. 15:30, odsłon: 361, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 98, czyli wypalony papieros i stary garaż

Część w której Waldek walczy o życie swoje i pasażerki.
Smutna kobieta
Smutna kobieta (fot. pixabay.com)

Jest już kolejna część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Spis WSZYSTKICH ODCINKÓW

Indeks bohaterów - kto jest kim?

Dziewięćdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewięćdziesiąta szósta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewięćdziesiąta siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ


Żaklina, wyproszona przez podkomisarza Kamińskiego ze szpitalnej sali, mogła wychwycić swoim gumowym, dziennikarskim uchem jedynie fragmenty cichej rozmowy dwóch pracujących w tym samym wydziale policjantów. Ze strzępów słów wywnioskowała jedynie, że pewne wątki śledztwa zostały już zamknięte, ale kilka z nich wymaga jeszcze wyjaśnienia. Miała nadzieję, że z tych skrawków informacji uda się naskrobać jakiś kolejny tekst w kronice kryminalnej. Po serii artykułów opisujących aferę z zaginionym klejnotem w tle, czytelnicy domagali się wciąż więcej i więcej. Więcej krwi, pościgów, strzelanin i w ogóle, jak najwięcej wszystkiego, co najgorsze. To znaczy tłumacząc z polskiego na nasz - wszystkiego, co najlepiej poczytne.

Nagle drgnęła, czując ukłucie czymś ostrym w plecy i słysząc za tymi że samymi plecami czyjś donośny okrzyk.

- Ręce do góry!

Żaklina ze strachu upuściła trzymaną w ręce komórkę i posłusznie podniosła ręce nad głowę. Sama nie wiedziała, dlaczego. Pewnie dlatego, że przyłapani szpiedzy robią tak w filmach. Ale czy robią tak także wtedy, kiedy dają się zaskoczyć przez wredne, szczerzące się koleżanki?

- To tylko ja, Żaki. Przestraszyłaś się? – uśmiechnięta Ola w kitlu i upiętych włosach prezentowała się nader korzystnie. Podała Żaklinie podniesiony telefon, posiadający na szczęście pancerną obudowę.

Żaklina mimowolnie i całkiem świadomie zaczęła się obawiać, iż wymagający nadal ciągłej opieki Hieronim mógłby jakoś dać się Oli omamić, gdyby tylko się na niego zaparła. Skarciła się w myślach za swoją, by nie owijać w bawełnę, babską zazdrość. Choć z Hirkiem znali się ledwie ponad tydzień, to jej właśnie, a nie Oli okazywał swoje najżywsze zainteresowanie. Wnioskowała to stąd, że nadal i bez ustanku narzekał na te swoje okulary, że cisną, że wciąż mu spadają, że trzeba znów je podregulować… Podryw na okulary. Dobre sobie! Chyba pierwszy taki na świecie. Lecz cóż, jak to mówią, cel uświęca środki.

- Nie, tak się tylko wietrzę pod pachami, Olka. Ale się zestrachałam…

- To znaczy, że musisz mieć coś na sumieniu. Tylko, co to może być? Hmmm, już wiem! Może jesteś szpiegiem obcego wywiadu i kogoś tu podsłuchujesz? Albo nie, gorzej, złamałaś serce jakiemuś mężczyźnie!

- Za to do ciupy w tym kraju nie wsadzają…

- Jeszcze nie. Ale pamiętaj, proszę, że u nas nie ma kardiologa o odpowiedniej specjalizacji. Więc jeśli ten chłop się w tobie zadurzy, sama będziesz musiała znaleźć na to jakieś lekarstwo – Ola zlustrowała uważnie głowę Żakliny i pokazała palcem na krótką fryzurkę chłopczycy w kolorze blond Bardot. Uśmiechnęła się. – Wielka i korzystna zmiana, nie powiem. To też dla niego?

- Zdradzę ci coś – Żaklina zniżyła głos do szeptu i zbliżyła swoje usta do prawego ucha Oli. – Kodeks szpiegowski zabrania noszenia rzucających się w oczy czupryn. Takiemu szpiegowi trudniej się ukryć i oczywiście w takiego łatwiej z flinty trafić…

Teraz zaśmiały się obie. Głośno, donośnie, rechotliwie… Uspokoiły się, kiedy w końcu korytarza rozległy się męskie kroki.

- Ty, to chyba ten postrzelony prokurator… – zmrużyła oczy Ola, próbując rozpoznać przybysza.

- E, tam. Wygląda na całkiem normalnego – odparowała Żaklina bez namysłu.

Nie zdążyły się jeszcze ponownie porządnie roześmiać, kiedy na korytarz wyszedł podkomisarz Kamiński. Ominął dziewczyny, po czym na powitanie wyciągnął i uścisnął rękę prokuratora Pietrzaka. Zdrową, lewą rękę, ponieważ jego prawe ramię spoczywało nieruchomo na temblaku.

- Szkoda, że pan wcześniej nie zadzwonił, panie prokuratorze. Przyszlibyśmy razem na tę małą naradę operacyjną.

- Jestem jeszcze na zwolnieniu, podkomisarzu – prokurator odwzajemniając uścisk wychylił się ponad ramieniem policjanta, ponieważ dostrzegł i rozpoznał parę atrakcyjnych dwudziestokilkulatek. – Tak właściwie, to przyszedłem dowiedzieć się o samopoczucie aspiranta. Ale kogo my tu jeszcze mamy, podkomisarzu? Czyżby konieczne było naszemu dzielnemu łowcy złoczyńców wsparcie medyczne i medialne?

***

Bolesław postawił niesiony na ramieniu niezbyt ciężki dwuślad i szukając dla niego odpowiedniego miejsca, rozejrzał się po zaniedbanym pomieszczeniu w niewielkim, wiekowym już budynku na tyłach równie wiekowego domu Julii i jej wujka. Miał to być od teraz nowy garaż dla jego podstarzałego mercedesa, który nie wyróżniał się niczym szczególnym, i nowiutkiego roweru, który wsławił się tym, że zdążył już być bronią do samoobrony oraz świadkiem bandyckiego napadu. Nie zauważywszy żadnych odpowiedniej wielkości i wytrzymałości haków, przeprowadził swój funkiel nówkę, prawie nieśmigany bicykl na tyły ciasnawego pomieszczenia i delikatnie, z należną temu kosztownemu nabytkowi troską, oparł go o ścianę tuż obok innego, dużo starszego, na pewno wieki nie serwisowanego i do tego odrapanego, roweru.

Nie może tak stać i dodatkowo zagracać, kurczę, podsumował w myślach swoje obserwacje. Trzeba będzie odkręcić te specjalistyczne haki z mojego garażu i zrobić tutaj lekkie przemeblowanie. Podjąwszy to postanowienie, wyszedł przez otwartą na oścież bramę na zewnątrz i od razu natknął się na wyraźnie poszukującą go Julię.

- Dzwonił do ciebie Waldek? – spytała, zaglądając przez jego ramię do pustego aktualnie pomieszczenia o ścianach ewidentnie wymagających odświeżenia i odpajęczenia.

Zapewne była ciekawa, gdzie Bolek zaparkował swój lśniący i pachnący jeszcze nowością rower. Z zadowoleniem stwierdziła, że tuż koło jej nieco przykurzonego i sponiewieranego, kilkunastoletniego B’Twina. Fajnie. Może jak mi go troszkę podreguluje i nasmaruje, wreszcie ruszę to moje powiększające się dupsko, stwierdziła w duchu. Przy okazji Bolek powinien też zadbać i o swoje, uśmiechnęła się sama do siebie. Obojgu nam przyda się trochę ruchu. Poza sypialnią oczywiście, zachichotała w myślach.

- Nie, a do ciebie? – odpowiedział Bolesław, nieświadomy swojej przyszłej kolarskiej kariery, jak i wprowadzenia do jego życia nowego motta „W zdrowym ciele…” coś tam, coś tam.

- Jakby dzwonił do mnie, to bym chyba nie pytała, czy dzwonił do ciebie, co nie?

- No fakt… - Bolesław w lot, choć poniewczasie, wychwycił brak logiki w swoim pytaniu. - A po co ci on?

- No… Tego, ten… Po prostu nie mogę się doczekać, co jest grane z tym samochodem? No i Mika jakoś dziwnie się nie odzywa…

- Nie martw się na zapas. Jak się do południa nie odezwą, sami do nich zadzwonimy.

Najpierw Bolesław dogadał się z Waldkiem, że to on mu pomoże w przenosinach. Ale każdego z nich (choć nie tylko) tak zjadała ciekawość, o co chodzi z tym Mini w salonie samochodowym, że w końcu zdecydowali, że Waldek z Miką pojadą z samego rana do Wrocławia, a Bolek wykorzysta do pomocy swoją świeżo upieczoną narzeczoną. Tymczasem było już po jedenastej, a od brata nie miał żadnych wiadomości, choćby tekstowych.

Bolesław objął Julię ramieniem w pasie i leniwie, krok za krokiem ruszyli do stojącego na podjeździe busa, aby wyjąć z niego kolejne kartony i pakunki. Julia dzielnie biegała w tę i z powrotem, wnosząc pomniejsze pudła z jego rzeczami osobistymi na piętro domu, które zamierzali po wyprowadzce Oli wspólnie zająć, a Bolek przenosił większe i cięższe rzeczy, które przywiózł pożyczonym z jednostki ciemnozielonym dostawczakiem.

Jak szacował, przewiezienie niemal wszystkich niezbędnych mu do życia w nowym miejscu gratów zajmie, oprócz tego, jeszcze ze dwa kursy. Po analizie i głębokich przemyśleniach wiele rzeczy miał zamiar zostawić Oli, żeby nie musiała od nowa wyposażać swojego nowego mieszkanka. Bolesław był z siebie bardzo zadowolony, że przekazuje córce lokum świeżo po remoncie, a nie jakąś zapyziałą, zaniedbaną norę. Zależało mu, żeby widziała w nim zaradnego, dbającego o swój dorobek mężczyznę, a nie życiowego nieudacznika i leniwego niechluja. Jej i Julii zdanie było dla niego teraz bardzo ważne. Najważniejsze. To w końcu będzie jego nowa rodzina. Nowe miejsce, nowe życie, nowe obowiązki. I całkiem nowy Bolek.

***

W bmw, za którego kierownicą siedział Waldek, mimo ekstremalnie trudnej sytuacji na drodze, można było nie tracić nadziei na skuteczne i szybkie wyjście z opresji. Najlepsi inżynierowie od dziesiątków lat pracujący nad zwiększeniem szans podróżujących autami tej uznanej marki na zachowanie zdrowia i życia, sprawili się doskonale. Wszystkie zaawansowane systemy aktywnego i pasywnego bezpieczeństwa zadziałały wspólnie i perfekcyjnie, nie pozwalając na wprowadzenie auta w poślizg i utrzymując je na właściwym torze jazdy.

Jednak mimo dziesiątków czujników, czy mnogości szybkich procesorów analizujących dane i obliczających niezbędne wyniki, przekazywane następnie do systemów sterujących poszczególnymi układami mocy, napędu, awaryjnego hamowania i stabilizacji toru jazdy, samochód nie jest, tak jak człowiek, wyposażony w oczy ani w zdolność przewidywania nieracjonalnych zachowań innych uczestników ruchu. Za to Waldek na szczęście był wyposażony w takie oczy, do tego czujne i uważne.

Kiedy bmw gwałtownie wytraciło swoją prędkość, nie pozwalając przy tym jednocześnie na wypadnięcie z drogi, czy wejście w niekontrolowane obroty wokół własnej osi, mogące w rezultacie doprowadzić do koziołkowania, niemal w ostatniej chwili Waldek w lusterku wstecznym zauważył światła trzymającej się za nim od pewnego czasu, a jadącej zbyt szybko i zbyt blisko, furgonetki. Był to jeden z tych rejsowych busów, wożących głównie ludzi z Polski do pracy i z pracy w Niemczech bądź w Holandii. Gdyby nie Waldka manewr gwałtownej zmiany pasa podczas automatycznego hamowania awaryjnego, kierowca busa nie miałby żadnych szans na uniknięcie uderzenia w tył jego samochodu. A tak, dosłownie o centymetry oba auta minęły się i skończyło się jedynie na wielkim strachu i przerażeniu malującym się na twarzy zarówno kierowcy busa, jak i Waldka.

Tego już musiało być za wiele nie tylko dla Waldka, ale i dla jego pasażerki. Zakrywając usta, jakby za chwilę miała zwymiotować, Mika zaczęła dawać znaki wolną ręką, aby Waldek koniecznie się zatrzymał. Ten, nie wiedząc co robić, wyszarpnął ze schowka w drzwiach niewielkie opakowanie. Trzymając je między kolanami odpiął zamek błyskawiczny i jedną ręką wyszarpnął ze środka kamizelkę odblaskową. Podał ją Mice, mówiąc nerwowym, podniesionym głosem:

- Śmiało, haftuj w kamizelkę. Nie mam nic innego. I nie mogę tu stawać, bo nie ma pasa awaryjnego. Jeśli się zatrzymam, jeszcze ktoś nas pozamiata. Sama widzisz, co się dzisiaj dzieje na tej drodze.

- Nie trzeba – Mika przestała zakrywać usta, ale teraz oddychała szybko i płytko. – Nie będę rzygać. Nie o to chodzi. Ale chyba nie dam rady. Zatrzymaj się gdziekolwiek, byle jak najszybciej.

Waldek po krótkiej chwili spostrzegł tablicę oznaczającą za pięćset metrów możliwość zjechania na parking. Postanowił skorzystać z okazji do zatrzymania się, uspokojenia i ukojenia rozkołatanych nerwów. Nie miał pojęcia, co mogło się stać Mice. Wyglądało to na jakiś atak paniki, ale nie był tego pewien, bo nie znał się na tym. Miał jednak nadzieję, że kiedy zjadą na postój, w końcu się dowie, o co chodzi z tą obawą Miki przed jazdą autostradą i skąd się wzięła ta jej nagła, zagadkowa reakcja na niebezpieczną sytuację sprzed kilku chwil.

Parking był niemal pusty, ale mimo to Waldek zajął ostatnie, najbardziej oddalone od toalet miejsce. Mika odpięła pasy i gwałtownym ruchem otworzyła drzwi. Nie oglądając się na Waldka wysiadła i pobiegła do drewnianego stolika, po którego obu stronach znajdowały się ławki do odpoczynku dla zdrożonych podróżujących. Usiadła na jednej z nich, oparła łokcie o blat stołu, po czym schowała twarz w dłoniach. Po chwili położyła czoło na stole, a rękami przykryła niemal całą głowę, zakrywając tym samym nie tylko uszy. Wyglądało na to, że zwyczajnie chciała w tej chwili ukryć całą siebie. Minęła minuta, potem druga. Mika wyglądała, jakby niespodziewanie zasnęła w tej nietypowej pozycji. Waldek spojrzał na zegarek. Dziewiąta dwadzieścia cztery. Ni stąd ni zowąd przyszło mu do głowy, że ten salon samochodowy, do którego zmierzali, jest już od prawie pół godziny otwarty.

Zanim wysiadł, odszukał w schowku nową, jeszcze nie otwartą paczkę papierosów. Kiedy trzasnął swoimi drzwiami, obszedł auto i równie głośno zamknął drzwi po stronie pasażera. Następnie oparł się pośladkami o maskę samochodu, zapalił, głęboko się zaciągnął i wydmuchał gigantyczny biały obłok, jakby chciał wokół siebie postawić jakąś zasłonę dymną. Zanim ruszył w stronę siedzącej z głową na stole koleżanki Julii, zdążył wypalić więcej niż połowę cienkiego papierosa.

- Wszystko w porządku? – spytał, siadając naprzeciwko Miki, prawdziwie zmartwiony jej stanem.

Pstryknięty przez niego tlący się niedopałek nie trafił do kosza. Może i dobrze, bo pojemnik był zapchany papierami i niechcący mogło dojść do pożaru. Mika milczała i nie ruszała się. Waldkowi wydawało się, że nie oddycha. Przez głowę przeszło mu głupie bądź co bądź pytanie, czy można umrzeć w takiej pozycji?

- Mika?

Wreszcie głowa towarzyszącej mu w dzisiejszej, pełnej wrażeń podróży, szczupłej kobiety podniosła się. Jej dotąd lśniące, wesołe oczy stały się matowe i za wszelką cenę starały się skupić na czymś w oddali. Być może na jednym z obracających się wolno i dostojnie wiatraków, pozyskujących energię z wiatru. A być może na kołującym gdzieś nad ścierniskami polującym myszołowie. Razem z blaskiem źrenic z twarzy Miki zniknął także jej szelmowski uśmieszek, który niemal zawsze gościł na jej ustach, kiedy wiodła prym w obracaniu wszystkiego w żart. Gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie i dlaczego zapodział się ten jej charakterystyczny znak rozpoznawczy. Popatrzyła na Waldka w taki sposób, że aż przeszły go ciarki, ale korzystając ze swojego zawodowego doświadczenia, wytrzymał to spojrzenie. Kiedy w końcu się odezwała, powiedziała coś, czego Waldek w życiu by się nie spodziewał:

- Przepraszam cię, Waldek. To jest silniejsze ode mnie. Chcesz posłuchać, jak zginęli mój pierwszy mąż i moje jedyne dziecko?


Bolecnauta Pan M. pisze i wymyśla, zaskakując i wzruszając czytelników. Każdy może pomóc w tworzeniu powieści, zamieszczając pomysły i sugestie w komentarzu. Prozą, wierszem lub po myślnikach. Czy dojdziemy do magicznej liczby 100 odcinków?

Zachęcamy do opisywania swoich wrażeń czytelniczych! Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów?

Tajemnica szmaragdu - odcinek 98, czyli wypalony papieros i stary garaż

~~Bolecnauta 23 września 2021r. o 9:35
Coraz mniej ludzi to czyta
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Biały Żylistek 23 września 2021r. o 14:51
~~Bolecnauta napisał(a): Coraz mniej ludzi to czyta


Dobrze, że możemy liczyć na naszego cichego bohatera - to Bolecnauta, zawsze na straży i gotowy wytrącić swoje trzy grosze (choćby bez sensu)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Lola 23 września 2021r. o 17:12
Dzisiaj będzie nie na temat,
bo już nudny jest ten schemat:
Bolecnauta nam marudzi:
powieść czyta mało ludzi.
Może dużo, może mało,
Ważne, aby im się chciało
poznać koniec tej powieści,
a nasz M. się w setce zmieścił...


Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~pisowskie rozbiory Polski 23 września 2021r. o 17:24
Samo to że pisowiec bylejaki stawia dr przed nazwiskiem nosi znamiona przestępstwa.

Rum + burak = rumburak
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 24 września 2021r. o 14:55
Lola znowu w formie. Myślisz, Lolu, że na setce zakończy powieść nasz Imperator?
Ciekawe, że połączył sprawcę drogowej tragedii z kimś kto tejże doświadczył.
Tylko czy to może się udać?
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 29 września 2021r. o 9:30
c.d. i nadciąga odcinek przedostatni
--------------------------------------------------
W mieszkaniu emerytowanego nauczyciela i znawcy lokalnej historii w jednej osobie - pana Stefana Rybki, na drugim piętrze kamienicy przy ulicy 1 Maja, zrobiło się w ten sobotni poranek wyjątkowo tłoczno. Wszystkie miejsca siedzące znajdujące się w pokoju gościnnym, do którego pan Stefan zaprosił przybyłych, były zajęte. Zważywszy dość skromne wyposażenie pomieszczenia w meble służące do siedzenia, do miejsc tych wliczyć koniecznie należało puszysty dywan o wysokim białym włosie, na którym po turecku rozsiadły się wtulone ramionami Julia z Miką. Co pewien czas pochylały się i szeptały coś sobie do uszu, prawdopodobnie jakieś zberezeństwa. Można było je o to podejrzewać, ponieważ raz po raz spoglądały to na jednego, to na drugiego z braci Wilczyńskich i co chwila próbowały tłumić chichotanie, wykonując między innymi gesty wędkarzy chwalących się swoimi złowionymi okazami. Bracia Wilczyńscy udawali, że tego nie zauważają i cały czas zachowywali skupione, kamienne wyrazy twarzy.

Miłośnicy filmu i literatury okresu II wojny światowej z pewnością zauważyliby podobieństwo sytuacyjne do odbywających się w tamtych dramatycznych czasach tajnych kompletów. Jednak aktualnie nie trwał tutaj żaden naukowy wykład, a mimo sporej ilości zgromadzonych, o dziwo w tym miejscu wcale nie panował zwyczajowy harmider towarzyszący rozmowom. Większość wypowiedzi odbywała się bowiem półgłośnym szeptem, jakby każdy, kto zabierał głos, miał przeświadczenie, że ściany mogą mieć uszy. Nikt także nie wypowiadał się, dopóki poprzedni rozmówca nie dokończył swojej kwestii. Pełna kultura, a nie jakieś tam przekrzykiwanie i słowne przepychanki politycznych adwersarzy w programie publicystycznym, kończącym się niemal za każdym razem awanturą.

Oprócz dwóch byłych uczennic i jednego ucznia tej samej licealnej klasy, ich nauczyciela fizyki oraz brata Bolesława Wilczyńskiego, w zwołanej naradzie brały udział jeszcze cztery osoby. Ola Wilczyńska z Adamem Mleczką oraz redaktorka Żaklina Sadza z aspirantem Hieronimem Świgoniem. Obecność dziennikarki wcale nie świadczyła o tym, by ktokolwiek był zainteresowany ujawnieniem opinii publicznej dokładnego przebiegu niedawnych sensacyjnych wypadków. Chodziło raczej o to, by zapewnić sobie w tej sprawie przychylne milczenie mediów, a to, co miałoby zostać ewentualnie opisane i opublikowane, miało być najpierw przedmiotem dyskusji i powszechnej zgody wszystkich zaangażowanych w „aferę szmaragdową”.

Obecność policjanta z kolei świadczyła o tym, że zostaną tu za chwilę poruszone także kwestie prawne. Wszyscy, a przynajmniej większość uczestników tego zamkniętego spotkania dla spokoju sumienia i zachowania czystych kartotek chciała mieć pewność, że wszelkie dokonane ustalenia nie wykroczą poza cienką i rozmazaną linię obowiązującego porządku prawnego. Już na wstępie aspirant zastrzegł, że kiedy uzna to za konieczne, będzie musiał podzielić się pozyskanymi informacjami z prokuratorem, ale póki co wyłącznie z nim. Zyskał w tej sprawie jednomyślną akceptację pozostałych członków tego powołanego ad hoc nietypowego „think tanku”, choć u niektórych mogły pojawić się uzasadnione wątpliwości co do potrzeby dzielenia się jakąkolwiek wiedzą z osobami spoza tego grona.

Zaproszenie Adama Mleczki, aczkolwiek mogło zdawać się przypadkowe i zbędne, to z pewnością takie nie było. Znał on bowiem na tyle dużo interesujących szczegółów omawianych kwestii, że nikt nie podważył zasadności zaproszenia go do grona wtajemniczonych. Pominąwszy jego zasługi w odnalezieniu miejsca ukrycia porwanych dziewcząt, było także wielce prawdopodobne, że z racji pełnionych obowiązków, jego możliwości dotarcia do pewnych starych wojskowych dokumentów mogą jeszcze okazać się przydatne. Poza tym, na widok podskakującego jeszcze o kulach ciemnowłosego przystojniaka, każdemu, a już na pewno pannom na wydaniu, zwyczajnie miało prawo zrobić się go żal.

*

Po około trzech godzinach omawiania szczegółowego przebiegu minionych wydarzeń przez pana Rybkę, wspieranego raz po raz przez pozostałych nieznanymi mu dotąd szczegółami, każdy z uczestników spotkania miał już dość klarowny obraz przyczyn, przebiegu i skutków tej niezwykłej, choć w pewnych momentach wyjątkowo niebezpiecznej, historii. Jedynym, który od czasu do czasu notował coś w swoim małym kajeciku, był aspirant Świgoń. Były to tylko krótkie, sporadyczne wpisy, jakby zapisywał sobie coś do późniejszej weryfikacji albo dla uporządkowania układanych w swojej głowie faktów.

Jednak tym, co tak naprawdę zaprzątało uwagę każdego z obecnych, był mały, pleciony koszyczek, który stał dokładnie pośrodku niewielkiego stolika i tym samym pośrodku filiżanek i kubków z napojami oraz pojemnika ze słonymi paluszkami. Ściślej rzecz biorąc, wzrok dziewięciorga obecnych osób przyciągało to, co w tym koszyczku się znajdowało i połyskiwało przy okazji na zielono. Oszlifowany szmaragdowy sześcian. Dokładnie ten sam, który wcześniej za sprawką Julii już raz gościł w mieszkaniu pana profesora.

Starszy, dystyngowany pan, właściciel przepełnionego lokalu i wszystkich znajdujących się w nim mebli, długo musiał wyjaśniać zgromadzonym prawdopodobne zastosowanie odnalezionego przez pewną parę nieuleczalnie opętanych wariatów, artefaktu. Musiał posłużyć się przy tym zdobytą od kolegów naukowców z Wrocławia fachową wiedzą oraz własnymi domysłami, wysnutymi na podstawie posiadanych na ten temat historycznych informacji. Jako wykształcony nauczyciel i urodzony gawędziarz, opowiadał o całej tej historii tak interesująco i z taką pasją, że każdy z otaczających go gości siedział zasłuchany w milczeniu, a niektórzy dodatkowo z otwartymi ustami, bądź przygryzanymi wargami. Wszystko zostało przez niego opisane w prostych słowach tak, że nikt nie musiał zadawać pytań na temat prowadzonych w czasie wojny przez Niemców, w specjalnie do tego przygotowanych podziemiach, badań nad nowym rodzajem futurystycznej broni. Do których to badań właśnie służyć miał leżący przed nimi drogocenny, precyzyjnie obrobiony kamień szlachetny o niesamowitych właściwościach, nadzwyczajnej urodzie i ekstremalnie wysokiej wartości materialnej.

Niestety, kolejne słowa pana Rybki niewątpliwie musiały oznaczać, że spotkanie szybkimi krokami zmierzać będzie ku końcowi, gdyż do omówienia i rozważenia pozostała w zasadzie jedynie ostatnia z zagadek.

- Pomijając motywację tego bandyty do popełnienia tych wszystkich, przyprawiających o utratę zdrowia, czy niemal życia występków, wciąż zastanawia mnie jedno, moi drodzy – pan Stefan pochylił się do przodu, wyciągnął rękę i delikatnie, jakby szmaragd był jakąś bombą wrażliwą na wstrząsy, okręcił koszyk jednym palcem o ćwierć obrotu w prawo. – Na pewno i was to nurtuje, jak mniemam…

- Ma pan na myśli, dlaczego ten łotr nie zatrzymał szmaragdu i dlaczego zdecydował się go zwrócić w ten dość nietypowy sposób? – sformułowała dwa pytania naraz Julia.

- Psychologia, kochana. Psychologia i to, co do człowieka dociera z wiekiem – Waldek z pewnością nie zgadywał, lecz posłużył się swoją wiedzą i długoletnim doświadczeniem.

- TO, czyli co? – spytały niemal jednocześnie Julia i Mika, uznawszy bezsprzecznie, że z racji zbyt młodego wieku „to” jeszcze do nich nie dotarło. Jak ci faceci mogli tego nie zauważać?

- Zapotrzebowanie na święty spokój i na czyste sumienie – wyklarował brat Bolesława, kolejny raz uznając, że pominięcie wydarzeń z hangaru było w pełni uzasadnione. I jak się szybko okazało, całkiem opłacalne.

- Cenne rzeczy, to prawda. Ale czy warte aż tylu milionów? – podrapał się po głowie Bolesław. W jego rozumieniu świata ten „święty spokój” można było osiągnąć wyłącznie poprzez eliminację przeszkód, czyli przeważnie przeciwnika i tym samym zakończenie misji sukcesem. A że przy tym nieuniknione jest pobrudzenie sumienia, no cóż, taka robota. Od wielu lat uczył rekrutów na swoich zajęciach znaczenia tak zwanego relatywizmu moralnego dla tłumienia pojawiających się wyrzutów sumienia. W prostszych żołnierskich słowach jego wykład na ten temat sprowadzał się mniej więcej do hasła – albo on, albo ty, wybór należy do ciebie.

- No, właśnie – aspirant wpatrywał się w swój notesik i zaczął na białej karteczce rysować najpierw mini kwadraciki, a potem mini sześcianiki. Te drugie wychodziły mu odrobinę gorzej. Podniósł głowę, spoglądając na Żaklinę poprawił zsuwające się po raz kolejny okulary, po czym rozejrzał się w lewo i w prawo po pozostałych. – Po tylu popełnionych przestępstwach nagle coś go napadło, facet wziął i się rozkleił. Tak sam z siebie stał się szczodrym samarytaninem. Naprawdę, ciężko w to uwierzyć…

- A jednak. Zamawiając to mini i wpłacając całą należność przelewem z zagranicy wyraźnie zaznaczył pracownikom salonu, że auto ma stać i czekać na mnie. I to tyle czasu, ile trzeba – wyjaśnił Waldek, nadal i uparcie zachowując dla siebie informację, kto tak naprawdę przyczynił się do skutecznej ucieczki Jacenki. – Sprzedawca w salonie mówił, że facet wcale się z nimi nie targował. A polecenia były jasne i krótkie.

- A kluczyk ze schowka? – zainteresował się aspirant stukając czubkiem długopisu w prawie pustą kartkę papieru.

- Przyszedł do nich w przesyłce…

- Niech zgadnę… – przerwał Waldkowi brat.

- Z Zan-zi-ba-ru – niemal idealnie synchronicznie odezwały się dwa damskie głosy, sylabizujące z białego dywanu.

- Dokładnie tak! – klepnął dłonią o kolano Waldek.

- Nietrudno było się domyślić, co nie? – Ola spojrzała na siedzącego obok niej na kanapie Adama. Dyskretnie trzymała go pod ramię, myśląc pewnie, że nikt nie zauważy. Wszyscy zauważyli. No, ale chromego trzeba wspierać, nieprawdaż?

- Czyli facet wyleciał z lotniska w Berlinie? – Adam odwzajemnił spojrzenie Oli. Patrzyli przez chwilę na siebie, a potem jak na zawołanie chrząknęli i spojrzeli na stryjka młodej pani doktor.

- Nie inaczej. Tyle, że nie wyleciał, ale wy-le-cie-li. Odlecieli na drugi koniec świata razem z tą Sylwią z pańskiego biura – Waldek przeniósł wzrok z Adama po kolei na pozostałych siedzących wokół stolika. – Ale wyjechali bez prawdziwego szmaragdu, co się wyjaśniło dopiero wtedy, kiedy otworzyłem na lotnisku skrytkę bagażową z numerem podanym na kluczyku. I wiecie, co? Tak sobie myślę, że może to właśnie dzięki naszej pani kameleon Sylwii ten Jacenko postanowił zmienić całe swoje dotychczasowe życie.

- W rzeczy samej, dowody wskazują na to, że facet zabujał się po same uszy. Chyba zaraz się popłaczę, normalnie – stwierdziła Mika niby ocierając łzy, a potem splatając dłonie i przenosząc je za głowę. Prawdopodobnie miała ochotę na zmianę niewygodnej pozycji, w której siedziała. A może była po prostu niewyspana po siedzeniu do późna w nocy z kolejnym czytadłem. Coś nagle musiało jej przyjść do głowy, bo po szelmowsku uśmiechnęła się pod nosem i wykrzyknęła. – Hej! A może ktoś z was miałby ochotę naskrobać jakąś książkę o tym wszystkim? Toż to gotowy scenariusz na dobre sensacyjne romansidło!

- A może sama spróbujesz? – zaproponowała Julia, nieco tylko przedrzeźniając przyjaciółkę. – Z tego co pamiętam, miałaś fajne i lekkie pióro. No i strasznie zaczytywałaś się tą Chmielewską, więc pewnie to z niej przeszło na ciebie?

Mika zaśmiała się, ale nie odpowiedziała na zaczepkę.

- A może nasza redaktorka powinna spróbować, co Żakcia? – Ola przekręciła głowę i wychyliła się, aby spojrzeć na przesłonioną przez Adama Żaklinę. – Pamiętasz, jak niedawno zastrzegałaś sobie prawo do historii naszej rodziny?

- Nie wiem, czy bym dała radę, bo w sumie, to nigdy nie napisałam niczego, co by miało powyżej dwudziestu stron – wzruszyła ramionami i uniosła brwi zaskoczona propozycją Żaklina.

- No, to najwyższa pora napisać coś większego. Osobiście uważam, że dałabyś radę – z pełnym przekonaniem próbował zachęcić koleżankę aspirant Świgoń, aktualnie kandydat do „chodzenia” z młodą adeptką dziennikarstwa. – Ja mogę w tej powieści robić za gliniarza, ale najlepiej pod jakimś zmyślnym pseudonimem. Chyba, że obiecasz, że ten gliniarz nie będzie nosił okularów, nie będzie latał na super szybkich motocyklach, ani rozpalał ogniska wypasionymi, sportowymi autami… Sorry, panie Adamie, baj de łej…

- Ależ wcale nie żywię urazy, a nawet powinienem podziękować za przysługę – zaśmiał się i machnął ręką wywołany Adam Mleczko. – Camaro było naprawdę dobrze ubezpieczone i tak naprawdę wcale go nie lubiłem, panie aspirancie Hieronimie.

- Wystarczy samo Hieronimie, Adamie. To przecież jest jakby nieoficjalne spotkanie, prawda?

- Spotkanie jak najbardziej nieoficjalne, Hieronimie – odpowiedział Adam Mleczko. – Ale chyba czas przestać robić tyle gadu gadu i przejść do jakiegoś meritum, prawda?

- Dokładnie tak, moi mili – gorliwie poparł przedmówcę pan Stefan z uniesionym do góry palcem wskazującym. – Naprawdę wspaniale się rozmawia i dowcipkuje, aczkolwiek nie po to zwołaliśmy tę naszą hmmm… tajną naradę operacyjną. A teraz proszę was wszystkich o chwilę zastanowienia i składanie realnych propozycji, co powinniśmy zrobić z tym oto niechcianym fantem?

Wzrok wszystkich obecnych podążył za opuszczonym w dół palcem emerytowanego pedagoga, wskazującym obecnie oskarżycielsko winnego całego zamieszania. Wszyscy milczeli w zgodzie i w zamyśleniu, choć z pewnością nikt oprócz pana Rybki nie nazwałby położonego między nimi pięknego przedmiotu niechcianym. Wszyscy bez wyjątku wydawali się przez kilka kolejnych chwil obserwować stojący przed nimi, mieniący się przepiękny sześcian, w poszukiwaniu we własnych głowach jakichkolwiek sensownych rozwiązań zielonego problemu…

Zapanowało długie i znaczące milczenie, oznaczające ani chybi, że poza spieniężeniem kłopotliwego znaleziska i podziałem zysków, jakiekolwiek inne rozwiązanie nie byłoby dla nikogo satysfakcjonujące. I z tego właśnie powodu w ciszy musiało dojść do znaczącego chrząknięcia aspiranta Świgonia. Nie było innego wyjścia, nie pytany o nic stróż prawa musiał zabrać głos. Głos rozsądku, relatywizujący konieczność ujawnienia istnienia klejnotu i wywołania tym samym światowej sensacji.

- Ale przecież dzięki temu Bolesławiec przestanie nareszcie być kojarzony li tylko i wyłącznie ze stempelkami… Nie uważacie, że warto?

Wszyscy, jak jeden mąż i jedna żona, na przekór wewnętrznym żądzom i przekonaniom, w milczeniu zaczęli kiwać potakująco i energicznie głowami. Wliczając w to również ubranego po cywilu Hieronima Świgonia.
---------------------------------------------------------------
c.d.n.
Za tydzień odcinek jubileuszowy, finałowy, a więc i ostatni. Orkiestra tusz!
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
REKLAMA Mrowka zaprasza