Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Zapraszamy
REKLAMA Praca w WEBER HYDRAULIK!
BolecFORUM Nowy temat
Wróć do komentowanego artykułu:
Tajemnica szmaragdu - odcinek siódmy
~Jasnożółty Cząber 19 września 2020r. o 18:23
Brawo dla Pana M. zwłaszcza, że chce mu się charytatywnie pisać. Moglibyście choć jakiś kubek bolecnauty mu ufundować. Opowieść nieźle mnie wciągnęła.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Staroróżowa Rudbekia 19 września 2020r. o 19:54
Opowiadanie jest świetne!! Ja od tygodnia chodzę i zastanawiam sie co będzie dalej?? Nawet w pracy zamiast zajmować sie robotą to mysle cały czas o tym Bolku i Julce. Pisz Pan dalej, Panie M.!
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Limonkowa Śliwa 19 września 2020r. o 23:06
Dziękuję, to bardzo motywuje. A skoro wciąga, to dla "Jasnożółtego Cząbra" będzie zatem kolejny sensacyjny fragment. Ale dopiero jutro, bo muszę jeszcze co nieco "dopieścić". Chociaż potem i tak łapie się kilka niedociągnięć.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
22468
Bibix 19 września 2020r. o 23:16
kto dokladnie... mi wytlumaczy o co chodzi z tym szmaragdem... ?:)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Limonkowa Śliwa 20 września 2020r. o 2:03
A to trzeba będzie uważnie śledzić losy tajemniczej, ciężkiej skrzynki. Ale musi upłynąć jeszcze trochę wody w Bobrze, zanim sprawy zaczną się rozjaśniać.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Limonkowa Śliwa 20 września 2020r. o 9:02
Z dedykacją dla bolecnauty Jasnożółtego Cząbra, trzymaj się przyjacielu poręczy fotela, bo będzie się działo!
**********************
Mknący z dużą prędkością przez ulice Bolesławca mercedes, lokalizowany non-stop przez ukryty nadajnik GPS, na szczęście nie zwrócił uwagi żadnego z patroli drogówki, tak jak Bolesław wcześniej przypuszczał. Ale kilkoro mijanych o tej późnej porze pieszych mogło zapewne pomyśleć, że to jakiś podchmielony kwiat młodzieży driftuje pordzewiałym szrotem po mieście.

Bolesław zastanawiał się nad otwarciem okna i włączeniem na pełny regulator „You’re My Heart, You’re My Soul” w odtwarzaczu magnetofonowym, którego jak dotąd nie chciało mu się wymontować z deski rozdzielczej, czego wcale zresztą nie żałował. Miał w schowku jeszcze trzy sfatygowane kasety: Modern Talking, Michaela Jacksona i Bajm. Utwory odtwarzane z magnetofonu trzeszczały już co prawda, trochę jak puszczane z płyty winylowej, ale melomański klimacik końca XX wieku był nieziemski i nader sentymentalny. Dla większej satysfakcji przechodniów włączyłby oczywiście „Oczy zielone”, ale zdaje się nie wypuścili tego jak dotąd na kasecie. Radiomagnetofon zaś bluetootha nie posiadał.

Stan zewnętrzny, jak również stan wnętrza auta Bolesława faktycznie pozostawiały wiele do życzenia. Natomiast silnik, podzespoły i ogumienie Bolesław utrzymywał zawsze w idealnym stanie. Dałby sobie uciąć głowę, albo choćby ogolić brwi, że w każdej chwili mógłby swoim autem stanąć w szranki jeszcze z niejednym młodszym automobilem i niejednym młodszym kierowcą. Bolek, kiedy chciał, umiał prowadzić dynamicznie, ale zawsze bardzo pewnie. Szybko, choć niekoniecznie wściekle.

Umiejętności, jak i przyzwyczajenia pozostały mu jeszcze z czasów czynnej służby w wojsku. Gaziki, jeepy, czy humvee, używane w przeróżnych miejscach świata przez jego jednostki, nigdy nie skarżyły się na zabłocone felgi, powgniatane elementy karoserii, czy zakurzoną deskę rozdzielczą. Ale kiedy tylko bebechy pod maską, układ kierowniczy czy układ przeniesienia napędu były choć trochę zaniedbane, czy nieodpowiednio konserwowane, to po prostu psuły się i to w dodatku w najgorszym dla całej misji momencie, czyli najczęściej wtedy, kiedy konieczna była natychmiastowa ewakuacja. Było to w wojsku oczywiście w najwyższym stopniu niepożądane i niedopuszczalne, więc dowódcy wymagali, aby samochody chodziły, a raczej jeździły jak szwajcarskie zegarki. Estetyka floty miała drugorzędne znaczenie i nikt nie kazał szeregowym w ramach porannej rozgrzewki pucować szczoteczką do zębów chromowanych osłon chłodnicy, zwłaszcza, że pojazdy wojskowe nigdy takowych nie posiadały.

Trzeba mieć świadomość, że Bolesław, nawet poddany drastycznym torturom, nie zdradziłby gdziekolwiek, kiedykolwiek, komukolwiek, jakichkolwiek szczegółów swoich misji, wykonywanych w przeróżnych miejscach na świecie, do których bywał delegowany, bądź zgłaszał się dobrowolnie. Nie dowiemy się od niego także, gdzie i kiedy dorobił się dwóch blizn po postrzałach, jednej blizny po odłamku granatu i kilku blizn po niezbyt starannie zacerowanych ranach ciętych, pochodzących głównie od noży. Po strzałce ze środkiem usypiającym żadna blizna mu na szczęście nie została, chyba że na psychice.

Moglibyśmy więc śmiało powiedzieć, że Bolesław wielokrotnie przelewał krew, lecz choćbyśmy nawet wiedzieli, za kogo lub dla jakiej sprawy ją przelewał, to nie moglibyśmy tego nikomu zdradzić. Chyba, że byłaby to ostatnia otrzymana wiadomość w waszym życiu. Wszystkie tego typu informacje zawsze uznawane są bowiem za ściśle tajne. Dość wiedzieć, że kilkakrotnie, a może i nawet kilkunastokrotnie w trakcie służby Bolek miał szansę przejść w stan wiecznego spoczynku i tyle samo razy zostać pośmiertnie odznaczonym czy pośmiertnie awansowanym.

Osiem lat temu, na wyraźne polecenie przełożonych, Bolesław odszedł ze służby czynnej, chociaż bardzo chciał w tej służbie pozostać. Wytłumaczono mu, że muszą go zastąpić nieco młodsi oficerowie. Musiał pogodzić się z faktem, że „młodsi” zaczęło wtedy oznaczać już różnicę niemal jednego pokolenia. Bał się, że jak zacznie się zwracać do rekrutów „Synu”, to w końcu zaczną mu odpowiadać „Tak, ojcze?”. A przecież nie był w wojsku kapelanem. Choć bywało, że decydował się jednak pomodlić przed kolejną planowaną akcją. Często zresztą razem z innymi kompanami. W pewnych sytuacjach oprócz polegania na własnym wyszkoleniu i wyposażeniu, każdemu żołnierzowi zdarza się prosić o boską interwencję.

Bolesław tłumaczył sobie, że po prostu w czasie służby stał się jak stare wino. Niby każdy go chciał, oglądał pod światło, domyślał się jego bukietu, podziwiał i cenił, ale po obejrzeniu decydował, że najlepiej dla wina, jak i dla oglądającego będzie odłożyć butelkę z powrotem na półkę. Niech jeszcze poleży i pokurzy się w piwniczce, niech nabiera mocy. Jednak Bolesław nie mógł czuć się niestety coraz mocniejszy, bo lecące lata z każdym robią to, co robią, czyli zabierają w podróż do stacji starość, z przystankiem na stacji dojrzałość. Ale to swoje wino, to by akurat chętnie Julce otworzył. Może i dwie butelki nawet. I to jeszcze tej nocy.

Zbliżał się już do skrzyżowania Kubika z Kutuzowa. Skręcił w lewo, a przejeżdżając koło parkingu przy cukierni spojrzał na stojący na nim jedyny samochód. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że stał on tam już przed kilkunastoma minutami, kiedy odwoził Julię do domu. Dałby sobie też urwać głowę przy samej miednicy, że wtedy za kierownicą ktoś siedział. Bolesława ogarnął lekki niepokój. Nie trzeba nam tutaj żadnych nocnych dilerów, pomyślał. Zwolnił, zatrzymał auto na chwilę przy krawężniku i na wszelki wypadek przez prawą boczną szybę zrobił telefonem zdjęcie tablicy rejestracyjnej czarnego audi, nie używając flesza.

Korzystając z okazji, chwili postoju i z tego, że wyjął już komórkę, wysłał też do Julii SMS-a z planowaną godziną przyjazdu do jej domu. Chciał pojechać po nią odrobinę wcześniej niż to przedtem uzgodnili. Odpowiedziała tylko sucho „OK”. Mogła się bardziej postarać, kurczę, i dodać coś w rodzaju „Tęsknię”, albo chociaż „Twoja Julia”, ale widać nie miała na to czasu. Pewnie musi zwijać się jak w ukropie, aby zdążyć przed spotkaniem. Kobita to zawsze kobita. Musi mieć przecież zawsze minimum dwie godziny na doprowadzenie się do porządku. Godzinę na ostateczny wybór ciuchów, butów i torebki, a drugą godzinę na co najmniej czterokrotną wymianę tego kompletu.

Bolesław po powrocie zaplanował najpierw przetaszczyć do mieszkania różowy neseser z pożyczonym georadarem i pozostałą zawartością. Potem chciał się przebrać, coś zjeść, przyszykować strój do nurkowania i sprzęt do kopania. Przewidywany czas – trzy kwadranse. Doszedł do wniosku, że mógł spokojnie podać Julce jednak wcześniejszą godzinę spotkania. A może jednak nie? Kobita to kobita. Potrzebuje dwie godziny. Nie mniej.

Wjechał powoli na podwórko, drugi już raz tego wieczora, po czym stanął naprzeciwko swojego garażu. Wyłączył silnik i zgasił światła. Przez chwilę nie docierało do niego to, co widzi. Wysiadł, rozejrzał się po podwórku i wlepiwszy wzrok w oświetloną szparę pod lekko uniesionymi drzwiami garażu, zamarł w nasłuchiwaniu jakichś dźwięków. Kurde, mam włamanie! Ale co z alarmem?! Co za badziewie mi sprzedali!

Poczuł nagle, jakby mu cała krew napłynęła do głowy. Zrobiło mu się gorąco i zaszumiało mu w uszach. Kiedyś to mu się w nerwowych sytuacjach absolutnie nie zdarzało. Postarał się opanować i ruszając przeponą przepompować krew z powrotem do pozostałych części organizmu. Nie pomogło. Pierwszy raz w życiu złapał przestępcę na gorącym uczynku, akurat na włamaniu. I to do jego własnego garażu! Nie do końca wiedział, co ma robić. Czy ewentualnie ma zacząć krzyczeć, jak spanikowana baba? A może od razu zadzwonić na Policję, aby się tym zajęli zawodowcy?

Chciał zamknąć drzwi mercedesa, ale trzema trzaśnięciami mógłby przecież spłoszyć włamywacza, więc powstrzymał się i zostawił je otwarte. Złodziej, bodaj by mu wątrobę pomarszczyło! Jak tylko go dorwie, da mu popalić!!! Policję powiadomi oczywiście, ale trochę później, zaraz po popaleniu. Wyciągnął rękę w kierunku dolnej krawędzi drzwi, krzyknął głośno (sam nawet już nie pamiętał, co) i mocno szarpnął do góry.

Po tym, co zobaczył w środku, wywnioskował, że chyba udało mu się zaskoczyć złodzieja albo jakiegoś medyka. Gościu klęczał plecami do drzwi przy sejfie znajdującym się pod stołem i badał go stetoskopem. A przecież, do cholery, sejfy nie chorują! Znaczy, jednak złodziej. Koleś najwyraźniej planował ukraść coś, co znajdowało się w środku. Czyli ani chybi… odkopaną w lesie skrzynkę. Ale skąd, do diaska, mógł o niej wiedzieć?!

Facet odwrócił się na kucaka i oślepił na moment Bolesława ostrym ledowym światłem z latarki czołowej. A potem rzucił się w kierunku metalowej, makabrycznie rozbebeszonej szafki przykręconej do stołu i ściany po przeciwnej stronie garażu. W świetle latarki przestępcy Bolkowi mignął przez sekundę leżący na stole pistolet. Rozpoznał w nim radziecki wyciszony, samopowtarzalny pistolet PB z przykręconym do niego charakterystycznym tłumikiem i imitującą drewno okładziną rękojeści. Pistolet zmodyfikowany w 1967 roku przez radzieckiego konstruktora Dieragina na bazie dawnego pistoletu PM. Nie wiadomo skąd właśnie w tym momencie szczegóły z dawnego wykładu o rosyjskiej broni nagle przyszły Bolesławowi do głowy. To chyba zastrzyk adrenaliny uruchomił dostęp do starych, zakurzonych pokładów danych na dysku twardym w jego głowie.

Ta sama adrenalina, a może instynkt i wyszkolenie, spowodowały, że jednocześnie z wyskakującym jak żaba włamywaczem, Bolesław w milionowej sekundy również wyskoczył jak sprinter z bloku startowego w kierunku leżącego na stole pistoletu, modląc się, aby w tym oto garażu i w tym oto momencie zdarzył się jakiś nieoczekiwany cud.
***********************
c.d. w kolejnym odcinku
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Limonkowa Śliwa 22 września 2020r. o 23:12
Pani Redaktor Karolino, dajmy w środę ostatni fragment pod szóstym "Julia wraca na Graniczną" i ten spod siódmego "Bolesław odkrywa włamanie". Są dość obszerne, a na sobotę przygotowałem naprawdę ekstra fragmenty. Będzie petarda. Obiecuję.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.