ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4888, 19 kwietnia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Mrowka zaprasza
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


Tylko na Bolcu3 marca 2021r. godz. 17:16, odsłon: 633, Bolec.Info/Bolecnauci
Część w której Waldek wzywa posiłki, podkomisarz dowiaduje się o porwaniu, a Julia próbuje uratować prokuratora.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 52 Mężczyzna wybiera numer telefonu (fot. pixabay)

Już jest pięćdziesiąta pierwsza część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Czterdziesta dziewiąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Jubileuszowa część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Pięćdziesiąta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

W dzisiejszym odcinku Pan M. przybliża nam dramatyczne sceny ze szpitala. Zapraszamy do lektury:


Julia uciskała ranę wlotową na ramieniu prokuratora Pietrzaka, ale krwawienie uparło się i nie chciało ustać. Widocznie kula, która utknęła gdzieś głębiej w ranie, musiała uszkodzić jakąś większą arterię. Julię niepokoił brak możliwości nawiązania kontaktu z prokuratorem oraz całkowity bezwład jego lewej ręki. Obawiała się, że oprócz któregoś z ważnych naczyń krwionośnych, pocisk mógł roztrzaskać kość, a także, co byłoby dużo gorsze, doszło być może do poważnego uszkodzenia nerwów.

W oczekiwaniu na nosze, które, jak miała nadzieję, wkrótce zostaną wysłane z oddziału chirurgii i które spodziewała się dosłownie za chwilę zobaczyć w holu, próbowała nawiązać z siedzącym pod ścianą prokuratorem kontakt wzrokowy i słowny. Od momentu jego omdlenia, czyniła to bezskutecznie. Prawdopodobnie był w sporym szoku, bo oprócz jęków jak dotąd nic konkretnego więcej z siebie nie wydobył. Zarówno Julia, jak i Waldek nie zdawali sobie jednak sprawy, że każda pozyskana od niego teraz informacja mogłaby ocalić komuś zdrowie, a nawet i życie.

Gdy posadzili z Waldkiem ofiarę postrzału przy ścianie, w mgnieniu oka nastąpiła u Julii automatyczna przemiana w ratownika. Zawodowe odruchy zaczęły pojawiać się jeden po drugim. Poza zwyczajowymi czynnościami oceny funkcji życiowych w takich okolicznościach, upewniła się, czy z drugiej strony ramienia oprócz rany wlotowej znajduje się rana wylotowa, ale rękaw, jak i pozostałe tylne części marynarki były całe i wolne od krwi. Stąd właśnie wysnute podejrzenie o poważnym uszkodzeniu kości i nerwów w obrębie stawu barkowego. Kula, która nie opuszcza ciała, z reguły czyni wiele wewnętrznego bałaganu, zanim zatrzyma się w jakimś, często trudno dostępnym dla chirurgów, zakamarku. Jedno było pewne. Kiedy prokurator wyzdrowieje, przez długi czas nie będzie mógł nosić lewą ręką swojej aktówki, ani nawet butelki piwa.

Julia miała przez chwilę okazję przyjrzeć się dokładniej prokuratorowi Pietrzakowi z bliska. Oprócz tego, że był nieprzeciętnie bystry, można go było uznać za całkiem przystojnego, jeżeli tylko ktoś uznałby, że młody Lee Marvin mógł być obiektem westchnień przedstawicielek płci pięknej. A mógł. Przynajmniej Julia tak twierdziła. Podobieństwo do amerykańskiego aktora w okresie jego młodości było dla niej na oko ponad osiemdziesięcioprocentowe. Ciekawe, czy gdzieś tam czeka na biedaka jakaś troszcząca się o niego pani prokuratorowa? Jeśli nie, to mam córkę na wydaniu, panie Lee, w myślach Julia już próbowała swatać Olę z prokuratorem Pietrzakiem.

Podniosła głowę i się rozejrzała. Spodziewana pomoc się spóźniała. Na korytarzu póki co, znajdowali się nadal tylko półprzytomny prokurator, Waldek i ona. Nie licząc oczywiście walniętego w bark i najwyraźniej wcześniej też mocno w dekiel redaktora Skrętkowskiego. Po odgrzebaniu się spod hałdy końcówek od mopa, ręczników papierowych i plastikowych butelek z detergentami, dziennikarz właśnie wyczołgał się ze zdemolowanego magazynka na zewnątrz. Zrobił to na czworakach, a raczej na trojakach, bo jedną rękę miał skutecznie i z własnej nieprzymuszonej woli, wyeliminowaną z użytku. Z wysiłkiem i sycząc z bólu, reporter usiadł przy ścianie. Co ciekawe, znalazł się dokładnie w tej samej pozycji, co prokurator i do tego pod tą samą ścianą, tylko kilka ładnych metrów dalej. Jeszcze kilka osób tak usiądzie i będzie to wyglądało jak kolejka do zabiegowego w poradni chirurgiczno-ortopedycznej.

Niesprawna, prawa górna kończyna lokalnego łowcy sensacji musiała go nieziemsko boleć, bo jęcząc stękał, stękając jęczał i do tego cały czas przytrzymywał lewą ręką prawy łokieć. Być może tylko wybił sobie bark i trzeba mu go będzie nastawić, a być może jego kości zostały pogruchotane, na osobiste życzenie zresztą. Julia nie mogła jednak do niego podejść, dopóki ktoś nie przejmie od niej opieki nad prokuratorem, bo z kolei ten bez jej pomocy mógłby się szybko wykrwawić, a Waldek cały czas chodził z telefonem przy uchu i gadał. Pierwszy telefon wykonał do podkomisarza Kamińskiego prośbą, żeby pilnie pofatygował się na izbę przyjęć. Waldek opisał podkomisarzowi, co zastali z Julią na OIOM-ie i czego będą potrzebować. Podkomisarz prawdopodobne nie chciał mu wierzyć, bo Waldek aż cztery razy musiał powtarzać, że do prokuratora ktoś strzelał. Zaraz potem zaczął dzwonić do wielu nieznanych Julii osób.

Julia zaczynała się coraz mocniej denerwować. Czy nie powinno tu być jakiegoś lekarza albo chociaż pielęgniarki, których powinny zainteresować dramatyczne wydarzenia na tym korytarzu? Przydałaby się jej pilna pomoc. I szalonemu redaktorkowi też.

Julia spojrzała na Waldka toczącego przez telefon oratorskie boje. Nieustannie przechadzał się w tę i we w tę po korytarzu, jakby przebieranie nogami pobudzało mu pamięć i pomagało porządkować oraz formułować myśli. Widać, że cały czas chciał też mieć bezpośrednie otoczenie pod obserwacją. Najwyraźniej niebezpieczeństwo, jego zdaniem, nadal nie było całkowicie zażegnane.

Waldek musiał rozmawiać z samymi wysoko postawionymi osobami, bo kilkakrotnie jak dotąd relacjonował ostatnie wydarzenia i formułował niepokojące podejrzenia. Przedstawiał też swoim rozmówcom konkretne oczekiwania i prośby o pomoc. Kto wie, czy aktualnie nie telefonował nawet do samego ministra obrony, bo niedoszły szwagier Julii był śmiertelnie poważny i oszczędny w słowach. Jego ostatnia relacja była najkrótsza z dotychczasowych, za to najbardziej dramatyczna. Widać było, że wszystkie te wydarzenia solidnie go rozwścieczyły i nie miał już najmniejszej ochoty do żartów i umniejszania istniejącemu zagrożeniu. Waldek z minuty na minutę sam się nakręcał, gdyż w każdej z prowadzonych rozmów żądał wysłania do Bolesławca coraz większych sił. Nic dziwnego. Więcej żądasz, więcej dostajesz, mówi stara kupiecka zasada.

Na swojego współtowarzysza z ABW Waldek nie mógł jakoś niestety jeszcze liczyć, bo Antek, tak jak i Ola, zniknął gdzieś na dobre bez słowa wyjaśnienia. A może bandyta uciszył także i agenta Moczydłę, kiedy i ten mu się po drodze napatoczył, a zwłoki biednego Antka kruszeją gdzieś na strychu w starej części szpitala. Jak ten Waldek to wszystko tutaj sam ogarnie, jeżeli faktycznie okaże się, że jego kumpel został skutecznie wyeliminowany, zastanawiała się Julia. Pomiędzy wykonywanymi telefonami Waldek próbował także namierzyć telefonicznie Antka, lecz jak dotąd bezskutecznie. A więc to może być prawda, że albo ktoś go brutalnie wyeliminował, albo przynajmniej uziemił jego telefon.

Biorąc pod uwagę wciąż rosnącą desperację Waldka oraz jego nadzwyczajne zdolności przekonywania, można było wkrótce spodziewać się w Bolesławcu dwóch dywizji piechoty, pułku artylerii, a może do tego przyfrunie jeszcze z osiem myśliwców F-16 i nastąpi desant zielonych ludzików na tyły wroga. Julia obawiała się, że dalsza eskalacja żądań może doprowadzić w końcu także do prośby o wyprzedzający atak międzykontynentalnych pocisków balistycznych z wielokrotnymi głowicami atomowymi.

Oj, to by było raczej niefajnie. Czyżby Bolesławiec miał zostać wkrótce zrównany z ziemią i wymazany z map? A wszystko to przez głupie pomysły jej i Bolka! No, dobra. Tylko przez te JEJ pomysły… Się księżniczce zachciało klejnocik, no i masz babo placek. Same ofiary.

Właśnie… A co z Olą? Dlaczego właściwie pozwoliła jej zabrać prawdziwy szmaragd i odwieźć pana Rybkę wraz z wartym fortunę świecidełkiem do jego domu? Jezus Maria, a jeśli ten drań i ich śledził i postanowi zlikwidować? Trzeba koniecznie ostrzec Olę, postanowiła Julia. Jej córka powinna przecież znajdować teraz gdzieś w szpitalu, próbowała sobie tłumaczyć Julia. Kurczę, a ja nie mam nawet jak zadzwonić, bo telefon został w domu. W końcu drzwi na końcu korytarza się otworzyły. O, właśnie nadchodzi siostra Żaneta, zauważyła Julia. Przyda mi się jej pomoc. No i trzeba ją zapytać, gdzie będzie można znaleźć Olę.

Siostra Żaneta, jak na swoją tuszę, szła całkiem szybko i lekko, jakby unosiła się w powietrzu. Musiała nauczyć się na tym oddziale, że chorzy potrzebują oprócz dobrej i miłej, całodobowej opieki, także spokoju i wypoczynku. Dlatego zawsze miała na nogach miękkie obuwie, a nie jakieś toporne, stukające chodaki. Julia uśmiechnęła się, ponieważ właśnie sobie wyobraziła obrazek siostry Żanety na zajęciach z baletu. Na moment przymknęła oczy i w swojej wyobraźni przeniosła się do szkoły baletowej. Korpulentna siostra Żaneta stała w rzędzie z kilkuletnimi tancereczkami przed wielkim na całą ścianę lustrem i jak one trzymała się specjalnej poręczy. Ubrana w ciasny, różowy kostium z błyszczącego dżerseju z krótką, brokatową spódniczką z tiulu, sprawnie uniosła nogę do tyłu oraz obie ręce i stała w pozycji arabesque, z taką samą gracją i koordynacją, jak sięgające jej do pępka dziewczynki.

Po chwili Julia potrząsnęła głową i powróciła do rzeczywistości. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ubiór baletnicy zamienił się z powrotem w pielęgniarski, różowy fartuch rozmiaru XXL. Ciche obuwie siostry Żanety było kompletne, co oznaczało dodatkowo, że niestety żaden z jej pantofelków nie pozostał gdzieś zgubiony na schodach. Widocznie to nie ta bajka.

Zanim siostra Żaneta przeszła całą długość korytarza i dotarła do Julii, nie mogła jeszcze z tak daleka zorientować się, że jej miejsce pracy zostało częściowo zdemolowane i dodatkowo stało się areną brutalnych porachunków. Zaniepokoiła się kroplami świeżej krwi na posadzce, prowadzącymi do kucającej przy kimś Julii, jej znajomej czuwającej od kilku dni przy pacjencie, dochodzącym do siebie w jednej z sal jej oddziału. Siostra szła, ze zmarszczonym czołem przyglądając się plamom na podłodze, a kiedy mijała ubikację, nieoczekiwanie nachyliła się ku drzwiom i czegoś przez chwilę nasłuchiwała. Jakby chciała sprawdzić, czy ktoś przebywa aktualnie w środku. Wyglądało jednak na to, że nie chciała skorzystać z toalety, bo na widok zastanej przed sobą krytycznej sytuacji przyspieszyła kroku i po kilku sekundach znalazła się przy Julii.

- Pani Julio! Pani tutaj? Przecież miała pani być na izbie przyjęć! – siostra spojrzała najpierw na czerwony rękaw marynarki prokuratora, a potem na jęczącego dziennikarza w oddali. – Rany boskie, mieliśmy jakiś atak terrorystyczny, czy jak? Trzeba dzwonić na policję!

- No właśnie, niech siostra spojrzy, jaka jatka! Ale przysięgam, to nie moja sprawka! - zarzekała się Julia. Zaczęła się zastanawiać, gdzież to mógł podziać się podkomisarz Kamiński. Miał przecież tylko iść na parking i przeszukać samochód Oli! – A policja już jest na terenie szpitala, siostro. I nie tylko policja. Mamy tu na ten przykład prokuratora, tyle że chwilowo niedysponowanego – Julia kiwnęła głową na rannego, któremu cały czas uciskała ranę.

- A ten tam, co wygląda jakby został potrącony przez ciężarówkę? – zapytała siostra Żaneta, sięgając do kieszeni fartucha i wyjmując swój telefon. – Także zdaje się potrzebuje pomocy…

- Pan Wścibski, reporter, który został nakryty przez nas na robieniu Bolkowi zdjęć do swojego następnego sensacyjnego njusa. Przestraszył się i ścigany przez Waldka próbował przejść przez drzwi, nie używając klamki – Julia lekko uśmiechnęła się na myśl o bezkresnej pomysłowości redaktora Skrętkowskiego. – Lepiej niech siostra nie pyta, po co. Pierdyknął w te drzwi barkiem i teraz obaj potrzebują pilnej pomocy, ale prokurator zdecydowanie bardziej. Niechże wreszcie dają tutaj te nosze, bo człowiek zaraz się nam wykrwawi!

- Spokojnie, moja kochana – próbowała Julię uspokajać siostra Żaneta, wybierając przyciskiem jeden z zapisanych numerów i przykładając aparat do ucha. – A nie było tu lekarza? Ani takiego nierozgarniętego młodzieńca? Ani doktor Oli?

- Absolutnie nikogo – Julia zdziwiła się tymi pytaniami.

- Dziwne. Zostawiłyśmy na oddziale doktora Butaniego w dyżurce i tego agenta w WC, kiedy poszłyśmy z doktor Olą poszukać pani na izbie przyjęć. Ale pani doktor zawróciła, bo zostawiła swój telefon u mnie w dyżurce… Halo?

Połączenie zostało nawiązane, a siostra Żaneta lekkim wrzaskiem poprosiła o dwie pary noszy na OIOM i pilne powiadomienie chirurgii. Króciutko wspomniała oczywiście w jakim stanie są ofiary. Po chwili wykonała także kolejny telefon do ochroniarzy w drugiej części budynku. Zreferowała zastaną sytuację, domagając się przeczesania całego szpitala i otoczenia budynków w poszukiwaniu podejrzanych osób oraz sprawdzenia monitoringów. Ktoś, kto nie wiedział, że siostra Żaneta jest zwyczajną, choć niezwykłą pielęgniarką w powiatowym szpitalu, na pewno mógłby wziąć ją za dowódczynię jakiejś skomplikowanej operacji, wydającą rozkazy kilkuset podlegającym podwładnym. Po rozłączeniu, jak gdyby nigdy nic wróciła do rozmowy z Julią.

- ... a po drodze na chwilę zaszłam do sklepiku, po słodką bułkę. Kiedy wreszcie dotarłam na izbę przyjęć, nie zastałam tam pani, ani nie doczekałam się doktor Oli, więc wróciłam. Ledwie kilka minut mnie nie było, a tu jakby bomba eksplodowała. Niech pani chwilę zaczeka. Pobiegnę po opatrunki, a przy okazji z ciekawości sprawdzę gabinet lekarza i wychodek. Może nasze zguby się odnajdą… – podsumowała siostra Żaneta i odeszła w kierunku gabinetu lekarskiego. Jej miejsce po krótkiej chwili zajął Waldek, który skończył wszystkie swoje rozmowy i już cały mógł oddać się do dyspozycji.

- Co ze Zbyszkiem? W czymś ci pomóc? – zwrócił się do swojej niedoszłej bratowej.

- Na razie daję radę, Waldek. Czekamy na nosze – wyjaśniła bieżącą sytuację Julia. – Siostra Żaneta powiadomiła kogo trzeba. Niestety, prokuratora trzeba od razu na stół, Waldek. Może to wydaje się z zewnątrz niegroźne, ale kula utkwiła gdzieś w ciele, a rana cały czas mocno krwawi. A to nie wróży zbyt dobrze…

- Nie uprawiajmy od razu czarnowidztwa. Dzwoniłem do podkomisarza Kamińskiego – rzekł Waldek. – Nie mógł uwierzyć w to, co mu powiedziałem. Myślał, że sobie z niego żarty stroję. Podkomisarz po dokładnym sprawdzeniu stwierdził, że pod samochodem twojej córki nie było nadajnika, więc być może to nie nasz poszukiwany narobił tego bałaganu. Ale ja wiem, że to on – Waldek westchnął, a na jego czole pojawiły się bruzdy. – Gość jest niesamowicie szybki i do tego bardzo inteligentny. Osobiście stawiam na wyszkolenie zdobyte w jakichś siłach specjalnych. Nawet Bolek mu nie dał rady, a do cherlawych nie należy.

- Waldek, mam jakieś takie złe przeczucie. A twoim zdaniem, co ten bandyta tu w ogóle robił? – Julia obserwowała jak siostra Żaneta znika na moment w pokoju pielęgniarek, a potem przechodzi do pokoju lekarza. Za moment siostra wróciła na korytarz, pokazała jej kciuk w górę, a potem podeszła jeszcze do zamkniętych drzwi toalety, delikatnie zapukała i nadstawiła ucha.

- Po pierwsze, w samochodzie Oli był nadajnik, ale został stamtąd zabrany. Po drugie, prokurator miał z nim bliskie spotkanie na klatce schodowej przed wejściem na OIOM, co mogło świadczyć, że chciał tu oprócz pozbycia się lokalizatora jeszcze coś załatwić. A według mnie raczej kogoś…

- Waldek, czy ty twierdzisz, że prokurator niemal zginął, bo przeszkodził temu bandycie odesłać Bolka na tamten świat? – Julia przełknęła ślinę ze strachu. – To znaczy, że facet na bezczelnego władował się do szpitala z zamiarem skończenia tego, co zaczął?

- Zdaje się, że tak. Jak się okazało, to tylko dzięki temu dziennikarzowi prokurator wrócił tu i natknął się na tego Jacenkę. Ten wasz bandyta zagrał nam wszystkim na nosie. Robi się coraz bardziej pewny siebie i niebezpieczny. Niedobrze, Julia. Oj, niedobrze…

- Co masz na myśli? – Julia odwróciła się w stronę Waldka i spojrzała mu prosto w oczy.

- Czuj się ostrzeżona, Julia. Nikt z was nie może być bezpieczny, dopóki ten Jacenko nie popełni jakiegoś błędu i nie uda się go nam namierzyć. Ani ty, ani twoja córka, ani ktokolwiek, kto był lub jest w tą sprawę zamieszany – Waldek postanowił uczciwie wyłożyć Julii, czego od niej oczekuje. – Musisz się zgodzić, żebyśmy wam zapewnili ochronę. Lepiej, żebyście z Olą przez parę najbliższych dni nie wałęsały się po mieście. Chyba, że macie ochotę stać się przynętą, co moi koledzy skwapliwie zechcieliby wykorzystać. Ale nie sądzę, żebyś naprawdę chciała narażać życie swoje, swojej córki i wujka, prawda?

Julia nie zdążyła udzielić tak oczywistej odpowiedzi. Zauważyła, że siostra Żaneta coraz głośniej i dobitniej próbuje się dostać do ubikacji, ale drzwi ktoś musiał zamknąć od środka. Siostra Żaneta stała jeszcze kilka chwil przed drzwiami, jakby oceniała możliwe do zaakceptowania straty, gdyby jednak konieczny był siłowy szturm na toaletę, ale chyba odpuściła i wróciła do Julii i Waldka.

- Okazuje się, że doktor Butani był cały czas w swoim gabinecie, ale nic nie słyszał, bo miał słuchawki na uszach. Podobno w wolnych chwilach uczy się wymowy w naszym języku – relacjonowała siostra Żaneta zakończony rekonesans. – Ten młody, średnio bystry pana kolega nadal siedzi w toalecie. Twierdzi, że się czymś zatruł i nie chce jeszcze wychodzić. Ale nie dodzwoni się pan do niego, bo powiedział, że utopił swój telefon w klozecie. Ten młodzieniaszek próbował mnie ściemnić, że ktoś do niego zadzwonił, on niepotrzebnie odebrał połączenie i telefon mu się z rąk wyślizgnął. Ale ja tam wiem swoje - siostra Żaneta uśmiechnęła się pod nosem.

- A Ola? Czy ktoś w ogóle wie, gdzie może być teraz moja córka? – dopytywała się zdenerwowana Julia, zamieniając rękę uciskającą ranę.

- Nie mam pojęcia – odparła siostra Żaneta i sięgnęła do kieszeni fartucha. Wyciągnęła z niej smartfona w różowym etui, którego Julia natychmiast rozpoznała – Ale skoro jej telefon nadal leżał u mnie na biurku, wnioskuję, że nie dotarła z powrotem na oddział.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się z hukiem i w oddali pojawiło się kilka osób personelu pchających dwie pary noszy. Tuż za nimi Waldek zobaczył biegnącego podkomisarza Kamińskiego. Zadyszany policjant z dochodzeniówki zatrzymał się przed nimi, pochylił do przodu i wykonał kilka oddechów. Wreszcie wyprostował się, popatrzył po wszystkich i powiedział:

- Jacenko ją porwał! Przed chwilą dzwonił do mnie aspirant Świgoń. Powiedział, że dziewczyna niedawno skontaktowała się z nim z bagażnika auta porywacza!

Wszyscy spojrzeli w tym momencie pytająco na podkomisarza, a potem na trzymanego nadal przez siostrę Żanetę różowego, lekko sfatygowanego Samsunga S9.


Ah te dziewczyny, tak łatwo dają się porwać, że nie wiadomo o którą ostatecznie chodzi. Czy dwóch kulturystów pomoże Żaklinie i uratuje Olę? Czy podkomisarz i agent ABW dadzą radę złapać Jacenkę? Co jeszcze spotka naszych bohaterów? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie ich dalsze losy! Czy zgadzacie się z Julią, że młody Lee Marvin jest przystojny?

Bolecnauta Pan M. wciąż zaskakuje nas swoimi pomysłami, niezwykłą wyobraźnią i licznymi żartami! Cieszymy się, że razem z nami czytacie i emocjonujecie się tą historią!

Kolejny odcinek już w sobotę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).


Pokaż/ukryj komentowany tekst

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Brązowopłowa Brzoza   5 marca 2021r. o 18:11

~Brązowopłowa Brzoza

Postów:

Niestety nie spłodzę kolejnego odcinka na jutro, bo rozłożyła mnie choroba. Może coś skrobnę na środę... Bardzo wszystkich za to przepraszam. Pozdrawiam, M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Fioletowoczarna Serduszka   5 marca 2021r. o 19:07

~Fioletowoczarna Serduszka

Postów:

No to trzymaj się Imperatorze, walcz z zarazą, jakkolwiek się ona zwie. Poczekamy, a może w tej malignie ulęgnie coś, czego nikt się nie spodziewa. Zdrowiej M. (A)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Karmazynowa Magnolia   10 marca 2021r. o 11:47

~Karmazynowa Magnolia

Postów:

Co u Ciebie M? Po tym jak ten rtęciowy termometr dokonał żywota i w asyście straży pożarnej udał się w nieznane nam miejsce spoczynku, przeszło mi przez głowę, że czas się zainteresować Twoją szacowną osobą. Bez względu na to czy coś tam stworzyłeś czy nie, liczę że Moc jest z Tobą. (A)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Bladoróżowa Bergenia   10 marca 2021r. o 12:51

~Bladoróżowa Bergenia

Postów:

Dzięki za troskę. Jest Moc. Dzisiaj będzie właściwie bez dialogów. Ale końcówka może zaskoczyć :)
Pozdr
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Bladoróżowa Bergenia   10 marca 2021r. o 13:06

~Bladoróżowa Bergenia

Postów:

No i dzięki za podbicie odsłon! ;)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bladoróżowa Bergenia   10 marca 2021r. o 15:10

~~Bladoróżowa Bergenia

Postów:

Gdyby tak miało wyglądać życie wieczne po śmierci, to ja dziękuję, nie wybieram się na tamten świat, pomyślała Ola, wolę żyć wiecznie na tym padole. Obojętne, kto by ci tego nie wmawiał: naukowiec, kaznodzieja czy sprzedawca dragów, nie daj się zwieść, że światełko w tunelu doprowadzi cię do ciepłej, słonecznej, szczęśliwej, niebiańskiej krainy. Do Elizjum, pokrytego falującymi łąkami, wypełnionej puchowymi chmurkami i pląsającymi między nimi cherubinkami z maleńkimi lirami. To bajki, fantazje, mity greckie albo tylko biblijne przypowieści. Pic na wodę, fotomontaż. Religijny Matrix. Demo.

A gdyby jednak niebo z ludzkich wyobrażeń czy wierzeń istniało, to na pewno miejsce, w którym Ola się ocknęła, znajdowało się po jego przeciwnej stronie. Absolutna ciemność, zimno, wilgotno. Tak może co najwyżej być w głębi Hadesu, piekieł, jak zwał, tak zwał. No i ta cisza, ale nie taka do końca dzwoniąca w uszach. Skądś dochodził jakiś cichy pomruk, a może raczej buczenie jakby w pobliżu znajdował się jakiś wielki transformator. Choć bardziej brzmiało to jak słyszany przez sen dźwięk silnika samolotu w trakcie lotu, podczas którego zmorzyło cię i zasnąłeś w ciasnym fotelu klasy ekonomicznej.

Ale to wszystko to jeszcze żaden problem, kontynuowała wewnętrzne dywagacje Ola. Da się znieść. Nie do wytrzymania były dla Oli dwa inne odczucia. Ogromny smród i jeszcze większy ból głowy. Jej pulsująca czaszka zdawał się pękać w szwach. Miała wrażenie. że każda próba skrętu szyją skończy się odpadnięciem kiepsko przykręconego przerdzewiałymi śrubami czerepu. Z drugiej strony może to i lepiej, bo razem z głową odpadłby jej nos i straciłaby też zmysł powonienia. Zaczęła przeklinać swój wrażliwy węch, który normalnie pozwalał jej odróżnić różne delikatne nuty perfum, dzięki czemu jak dotąd każdy prezent z drogerii dla mamy był zawsze trafiony.

Fetor dochodzący do jej nozdrzy był niemożliwy do zniesienia. W trakcie praktyk na studiach medycznych miała wątpliwą przyjemność zapoznać się z odorem rozkładających się zwłok i innych materii pochodzenia organicznego. Ale zdawała sobie sprawę, że zawód jaki wybrała będzie wiązał się nieodłącznie z koniecznością kontaktu z nie zawsze higienicznie zadbanymi chorymi lub nie zawsze pachnącymi konwaliami nieboszczykami. Musiała tylko nauczyć się blokować receptory węchowe.

Wypracowała sobie własną, skuteczną metodę walki z nadwrażliwością na bodźce. Najpierw zmieniała system oddychania. Starała się szybko wdychać powietrze przez usta, a powoli wydmuchiwać nosem. Dodatkowo usiłowała się mocno skupiać na czymś innym, całkowicie nie związanym z daną sytuacją, niemal kompletnie przenosząc się w inną, równoległą rzeczywistość. Skupienie się na czymś odległym przeważnie pomagało. Nie na długo, ale zyskiwała wystarczająco dużo czasu na dokończenie obdukcji czy zabiegu.

Ktoś mógłby porównać to do odlotu na haju, ale nie Ola. Nigdy nie tknęła nawet trawki. Przy twardym spojrzeniu na życie i stawianiu czoła temu, co się spotyka, nie potrzebujesz ścieżki na skróty, pozornie tylko łatwiejszej i przyjemniejszej. Tym bardziej, kiedy zawsze z boku stoi ktoś, kto w razie potrzeby podtrzyma cię za łokieć i pomoże postawić kilka następnych kroków, abyś się nie przewrócił. Jeśli ktoś taki jest w pobliżu i to dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujesz, to znaczy, że miałeś szczęście mieć taką matkę, jak mama Oli. Rodzic i przyjaciel w jednym. Opoka, bastion, port macierzysty. Tylko dlaczego kiedy doroślejesz, tak szybko przestajesz matkę traktować w ten sposób? Pewnie dlatego, że Ona nigdy nie przestaje cię traktować jak dziecka. Dziecku trudno to pojąć. Ale czy matkom łatwiej?

Przypomniała sobie nieoczekiwanie, kiedy jeszcze jako mała dziewczynka, próbowała, nieskutecznie zresztą, blokować receptory łaskotkowe, kiedy mama gilała ją pod paszkami. Niby starała się bronić przed palcami mamy i uciekała na swoich jeszcze wtedy krótkich nóżkach, chowając się gdzieś za meble, ale ostatecznie dawała się złapać i poddawała wyczekiwanym pieszczotom. Uwielbiała ich wspólny, głośny i nieskrępowany śmiech, czasem aż do łez. Jakże teraz chciałaby wtulić się w pachnące włosy mamy i zasnąć na jej spracowanych, cierpliwych rękach… Poprosić, aby ją czule pogłaskała po głowie i przeprosić, że ostatnio była dla niej taka wredna… A’propos, co z mamą i wujkiem? Co tam się stało u nas w domu?

Oli zachciało się płakać. Trochę z tęsknoty, a trochę z bezradności. I spore trochę z powodu bólu głowy. Poczuła spływającą łzę. Chciała sięgnąć do policzka i ją wytrzeć, ale ręce miała boleśnie skrępowane za plecami, a plecy ułożone poziomo względem podłoża. A właśnie. Przecież trzeba się wziąć w garść i przeanalizować swoje położenie. Dosłownie i w przenośni. Stwierdziła, że leży na prawym boku, na czymś twardym, ale nie była to betonowa posadzka. Oprócz rąk, nie mogła także poruszyć nogami, równie mocno skrępowanymi w kostkach. Zaciśnięte więzy jakiegoś sznurka czy drutu boleśnie wpijały się w gołą skórę, a każda próba uwolnienia mogła przeciąć naskórek i pozbawić ją części którejś z kończyn. A chciała uniknąć wykrwawienia się przez odciętego kikuta, więc na razie wolała jednak się nie ruszać.

Jej antyfetorowa metoda oddechowa usta-wdech nos-wydech okazała się aktualnie niemożliwa do zastosowania. Do jamy ustnej Ola miała wepchnięty bowiem jakiś miękki, szmaciany gałgan. Język przyciśnięty do dolnego podniebienia zdrętwiał jej całkowicie. Dodatkowo usta miała zaklejone jakąś szeroką taśmą, więc nawet gdyby jej język funkcjonował prawidłowo, to i tak nie dałoby się tego knebla wypchnąć, co potwierdzało w zasadzie stuprocentową skuteczność tej, widzianej wielokrotnie w filmach, metody uciszania ofiar porwań. Znaczy, że porywacz nie chciałby, żeby krzyczała. A to znaczy, że boi się, że gdyby krzyknęła, to ktoś mógłby ją usłyszeć. Więc to z kolei oznacza, że za wszelką cenę trzeba się odkneblować i bezzwłocznie zacząć krzyczeć, zanim tu sczeźnie i zamieni się w rozkładające się zwłoki.

Nie ulega wątpliwości, że właśnie stała się ofiarą porwania. No cóż, zdarza się. Porywać wszak rzeczą ludzką. Pozostaje tylko mała drobnostka. Dowiedzieć się, po co ktoś mógł zapragnąć ją uwięzić. Wtedy przynajmniej będzie w stanie oszacować szanse na to, że uda się jej przeżyć. Z męskiego punktu widzenia, byłaby nawet w stanie zrozumieć zachowanie spotkanego na szpitalnym korytarzu faceta w płaszczu. Zobaczył młodą dziewoję, od pierwszego wejrzenia przepełniło go nagłe uczucie i stając się mimowolnym kleptomanem, po prostu ukradł sobie kobietę, żeby rozładować napięcie. Cóż, jest i taka jednostka chorobowa. Ma nawet swoją klasyfikację. A może to dewiacje seksualne? Ale tak o, w biały dzień? Dziunię na plecy i w nogi? Meandry ludzkiej psychiki są kręte, ale żeby aż tak?

Raczej nie chodziło o złodziejstwo, ani o popęd seksualny. Za proste by to było. To z pewnością nie był przypadek, ani żadna impulsywna improwizacja. Wyglądało raczej na zaplanowane działanie. Tylko wciąż zastanawiające są te dziwne słowa. Nie pasujące absolutnie do kontekstu. Trzeba koniecznie pogłówkować tą bolącą łepetyną i przypomnieć sobie, co facet wtedy powiedział. Jak to było? „Czy twój ojciec cię skrzywdził, Natasza? Nie bój się. Ja cię przed nim obronię”. Tylko „ojciec” się w tym zgadzał, bo znajdował się wtedy kilkanaście metrów dalej od nich. Reszta to chyba jakaś sfinksowa zagadka, rozwiązywalna tylko dla Roberta Langdona. Co to za Natasza? Może to jest imię klucz? Może trzeba spróbować przejąć kontrolę nad sytuacją i zagrać tą jego Nataszę? Szkoda, że nie studiowałam psychologii, stwierdziła Ola zawiedziona.

A może chodzi zwyczajnie o pieniądze? Ona, Aleksandra Wilczyńska, na koncie bankowym miała niecałe trzy i pół tysiąca złotych, więc jeśli facet w płaszczu porwał ja dla kasy, to się raczej zbyt sowicie nie obłowi. No to po co ją skrępował i zamknął? Chyba nie dla tej ćwiartki domu w Głogowie, którego była właśnie w takiej części prawowitym posiadaczem? Przecież babcia nie zgodzi się, żeby zamieszkał z nią jakiś bandyta. Nawet w jednej czwartej domu. No bo pozostanie jeszcze kwestia korzystania z jednej łazienki i określenie pór przygotowywania posiłków w kuchni… Zaraz, co ja bredzę! Mózg mi fiksuje, poważnie zaniepokoiła się Ola.

No dobrze. To po jaką cholerę podejrzany typ wyniósł ją ze szpitala, wiszącą na jego plecach, jak worek kartofli? Nie wisiała nikomu kasy, nie była podwójnym szpiegiem, nie uwiodła niczyjego męża ani nie była córką milionerów… A może jednak? Może kiedyś, tuż po urodzeniu, została podmieniona w szpitalu i tak naprawdę powinna nazywać się Rothschild albo Gates? Takie historie się przecież zdarzają. Co z tego, że głównie w filmach?

Finanse mamy znała doskonale. Zapewne lepiej niż sama mama. To ona nauczyła mamę obsługi konta bankowego przez Internet. Mimo, że w końcu mama pojęła o co biega w bankowości internetowej, to w ich domu i tak Ola musiała wklepywać wszystkie rachunki do zapłacenia. Znała więc z grubsza stan konta swojej mamy. Stąd wiedziała, że i jej saldo z pewnością nie mogło stać się przedmiotem pożądania żadnego oprycha, chyba że marzyłby o sprawieniu sobie nowego markowego ekspresu do kawy z młynkiem ceramicznym i funkcją spieniania mleka.

No dobra, mama do krezusów nie należy. Ale może babcia mogłaby wyłożyć jakąś gotówkę za ocalenie swojej wnuczki? Chociaż z drugiej strony… Po ostatniej rozmowie i napaści słownej na babcię Basię, Ola wcale by się nie zdziwiła, gdyby babcia jednak nie wypchała walizki żywą gotówką, a za to w odwecie za podłe potraktowanie jej podczas ich ostatniej rozmowy telefonicznej, zdecydowała zostawić swą niewdzięczną, choć jedyną wnuczkę, na pastwę losu i na łaskę porywacza. A gdyby jednak zgodziła się ją wykupić, to ciekawe, na ile zgodziłaby się wycenić jej życie? Znając babcię, Ola była przekonana, że jeszcze by chciała jakiś rabat wynegocjować na okupie za wnuczkę. Może to i dobrze, że póki co humor Oli nie opuszczał. Choćby i czarny.

Ja groszem nie śmierdzę, mama kasy za wiele nie ma, babcia może się okazać zbyt chytra. A ojciec? Ola dotąd nic o nim wiedziała. Teraz zmieniło się tylko tyle, że dowiedziała się, że żyje i że jest bardzo do niego fizycznie podobna. Ale czy on może być aż taki forsiasty? Tutaj? W Bolesławcu? Milioner? Chyba tylko z przypadku. Chociaż, kto wie, może kiedyś był wielkim podróżnikiem i trafił gdzieś tam kiedyś na Alasce na żyłę złota? Tylko, czy Ola dożyje, aby wysłuchać jego awanturniczo-przygodowych relacji z podróży na Dziki Zachód lub do źródeł Amazonki? A może to daleki kuzyn Indiany Jonesa? Fajnie by było. Szkoda, że go tu nie ma.

Ola spróbowała sobie przypomnieć i odtworzyć ostatnie minuty przez porwaniem. Na szczęście, mimo mocnego uderzenia w głowę, nie miała dziur w pamięci. Już po chwili zastanowienia mogła ocenić, że tak naprawdę mało było prawdopodobne, aby porywacz stał tam sobie w szpitalu tak po prostu i cierpliwie na nią czekał. Czy to nie było tak, że gościu z blizną miał zamiar właśnie wejść na oddział? Czy to możliwe, że jej najście zmieniło jakieś jego zbrodnicze plany? Jeśli tak, to co zamierzał robić za tym drzwiami? A co, jeśli miało to związek z napadem, po którym jej ojciec niemal stracił życie i trafił do szpitala?

Jezu, a może to nawet ten sam facet? Może przypadkiem zapobiegła kolejnemu nieszczęściu? Może niechcący uratowała życie własnemu ojcu? Ale co jej teraz po tej satysfakcji, kiedy za chwilę może stracić swoje własne życie? No dobra, ale skoro coś jej ojcu groziło, to dlaczego policja nie przyznała mu ochrony? Pewnie nie spodziewali się, że w miejscu, jak by nie było publicznym, napastnik zdecyduje się powrócić i ponownie zaatakować. A skoro ten bandyta wrócił, to znaczy, że albo chciał dopaść i uciszyć swą niedoszłą ofiarę, albo przyszedł po coś, czego wcześniej nie znalazł. Może po jakieś informacje? W co ten ojciec się wplątał, do cholery? Jeszcze nie zdążyła go odzyskać, a już miałaby go stracić? No, a co w tym wszystkim robi mama? Może ona też ma coś z tym wspólnego? To jej ostatnie, podejrzane znikanie z domu w ostatnich dniach, skryte rozmowy telefoniczne i ogólne zachowanie. Teraz widać wyraźnie, że to wszystko z pewnością jest jakoś ze sobą powiązane.

Trochę dużo tych pytań. Zbyt wiele. Ale tak to jest, jak się przed kimś próbuje coś uparcie ukrywać. Intuicja podpowiadała Oli, że wszystko to stanowi elementy jednego obrazka, jak w puzzlach. Ale czemu nikt jak dotąd nie usiłował jej w to wszystko wtajemniczyć. Co oni sobie wszyscy myślą? Że nie jest częścią ich życia i nie zasługuje na prawdę, czy co? Znowu będzie się musiała na kogoś zdenerwować za jakieś rodzinne sekrety? O ile uda się jej ocalić z tego swój tyłek nienaruszony, to wszyscy dostaną za swoje. Na razie jednak trzeba pilnie o ten tyłek samemu się zatroszczyć. Póki co, nie miała na kogo liczyć.

Która to w ogóle może być godzina? Ile czasu mogła być nieprzytomna? Z doświadczenia wiedziała, że po urazie głowy okres utraty świadomości najczęściej trwa od kilku do kilkunastu godzin. A potem dość często zdarzają się problemy z pamięcią, zwłaszcza z chwil tuż przed zdarzeniem. Ale ona doskonale wszystko pamiętała. Jednak głowa nie przestawała boleć. Może to od pracy szarych komórek? Trzeba przestać myśleć i zacząć działać. Tylko co w jej opłakanej i beznadziejnej sytuacji w ogóle można zrobić? Gdyby Houdini był jej ojcem, to co innego. Za dwie, no maksymalnie trzy minuty, pozbawiona więzów mogłaby już podziwiać obłoki i słuchać ptaków.

Co to w ogóle za śmierdzące miejsce. Czy jest tu ktoś? Chciała zapytać, ale tylko cichutko zamruczała.

Wtem gdzieś obok rozległ się jakiś szelest. I ktoś zajęczał. Ewidentnie człowiek. Porywacz? A może, co nie daj Boże, jakaś druga oferma, która dała się temu bandycie z taką łatwością uprowadzić? Może facet porywa kobiety hurtem i jakiś harem będzie tu zakładał? Ech, słaby ten żart.

Drugi żyjący i przebywający w tej ciemności obiekt chwilę pomruczał, postękał i Ola usłyszała głośny dźwięk wyplucia czegoś, co cicho upadło na podłogę. Natychmiast potem nastąpiło kilkunastokrotne kaszlanie i jednoczesne wypluwanie śliny. Czyżby ten tajemniczy Ktoś właśnie próbował pozbyć się jakichś resztek swojego knebla i próbował przywrócić język do normalnej funkcjonalności?

- Ola? Jesteś tutaj? Żyjesz? – zapytała w końcu mocno schrypniętym, ale ewidentnie młodym głosem jakaś osoba za plecami Oli.

Ta młoda, plująca Ktosia ją znała. I Ola znała skądś ten głos, tylko za Chiny Ludowe nie mogła sobie przypomnieć, skąd?

‐---‐------------------
Pozdrawiam
M.
Sorry za sobotnią niedyspozycję

Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bladoróżowa Bergenia   10 marca 2021r. o 15:12

~~Bladoróżowa Bergenia

Postów:

Trudno się edytuje wpisy w smartfonie ;)
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1