ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4887, 18 kwietnia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

reklama

BolecForum


Zgłoszenie treści posta do moderacji

Zgłaszający:

Temat dyskusji: Tajemnica szmaragdu

Treść posta:
Kontemplując wszystkie wady i zalety wyglądu Bolesława, Julia stwierdziła, że z nią życie obeszło się dużo łagodniej. Nie była już co prawda tak szczupła, jak po maturze, ale jeszcze niejedna nastolatka mogłaby pozazdrościć jej figury. Dzięki regularnym ćwiczeniom i wycieczkom rowerowym miała także niezłą kondycję, a gdy usłyszała za sobą nieco już świszczący oddech Bolesława, obróciła się i zobaczyła, że kompan zaczyna wyraźnie zostawać z tyłu. Zwolniła więc dyskretnie kroku, aby Bolek mógł się z nią zrównać.
- Co tam, Bolo? Puchniesz? Z kondychą już nie tak, jak kiedyś, kiedy pracowałeś w jednostce?
- To nie to. Po prostu neseser jest ciężki i niewygodny - odparł Bolesław, przekładając walizę sprawnym ruchem z jednej ręki do drugiej. – Może trzeba było tu jednak podjechać samochodem?
- Wtedy wyglądałoby to o wiele bardziej podejrzanie. A tak, to tylko w razie czego powiemy leśniczemu, że wybraliśmy się do lasu na grzyby z takim specjalnym koszykiem. – oboje wybuchnęli stłumionym śmiechem, zupełnie jak za dawnych lat. Zawsze mieli podobne poczucie humoru.
Minęli z lewej strony stary, długi, pokryty blachą budynek, wyglądający jak jakiś dawny wojskowy magazyn. Porośnięty bujną roślinnością, szary betonowy płot okalający budynek niczego już nie chronił. Miał tak dużo ubytków, że bez wysiłku można było w dowolnym miejscu przejść na drugą stronę, a to znacznie ułatwiało im pracę.
- Na pewno dobrze pamiętasz to miejsce? - dopytywała Julia.
- Jakby to było dzisiaj. Musimy znaleźć najpierw dwa dęby, rosnące po obu stronach drogi prowadzącej od magazynu do Waldschloss.
- Ale, Bolo, przecież te drzewa na pewno już sporo urosły!
- Nie szkodzi. Na jednym z nich wyciąłem w korze ten nasz specjalny znak. Szkoda, że wtedy nie mieliśmy tego sprzętu. – Bolesław popukał wolną ręką po różowym neseserze.
- Pewnie, że szkoda. Ale ta różowa walizeczka wtedy też zdradziłaby nas na tym odludziu.
- Nie marudź, Julia. Nie miałem nic innego w domu. Ważne, że tak szybko udało się załatwić ten sprzęt. Pamiętaj, że tu liczy się czas. Wiem, że o tej mapie dowiedziało się także kilka innych osób. – rzekł Bolesław, nie wiadomo czemu zniżając głos do szeptu.
- Ciekawe, czy faktycznie ta skrzynia nadal tam się znajduje. Ale by to było, gdyby to właśnie nam udało się ją odnaleźć…
Po dziesięciu minutach dotarli do miejsca, w którym ścieżka dość ostro skręcała w stronę jednostki wojskowej. Po prawej stronie widniało niewielkie, ale wyraźne wzniesienie terenu porośnięte brzozami, wyglądającymi na całkiem młode drzewka. Zaraz za zakrętem rosły sobie po obu stronach drogi, jak gdyby nigdy nic dwa, dorodne dęby. Ich korony stykały się ze sobą ponad drogą, tworząc coś na kształt łuku bramnego. Julia i Bolesław przystanęli i popatrzyli na siebie. Wydawało się, że ich oczy rozbłysły i niemal dało się wyczuć, jak ich tętna jednocześnie przyspieszają. Bolesław z ulgą postawił na piasku neseser, obrócił się w prawo i skinął głową w kierunku niewielkiego pagórka.
- Tam stała wartownia. To są resztki jej fundamentów. Znak powinien być widoczny na dębie, który rósł po tej stronie drogi, co wartownia. – wyjaśnił Bolesław.
Julia, nie czekając na Bolesława, rzuciła się sprintem w kierunku dębu rosnącego po prawej stronie i zgięta w pół, obchodząc pień dokoła, zaczęła gorączkowo oglądać korę drzewa u jego podstawy. Gdyby miała lupę z pewnością przypominałaby teraz londyńskiego detektywa, pieczołowicie szukającego śladów na miejscu zbrodni…
- Wyżej, Szerloku. Szukaj na wysokości ramion – rzucił Bolesław. Chwycił ponownie neseser i zaniósł go na pobocze drogi.
Julia podniosłą wzrok, potem wyprostowała się i zaczęła oglądać pień dużo wyżej niż poprzednio.
- Mam! To chyba to! – krzyknęła, a echo z lasu natychmiast jej odpowiedziało „to, to, to”.
- Ciszej, jak pragnę zdrowia! – przytłumionym szeptem wycedził Bolesław.
Oboje zaczęli nerwowo rozglądać się dookoła. Jednak raczej nikt ich nie usłyszał i na ścieżce się nie pojawił nagle żaden konkurent do rozwiązania kilkudziesięcioletniej tajemnicy. W lesie słychać było tylko normalne odgłosy śpiewających ptaków, a z dala dochodził przytłumiony gwar gości Leśnego Potoku.
- Pokaż mi. – rzekł podekscytowany Bolesław i podszedł tak blisko pnia dębu i jednocześnie tak blisko Julii, że zetknęli się ramionami.
Wpatrywali się w wyraźnie widoczny, wycięty ostrym narzędziem znak, o nieco zniekształconych upływem czasu konturach. Było to jeszcze dobrze czytelne połączenie liter J i B.
Kiedy Bolesław wycinał ten znak prawie trzydzieści lat temu, wydawało się mu to dobrym pomysłem. Każdy, kto zobaczył te literki na pewno pomyślał, że wyciął go jakiś zakochany smarkacz dla swojej pierwszej i zapewne jedynej miłości. Bolesław poczuł się nagle trochę zawstydzony, zupełnie jak nastolatek złapany na podrzucaniu miłosnego liściku koleżance z klasy. No, ale oni przecież rzeczywiście byli zakochaną parą, kiedy obiecali sobie, że jeżeli kiedyś nastaną inne czasy, to wrócą tutaj po latach i poszukają tego mitycznego kamyka... Ale tylko razem.
Zdaje się, że obojgu jednocześnie wróciły pewne wspomnienia, bo na krótko zastygli w bezruchu, dosłownie na chwilę skamienieli ramię w ramię, co najmniej jakby zobaczyli Bazyliszka. Zapewne przywoływali właśnie z pamięci sceny z cudownych czasów liceum… Po tej nieco przydługim momencie zamyślenia, odsunęli się jednak od siebie, on chrząkając i sięgając po coś do tylnej kieszeni spodni, a ona poprawiając niesforne kosmyki włosów i też mamrocząc coś pod nosem.
c.d.n.

Powód zgłoszenia:
Przepisz kod z obrazka