Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Mrowka zaprasza
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Dziad Zawsze Nim Będzie :d :d
od Dawny GREGBOLEC dla Pseudo Policeman
Nic Sie Nie Zbuduje Jak Marta Nie Zaprojektuje! Pozdrowienia, Miłego Dzionka I Smacznej Kawusi!
od Bobek dla Martita Favorita
Pozdrowienia Dla Najlepszego Doktora! #toiler_every_day
od Bobek dla Doktor Krystian
Pozdrawiam Miłosza C Z Wrocławskiego Centrum R&d!
od Cygan dla Miłosz C
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
31 października 2020r. godz. 15:43, odsłon: 1951, Bolec.Info/Bolecnauci

Tajemnica szmaragdu- odcinek osiemnasty

Część, w której ogniomistrz i Rybka mdleją, a Julia z Bolkiem okazują się lepsi od Milicji.
Restauracja Waldschloss Rok 1898
Restauracja Waldschloss Rok 1898 (fot. polska-org.pl)

Już jest osiemnasta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Piętnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Szesnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Siedemnasta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Niezastąpiony Bolecnauta o pseudonimie M. wciąż dzieli się z nami swoją fantazją i szeroką wiedzą o dawnych czasach. Zachęcamy gorąco także innych do udziału w zabawie, to dzięki Waszym pomysłom szalona bolesławiecka powieść toczy się w ten sposób. Dzisiaj zanurkujemy ponownie pod Waldschloss. Zapraszamy do czytania:


Pan Rybka nieco się już zasapał, kiedy dotarł do jednego z dwóch wyjść z klatki schodowej kamienicy, tego położonego pół piętra niżej, wychodzącego na wspólne podwórko i pozbawionego domofonu. Od wewnątrz w drzwiach była klamka, a od zewnątrz nieruchoma gałka. Było to wygodne, bo drzwi nie musiały być przez mieszkańców kamienicy zamykane na klucz przy wychodzeniu z budynku tą drogą. Z drugiej strony, dla wychodzącego, który nie zabrał ze sobą klucza, gapiostwo oznaczało konieczność spaceru naokoło do wejścia od ulicy 1 Maja, które było wyposażone w domofon. Niewiele to pomagało natomiast mieszkającym samotnie, chyba, że mieli dobre stosunki z sąsiadami. Ważne było więc zabieranie kluczy ze sobą przy wyjściu z mieszkania, zwłaszcza kiedy nie pozostawał w nim żaden współlokator, dlatego pan Stefan nigdy o kluczach nie zapominał.

Starszy pan otworzył drzwi tylko na kilka centymetrów i przez szparę zobaczył, jak na pulsujące na niebiesko podwórko właśnie wjechał ambulans. Wysiadł z niego ratownik ubrany w czerwoną bluzę z napisem „LEKARZ”. Tuż za nim, trzymając w ręku dużą torbę, pobiegł do garażu kolejny członek zespołu pogotowia. A więc jednak musiało się tam wydarzyć coś strasznego, pomyślał pan Stefan. Następny ratownik wysiadł od strony kierowcy, wyciągnął nosze i po krótkiej chwili popchał je do wnętrza oświetlonego garażu Bolka, przed którym nadal stało jego auto. W międzyczasie jakiś policjant wyszedł z garażu i zaczął oglądać otwartego mercedesa, obchodząc go z kilku stron i mówiąc coś do niesionego w ręce urządzenia z długą antenką.

Pan Rybka przyglądał się sytuacji i wciąż czekał. Chciał się upewnić, czy za chwilę wyprowadzą kogoś z garażu, czy może jednak wywiozą na noszach. Cały czas miał nadzieję, że przeczucie go myli i może to jednak nie Bolek. Gdy otworzył szerzej drzwi i wystawił głowę, żeby lepiej widzieć całą sytuację, w jego kierunku szybko ruszył policjant oglądający chwilę wcześniej auto Bolesława. Gestem ręki nakazał mu się zatrzymać i cofnąć do budynku. Funkcjonariusz podszedł do niego, zablokował stopą drzwi i zagadnął:

- Dobry wieczór. Po szlafroku widzę, że pewnie pan tutaj mieszka. Zna pan właściciela tego auta? To do niego należy ten otwarty garaż? Widział pan może, co się tutaj wydarzyło? – zadał serię pytań policjant, zanim zorientował się, że lokator to człowiek w naprawdę sędziwym wieku i powinien zwolnić tempo przepytywania.

- Dobry wieczór. – odpowiedział Pan Rybka. – Nazywam się Stefan Rybka i mieszkam w tym domu, na drugim piętrze. To ja zadzwoniłem na Policję, kiedy tylko z góry zobaczyłem błyski w garażu i usłyszałem sześć głośnych strzałów. Garaż i samochód należą do Bolesława Wilczyńskiego spod dwójki w kamienicy obok.

Policjant wyjął mały notes i w nikłym świetle dochodzącym z zapalonej lampy we wnętrzu klatki schodowej zapisał sobie tą informację.

- A zauważył pan może, czy ktokolwiek opuścił garaż i w jakim kierunku? – dopytywał policjant, licząc na jakiekolwiek szczegóły samego zdarzenia albo wyglądu, czy zachowania bandyty. W tym momencie obrócił głowę w stronę wyjazdu z podwórka, bo zauważył, że w stronę garażu zbliża się jakiś strażak. Pewnie właśnie przyjechali i wysłali go, aby dowiedział się, czy są potrzebni. W tej sytuacji już nie są, pomyślał i wrócił wzrokiem do przepytywanego świadka.

- Nie widziałem, bo kiedy strzały ucichły, natychmiast poszedłem poszukać telefonu. – odpowiedział pan Rybka. – A potem zadzwoniłem do was, ubrałem się i zacząłem schodzić na dół. Dość długo mi to zajęło, bo mam schorowane kolana. A jak otworzyłem drzwi, to wy już tutaj byliście, a pogotowie dopiero zajechało. – wyjaśnił emerytowany nauczyciel. Także zobaczył strażaka w odblaskowej bluzie, ale kiedy ten przechodził niedaleko nich, Pan Rybka zauważył upięte w kok włosy. To przecież kobieta, zauważył ze zdziwieniem. Dawniej kobiety w straży nie pracowały, pomyślał, po czym zwrócił się do policjanta – Może mi Pan powiedzieć, co tam się stało? Czy z Bolkiem wszystko w porządku? Niepokoję się bardzo o niego…

Pan Rybka wychylił się zza policjanta, bo zobaczył zamieszanie pod garażem. Z wnętrza zaczęli wychodzić, a raczej wybiegać ratownicy i policjanci wywożący ciało jakiegoś nieprzytomnego człowieka na wysokich noszach z kółkami, Pan Rybka mimo ciemności bez najmniejszej wątpliwości rozpoznał rosłą sylwetkę i niewielką łysinę swojego ulubionego sąsiada z kamienicy obok. Odruchowo chciał podbiec, żeby zobaczyć Bolka z bliska. A być może nawet pożegnać się z chłopakiem, jeżeli stało się to najgorsze. Policjant ponownie go powstrzymał, tym razem kładąc dłoń z notesem na jego ramieniu.

- Proszę tutaj zostać, nic pan tam już nie pomoże. – funkcjonariusz nie zdążył jeszcze nic wyjaśnić, a starszy pan stęknął, przymknął oczy i łagodnie spłynął po ościeżnicy na ziemię, prosto pod jego nogi. – O, kurczę, zemdlał. Oby to nie był zawał! – policjant przestraszył się nie na żarty. Schował szybko notes i długopis.

Zanim schylił się do omdlałego staruszka, spojrzał szybko w stronę garażu, aby upewnić się, czy członkowie zespołu karetki nie wsiedli jeszcze do pojazdu i czy będą go słyszeć. Upewniwszy się, że nie odjechali, głośno krzyknął do ratowników, ładujących właśnie nosze do ambulansu.

– Lekarza! Możemy mieć tu zawał! – i rzucił też do swoich kolegów pomagających ratownikom – Grzesiek! Jarek! Wezwijcie kolejną erkę!

W tej samej chwili zobaczył także, że strażak, który w międzyczasie doszedł już prawie do ambulansu, także leci jak worek na ziemię. Kogo oni do tej straży teraz przyjmują, samych mięczaków, cholera, zaklął w duchu. Ale się porobiło!

– Albo może dwie, jak tylko mają! Ten ogniomistrz też się chyba wylogował! Sprawdźcie co mu jest. – zakomenderował i kucnął, aby sprawdzić czynności życiowe jedynego być może świadka popełnionej niedawno zbrodni.

Rzeczywiście ogniomistrz leżał na ziemi. Julia upadła jak stała. Po raz pierwszy w życiu najzwyczajniej zemdlała.

Do czasu powrotu z otchłani nieświadomości do ciemnej lipcowej nocy miała wrażenie, że leży zanurzona w głębokim czarnym puchu. Całkowicie ją odcięło i w ogóle nie mogła się ruszyć. Nie rejestrowała żadnego obrazu. Słyszała za to przytłumione dźwięki, dokładnie jak wtedy, gdy po nurkowaniu w basenie człowiek wynurza się z zatkanymi uszami. Jak przez grubą ścianę docierały do niej dźwięki zatrzaskiwanych drzwi, włączonej syreny karetki i podniesionych głosów zbliżających się ludzi. Poczuła na barkach mocny uścisk czyichś palców, a potem ktoś zacząć potrząsać nią kilka razy i krzyczeć „Halo! Słyszy mnie pani?!”.

Szarpanie było identyczne jak wtedy, gdy żołnierze z warty przy jednostce wojskowej znaleźli ją z raną postrzałową prawego barku po strzelaninie jaka wywiązała się między nimi, a członkami groźnej i uzbrojonej bandy, próbującymi wywieźć w pośpiechu swoje łupy z kryjówki znajdującej się w dawnej piwnicy restauracji Waldschloss. Waldschloss... wróciła tam myślami.

***

- Ciiiii, Julka! Przestań się drzeć! – głośnym szeptem skarcił swoją sympatię Bolek, nie spuszczając oka z leżącego na skrzyniach mężczyzny. Musiał spowodować, żeby schowana za jego plecami Julka przestała panikować, szarpać go za rękaw stroju do pływania i  piszczeć, co najmniej jakby zobaczyła ogromnego pająka. Chociaż może akurat w tej chwili lepiej, aby to był pająk, nawet jadowity, niż jakiś śpiący, ewidentnie dziabnięty i podejrzany amator starych trunków. Pająka można by było w razie czego przydeptać butem.

- Kto to może być? Skąd się tu wziął? – zaczęła się cichym szeptem zastanawiać Julia, kiedy już się nieco uspokoiła, wyciągając głowę ponad ramieniem Bolka.

- Nie mam bladego pojęcia. Ale skoro facet tu wlazł, to musi być stąd jakieś inne wyjście – również szepcząc odparł Bolek. Nie byłby sobą, gdyby nie zaproponował kontynuacji niebezpiecznej wyprawy – Rozejrzymy się, a w razie czego wrócimy tunelem.

- Poczekaj, Bolek. Gdyby się zbudził, lepiej żeby się nie zorientował, którędy tu trafiliśmy – Julia złapała Bolka za ramię, by się zatrzymał, a sama wróciła do drzwi obrotowych. Z lekkim wysiłkiem popchnęła je, a drzwi udające regał wróciły do swojej pierwotnej pozycji. Poświeciła latarką po drewnianym meblu i stwierdziła, że jest tak dopasowany do sąsiednich, identycznych regałów, że niewprawne oko nie dałoby rady zauważyć ukrytego za nimi tajemnego przejścia. Wróciła do Bolka i ruszyli powoli do przodu.

Oświetlając drogę przed sobą, Bolek zaczął cicho podchodzić do legowiska, złożonego z pustych, odwróconych do góry dnem drewnianych skrzyń, a Julka starała się cichutko dreptać małymi kroczkami tuż za nim, traktując go najwyraźniej jako żywą tarczę. Poruszali się bardzo powoli, stawiając delikatnie bose, lekko zmarznięte stopy i pokonując slalomem trasę pomiędzy pustymi flaszkami po winie. Mimo to kilka butelek lekko potrącili i można było usłyszeć ich ciche brzęknięcia, ale na szczęście żadna flaszka się nie przewróciła.

Podeszli całkiem blisko śpiącego osobnika. Był ewidentnie żywy, bo miarowo oddychał i od czasu do czasu pochrapywał. Z odległości około jednego metra wyczuli od niego dość intensywną woń alkoholu, ale nie mogli zobaczyć jego twarzy, bo spał odwrócony do nich plecami. W ciemnych czeluściach podziemnego labiryntu tuneli Bolek prędzej spodziewałby się snującego się, brzęczącego łańcuchami i wyjącego ducha, niż jakiegokolwiek człowieka upojonego do nieprzytomności. Bolek i Julia poświecili latarkami dokoła pomieszczenia.

Jak się wcześniej domyślali, była to niewątpliwie dawna piwnica poniemieckiej restauracji. Prostokątne pomieszczenie o ceglanym, wzmocnionym stalowymi belkami, łukowym sklepieniu, zwanym stropem Kleina, miało wymiary około 5 na 8 metrów i kiedyś zapewne było pomalowane na biało, łącznie z sufitem. Rury przechodzące przez ścianę z pomieszczenia za obrotowymi drzwiami musiały być sprytnie ukryte za regałami. Nie widać ich było ani na innych ścianach, ani nawet pod sklepieniem tego pomieszczenia. Regały na wino, którego niestety już nikt więcej nie będzie miał okazji skosztować, zajmowały całą krótszą ścianę piwnicy. Na pozostałych ścianach znajdowały się głównie wieszaki i półki. Obecnie także puste, ale na pewno w czasach świetności tego obiektu mogły się na nich znajdować wędliny, zioła, przyprawy i inne niezbędne składniki, z których kuchmistrz każdego dnia wyczarowywał swój Spezialität des Küchenchefs dla co zasobniejszych mieszkańców Bunzlau okresu międzywojennego.

Puste skrzynie, pełniące obecnie rolę barłogu do trzeźwienia, zapewne służyły dawniej do przechowywania warzyw. Razem z regałami, wieszakami i półkami stanowiły obecnie całe historyczne wyposażenie tej piwnicy. Ale wszystko inne, co zauważyli w dużych ilościach wszędzie pod ścianami na pewno wytworzone było w czasach im współczesnych i to głównie za granicą. Sprowadzone specjalnie dla sieci ekskluzywnych sklepów Pewex, w których można było wydać przywiezione nielegalnie zza granicy dolary amerykańskie albo inne twarde waluty, których państwo polskie potrzebowało na swoje zagraniczne zakupy.

Były tam znaczne ilości kartonów ze znanymi zagranicznymi markami papierosów, kartony i plastikowe skrzynki z zagranicznymi i polskimi alkoholami, kartony z taśmami magnetofonowymi Basf, TDK i Sony, kartony ze słodyczami, z kawą, kilkanaście opakowań z klockami Lego i samochodzikami Matchbox, kartony ze spodniami jeansowymi i wiele, wiele innych przedmiotów, których pochodzenie było dla Bolka i Julii tak jasne, że nie musieliby o to nikogo pytać. Natychmiast zorientowali się też skąd pochodziła wyczuwalna woń mielonej kawy, gdyż na podłodze przy kartonach znajdowało się kilka rozsypanych puszek kawy mielonej Jacobs.

Julia i Bolek doskonale wiedzieli, że kradzione towary pochodzą z włamań do sklepów Pewex. O napadach na sklepy i zuchwałych kradzieżach było głośno przez kilka ostatnich lat. Kradzieży tych dokonywała, jak informowała Milicja, niebezpieczna grupa kierowana przez bandytę o nazwisku Wiewiórski i pseudonimie „Taśma”, nadanym mu z powodu metody wykorzystywanej przy włamaniach. Wiewiórski przed zbiciem szyby w drzwiach okradanego sklepu oklejał ją taśmą samoprzylepną, uderzał młotkiem i wyjmował sklejoną wcześniej szybę nie czyniąc przy tym praktycznie żadnego hałasu.

„Taśma” ze swoją bandą przenosił się wielokrotnie w różne obszary Polski, a przez ostatnie dwa lata, pozostając nieuchwytnym, grasował na terenach województwa jeleniogórskiego i legnickiego. Kilkanaście razy był wcześniej łapany przez specjalnie do tego utworzoną do tego grupę poszukiwawczą Milicji Obywatelskiej, ale wykorzystując swoją fantazję i pomysłowość, wielokrotnie udawało się mu uciekać z konwojów, z sądów, jak i z aresztów. Przez to, że kpił sobie z milicjantów i wielokrotnie narażał ich na śmieszność, mocno zalazł za skórę organom ścigania. Stał się jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców ostatnich lat istnienia PRL-u. Publikowane przez Milicję zdjęcia raz po raz można było oglądać w dzienniku telewizyjnym, a także w ogólnopolskich, jak i lokalnych gazetach, jak Słowo Polskie, czy Konkrety.

Mimo zaangażowania znaczących środków i sił, milicjanci nie mogli namierzyć żadnego z członków gangu, ani szefa grupy. Nie udawało się także odnaleźć jakiejkolwiek z jej kryjówek mimo intensywnych poszukiwań oraz zaangażowania ogromnych sił i środków organów ścigania.

A Julii i Bolkowi ot tak, zupełnie przypadkiem, właśnie udało się jedną z takich dziupli odnaleźć. Tylko co powinni teraz zrobić? Póki co stali jak słupy soli, gapiąc się na mityczne bogactwa gromadzone tu zapewne przez dłuższy czas przez niebezpieczną bandę. Wiedzieli z gazet i telewizji, że gang jest uzbrojony i bywało, że podczas ucieczek bandyci wdawali się w wymianę ognia.

Julia i Bolek za wszelką cenę zapragnęli więc piorunem ulotnić się z piwnicy i zapomnieć, że kiedykolwiek ją widzieli. Jednak najpierw musieli odnaleźć wyjście z tej kryjówki, które umożliwi im bezpieczne wydostanie się na zewnątrz. Bolek przytomnie skierował światło latarki na strop pomieszczenia, słusznie zakładając, że jeżeli jest stąd jakieś normalne, niezalane wodą wyjście, to na pewno prowadzą do niego schody albo jakaś drabina. Zauważył przy prawej krawędzi przeciwległej ściany otwór w suficie. Chwycił Julię za rękę i pociągnął ją w tamtą stronę. Dopiero gdy podeszli bliżej i oświetlili ten kąt pomieszczenia, ujrzeli, że są tam schody, których wcześniej zwyczajnie nie było widać z powodu panującego półmroku.

- Bolek, może zabierzemy coś stąd? – zapytała szeptem Julia i przyświecając sobie latarką zajrzała do jednego z najbliżej stojących kartonów – Zobacz jakie super jeansy dekatyzowane. Ty wiesz po ile chodzą takie ekstra ciuchy na babskim rynku? Oni i tak nie będą tego nosić, bo to są damskie spodnie. Na mnie będą jak ulał. Ale mi będą dziewczyny w klasie zazdrościć!

- Chyba całkiem ci padło na rozum – zbeształ ją Bolek, również szepcząc – gdyby nas złapali na bazarze, próbujących opchnąć ich fanty, to by nam pourywali łby aż do samego tyłka. Albo zrzuciliby nas z wiaduktu do Bobru w betonowych bucikach.

- Co z ciebie taki cykor? To może chociaż weź kilka taśm magnetofonowych? I tak się nie doliczą, a ty mógłbyś nagrywać wreszcie wszystkie piosenki z listy przebojów Marka Niedźwieckiego – spróbowała z innej strony Julia.

Wiedziała, że Bolek jest namiętnym fanem radiowej Trójki. Od kilku lat, od kiedy dziadkowie kupili mu radiomagnetofon Kasprzak, każdego sobotniego wieczoru pilnie śledzi ten muzyczny program i nawet notuje pierwsze dziesięć miejsc z każdej listy, porównując potem, które utwory awansowały, a które straciły swoje miejsca w najnowszym rankingu. Jego wiedza muzyczna dzięki temu z tygodnia na tydzień była coraz bogatsza i zawsze potrafił zanucić przeboje zajmujące najwyższe miejsca w każdym z kolejnych wydań audycji. W kwestii wierności wykonań wokalnych akurat Julia wolałaby, żeby Bolek nie podśpiewywał żadnych piosenek, no może oprócz harcerskiej Stokrotki, bo talentu do śpiewania on akurat nie miał.

Bolek mimo szatańskiego kuszenia Julii pozostał niewzruszony w swym postanowieniu dotyczącym nieprzywłaszczania sobie cudzej własności, chociaż na pewno tak jak i Julia zastanawiał się, czy ukraść kradzione to jeszcze kradzież, czy może jednak nie. W każdym jednak razie, kiedy będzie chciał sobie sprawić nowe zagraniczne kasety z Pewexu, zamiast polskich 60-tek albo 90-tek ze Stilonu, to zawsze można wymienić trochę złotówek na dolary u konika kręcącego się pod bankiem PKO na Hanki Sawickiej, a potem samemu sobie te kasety w sąsiednim Pewexie kupić, jak to już wielokrotnie wcześniej zresztą robił.

Obrócili się za siebie, spojrzeli na nadal śpiącego w najlepsze, nabzdryngolonego członka bandy i zaczęli ostrożnie wspinać się po zimnych, betonowych schodach. U szczytu kilka ostatnich stopni zakręcało i bieg schodów kończył się czymś w rodzaju drzwi podnoszonych do góry. Z całą pewnością można było stwierdzić, że nie pochodziły od jakiegokolwiek niemieckiego rzemieślnika, bo były to po prostu raczej niedawno zbite, ściśle przylegające do siebie, nieoheblowane deski. Na tych prowizorycznych drzwiach i na prowizorycznej ościeżnicy znajdowały się skoble, na których wisiała kłódka. Niestety kłódka okazała się zamknięta na klucz, którego oczywiście przy sobie nie posiadali, gdyż to nie oni zamknęli tę kłódkę od wewnątrz. Na wszelki wypadek Bolek spróbował lekko popchnąć rękami drzwi do góry. Drzwi ani drgnęły, tylko lekko zaskrzypiała chybotająca się kłódka i spadło na nich trochę piachu spomiędzy desek. Widocznie po drugiej stronie ktoś zamaskował wejście do piwnicy, zasypując je ziemią.

Julia i Bolek spojrzeli po sobie. Oboje jednocześnie skręcili głowy i latarki w kierunku pochrapującego złodzieja, a potem dokładnie w tym samym momencie wypowiedzieli jedno magiczne słowo, które po zmaterializowaniu się pozwoliłoby im opuścić ten wypełniony drogocennymi skarbami sezam:

- Klucz…


Trzymamy kciuki, żeby panu Rybce nic się nie stało i nie był to zawał - swoim spokojem wzbudził naszą ogromną sympatię. Historia z pewexem nas zmroziła. Jak to się stało że Julia została postrzelona? Czy nasi bohaterowie nie mogli wrócić z podziemi tą samą drogą przez wodę? Jesteśmy ogromnie ciekawi Waszych pomysłów! Cieszymy się że jesteście z nami. Dajcie koniecznie znać w komentarzu jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów. Kolejny odcinek już w środę!

PS. Posłuchaliśmy sugestii Pana M. i lead nabrał bardziej kryminalnego charakteru. Dajcie znać co o tym sądzicie c:

Tajemnica szmaragdu- odcinek osiemnasty

~Terakotowy Bieluń 31 października 2020r. o 16:56
Bełkot.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Ciemnoturkusowa Rezeda 31 października 2020r. o 21:42
Jak to miło, że się nam przedstawiłeś/-aś.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Nadżółkły Kosmos 3 listopada 2020r. o 20:26
c.d.
-----------------------------------
Próba siłowego wyważenia drzwi, prowadzących jak się domyślali gdzieś do nieistniejących kuchennych pomieszczeń dawnej restauracji, na razie odpadała, gdyż zakłócenie snu strażnika podziemi mogłoby oznaczać, że ulegnie on obudzeniu, a może i zdenerwowaniu. Kto wie, czy nie był aby uzbrojony w jakąś broń palną, co zważywszy na wartość pilnowanego przez niego ukradzionego majątku, byłoby całkiem zrozumiałe i prawdopodobne. Jeszcze mógłby w pijackim zamroczeniu sięgnąć po tę posiadaną broń i nawet strzelając na oślep trafić przypadkiem w którekolwiek z nich. Jedyne co na razie wymyślili, to spróbować odnaleźć ten cholerny klucz.

Bolek i Julia zdecydowali się zawrócić i podjąć próbę na tyle delikatnego przeszukania kieszeni garderoby śpiącego bandyty, aby ten nie wybudził się ze swojej, jak na razie niezakłóconej drzemki. Liczyli na to, że upojenie, w jakim się znajduje, jest wystarczająco wielkie i podchmielony delikwent nawet nie poczuje przeszukujących go kieszonkowców-amatorów, w jakich za chwilę będą musieli się wcielić.

Zanim jednak jeszcze zeszli z ostatniego stopnia schodów i zanim mieli okazję do wypróbowania swoich złodziejskich umiejętności na drzemiącym członku gangu, usłyszeli na górze jakieś hałasy. Najpierw był to wyraźny warkot silnika jakiegoś pojazdu, potem kroki i rozmowy, aż wreszcie coś jakby szuranie łopat i stukanie metalu o drewno. Na końcu wszystko ucichło i ktoś zaczął głośno walić pięścią w drewniane drzwi od góry. Chyba był to jakiś kod, jaki bandyci ustalili między sobą, bo najpierw rozległy się dwa szybkie stuknięcia, potem trzy z większymi odstępami czasu i ponownie dwa szybkie. Przez chwilę panowała cisza, jakby osobnicy na górze oczekiwali na klucznika, którego jednakże się nie doczekali, bo ten nadal był pogrążony w bardzo głębokim śnie.

Julia i Bolek w przerażeniu rozejrzeli się w prawo i w lewo. Nie mieli czasu wracać z powrotem do drzwi obrotowych znajdujących się dokładnie po drugiej stronie ciemnego pomieszczenia. Byli pewni, że tym razem narobiliby wielkiego rumoru, przewracając po drodze co najmniej kilka pustych butelek po winie. A nie mieli zamiaru w tej chwili zwracać na siebie czyjejkolwiek uwagi.

- Tam, za kartony! Szybko! – szeptem zakomenderował Bolek i pokazał latarką miejsce, które wydawało mu się obecnie najlepszą z możliwych kryjówek.

Przebiegli na palcach za jedną z kartonowych piramid ustawionych pod ścianami. Kucnęli za pakunkami, zgasili latarki i niemal wstrzymali oddechy, chociaż ci na górze na pewno nie mogli ich usłyszeć. Ale za to oni nie chcieli uronić ani jednego słowa z rozmów bandytów. Wierzyli, że coś z tego, co usłyszą może pomóc im wyjść cało z pułapki, w jakiej się znaleźli.

Śpiący przestępca nic sobie oczywiście nie robił z walenia w drzwi przez jego kompanów. Widać opróżnił tym razem zbyt wiele starego wina. Może co najwyżej śniło mu się stukanie dzięcioła, a on nie miał ochoty jeszcze wracać ze swojej sennej leśnej wyprawy. Zaczął za to jakby głośniej chrapać. Walenie pięścią w ustalonym między członkami gangu kodzie powtórzyło się. Wreszcie tam na górze ktoś musiał nerwowo nie wytrzymać:

- Maniek! Otwieraj, baranie! – krzyknął wysoki, zdecydowany głos.

- Pewnie znowu się uchlał! – stwierdził drugi głos, nieco niższy i bardziej schrypiały.

- Jak ja go dorwę, to mu resztę zębów powybijam i nie będzie miał czym piwa odkapslować – odezwał się trzeci męski głos, stonowany i bardzo spokojny, jak na zaistniałe okoliczności – Waldek, zastukaj ostatni raz. Jak tym razem nie otworzy, to kopniesz się, Gienek, do poloneza po łom. Trochę się nam spieszy.

- Tak jest, szefie – potwierdził drugi głos, należący do Gienka.

- A potem trzymajcie mnie, żebym mu tego łomu, że się tak wyrażę, nie wraził tam gdzie światło nie dochodzi, bo będzie chodził wyprostowany jak ten oficer, co nas próbował ścigać wartburgiem. Pamiętacie robotę w Zgorzelcu? – tu wszystkie głosy na górze zaczęły rechotać i chichotać, widocznie przypominając sobie szczegóły któregoś z ich niedawnych włamań.

- Pamiętamy, szefie – odpowiedział właściciel pierwszego z głosów, Waldek, próbując stłumić śmiech.

Pukanie szyfrem powtórzyło się po raz trzeci i chyba musiało zawrócić śpiącego z leśnej wyprawy szlakiem ciekawostek ornitologicznych, bo w tym momencie Julia i Bolek usłyszeli, jak gangster o imieniu Maniek z głośnym jękiem zwalił się ze skrzyń na podłogę. Stękając podniósł się, zakaszlał i dość głośno zakrzyknął do swoich kompanów, aby mogli go z dołu usłyszeć:

- Ide, ide! Przestańcze tak walicz, bo mnie od tego łeb rożboli!

Dykcja Mańka pozostawiała wiele do życzenia, być może z powodu braków w uzębieniu, a być może wynikała po prostu ze stanu fizycznego, w jakim się znajdował po jednoosobowej libacji, którą widocznie musiał kilka godzin wcześniej umilać sobie czas oczekiwania na powrót kumpli. Julka i Bolek rozpoznali ciężkie szuranie butów po posadzce i pstryknięcie włącznika latarki, po którym w pomieszczeniu zapanowała lekka poświata. Maniek oświetlając przed sobą drogę i zataczając się, szedł pomiędzy kartonami, aby otworzyć drzwi. Droga strasznie mu się dłużyła, bo oczywiście nie poruszał się po linii prostej.

- Chyba od tej wódy cię rozboli! – odkrzyknął do Mańka przez zamknięte drzwi Waldek.

- Słyszę kroki, nareszcie idzie – stwierdził schrypnięty głos Gienka – Dawaj, dawaj, Maniek! Mamy dzisiaj trochę tego do wyniesienia! A ty pewnie nam niewiele pomożesz, pijaku jeden!

Bolek wychylił się znad kartonów i zobaczył, jak Maniek, przedstawiający obecnie sobą w każdym względzie obraz nędzy i rozpaczy, powoli i chwiejnie wchodzi po schodach, przytrzymując się ściany. Pijany bandyta zatrzymał się, oparł o ścianę prawym barkiem, aby nie upaść i wolną lewą ręką próbował wyjąć ze spodni klucz, co w jego stanie nie było takie łatwe. Chwilę mocował się z zaplątaną w kieszeni ręką, mamrocząc pod nosem stek przekleństw. W końcu wyłuskał klucz i rozpoczął trudną batalię z równowagą, usiłując jednocześnie trafić kluczem w dziurkę wiszącej nad jego głową kłódki. Maniek musiał mieć dużo samozaparcia, albo też dużo szczęścia, bo udało mu się to już za czwartą próbą. Przekręcił klucz i kłódka się otworzyła. Zdjął kłódkę z tkwiącym w niej kluczem ze skobli, odwrócił się i stoczył kolejną walkę, tym razem z grawitacją i może ośmioma schodkami dzielącymi go od posadzki w piwnicy, schodząc z latarką w jednej, a z kłódką w drugiej ręce. Po drodze rzucił w przestrzeń:

- Juuuuż! Możecze włażicz!

Drzwi zostały uniesione, co wzbudziło niemałą chmurę pyłu, dobrze widocznego w poświacie kilku latarek świecących się na górze. Kiedy piaszczysty obłok nieco się rozwiał, Bolek ze swojego stanowiska mógł zobaczyć wszystkich nowoprzybyłych członków bandy schodzących jeden za drugim w świetle trzymanych przez nich latarek. Bandytów było tylu, ile wcześniej rozpoznanych głosów, czyli trzech. Pierwszy wszedł Gienek, co Bolek poznał po jego schrypniętym głosie, kiedy ten schodząc na dół nie omieszkał ponownie, choć bardziej szczegółowo poinformować Mańka o celu ich wizyty:

- Jest frajer, co chce kupić parę fantów. Jeszcze przed północą musimy dostarczyć je do jakiejś stodoły w jakiejś wichurze pod Bolesławcem.

- Taaa, jasne, hyp, nie ma spławy, hyp. Bierzcze, co chcecze. Czujcze sie jak u szebie, hyp – odpowiedział Maniek, którego właśnie zaatakowała intensywna czkawka. Widocznie wysiłek dotarcia do schodów był dla niego trochę zbyt męczący. Miał głęboko gdzieś usłyszaną ważną informację od Gienka, bo zataczając się zaczął kierować się z powrotem w stronę swojego legowiska, aby kontynuować trzeźwienie w jego ulubionej pozycji poziomej.

Bolek w myślach podziękował Julii za roztropność i zamknięcie drzwi, którymi dostali się do tego pomieszczenia. Nadal dyskretnie zerkał z ciemnego kąta na schodzących mężczyzn. Julia, skulona obok, milczała, chociaż zaczęła się coś dziwnie nerwowo wiercić. Pewnie znów powoli nadchodzi panika, pomyślał Bolek. Obydwoje doskonale rozumieli, że sytuacja staje się niebezpieczna. Jak ich bandyci znajdą, zrobi się naprawdę nieciekawie.

Drugi osobnik, który pojawił się na schodach wyróżniał się tym, że był ubrany bardzo elegancko. Uwagę przykuwał drogi garnitur i skórzane, obecnie nieco zakurzone półbuty. Miał krótkie, ostrzyżone na jeża włosy i precyzyjnie docięte, średniej długości wąsy. Jego chód, czujne spojrzenie i zachowanie zdradzały pewność siebie i inteligencję.

Mężczyzna z twarzy i postury przypominał Bolkowi jednego z aktorów sensacyjnego filmu „Komando”, grającego rolę Bennetta, ostatniej ofiary Johna Matrixa. Matrix, były komandos, w którego postać wcielił się Arnold Schwarzenegger, zdenerwowany porwaniem swojej córki, praktycznie w pojedynkę pokonuje całą, uzbrojoną po zęby armię jakiegoś żądnego władzy watażki. Wynik tej wojny był z góry przesądzony, a z matematycznego punktu widzenia można byłoby go w przybliżeniu przestawić jako tysiąc do zera. Zdradziecki szwarccharakter Bennett, jego dawny kumpel z oddziału, mimo doskonałego wyszkolenia, zostaje w ostatniej scenie walki przybity rurą do bojlera, co Arnold kwituje w swoim stylu kwestią „Upuść trochę pary, Bennett”.

Bolek uwielbiał klimaty amerykańskich filmów lat osiemdziesiątych. Zwłaszcza sensacyjnych i przygodowych, chociaż te muzyczne, czy romantyczne, zarówno dla dzieci jak i młodzieży, także z chęcią oglądał. W polskich kinach puszczano jak dotąd tylko wybrane amerykańskie produkcje, ale dzięki uprzejmości niektórych kolegów i ich rodziców mógł obejrzeć większość z nich na kasetach wideo, przywożonych z Zachodniej Europy. Niektóre filmy oglądali z kolegami po kilkanaście razy, więc pewne sceny Bolek mógłby w dowolnej chwili odtworzyć w głowie klatka po klatce, posługując się nawet oryginalnymi dialogami w języku angielskim.

W drugiej połowie lat 80-tych wielu co bardziej obrotnych nie tylko mieszkańców Bolesławca, odkryło w sobie żyłkę przedsiębiorcy i zaczęło parać się handlem. Wyjeżdżali przeważnie do Berlina Zachodniego, handlując głównie wyrobami tytoniowymi i mocnym alkoholem, bo te produkty były w Polsce jeszcze stosunkowo łatwe do dostania, a dla mieszkańców RFN - stosunkowo tanie. W drodze powrotnej nasi pierwsi prywatni przedsiębiorcy przywozili różne niedostępne w ojczyźnie towary, a przy okazji dla dzieci słodycze, modne ciuchy, ale także i pożądane przez nastolatków płyty, kasety magnetofonowe czy kolorowe plakaty.

W pokoju Bolka, w mieszkaniu jego dziadków, ściany były pokryte zdobytymi od osób wracających zza żelaznej kurtyny plakatami Rambo, Terminatora, Indiana Jones, serii Star Wars, ale też E.T., Footloose, czy Dirty Dancing. Oczywiście jedna ze ścian obowiązkowo oklejona była plakatami zespołów muzycznych oraz artystów solowych polskich i zagranicznych. Niektóre z nich były prezentami, ale większość pochodziła z rubryki „Znani i lubiani” Dziennika Ludowego, za którym trzeba było w sobotę rano wytrwale nastać się w kolejce do kiosku „Ruchu”, a rzucali zazwyczaj tylko kilka egzemplarzy na jeden kiosk...

W każdym razie schodzący do złodziejskiego skarbca mężczyzna w wyszukanym gajerze w paski i tak bardzo podobny do Bennetta z filmu Komando, na pewno był tym, do którego pozostali wcześniej zwracali się per „szef”. Bolek rozpoznał go jednak nie na podstawie któregokolwiek z posiadanych plakatów, ale z wielokrotnie pokazywanych w Dzienniku TV przez Komendę Główną Milicji zdjęć. Był to z pewnością niejaki Wiewiórski vel „Taśma”. Najbardziej poszukiwany i pomysłowy złodziej ostatniego dziesięciolecia komunistycznej Polski. Mistrz ucieczek pieszych i samochodowych. Houdini złodziejskiego półświatka.

Kiedy Bolek zdał sobie sprawę, kogo ma przed sobą, ze strachu zrobiło mu się słabo, poczuł skurcz w żołądku, a serce wyraźnie przyspieszyło swój rytm. Ale dla Bolka to jeszcze nie był koniec niemiłych wrażeń tego wieczora. Kiedy zobaczył ostatniego z trójki bandytów, schodzących po schodach, zrobiło mu się na moment ciemno przed oczami. Gdyby nie przytrzymał się jedną ręką klęczącej obok Julii, na pewno byłby się przewrócił. Mimo upływu lat, bez najmniejszego problemu rozpoznał tego młodego mężczyznę.

To był jego rodzony, starszy o osiem lat brat Waldemar Wilczyński, którego nie powinno tu w ogóle być, bo przecież jeszcze przez jakieś 5 lat powinien przebywać za kratkami odsiadując wyrok za kierowanie samochodem pod wpływem alkoholu i spowodowanie wypadku, w którym ponieśli śmierć ich rodzice.

Z tego, co mówili mu dziadkowie, Waldek został osadzony w zakładzie karnym gdzieś na drugim końcu Polski. Bolek nigdy nie chciał odwiedzić jedynego brata w więzieniu, co oznaczało, że nie widział go od jakichś siedmiu lat. Nie chciał się z nim spotkać, bo od czasu tragicznego wypadku szczerze go znienawidził. Do dzisiaj obwiniał brata o zabranie mu rodziców i gdzieś w środku zawsze życzył mu, aby i jego spotkał podobny los.

Wyglądało na to, że braciszek nie czekając na koniec odsiadki, uciekł z więzienia i dołączył do sławnej bandy Wiewiórskiego. Kto wie, być może to nawet sam „Taśma” pomógł mu w ucieczce, służąc swoim bogatym doświadczeniem.
-----------------------------------------
c.d.n.
Pani Redaktor, czyżby kryminalny lead tak zadziałał?
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec