ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4832, 26 stycznia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu28 listopada 2020r. godz. 15:30, odsłon: 710, Bolec.Info/Bolecnauci
Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty szósty
Część, w której Julka i Bolesław znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie oraz na linii ognia.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty szósty Człowiek z latarką w ciemnym lesie (fot. pixabay)

Już jest dwudziesta szósta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Dwudziesta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Niezastąpiony Bolecnauta o pseudonimie M. znowu zdradza nam dalsze losy bohaterów. Zachęcamy gorąco także innych do udziału w zabawie i komentowania. Dzisiaj wrócimy do naszych bohaterów, na których został wydany wyrok śmierci. Zapraszamy do czytania:


Gdy Bolek z Julką wyszli z ciemnej piwnicy na jeszcze ciemniejszą otwartą przestrzeń, zorientowali się, że wejście do podziemnego pomieszczenia musiało być wcześniej sprytnie ukryte w ruinach dawnej restauracji. Skąd szajka dowiedziała się o tej piwnicy, tego zapewne nigdy się nie dowiedzą. Zobaczyli, że właz zamykający dostęp do wejścia z obu stron posiadał przykręcone skoble, umożliwiające założenie kłódki zarówno od wewnętrznej, jak i zewnętrznej strony. Przestępcy każdorazowo po opuszczeniu tej trudnej do odnalezienia kryjówki, wykorzystywanej do przechowywania kradzionych towarów, zamykali skonstruowany przez siebie właz, zasypywali go piachem i przykrywali gałęziami, które obecnie były odrzucone na bok.

Zaraz za nimi, mierząc do nich z pistoletu szedł Waldek. Za Waldkiem wyszedł po schodach Gienek, a na końcu Wiewiórski.

- I pamiętaj, Waldek! Pif paf, dwie kule, dwa trupy! Celuj w głowy i nie marnuj naboi. – ochrypłym głosem radził Gienek.

- I zaraz wracaj pomóc nam nosić te kartony. Liczymy i czekamy na ciebie – dorzucił szef bandy.

Niedaleko, na skraju lasu stał polonez z włączonymi reflektorami, skierowanymi prawie dokładnie w kierunku wejścia do podziemi. Bolek ujrzał byle jak poukładaną piramidę kartonowych pudeł, którą przed chwilą skonstruował własnoręcznie Waldek, bez pomocy leżącego obecnie na ziemi i półprzytomnego Mańka. Bolkowi przemknęło przez myśl, że jeśli wsiądą do samochodu we czterech, to za nic w świecie wszystkie te pudła do poloneza się nie zmieszczą. Być może więc Maniek wróci zaraz z powrotem do Hadesu, zaniesiony tam za ręce i nogi przez swoich kompanów. Jeszcze przez jakiś czas nie mogli liczyć na to, że pijany w sztok Maniek będzie w stanie pełnić rolę Cerbera, więc pewnie zamkną swój Sezam na kłódkę, tym razem z zewnątrz.

To jednak nie nurtowało Bolka tak bardzo jak fakt, że jego rodzony brat, przez którego stracił oboje rodziców prowadzi w tym momencie jego i jego dziewczynę na śmierć przez rozstrzelanie. Czyżby Waldek aż tak został zepsuty przez odsiadkę w więzieniu, że teraz bez wahania wykona polecenie swojego szefa? Czy będzie w stanie dopisać do swojego rachunku kolejne dwie zabite osoby? Czy może jednak ma jakieś inne zamiary?

- Idziemy, gnojki! – rzucił groźnie do nastolatków Waldek.

Zostawiając trójkę pozostałych bandytów za sobą, w nikłym świetle latarki Waldka ruszyli gęsiego w kierunku lasu. Julka przed Bolkiem, a Waldek za nim. Bolek zastanawiał się, czy powinien zdradzić Julce prawdę o Waldku, czy lepiej nie. Stąpali z Julką gołymi stopami po trawie, liściach, igliwiu, starych żołędziach i świeżych szyszkach, co chwilę sycząc z bólu. Minęli poloneza i już po chwili znaleźli się poza zasięgiem wzroku i słuchu Wiewiórskiego i Gienka. Bolek postanowił przerwać milczenie:

- Waldek, nic takiego nie zrobiliśmy, ani nie widzieliśmy, żebyśmy mieli zasłużyć na śmierć, braciszku.

- Co powiedziałeś, Bolek? – podniosła głos Julia. – Ty go znasz?

- Ucisz się, dziewczyno, jeśli chcesz żyć! – skarcił ją półgłośnym szeptem Waldek. – Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Musimy załatwić to szybko, bo inaczej tamci zorientują się, że coś jest nie tak.

- Co chcesz z nami zrobić? Jeśli musisz znów kogoś zabić, to zabij mnie, ale ją wypuść, morderco! – zaperzył się Bolek i zacisnął pięści. Bał się jednak odwrócić i zaatakować Waldka, bo kula jak wiadomo jest szybsza od ręki, a musiał chronić przynajmniej Julkę.

- Młody, przestań! – zniósł obelgę Bolka Waldek, chociaż musiał zacisnąć zęby, kiedy wypowiadał następne słowa. – Przymknij się i słuchaj. Musimy przejść jeszcze kawałek, żeby nas stracili z oczu, a potem…

- Co? Myślisz, że tak po prostu pójdziemy na rzeź, jak potulne owieczki? – przerwał mu Bolek. – Pomyślałeś, co by na to powiedzieli ojciec i matka?

- Bolek… - bezskutecznie próbowała wtrącić się do nienawistnej wymiany zdań dwóch braci Julia.

- Dzieciaku, jak się nie zamkniesz, to naprawdę ci zaraz przyłożę! – Waldek patrząc na Bolka z trudem panował nad emocjami. – Nie widzisz, że właśnie kombinuję, jak z tego wybrnąć?! Nie obrażaj mnie i przestań się do mnie rzucać, bo nie mam nerwów ze stali. Nie będę ci teraz niczego tłumaczył, bo i tak nie zrozumiesz. Tamci w żadnym wypadku nie mogą się dowiedzieć, że jesteśmy spokrewnieni, inaczej wszystko szlag trafi. Idźcie dalej, jesteśmy jeszcze za blisko… – nakazał Waldek.

- Niedoczekanie twoje, bandyto! Nie dam ci skrzywdzić Julki! – niemal zapiszczał Bolek. Odwrócił się do Waldka i gdyby nie refleks Julki, która go chwyciła od tyłu, ruszyłby rozjuszony na brata jak byk na torreadora, nie bacząc już na różnicę w uzbrojeniu. Wzrostem i budową byli bardzo podobni, więc w walce wręcz mieliby raczej równe szanse. – Zabiłeś ich, zabij i mnie, kryminalisto! Spieprzyłeś całe moje życie!

- Bolek, odpuść już. Nie będę teraz przepraszał za to, co się stało. – lekko odsunął się do tyłu Waldek, ale już z opuszczonym pistoletem. – Może kiedyś ci powiem, dlaczego jestem z tą bandą, ale na pewno nie dzisiaj. Wiedz tylko, że jeżeli mnie teraz zdemaskują, na pewno mnie zabiją. Chyba, że tego właśnie chcesz…

- Myśl, chłopaku! – znów próbowała interweniować rozdygotana Julia. Z trudem utrzymywała Bolka, aby nie rzucił się na brata. – Nie słyszysz, co mówi? Przecież on chce nas puścić!

- Należałaby ci się kulka od twoich kolesiów, Waldek – Bolek zdawał się w ogóle nie słuchać ani brata, ani Julki. – Mama z tatą mogliby jeszcze żyć, gdyby nie ty i ta twoja wóda – załkał teraz Bolek ze łzami w oczach. Przestał się wyrywać Julce. – Nigdy ci tego nie zapomnę! Nigdy!

- Bolek… Proszę cię, uspokój się już. Myślisz, że zapomniałem, kto prowadził samochód? Co się stało, to się nie odstanie – cichym, lecz stanowczym głosem próbował łagodzić sytuację Waldek. – Nie tylko ty musisz z tym żyć. Wcale nie oczekuję, że zapomnisz. Mnie poczucie winy nie opuści do końca mojego życia. Ale kiedyś będę musiał cię poprosić o wybaczenie. Oni na pewno by chcieli, żebyśmy się pogodzili.

- Przez ciebie już nigdy się nie dowiemy, czego oni by chcieli, Waldek – Bolek wypuścił powietrze i zrezygnowany opuścił barki, jakby miał zapaść się do środka samego siebie.

Julia chwyciła go za ramiona, odwróciła do siebie i mocno przytuliła. Było to dokładnie to, czego w tej chwili potrzebował, więc Bolek również ją objął. Poleciało mu z oczu jeszcze kilka łez. Waldek odczekał chwilę w milczeniu, a potem popędził ich:

- Nie mamy czasu. Nie bójcie się, nie zastrzelę was. Ale oni muszą uwierzyć, że to zrobiłem. Nie mogę na razie nic więcej powiedzieć – wyjaśnił enigmatycznie Waldek. – Jak mi się nie uda ich teraz przekonać, że jestem wobec nich lojalny, nie pozwolą mi zostać w bandzie i wrócę do pudła, a tego nie zniosę.

Przeszli w ciemności jeszcze kilkadziesiąt kroków i Waldek nakazał im się zatrzymać. Bolkowi gdzieś pomiędzy drzewami mignęły w oddali światła jakichś latarni. Wydawało mu się też, że słyszy niski pomruk silników. Julka była zbyt przerażona i zdezorientowana całą tą sytuacją, aby zwrócić uwagę na takie szczegóły. Stała teraz obok Bolka i milczała, trzymając go pod rękę i mocno wtulając się w jego bok. Bolek także nigdy dotąd nie odczuwał tak silnej potrzeby bliskości, a Julka widocznie doskonale to wyczuwała. Taka właśnie łączyła ich szczególna więź. Dopasowani jak dwie połówki jabłka. Na dobre i na złe.

- Poczekajcie – poprosił ich Waldek. Upchnął pod pachą pistolet i latarkę. Wyjął z tylnej kieszeni spodni rozkładany scyzoryk. Rozłożył ostrze, podniósł rękaw koszuli i przeciął niezbyt głęboko skórę na przedramieniu. Poleciało kilkanaście kropel krwi, którą rozsmarował po dłoniach i w kilku miejscach koszuli, głównie na rękawach i na piersi – Musi wyglądać trochę, jakby mnie obryzgało krwią. Na wszelki wypadek weź ten scyzoryk, Bolek. Może się przyda, gdyby mi nie uwierzyli i znów postanowili was złapać.

Waldek złożył scyzoryk i podał go bratu, a ten schował go do małej kieszonki w swoim stroju. Potem brat Bolka wyjął latarkę i pistolet spod pachy. Wsadził latarkę za pasek od spodni tak, że oświetlała teraz jego tors i twarz, co wyglądało nieco upiornie. Zupełnie jak kiedyś, gdy jeszcze jako małe dzieci straszyli się nawzajem w ciemności, kiedy mieszkali razem w jednym pokoju, w małym mieszkaniu rodziców na osiedlu robotniczym w Iwinach. Waldek odbezpieczył i przeładował pistolet poprzez odciągnięcie górnej części zamka i pierwszy nabój z magazynka znalazł się w lufie, czyniąc broń gotową do strzału. I do zabijania.

Kiedy Waldek unosił broń, Julka kompletnie zdezorientowana zamknęła oczy. Nadal nie była do końca przekonana co od intencji dopiero co poznanego starszego brata Bolka. W stresie niewiele do niej docierało. Rozumiała tylko tyle, że Bolek i Waldek to bracia, którzy nie darzą się sympatią od momentu wypadku ich rodziców, a wypadek ten spowodował starszy z nich. Wcześniej Bolek nigdy o tym nie wspominał. Ale to Waldek właśnie miał teraz broń i panował nad sytuacją. Zanim oddał pierwszy strzał powiedział do nich powoli, spokojnie i wyraźnie:

- Julka, nie znasz mnie i nigdy mnie nie widziałaś. Bolek, ty też nikomu nic nie mów o naszym spotkaniu, ani o kryjówce. Niedługo może cię odnajdę i może jeszcze poukładamy sobie nasze sprawy. A teraz zamknijcie uszy, bo będzie głośno – podniósł pistolet w górę i oddał strzał. Policzył do pięciu, a następnie oddał drugi strzał, także w kierunku granatowego, rozgwieżdżonego nieba. Potem zamienił miejscami pistolet z latarką i powiedział:

- A teraz zmykajcie i nie wracajcie tutaj przez jakiś czas. Uważajcie na siebie, bo w lesie mogą grasować duchy – zażartował. – No to na razie. Cześć! – zawahał się chwilę, poświecił w dół na ich bose stopy i się uśmiechnął. – Nie pytam nawet, gdzieżeście podziali swoje buty, stuknięte wariaty. Ciekawe, jak w ogóle wleźliście do tej piwnicy? Może kiedyś mi opowiecie. Trzymajcie się, młodszy braciszku i ryża piękności. I weźcie moją latarkę, bo się pozabijacie – Waldek wyciągnął rękę do Bolka, ale nie doczekawszy się uścisku, poklepał go tylko po ramieniu, a drugą ręką wcisnął mu swoją latarkę.

Brat Bolka odwrócił się i dziwnym krokiem, na początku unosząc na wszelki wypadek wysoko nogi jak żuraw, aby się nie potknąć, odszedł w kierunku widocznych w oddali zapalonych świateł poloneza. Zapewne za chwilę pokazując plamy krwi na rękach i ubraniu pochwali się rozwaleniem przypadkowych świadków przestępczego procederu, którzy zawinili wyłącznie tym, że zjawili się w złym miejscu o złym czasie.

Bolek i Julka stali jeszcze przez chwilę, próbując ochłonąć po tym wszystkim, co się przed momentem wydarzyło. Potem chwycili się za ręce, lecz zanim ruszyli chcąc jak najszybciej oddalić się od odkrytej przypadkowo kryjówki przestępców, gdzieś całkiem niedaleko rozległy się krzyki. Można było zrozumieć niemal każde wykrzyczane słowo, choć krzyczało na pewno kilka głosów. Trochę po polsku, a trochę po rosyjsku. Był to ewidentnie żargon wojskowy. No jasne, przecież za lasem zaczynają się tereny jednostki wojskowej, nagle zdał sobie sprawę Bolek i zaklął w duchu. Cholera, musieli usłyszeć strzały Waldka!

Bolek chwycił Julkę za rękę i razem przykucnęli cichutko za drzewem. Zgasił latarkę i obydwoje wytężyli wzrok i słuch, aby dojrzeć bądź usłyszeć, skąd mogły dochodzić te różnojęzyczne krzyki. Widzieli, że po prawej stronie nadal paliły się światła poloneza. Gdzieś w oddali, po ich lewej stronie po chwili zapaliły się dużo mocniejsze reflektory, które zaczęły przeczesywać las. Bolek przezornie pociągnął Julię w dół i obydwoje natychmiast padli na igliwie.

Zaraz potem w lesie rozpętało się piekło, jak na wojnie. Zaczęły rozbrzmiewać kolejne strzały. Były to zarówno krótsze, jak i dłuższe serie z pistoletów maszynowych. Na pewno zaś nie w powietrze, bo od czasu do czasu z okolicznych drzew ze stukotem odpadała kora i drzazgi. Sytuacja pogorszyła się, kiedy od strony poloneza, w odpowiedzi na serie z karabinów, bandycka szajka zamiast wziąć nogi za pas zaczęła odpowiadać pojedynczym ogniem z broni krótkiej. Niewątpliwie pomyśleli, że zostali właśnie nakryci przez oddział funkcjonariuszy niedawnej MO, a obecnie już Policji, więc zaczęli bronić siebie i swojej cennej zdobyczy.

Julia z Bolkiem z przerażeniem stwierdzili, że wbrew własnej woli znaleźli się w krzyżowej nawale ognia. Pozostało im tylko leżeć i czekać, aż któraś ze stron przegra tę walkę, tracąc życie albo zużywając całą amunicję. Po jakichś trzech minutach strzelanina ustała. Ale przerażeni nastolatkowie nadal nie podnosili się, ponieważ nie mogli jeszcze znać wyniku tej potyczki i nie chcieli stać się kolejnym ruchomym celem. Usłyszeli za to od strony jednostki „Tyralierą naprzód”, a potem ten sam głos wydał podobną komendę, tylko w drugim języku „Wpieriod, tawariszczi”.

W swoich ciemnych kombinezonach musieli zlać się z podłożem, bo mimo, że słyszeli w pobliżu trzask łamanych wojskowymi butami gałązek i chrzęst deptanego igliwia, żaden z przechodzących dość blisko pochylonych żołnierzy z wycelowanymi przed siebie kałasznikowami nie zauważył leżących, wstrzymujących oddechy postaci. Bolek miał nadzieję, że Julki nie oblezą teraz żadne mrówki, bo wtedy na pewno zdradziłaby ich drąc się, drapiąc i uciekając w popłochu przed siebie, byle dalej od morderczych owadów.

Tyraliera podążyła w kierunku, skąd banda Wiewiórskiego usiłowała się przed chwilą bronić i odpowiadać ogniem, chociaż ich szanse od początku wynosiły gdzieś tak jeden do dziesięciu, podobnie jak liczebność obu walczących uzbrojonych oddziałów. Bolek pomyślał, że albo bandytom skończyły im się naboje, albo po prostu podkulili ogony i zwiali, realnie oceniając swoje szanse na zwycięstwo jako zerowe. Od kiedy strzały ucichły, z miejsca, w którym nadal stał na światłach samochód należący do bandy, nie dochodziły żadne dźwięki. Jezu, a może wszyscy tam zginęli od postrzałów?

Bolek podniósł głowę i zobaczył, że linia utworzona przez żołnierzy przesunęła się już jakieś dwadzieścia metrów w kierunku ruin Waldschloss. Podjął decyzję, że jeśli mają stąd uciec, to właśnie teraz jest na to najlepszy moment, bo zanim żołnierze z jednostki dotrą do „twierdzy” Wiewiórskiego, a potem wrócą, da im to czas na wyniesienie się z lasu i być może jakoś uratują w ten sposób swoje durne, zmarznięte tyłki. Nie zamierzał tego mówić Julce, ale obiecał sobie, że już nigdy więcej nie wyrwie się i nie będzie namawiał nikogo na niebezpieczne, nocne eskapady. W innej sytuacji walnąłby się dłonią w czoło, próbując wybić sobie z głowy wszystkie swoje szalone pomysły, ale teraz klepnął tylko Julkę lekko w plecy i szepnął do niej „Chodu”.

Ostrożnie podnieśli się i mocno pochyleni ruszyli lawirując między drzewami. Bolek zamierzał najpierw zbliżyć się do terenu jednostki, aby potem wzdłuż ogrodzenia dotrzeć do drogi prowadzącej na Żeliszów. Wiedział, że asfaltem bez problemu powinni jakoś dotrzeć do miasta. W końcu to nie tak daleko. O pozostawionych rowerach i torbach z ciuchami na razie mogli zapomnieć. Może jutro spróbują je jakoś odzyskać. A rodzicom i dziadkom niestety będą się musieli długo i głupio tłumaczyć. Na pewno będą z tego jakieś konsekwencje. Nie bacząc na to, najpierw trzeba jednak dotrzeć do domów.

Zanim wyszli spomiędzy drzew, w świetle mocnych reflektorów wojskowych umieszczonych na słupach po obu stronach bramy wjazdowej do jednostki zobaczyli kręcących się przy szlabanie wojskowych. Wartownicy rozmawiali chyba z jakimś oficerem, bo stali przed nim na baczność i żywo gestykulując zdawali relację z wydarzeń z ostatnich kilku minut. Pokazywali wyraźnie kierunek, z którego padły strzały i w którym pobiegł oddział żołnierzy. Za bramą, na terenie jednostki zauważyli kolumnę kilkunastu ciężarówek z włączonymi światłami, wyraźnie przygotowanych do wyjazdu na zewnątrz.

Bolek pokazał Julce, że muszą skrajem lasu oddalić się od wartowni, żeby ich nikt nie zauważył. Jakby mało mieli kłopotów brakowało jeszcze, aby zostali złapani przez jakichś żandarmów. Po niecałych stu metrach natrafili na stojący na poboczu wojskowy pojazd z włączonym silnikiem. Wyglądało na to, że ciężarówce tej jako jedynej z całego konwoju udało się przed paroma minutami opuścić tereny jednostki wojskowej i pewnie została zatrzymana, kiedy rozpoczęła się strzelanina w lesie.

Julia i Bolek przykucnęli za dużym drzewem. Zobaczyli dwóch żołnierzy stojących przy otwartych drzwiach od strony kierowcy. Usłyszeli ich rozmowę w języku rosyjskim.

- Wy dałżny padażdat’, kaprał. Kapitan prikazał – odezwał się jeden z nich i odszedł drogą w kierunku jednostki, przechodząc tylko parę metrów od nich.

- Da, da. Ja budu żdat’ – rzucił kierowca odchodzącemu towarzyszowi. A kiedy już tamten nie mógł usłyszeć, zwrócił się do kogoś siedzącego w ciężarówce – Mnje prosta nużna slit’ kartoszku. Ja wiernus’ czieriez minutu, slyszysz mjenja Sasza? Sasza? – Wot, k cziertu, on zasnuł! – zaklął pod nosem żołnierz zdenerwowany na kolegę, który zapewne zdążył już sobie uciąć drzemkę w kabinie.

Kierowca zatrzasnął drzwi, poprawił spodnie, przeszedł na druga stronę drogi i zniknął za jednym ze starych dębów. Drzewo było bardzo podobne do tego, za którym schowali się Julka i Bolek. Julka, którą widocznie opuścił już paraliżujący strach, kuksnęła Bolka w bok i powiedziała cicho:

- Bolek, zobacz, plandeka jest luźna. Nie ciekawi cię, co te wszystkie radzieckie ciężarówki mogą stamtąd wywozić? Przecież to jest nasza polska jednostka.

I zanim Bolek zdążył zaprotestować, Julka wyrwała mu z ręki zgaszoną Waldkową latarkę i na palcach podbiegła do ciężarówki. Bolek natychmiast ruszył za nią, chcąc ją powstrzymać przed wyraźnym zamiarem zajrzenia do środka.

- Stój, wariatko! Mało ci jeszcze przygód?! – prawie na nią nakrzyczał piskliwym szeptem.

Julka uniosła róg plandeki do góry. Włożyła głowę od środka i zapaliła wewnątrz latarkę.

- Bolek, rzuć okiem! Nie bój się, nikt nie widzi – odezwała się półszeptem do Bolka, kiedy stanął już obok niej i zaczął się nerwowo rozglądać. – Zobacz, szybko!

Jak nie zajrzę, nie odpuści, pomyślał Bolek i wsadził również głowę pod plandekę.

- Co to może być, do diaska! – zdziwił się widząc wypełnioną skrzyniami przestrzeń ładunkową ciężarówki.

Zobaczyli sporą ilość drewnianych skrzyń. Były różnej wielkości, ale każda z nich była na tyle duża, że nie było szans, aby jedna osoba, a nawet dwie mogły ruszyć je z miejsca. Najciekawsze było to, że nie były one oznakowane napisami rosyjskimi ani polskim, tylko niemieckimi. Na wielu skrzyniach znajdowały się widoczne swastyki, co by oznaczało, że nie należały do obecnej Bundswehry, lecz raczej do dawniejszego Wehrmachtu. Ciekawe, pomyślał Bolek, ale to nie ich sprawa.

- No i co, zaspokoiłaś ciekawość, wścibska babo? – nie omieszkał ochrzanić Julki. – Wracamy do lasu, bo ileż ten sałdat może sikać? – Wysunął się spod plandeki i skradając się jak Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców, wrócił na oddaloną o kilka metrów, ich wcześniejszą pozycję za grubym drzewem na skraju drogi. Tam kucnął i spojrzał za siebie, czy również i Julka wraca za drzewo. Ale nie, ona zniknęła! Zapadła się pod ziemię?! Nagle zauważył, że plandeka samochodu wybrzusza się w kilku miejscach. Serce podeszło Bolkowi do gardła, a krew odpłynęła mu z głowy i pociemniało mu w oczach. Rany boskie! Stuknięta Julka wlazła na pakę! Ale to jeszcze nie był koniec jej pomysłów.

- Bolek! Łap! – usłyszał cichy krzyk Julki, która stęknąwszy rzuciła jakąś niewielką skrzynką spod uchylonej plandeki tak mocno, że ta wylądowała w wysokich krzakach jagód rosnących na małym wzgórku na poboczu drogi i sturlała się w stronę lasu.

W tym momencie rozległo się trzaśnięcie drzwi. Widocznie kierowca wrócił z toalety. Zgrzytnęła skrzynia biegów, ciężarówka szarpnęła i ruszyła. Ale na wstecznym biegu, z powrotem do jednostki i krzątających się nerwowo przy bramie kilkunastu żołnierzy dwóch, póki co jeszcze sojuszniczych armii.


Już wiemy skąd nasi bohaterowie zdobyli skrzynkę. A dla ścisłości jedna bohaterka - szalona Julka. Co się stało z bandziorami? Czy brat Bolka jeszcze żyje? Jak skończyły się porachunki mafii z żołnierzami rosyjskimi? No i czy naszym bohaterom uda się bezpiecznie dotrzeć do domu?

Koniecznie napiszcie w komentarzu jak podobają Wam się losy naszych bohaterów! Jak wyobrażacie sobie ich dalsze historie?

Kolejny odcinek już w środę!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Malachitowa Kosodrzewina   28 listopada 2020r. o 18:56

~Malachitowa Kosodrzewina

Postów:

No i fajnie
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Liliowobiały Rabarbar   1 grudnia 2020r. o 22:52

~~Liliowobiały Rabarbar

Postów:

c.d. zagadka częściowo rozwikłana
----------------------------------------
Zaproszeni przez profesora Piotra Kasperczyka goście spóźniali się. Zegar wiszący na ścianie tuż nad drzwiami wejściowymi do jego gabinetu kierownika katedry Optyki i Fotoniki Politechniki Wrocławskiej wskazywał dwanaście minut po dziesiątej. Ten dość oryginalny chronometr otrzymał kilka miesięcy wcześniej od studentów podczas uroczystości z okazji 75-lecia istnienia uczelni. Miał kształt oka ludzkiego, a na cyferblacie któryś z bardziej dowcipnych i inteligentnych studentów zamiast jakiejś bardziej tradycyjnej sentencji w stylu „Tempus fugit” czy „Ora et labora”, wysmarował permanentnym markerem napis „Audi, vide, sile!”, co oznacza „Słuchaj, patrz, milcz!”. Po głębszym zastanowieniu profesorowi zdanie to tak się spodobało, że postanowił niezwłocznie zastąpić tym zegarem stary i coraz częściej zacinający się zegar w swoim gabinecie. Jednak koledzy z jego i innych katedr, a nawet innych wydziałów nie szczędzili profesorowi Kasperczykowi złośliwości twierdząc na przykład, że studenci na pewno życzyli profesorowi zmiany jego wysłużonej piętnastoletniej corolli na nowe Q7. Pomarzyć dobra rzecz.

Jeżeli zapowiedziani goście nie pojawią się do dziesiątej trzydzieści, będę musiał zadzwonić do profesora Dulewskiego i spróbować przełożyć umówione spotkanie, pomyślał profesor Kasperczyk, siedząc przy swoim biurku i obracając kolejną stronę najświeższego numeru czasopisma naukowego. Spotkania z rektorem o dwunastej nie mógł odwołać, a musiał się jeszcze do niego przygotować. Profesor Kazimierz Dulewski był jego poprzednikiem na stanowisku kierownika katedry, a obecnie spędzał naukową emeryturę w swoim nowym, parterowym domku, położonym w niewielkiej wiosce pod Miliczem, dokąd przenieśli się z żoną mając nadzieję na upragniony odpoczynek z dala od zgiełku wielkiego miasta. Emerytowany profesor Dulewski wiedziony sentymentem często jednak wpadał do niego na Politechnikę porozmawiać, napić się kawy i przy okazji omówić bieżące osiągnięcia naukowe w Polsce i na świecie. W latach swojej aktywności zawodowej był cenionym naukowcem i z tego powodu nawet po jego odejściu na emeryturę nadal zapraszano go na organizowane na Politechnice konferencje i wszelkiego rodzaju uroczystości. Jeżeli tylko zdrowie pozwalało, zawsze się na nich stawiał, dzięki czemu utrzymywał ciągły kontakt z kolegami na uczelni i ze światem naukowym.

Profesor Dulewski zadzwonił do niego w piątek przed weekendem i zapowiedział swoją wizytę. Uprzedził jednak, że nie przyjedzie sam, lecz ze swoim kolegą z lat studenckich, który również jest na nauczycielskiej emeryturze. Profesor by dość tajemniczy i nie chciał zdradzić celu wizyty. Poprosił jedynie o zaproszenie na spotkanie najlepszego na uczelni specjalisty od optyki, doktora Macieja Szaraka, którego promotorem był niegdyś właśnie sam profesor Dulewski. Po tej zagadkowej rozmowie profesor Kasperczyk zrobił tak, jak poprosił go starszy kolega. Umówił spotkanie w poniedziałek o godzinie dziesiątej, zapraszając na nie również wspomnianego doktora, który na szczęście zaplanował swój wakacyjny urlop w innym terminie i dysponował wolnym czasem.

Kwadrans po dziesiątej profesor Kasperczyk odłożył czytany periodyk, wstał z fotela przy swoim biurku, podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz. Zauważył siedzącego na jedynej w holu ławce niemal całkowicie łysego mężczyznę w okularach. Zwykle na tej dwuosobowej ławeczce znajdującej się tuż przy jasno oświetlonej, znajdującej się za kratami wystawie urządzeń optycznych, przesiadywali studenci oczekujący na egzamin lub zaliczenie. Ale teraz żacy mieli swoje upragnione wakacje, więc hol i klatka schodowa świeciły pustkami, a w budynku panowała niespotykana głucha cisza.

Zaproszony doktor Szarak, zapatrzony w trzymane na kolanach dokumenty, lekko poruszał ustami, jakby mówił sam do siebie. Profesor wiedział, że doktor nie rozmawiał z duchami, lecz po prostu miał taki zwyczaj podczas czytania. Doktor Szarak ubrany był w żółtą kamizelkę założoną na ciemnozieloną koszulę. Było to zgodne z praktykowanym przez niego stylem kontrastowego i ekstrawaganckiego dobierania elementów ubioru, który według niego zawsze musiał być odmienny od jego nazwiska.

- Dzień dobry, doktorze Szarak. Niech pan wejdzie, szanowny kolego – zwrócił się profesor Kasperczyk do zamyślonego naukowca, który na dźwięk jego głosu podniósł głowę, a twarz mu się wyraźnie rozpromieniła.

- Dzień dobry, panie profesorze! Jak się pan miewa? Już po urlopie? – odpowiedział kolorowo ubrany doktor Szarak.

- W porządku, dziękuję. Tak, w tym roku byliśmy z żoną nad Bałtykiem – odpowiedział profesor. - Nasi goście niestety się trochę spóźniają. Poczekajmy jednak w moim gabinecie. Profesor Dulewski zaprosił swojego znajomego spoza Wrocławia. Może znów na autostradzie są korki, jak zawsze po weekendzie. Ciekawi mnie jaką to nietypową i tajemniczą sprawę mogą mieć do nas.

- Ja także nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z naszym sympatycznym profesorem Dulewskim – odpowiedział entuzjastycznie doktor Szarak i wszedł do gabinetu kierownika katedry.

Doktor zajął miejsce na skórzanej sofie przeznaczonej dla gości odwiedzających profesora. Przed sofą stała niska dębowa ława, a na niej leżał pokaźnej wielkości kryształ górski na drewnianej podstawce z napisem „Szklarska Poręba”, który wyglądał trochę jak mały biały jeż. Doktor odłożył przyniesione teczki i dokumenty na ławę i rozsiadł się wygodnie, zapadając się w miękkiej i przepastnej sofie.

Profesor zamknął drzwi za doktorem, ale zanim zdążył wrócić do biurka i zasiąść z powrotem na swoim fotelu, rozległo się głośne pukanie. Bez czekania na zaproszenie, ktoś mocno nacisnął na klamkę i drzwi do gabinetu z impetem otworzyły się. Do środka dosłownie wpadł profesor Dulewski ze słowem „Przepraszamy” na ustach. Był niskim, siwiutkim, dość ruchliwym mężczyzną o niepozornej posturze. Przywitał się profesorem Kasperczykiem i doktorem Szarakiem dynamicznymi uściskami rąk i wielokrotnie powtarzanymi słowami „Witam kolegę, witam, miło widzieć”. Po przywitaniu z dawnymi współpracownikami obrócił się i zwrócił się do niewidocznych osób, nadal przebywających na korytarzu:

- Zapraszam do nas, Stefanie. I panią także, szanowna koleżanko! Proszę, proszę, nie krępujcie się.

Do gabinetu wszedł swoim nieco powolnym krokiem pan Stefan Rybka, a za nim ciągnąc na popiskujących kółkach różowy neseser weszła nieco speszona Julia. Stanęli pośrodku gabinetu i niepewnie rozejrzeli się dokoła. Spotkanie w gronie naukowców onieśmieliło tych dwojga przybyłych gości, ale na szczęście profesor Dulewski czuł się tu nadal jak u siebie, więc zaczął bez skrępowania pełnić rolę gospodarza. Ze swoistym poczuciem humoru przedstawił przyprowadzonych przez siebie gości:

- To Stefan Rybka, dawniej nauczyciel fizyki z Bolesławca, obecnie w stanie spoczynku. Znamy się jeszcze z czasu studiów i muszę się przyznać, że gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj, bo to ja od niego ściągałem – wszyscy obecni głośno się zaśmiali. – Ale kiedy Stefan usłyszał wewnętrzny głos, odstawił naszą przyjaźń i szalone studenckie życie, porzucił nudną pracę naukową i pojechał w świat czynić pracę u podstaw, jak doktor Judym. A ja z braku lepszych propozycji zostałem na uczelni – kolejny raz zażartował profesor.

- I my wszyscy jesteśmy panu profesorowi za to wdzięczni. A ja w szczególności – odrzekł doktor Szarak składając swoje dłonie w geście podziękowania i posyłając profesorowi szeroki uśmiech.

- Świat naukowy niewątpliwie na tym skorzystał, Kaziu – odrzekł ciepło pan Rybka, ośmielony niespodziewanym komplementem ze strony tak uznanego naukowca. – Kopę lat, ale zawsze dobrze powspominać studenckie czasy. Zanim jednak wyjaśnimy o co chodzi, pozwolą panowie, że przedstawię panią Antoninę Polańską, moją byłą uczennicę, prymuskę z bolesławieckiego liceum. Rocznika nie pamiętam, bo z kobietami o upływie lat się nie rozmawia.

Wskazana ręką przez pana Stefana Julia przywitała się z profesorem Kasperczykiem i doktorem. Panowie oprócz uścisku dłoni po dżentelmeńsku ucałowali podaną im przez nią dłoń. Julia nie potrafiła sobie w ogóle przypomnieć, kiedy ostatni raz spotkała się z tym miłym, zanikającym gestem. Świat się zmienia, dżentelmeni są na wyginięciu, przemknęło Julii przez myśl. Ale przecież kobiety same się proszą o równouprawnienie, stwierdziła także na swoje usprawiedliwienie.

- Miło panów poznać. Dziękujemy za zgodę na spotkanie – zwróciła się do naukowców. – Może od razu przedstawimy panom cel naszej wizyty. Nie chcielibyśmy zabierać zbyt wiele ich cennego czasu, więc…

- Ależ to żaden problem – przerwał Julii w pół słowa profesor Kasperczyk. – Panu profesorowi Dulewskiemu się nie odmawia. Kobietom także – szarmancko wytłumaczył swoje wtrącenie, przerywające wstęp Julii. Gestem ręki zaprosił ją, pana Rybkę i profesora Dulewskiego na sofę. – Niech państwo usiądą. Doktorze Szarak, proszę się wysmuklić i zrobić miejsce naszym gościom – dodał żartobliwie profesor.

- To ja się po prostu przesiądę. Jeżeli będę potrzebny, będzie mi łatwiej udzielać odpowiedzi i gestykulować, nie czyniąc nikomu większej krzywdy. Jak się domyślam, nie zostałem zaproszony tutaj przez panów profesorów wyłącznie dla towarzystwa, prawda? – stwierdził doktor Szarak. Wstał, podszedł do biurka i przesunął oba puste krzesła stojące przed nim w pobliże ławy dla gości. Sam zajął jedno z nich.

- A pani, pani Antonino? Nie usiądzie pani? – zwrócił się do Julii.

- Owszem, dziękuję. Ale żeby pokazać panom, z czym przyjechaliśmy i tak będę musiała zaraz wstać – odpowiedziała Julia i przycupnęła na krawędzi drugiego przysuniętego krzesła.

Pan Rybka z profesorem Dulewskim także usiedli, a właściwie zapadli się w sofie. Pan Rybka kilka razy podskoczył na niej i zażartował:

- Jakbym siedział na puszystej wacie, Kaziu. Jeszcze tylko ptasim mleczkiem niech nas obdarują i będzie nam jak w niebie.

- Oj, Stefan. Ja się tam wcale nie wybieram. A ty też mimo wieku całkiem nieźle się jeszcze trzymasz – odparł także żartując profesor Dulewski.

- Ptasiego mleczka nie mam. A nawet gdybym miał, to musieliby trzymać je pod kluczem, bo jestem nieokiełznanym łasuchem. Ale mogę poczęstować słonymi krakersami – powiedział profesor Kasperczyk klepiąc się po wybrzuszeniu pod koszulą. Wrócił za swoje biurko, lecz zanim ponownie usiał w fotelu, wyjął z szuflady miseczkę z ciasteczkami i podał przez biurko doktorowi Szarakowi. Ten postawił ją na ławie. – A może coś do picia? Wody? Kawy? Ale uprzedzam, że mam tylko rozpuszczalną.

- Ja tylko wodę. Wierzcie mi, że nie chcielibyście oglądać pobudzonego przez kofeinę staruszka – ostrzegł z uśmiechem profesor Dulewski.

Wszyscy pozostali nie chcąc nikogo kłopotać również obstawali przy wodzie, więc profesor ponownie poprosił doktora Szaraka o pomoc w obsłudze. Doktor wstał i z komody stojącej na ścianie przyniósł wszystkie trzy stojące tam półlitrowe butelki niegazowanej wody wraz z czterema szklaneczkami. Położył butelki oraz naczynia na ławie i ponownie usiadł na swoim krześle.

- To co państwa do nas sprowadza? – zagaił doktor Szarak, chcąc przejść do konkretów a potem do swojego gabinetu na końcu korytarza, gdzie miał zamiar kontynuować pisanie kolejnej części artykułu na temat wirów optycznych i ich zastosowań dla jednego z zagranicznych czasopism.

- Poprosiłem mojego dawnego kolegę, profesora Dulewskiego o pomoc, ponieważ potrzebujemy naukowej porady, szanowni panowie – rozpoczął pan Rybka. – Wydaje nam się, że jesteście do tego najbardziej właściwymi osobami, jako specjaliści od optyki.

- O to może pan być spokojny – odezwał się zza swojego biurka profesor Kasperczyk. Oparty łokciami o blat biurka wychylił się nieco do przodu. – Ja specjalizuję się głównie w światłowodach, ale obecny tutaj doktor Maciej Szarak to znany w Polsce i na świecie ekspert od optyki. Słuchamy dalej z niecierpliwością.

- Mam uzasadnione podstawy podejrzewać, drodzy państwo, że przywieziony przez nas przedmiot miał znaleźć swoje przeznaczenie w pewnych eksperymentach naukowych. Eksperymentach związanych z jakimiś wyjątkowymi właściwościami tego przedmiotu. Nie wiemy tylko, co to za właściwości. Jesteśmy za to niemal pewni, że eksperymenty te prowadzone były tuż przed albo już w trakcie drugiej wojny światowej i to najprawdopodobniej przez naukowców niemieckich na potrzeby armii niemieckiej.

- Oho, teraz robi się ciekawie i tajemniczo – cichym głosem zaczął wprowadzać odpowiedni nastrój profesor Dulewski. – Zupełnie jak w archiwum X. Mów dalej, Stefanie. Czy to możliwe, że wpadliście na trop „Złotego pociągu”?

- W to akurat wątpię, chociaż tak naprawdę nie wiadomo, co jeszcze mogło być ukryte przez Niemców razem z tym przedmiotem. A przedmiot ten, w którego pochodzenie weszła obecna tutaj Tosia w okolicznościach, które w tej chwili nie mają znaczenia… – tu pan Rybka spojrzał na Julię, a ona dziwnie nerwowo odwróciła wzrok i chrząknęła. – To wyjątkowo piękny i nadzwyczajnie duży minerał. Tosiu, pokażesz go panom?

Julia wstała, pociągnęła neseser na środek pomieszczenia i położyła go na płasko. Nacisnęła przyciski obydwu zamków i otworzyła wieko. Nagle przypomniała sobie, jak Bolesław cztery dni temu w lesie koło Złotego Potoku dokładnie w ten sam sposób otwierał ten sam neseser. Z tą różnicą, że zamiast owiniętego w szmatę klejnotu, wtedy znajdował się wewnątrz georadar. Gdyby tylko wtedy wiedzieli, co potem miało przydarzyć się Bolkowi…

- Wszystko w porządku, Tosiu? – zapytał z troską pan Stefan, a wszyscy poza nim z zaciekawieniem przesunęli głowy do przodu, chcąc jak najszybciej zajrzeć do wnętrza nesesera. Pan Rybka od chwili, kiedy Tosia przyniosła dużą, ciężką różową walizkę do jego mieszkania i otworzyła ją, doskonale wiedział, jak cenna jest jej zawartość. Przy tym klejnocie wartość georadaru wydawała się nic nie znaczącą kwotą.

- Już przynoszę – odpowiedziała Julia i wyciągnęła ciężki, owinięty teraz w niewielki, pomarańczowy polarowy koc minerał.

Przed wyjazdem do Wrocławia zmienili z panem Stefanem okrywę drogocennego klejnotu, ponieważ brudna szmata z bagażnika była ich zdaniem niegodną pełnić tej zaszczytnej funkcji. Julia podeszła z zawiniątkiem do ławy. Profesor Kasperczyk nie wytrzymał i również podszedł, aby z bliska obejrzeć, co też takiego niezwykłego w ten zwyczajny poniedziałek przywieźli jego niespodziewani goście z Bolesławca. Julia odwinęła koc i cofnęła się o krok. Oczom zebranych ukazał się niesamowicie precyzyjnie na pierwszy rzut oka oszlifowany, ogromny szmaragd w kształcie idealnego sześcianu. O boku mniej więcej dziesięciu centymetrów.

Kilkadziesiąt sekund trwało, zanim pierwsza ze zgromadzonych w gabinecie osób odzyskała głos na widok tego cuda natury, którego wygląd był osiągnięty dzięki zaawansowanej technice i czyimś zdolnościom obróbki jubilerskiej. Doktor Szarak zapytał:

- Można? – i wskazał palcem na mieniący się na zielono klejnot, jak dziecko, które chce spróbować najsmaczniejszy kawałek ciasta na przyjęciu urodzinowym.

- Można, a nawet trzeba – odparł pan Rybka. – Jeżeli tylko pomoże to panu w określeniu, do czego miał służyć ten kamień Wehrmachtowi.

Doktor Szarak wziął ostrożnie kamień w ręce, podniósł do góry, odwrócił się w stronę okna i przez kilkanaście sekund oglądał go pod światło. Po całym gabinecie zaczęły poruszać się zielonkawe zajączki, za którymi jako dziecko każdy na pewno kiedyś próbował biegać, usiłując złapać je w małą dziecięcą dłoń lub przycisnąć do ściany.

- Ale czystość! Wręcz idealna! – stwierdził z podziwem. – Tak oszlifować taki kruchy minerał! To prawdziwy majstersztyk. Ależ ten szmaragd musi być warty pokaźną fortunę!

- Zwracam uwagę, panie doktorze, że ci państwo nie przyjechali tutaj do jubilerskiej wyceny tego niesamowitego kamienia szlachetnego – napomniał swojego współpracownika, mrugając okiem do pozostałych osób profesor Kasperczyk. – Czy przychodzi panu do głowy, kolego, co też w nim takiego mogli widzieć ci niemieccy uczeni i wojskowi, o których wspomniał pan Stefan?

- Ależ oczywiście, panie profesorze. To proste. Chodzi o właściwość optyczną minerałów, zwaną pleochroizmem – odpowiedział podekscytowanym głosem doktor Szarak, nie zdając sobie sprawy, że niektórzy ze zgromadzonych mogli równie dobrze pomyśleć, że mówi o politeizmie.

- Ciekawe, ciekawe. Pleochroizm. Że też ja wcześniej na to nie wpadłem – znowu zażartował profesor Kasperczyk. – A tak nieco jaśniej i dokładniej? Proszę pamiętać, że są tutaj cywile.

- To nie jest ciekawe, panie profesorze. To fascynujące! Nie wiem tego na pewno, ale przez nadany kształt i niezwykłą czystość tego kamienia mogę się domyślać, że jeśli chodzi o Niemców i ich fanatyczne wręcz dążenie do wejścia w posiadanie dającej przewagę militarną superbroni, pracowali nad nowym… hmmm… niewątpliwie nad nowym rodzajem broni…

- No dobra, ale chyba nie zamierzali strzelać tym z armaty, co? – dołączył tym razem do żartobliwej zabawy profesor Dulewski. Doktor Szarak i inni roześmiali się gromko.

- Oczywiście, że nie. Szmaragd, jako jeden z nielicznych minerałów cechuje się bardzo silnym pleochroizmem – odpowiedział naukowiec z tytułem doktora. – To znaczy, że zależnie od polaryzacji światła nań padającego, może on zmieniać barwę. Zapewne wykonywali więc doświadczenia mające prowadzić do uzyskania odpowiedniej barwy skupionej wiązki światła przepuszczanego przez ten kamień.

- Panie doktorze, do sedna, do sedna – kolejny raz poprosił o sprecyzowanie profesor Kasperczyk. Wykonał przerysowany kabaretowy gest zniecierpliwienia, spoglądając na zegarek na swoim lewym nadgarstku.

Doktor Szarak uśmiechnął się. Wiedział, że ta informacja, kiedy tylko wyjdzie poza to grono, zostanie najpewniej uznana za rewelację historyczną, dlatego z premedytacją przedłużał podzielenie się swoimi domysłami.

- Śmiem twierdzić, że naukowcy niemieccy musieli tam u was, w Bolesławcu, pracować nad bronią laserową…

Efekt tej wypowiedzi przerósł oczekiwania naukowca, bo długą chwilę wszyscy przetwarzali tę informację w głowach. Niemal słychać było wytężoną pracę tęgich mózgów.

- Do tego potrzebowaliby specjalnie przygotowanych, dużych pomieszczeń doświadczalnych. Ale to chyba nie problem – pierwszy podzielił się swoimi przemyśleniami, ale teraz już na poważnie, profesor Dulewski. – Przecież oni konstruowali ogromną ilość budowli, umocnień, czy podziemnych fabryk. Zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kłopot na pewno musieli mieli z czymś innym… – profesor zamyślił się. – Skoro do tego typu eksperymentów zużywali bardzo dużo energii, to musieli mieć także bardzo duże ilości jakiegoś chłodziwa…

- A to by się z grubsza zgadzało, drodzy panowie – w zamyśleniu stwierdziła Julia. Podniosła głowę i przesunęła wzrokiem po zebranych mężczyznach. Skupiła na sobie uwagę wszystkich mężczyzn i jednocześnie naukowców. – Otóż do chłodzenia używali zwykłej wody ze strumienia. Specjalnie przebudowali do tego celu duży zbiornik wodny i wybudowali kanały doprowadzające wodę z tego zbiornika do swoich ukrytych laboratoriów. Ale proszę nie pytać, czy wiem, gdzie te wszystkie instalacje się znajdują. I proszę też nie pytać skąd i od kiedy o tym wiem. Bo było to dawno i nieprawda – tym razem to Julia próbowała zażartować. Widać było jednak po twarzach słuchaczy, że nikt z obecnych w ten jej żart nie uwierzył.

Pan Rybka zagadkowo spojrzał na Julię. Co ta Tosia jeszcze może przed nim ukrywać? W co oni się z tym Bolkiem razem wplątali?
I czy to z tego powodu postrzelony Bolek leży od czterech dni w szpitalu w stanie śpiączki?
-------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

DomoExprtWeterynarzNoclegi Klekusiowo
Inne informacje z regionu