ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4910, 11 maja 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu1 maja 2021r. godz. 15:30, odsłon: 521, Bolecnauci/Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek 68
Część, w której lokalny dziennikarz nawiązuje kontakt z mafią, a Waldek włamuje się kamieniem do auta Oli.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 68 Stetoskop w sali szpitalnej (fot. pixabay)

Już jest sześćdziesiąta siódma część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Sześćdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta szósta część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czy dziennikarz zostanie zagipsowany? Zapraszamy do lektury:


Całe prawe ramię nagiego od pasa w górę Gerarda Skrętkowskiego było obolałe, opuchnięte, w kolorze sino-fioletowe, przechodzące w sino-koperkowe i przy każdym, nawet najmniejszym ruchu wywoływało przeszywający ból. Samo oddychanie także było problemem, mimo nafaszerowania go przez jedną z sióstr czymś zdaje się dużo mocniejszym niż ketonal.

Po bolesnym zastrzyku zaaplikowanym kilka chwil wcześniej redaktorowi w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, druga z sióstr zapytała koleżanki, dlaczego nie podała mu leku w tabletce. Wzrok wrednej pigulary, która z niekłamaną radością i dziką satysfakcją odkładała fiolkę z płynnym lekiem i utylizowała użytą strzykawkę z nieco zbyt grubą, jak na potrzeby przebicia skóry pośladków, igłą, był nie do opisania. Nie mógł oznaczać niczego innego, niż całkowitego braku sympatii dla znanego dziennikarza z lokalnego portalu internetowego, wykonującego trudny i niebezpieczny, jak się okazało, zawód. Dlaczego, kiedy on niejednokrotnie w służbie czytelnikom naraża swoje zdrowie i życie, niektórzy ludzie bywają tak niewdzięczni?

Lekarz, który kazał na siebie czekać prawie godzinę, przybył na konsultację z oddziału chirurgii urazowej, obejrzał pobieżnie zdjęcie rentgena i oprócz solidnej dawki środków przeciwbólowych, zalecił także założenie gipsu unieruchamiającego bark. Po złamaniu kości obojczyka, do którego doszło według obrazu oglądanego na ekranie komputera, a nie jak dawniej utrwalonego na błonie fotograficznej, trudno zablokować sąsiednie stawy, jak w przypadku pęknięcia kości w kończynie. Redaktor nie chciał zostać unieruchomiony i wyglądać jak chodzący sztywno robot C-3PO z „Gwiezdnych Wojen”, ale czuł ten nieznośny ból, z którym trudno byłoby mu stać, chodzić, siedzieć, prowadzić auto, pisać na klawiaturze, o wiszeniu na drzewie z aparatem fotograficznym nawet nie wspominając. Łamał się, czy poddać się temu czasochłonnemu, choć koniecznemu zabiegowi, ale nie czuł w sobie na tyle siły woli i nie był aż tak twardy, aby znosić tego rodzaju cierpienie, jakiego właśnie doświadczał. Wolał więc jednak znosić przez jakiś czas dyskomfort opatrunku usztywniającego.

Opisując bardziej obrazowo swoje samopoczucie, redaktor czuł się, jakby kilka godzin wcześniej miał zderzenie z pędzącym 300 km/h Pendolino. Albo jakby po połowie jego ciała przejechał mknący pięćdziesiąt razy wolniej walec drogowy. Albo jakby jakiś ożywiony dwudziestotonowy spinozaur z parku jurajskiego próbował go zeżreć, chwytając w szczęki i miażdżąc mu połowę kości przed ostatecznym połknięciem. Co mu przyszło do głowy z tym taranowaniem drzwi? Co on sobie w ogóle myślał? Że te drzwi to z papieru są, tak jak w japońskich domach, czy co?

Półnagi redaktor Skrętkowski miał chwilę czasu na myślenie, zanim przygotowania do założenia gipsu miały się zakończyć. To, co usłyszał na OIMOie, w sali, w której dochodziła do siebie ofiara bandyckiego napadu, nie dawało mu spokoju. Jak się okazało, w całej tej sprawie było jeszcze drugie dno. Gdzie tam drugie. Tych den było prawdopodobnie znacznie więcej. Doszedł do wniosku, że gdyby nie ból i świadomość kolejnych potencjalnych obrażeń spowodowanych przemieszczającymi się fragmentami kości, odwaliłby jednak ten numer z drzwiami jeszcze raz, żeby tylko wydostać się ze szpitala i kontynuować swoje dziennikarskie dochodzenie.

Napad na zapleczu ulicy 1 Maja nie był walką o dostęp do wciąż brakujących miejsc parkingowych, ale konsekwencją czegoś, co wydarzyło się dużo wcześniej, gdzieś w Bolesławcu i okolicach. Trzeba koniecznie dowiedzieć się, co to takiego. Redaktor miał już pewne pomysły, gdzie i u kogo zasięgnąć więcej informacji na temat działalności dawnych żołnierzy, pozostałych na miejscu po wyjściu z Polski wojsk radzieckich, którzy w pierwszych latach raczkującego w Polsce kapitalizmu, w nowo zakładanych przeróżnych biznesach upatrywali swoją szansę na majętną i świetlaną przyszłość. A przy okazji stawali się potencjalnymi pracownikami wywiadu. Postanowił, że musi jak najszybciej skontaktować się z Sergiuszem.

Ten (oficjalnie prowadzący w Bolesławcu jeden z autokomisów) przedsiębiorca miał wobec niego pewne zobowiązania. Nie finansowe, ale nazwijmy to biznesowe. I wcale nie chodziło o żadną kampanię reklamową sprzedawanych przez niego używanych samochodów. Po prostu redaktor Skrętkowski wszedł kiedyś w posiadanie informacji, które mogłyby Sergiuszowi poważnie, a być może nawet śmiertelnie zaszkodzić, jeżeli zrzeszająca podobnych jemu i pobierająca regularne składki członkowskie organizacja, w skrócie zwana mafią, której się opłacał, dowiedziałaby się o jego szwindlach z ukrywaniem dodatkowych dochodów z mniej oficjalnej, ale tak naprawdę większej części swojego biznesu.

No cóż, zawód dziennikarz nie oznacza, że będziesz tylko łazić po galach, robić nudne wywiady z politykami, czy kręcić się przy demonstracjach w celu badania nastrojów mieszkańców. Istnieje tak zwana ciemna strona tego zawodu, tak jak istnieje oświetlona i nieoświetlona strona pięknego, romantycznego Księżyca. To, że ta druga część naturalnego satelity jest niewidoczna dla człowieka, nie oznacza, że w ogóle nie istnieje. Otóż istnieje i ma się całkiem dobrze. Tak jak ciemna, a raczej szara strona biznesu. Ale żeby zobaczyć tę ciemną stronę, nie musisz udawać się w podróż kosmiczną. Wystarczy się tylko trochę pokręcić tu i ówdzie po lokalnej gastronomii, umieć odnaleźć się w lokalnym środowisku i mieć odpowiedni zasób wysokooktanowego paliwa w postaci gotówki. No i wreszcie musisz znać pewnych doświadczonych w misjach kosmicznych astronautów, którzy, aby móc stawić czoła obcym i potworom pochodzącym z innych galaktyk, wyposażeni są w odpowiednią broń laserową czy plazmową, jeśli już posługiwać się przenośniami i nomenklaturą pochodzącą wprost z dzieł Lema, czy antologii filmowej o przygodach rycerzy Jedi walczących ze złem Imperium.

Sergiusz brzydził się bronią i bezpośrednio ze strony jego osoby redaktorowi nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Zamiast kałacha, mógł oczywiście do urwania głowy redaktorowi jak zwykle użyć jednego ze swoich oprychów, obdarzonych przez naturę w pięści wielkie, jak bochenki kilogramowego chleba. Ale ten cwany wyga, Kazach z pochodzenia, wiedział doskonale, że pewna koperta z pewnymi cennymi informacjami leży zdeponowana w pewnym biurze notarialnym i ma zostać ujawniona w przypadku, gdyby dziennikarzowi zdarzył się jakiś dziwny wypadek w jakichś tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach. Dlatego, dopóki koperta leżała zamknięta, każdy ich kolejny kontakt rozpoczynał się od prawdziwie uprzejmej wymiany uszczypliwości, albo uszczypliwej wymiany uprzejmości, co wychodziło w gruncie rzeczy na to samo. Obaj nigdy nie zapominali, co ich łączyło.

Redaktor obserwował delikatne ruchy ręką drugiej z pielęgniarek, tej o łagodniejszym usposobieniu, która przygotowywała w specjalnym pojemniku płynny gips w dalszej części sporego pomieszczenia gabinetu zabiegowego, zwanej gipsownią. Nieprzyjemna i brutalna siostrzyczka miłosierdzia musiała jakoś niezauważenie opuścić gabinet zabiegowy, bo nie widział jej aktualnie w pomieszczeniu. I dobrze, pomyślał redaktor Skrętkowski, bo jeszcze by mnie żywcem w tym gipsie zamurowała i to bez szczeliny na oddychanie.

Działającą jako tako lewą ręką wybrał w telefonie numer zapisany w kontaktach pod imieniem „Koryfeusz”. Nie wiedział dlaczego użył takiej nazwy, ale jakoś mu się to kiedyś skojarzyło z Sergiuszem i już tak zostało.

- Gerard, mój ty gepardzie! Za jaką biedną antylopką się aktualnie uganiasz, drapieżniku? – głos Sergiusza był jak zwykle piskliwy, skrzekliwy i brzmiał, jakby ktoś permanentnie ściskał go za rodowe klejnoty. To prawdopodobnie po operacji raka gardła, podczas której coś mu podobno wycięto w obrębie krtani. Mimo choroby Sergiusz nadal palił jak lokomotywa. – Kogo zamierzasz tym razem obsmarować na szaro?

- Z chęcią zobaczyłbym twoje nazwisko na naszej szpalcie, Serż – odparował ściszonym głosem dziennikarz, specjalnie z francuska odmieniając imię handlarza, bo wiedział że tej wersji imienia Sergiusz akurat chronicznie nie cierpiał. Redaktor szeptał półgłosem, bo nie chciał, aby siostra słyszała treść rozmowy. – Tylko nie wiem, czy nasz naczelny puściłby ten tekst w rubryce „Ludzie z pasją”, czy raczej „Kronika kryminalna”.

- Tak czy siak, schlebia mi, że moja historia nadaje się do przybliżenia waszym szanownym czytelnikom. Przydałaby mi się darmowa reklama – wyraźnie ucieszył się Sergiusz. – Co cię do mnie sprowadza, bo nie sądzę, żeby interesowała cię nowa furka na jakiś rodzinny wypad do Chorwacji? A gdyby jednak, mam kilka naprawdę dobrze utrzymanych, nazwijmy je, perełek. Igła, bracie, nie śmigane. Niemiec płakał jak…

- Nie tym razem, Sergiusz... – przerwał mu redaktor, nie zainteresowany aktualnie zmianą środka transportu. Słowo igła wywołało natychmiast niemiłe skojarzenie.

- Nie tym razem, nie tym razem – po drugiej stronie udający obrażonego Sergiusz na pewno pokręcił z niezadowoleniem nosem. – Ty nigdy nie chciałeś skorzystać z mojej oferty, więc i tak nie uwierzyłbym, że coś się w tej kwestii miałoby zmienić. Jesteś jak ten chłopczyk, co liże lizaki w cukierni, ale tylko przez szybę, a u mnie na placu każdy znajdzie coś dla siebie albo dla swojej lubej. Dałbyś czasem zarobić koledze…

- Koledze to może bym i dał, ale twoich prawdziwych zamiarów wobec mnie trudno nazwać przyjacielskimi – podzielił się swoimi przemyśleniami na temat łączącej ich przeszłości redaktor Skrętkowski. Chociaż faktycznie był przekonany, że Sergiusz więcej nie odważy się zrobić mu jakiejkolwiek krzywdy, to jednak cały czas czuł nad sobą wiszącą niepewność co do intencji swojego rozmówcy. A to niestety przeszkadzało w swobodniejszej rozmowie, która w innych przypadkach bardzo ułatwiała osiąganie celów.

- Ojej, ojej, co było, minęło. Raz się tylko na ciebie zdenerwowałem – Sergiusz próbował się wyraźnie z czegoś tłumaczyć. – Nadal nie możesz zapomnieć tej naszej wizyty, co? Przecież tylko chcieliśmy cię wtedy trochę nastraszyć. Wiesz, jak w labiryncie strachu. Taki pozytywny dreszczyk emocji…

- Dreszczyk? Nazywasz powieszenie kogoś za nogi i okładanie go wężem gumowym niewielką dawką emocji?!– niechcący podniósł głos redaktor. Wspomnienie uwięzienia i maltretowania nadal były żywe w jego pamięci.

- A tam, przestań. Przecież tylko pogadać chcieliśmy w wiadomej sprawie – Sergiusz kłamał bez zająknięcia. Jak prawdziwy dyplomata albo polityk. – Zwykle od ludzi w ten sposób wyciągamy informacje. Ale akurat u ciebie chcieliśmy te informacje schować jak najgłębiej. Tak głęboko, żeby już nigdy więcej stamtąd nie wylazły, nawet tyci, tyci nie wyściubiły swojego noska…

- I nie wylezą, jeżeli tylko dacie mi żyć w spokoju – zapewnił redaktor, chociaż nie musiał tego robić. Sergiusz do idiotów nie należał.

- Damy, damy – to zapewnienie Sergiusza było równie prawdziwe, jak fakt zdeponowania koperty w jednej z kancelarii notarialnych. – Wtedy odpuściliśmy i daliśmy ci żyć, to i teraz nie masz co mieć cykora.

- Daliście, a i owszem. Ale dopiero wtedy, kiedy powiedziałem ci o tej kopercie – redaktor Skrętkowski przypomniał Sergiuszowi prawdziwy powód zaprzestania brutalnych tortur.

- No wiesz, do mnie przemawiają różne rodzaje kopert – stwierdził filozoficznie Sergiusz. – Najlepiej te grube, takie z grubą kasą, albo takie z grubsza wyglądające i brzęczące jak wypełnione bilonem. Ale ta twoja, choć jej przecież na oczy nie widziałem, równie silnie do mnie przemawia, mimo że nie jest wypełniona walutą. Powiedziała mi na przykład, że Gerard jest bystry i przewidujący. A wiesz, że to w ludziach najbardziej cenię. Oprócz szczodrości, oczywiście. Chyba więc nie muszę cię zapewniać po raz setny, że nic ci z mojej strony nie grozi, no nie?

- Nie mam wyjścia. Muszę ci wierzyć. Tak, jak antylopa, chcąc żyć, musi uwierzyć we własne nogi - redaktor obrazowo przedstawił poziom swojego zaufania. Sam uśmiechnął się z trafności swojego porównania.

- Świetne! Genialne! Mówiłem, że jesteś bardzo bystry. I dowcipny też jesteś – nie szczędził pochwał Sergiusz. – A to właśnie w ludziach doceniam najbardziej.

- Mówiłeś, że najbardziej doceniasz w ludziach bystrość i zapobiegliwość… – sprostował dziennikarz.

- Tak mówiłem? No, bo to prawda. Jak więc widzisz, zawsze można mi wierzyć – zwrot „prawdomówny Sergiusz” nie od dzisiaj wydawał się redaktorowi Skrętkowskiemu oksymoronem. – Przecież jak ja coś powiem, to już powiem. I tak ma być. No, a wracając do interesów. Co sprawiło, że zapragnąłeś ponownie usłyszeć mój cudowny, podrasowany cygaretkami, dźwięczny głos?

- Potrzebuję pilnie pewnych informacji o dawnych wojskowych z armii radzieckiej... – zaczął redaktor, ale nie dane mu było dokończyć.

- Oj, to się niedobrze składa. Bardzo niedobrze. Bo ja informacjami nie handluję, proszę pana. Nie ten adres – zmartwionym głosem poinformował Sergiusz. – A jak wiesz, sam też nie jestem chodzącą encyklopedią. No i coś amnezja z alzheimerem mi ostatnio też zaczęły doskwierać. Więc tym razem ci nie pomogę, przyjacielu. Odezwij się, kiedy będziesz w potrzebie, że tak powiem, automobilowej. To na razie.

- Zaczekaj! – znów niemal krzyknął redaktor. Sergiusz coś za szybko próbował zakończyć tę rozmowę.

Pielęgniarka spojrzała na niego z oddali, ale nieprzerwanie przygotowywała białą substancję o konsystencji gęstej śmietany, która wkrótce razem z usztywnieniem i bandażami miała stać się zbroją częściowo osłaniającą korpus pacjenta. Widocznie musiała ją cały czas mieszać, aby nie zastygła, zanim zostanie użyta.

- Co znowu? – Sergiusz teraz wydawał się zdenerwowany i zniecierpliwiony jednocześnie. Coś sprawiło, że nagle najeżył się jak urson amerykański.

- Od tej informacji może zależeć czyjeś życie… – próbował podejść od innej strony Skrętkowski, choć sam nie wierzył, że mógłby to być koronny argument otwarcia Sergiusza na współpracę. Zwykle w relacjach z tym dilerem używanych samochodów ludzkie odruchy nie wchodziły w grę. Ale spróbować nie zaszkodzi.

- A od twojej, zamkniętej w zalakowanej w kopercie informacji zależy moje. I co z tego? – Zdenerwował się Sergiusz, przez co jego głos przeszedł niemal w falset. – Czemu ja nie mogę mieć tego w dupie, tak jak ty?

- Gdybyś był w porządku, to pomógłbyś mi, choćby w ramach rekompensaty za to, co mi zrobiliście – redaktor do dzisiaj nie mógł zapomnieć zadawanych mu razów i ciosów. Aż poczuł ciarki i odruchowo poruszył plecami. Zasyczał, bo od tego ruchu zabolało go ponownie miejsce pomiędzy szyją a ramieniem. – Proszę cię, bardzo mi zależy…

- Nie mogę – krótko i definitywnie odmówił Sergiusz. – Oni nie lubią, gdy coś się koło nich zaczyna dziać, albo kiedy ktoś zaczyna koło nich węszyć. Oj, bardzo nie lubią. A jak się zdenerwują, wtedy zawsze giną ludzie.

- Sergiusz, proszę. Zapłacę – dziennikarz czuł przez skórę, a raczej przez słuchawkę, że wpadł na dobry trop. I była tylko jedna droga, aby tym tropem podążyć. Musiał faceta przekonać za wszelką cenę. Bez tego nie ruszy dalej w swoim dziennikarskim śledztwie, a kolejna podróż na ciemną stronę skończy się tutaj i teraz.

W telefonie nastąpiła chwila ciszy. Minuta dla uczczenia poległych zasad lojalności Sergiusza, poświęcona tym zasadom przez niego samego.

- Dobra, ale musimy się spotkać osobiście – zgodził się wreszcie Sergiusz. Czyżby ostatni bastion obrony przełamała zwykła chciwość?

- Gdzie i kiedy? – redaktor Skrętkowski zaczął się zastanawiać, jak miałby prowadzić w tym stanie. Nie ma wyjścia, będzie musiał wziąć taksówkę.

- Tam, gdzie dobiliśmy naszego targu – zaśmiał się Sergiusz po drugiej stronie słuchawki. Gerardowi nie było do śmiechu, ale pół biedy, że to niemiło wspominane miejsce kaźni nie znajdowało aż tak daleko od szpitala. Ale taksówkę i tak trzeba będzie wezwać. – Za pół godziny, gepardzie. Tylko bądź sam.

- Jasne. Będę na pewno. Cześć! – dziennikarz po cichu naciągnął z powrotem zieloną, roboczą bluzę zsuniętą wcześniej aż do bioder i opuścił nogi na podłogę. W jego uniformie pracownika technicznego, mimo grymasów bólu na twarzy, nie powinien zwrócić niczyjej uwagi wychodząc ze szpitala.

Siostra podniosła naczynie z jeszcze płynnym, ale już odpowiednio gęstym gipsem. Podniosła wzrok i ruszyła w kierunku… No właśnie. W kierunku kogo? Gdzie się podział pacjent? Domykające się automatycznie drzwi zaskrzypiały, zanim skrzydło zetknęło się ponownie z ościeżnicą.

- Czemu nikt nie naoliwi tych drzwi – zapytała wchodząc ponownie do pomieszczania pielęgniarka o sadystycznych skłonnościach. – A gdzie ten dziennikarzyna, co nam szpital zdemolował?

- Nie wiem. Musiałaś się z nim minąć, Irenko. Uciekł, czy jak? Może się ciebie przestraszył z powodu tej igły – odpowiedziała kompletnie zaskoczona koleżanka Irenki i spojrzała na niesione naczynie. – I co my teraz z tym zrobimy? Tyle gipsu się zmarnuje!

***

Julia niemal wyrwała jednej z sióstr torebkę Oli, przyniesioną z szatni, w której codziennie przed rozpoczęciem pracy jej córka przebierała się w strój lekarski. Ledwo wyszli na korytarz, to z kolei Waldek wyrwał jej z ręki ten niezbędny dodatek do damskiej garderoby. Rozpiął zamek błyskawiczny na całej jego długości i bez skrępowania wywalił całą zawartość na siedzisko jednego z krzeseł pod ścianą. Julia przegrzebała wysypane przedmioty, ale właściwie i bez tego wiedziała, że kluczyków do polo nie ma wśród nich. Specyficznego puszystego breloczka nie dałoby się nie zauważyć.

- Kurczę, musi te kluczyki mieć przy sobie – z rozczarowaniem i zdenerwowaniem w głosie stwierdziła Julia.

- A może w fartuchu? Tam na OIOMie, gdzie zostawiła też komórkę? – rozważał możliwości Waldek.

- Raczej małe szanse, ale chodźmy na wszelki wypadek sprawdzić – zaproponowała Julia.

Po drodze zastanawiali się na głos, co zrobią, jeżeli znajdą kluczyki, a co potem, jeżeli znajdą szmaragd. Waldek enigmatycznie stwierdził, że to mniejszy problem, jeśli nie znajdą kluczyków, ale jeżeli nie znajdą klejnotu, to będzie bardzo kiepsko. Julia bała się pomyśleć, jakie jeszcze nietypowe umiejętności posiada Waldek, oprócz braku wyczucia w rozmowie ze starszymi, schorowanymi i wrażliwymi ludźmi, że brak kluczyków miał nie stanowić dla niego przeszkody. No, ale on widocznie z niejednego pieca musiał jeść chleb...

Pan Rybka odzyskał świadomość jeszcze zanim Waldek zdążył dowiedzieć się od dyżurnego pogotowia, że wszystkie ambulanse są akurat zajęte, bo na rynku miał miejsce jakiś poważny wypadek, w którym podobno rannych zostało wiele osób. Kiedy Waldek kończył rozmowę, pan Stefan otworzył oczy i po kilku minutach wydawał się całkiem dojść do siebie. Żałował jedynie nalewki, która niemal cała się zmarnowała.

Żart Waldka, że można zebrać balsamiczny eliksir ręcznikami papierowymi i wycisnąć z powrotem do butelki, Julia skomentowała propozycją, żeby to może Waldek padł na czworaka i wylizał podłogę, skoro bardziej niż zdrowia pana Rybki szkoda mu było trunku domowej produkcji. Pan Rybka zaśmiał się wtedy szczerze i Julia była pewna, że można go zostawić samego, co też niebawem uczynili i udali się w drogę powrotną do szpitala.

Siostra Żaneta przeszukała dyżurkę pielęgniarek i obmacała kitel pozostawiony przez Olę, ale kluczyków nie odnalazła. Julia z Waldkiem postanowili nie zaglądać do Bolka kolejny raz, lecz poprosili tylko siostrę, aby zwracała uwagę, czy pozostawiony w jego sali pasjonat smartfonowych gier cały czas tkwi na swoim stanowisku przy łóżku chorego.

Na wszelki wypadek bardzo krótko wprowadzili też siostrę w sytuację i prosili o zachowanie czujności. Zatroskana siostra Żaneta zauważyła wyraz zmartwienia na twarzy Julii, kiedy ta żegnała się z nią przed chyba trzecim albo czwartym tego dnia opuszczeniem oddziału. Przytuliła Julię i rzekła jej do ucha cicho: „Powodzenia. Przywieźcie Olę całą i zdrową. Uważaj na siebie, skarbie. I na tego drągala też uważaj. On ma wypisane na twarzy szaleństwo i wygląda na nieprzewidywalnego. Nie to, co ten twój cudowny facet, daj mu Boże zdrowie”.

Julia dotąd nie zwróciła uwagi na to, co zauważyła znająca się na ludziach siostra Żaneta. Kiedy tak szli przez korytarz, a potem po schodach aż do usytuowanego na zewnątrz parkingu, zastanawiała się, ile może być prawdy w tym stwierdzeniu. Tak właściwie przecież nie znała Waldka. Afera przy Waldschloss, a teraz to jego pojawienie się w zupełnie innej roli. Czy brat Bolka, który wyglądał na prawdziwie i całkowicie zaangażowanego w to co robił, faktycznie mógł w sytuacji kryzysowej dokonać niewłaściwego wyboru? Czy w razie zagrożenia poświęci życie swoje albo innych osób aby osiągnąć swój cel?

Mały żółty volkswagenik wyróżniał się na parkingu nie tylko kolorem, jak kanarek w klatce pełnej papuzików, kubaników czy amarantek senegalskich. Odstawał też od innych zarówno wielkością, wiekiem, jak i wartością. W tym ostatnim to chyba nawet najbardziej. Możliwe, że obecna wycena volkswagena nie przewyższała nawet kosztu kompletu alufelg w większości ze stojących obok niego samochodów. Ale Julia stojąc w autokomisie i wybierając auto dla córki, nie dysponowała aż tak wielką gotówką, aby decydować się na zakup jakiegoś wymuskanego trzylatka. Wiedziała, że na początku kariery zarobki Oli nie będą powalające, więc postanowiła, że lepiej będzie dla niej, jeżeli będzie jeździć autem sprawnym i tanim w utrzymaniu. Ci młodzi ludzie to wszystko chcieliby od razu. Dom, nowy samochód, bogatego małżonka…

Julia bardzo chciała, aby jej córce niczego w życiu nie brakowało, ale wiedziała i starała się wpoić swojej jedynaczce, że najlepiej smakuje i najbardziej doceniasz to, do czego dojdziesz własną pracą i wysiłkiem. I to wcale nie jest pusty frazes. W przypadku Julii okazało się to całkowitą prawdą. A w przypadku Oli? Trochę za bardzo była rozpieszczana przez dziadków. Ale akurat w polówce od razu się zakochała i dbała o to autko. Jej prawdziwa pierwsza własność. Własność, do której bagażnika razem z Waldkiem będą musieli się za chwilę jakoś dostać.

Ledwie stanęli przy żółtym volkswagenie, spojrzeli po sobie. Waldek przy milczącej zgodzie Julii obszedł auto z lewej strony, rozejrzał się i sięgnął po średniej wielkości otoczaka leżącego w trawie. Julia podniosła pytająco brwi, kiedy zobaczyła kamień w jego dłoni, ale Waldek tylko wzruszył ramionami.

- Kiedyś nosiłem przy sobie komplet wytrychów, ale teraz muszę improwizować – wytłumaczył wybraną metodę mającego za chwilę nastąpić włamania do wnętrza zamkniętego samochodu.

- Oby było warto – stwierdziła Julia i zakryła uszy, nie chcąc słyszeć huku pękającej bocznej szyby w drzwiach od strony kierowcy. Zamknęła też oczy, nie chcąc widzieć dokonywanego właśnie w jej obecności kolejnego przestępstwa.


Czy Waldek z Julią znajdą szmaragd? Czy redaktor Skrętowski nie straci ręki po spotkaniu z Sergiuszem? Czy Julia jeszcze odzyska honor i da radę kogoś uratować? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów!

Bolecnauta Pan M. pisze, przybliżając nam historie nietuzinkowych bohaterów. Cieszymy się ze wszystkich Waszych komentarzy! Piszcie, co najbardziej podoba się Wam w powieści i która postać jest najbliższa Waszym sercom!

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Granatowoczarny Żywotnik   5 maja 2021r. o 12:50

~Granatowoczarny Żywotnik

Postów:

c.d. probujemy jeszcze raz
------------------------
Ola mogłaby zacytować Jerzego Stuhra, grającego rolę Maksa w „Seksmisji” i powiedzieć „Widzę ciemność”, ale nie widziała naprawdę nic. Ciężko było więc stwierdzić, czy akurat tak wygląda ciemność w swej naturalnej postaci. Każdy człowiek o zdrowym wzroku na pewno kiedyś się zastanawiał, jak czuje się osoba całkowicie niewidoma. Czy widzi po prostu czerń, czy mózg nie odbiera nic?

Ola, oprócz nieustępliwego fetoru, chłodu i wilgoci, czuła duchowe wsparcie towarzyszącej jej w tej niewoli Żakliny, kiedy obie leżały aktualnie odkneblowane na plecach, zupełnie jak wtedy na dachu ośrodka w Mielnie. Jednak na firmamencie ich aktualnego miejsca wypoczynku nie błyszczała żadna gwiazdka, do której mogłyby zwrócić się z prośbą o przybycie królewicza na koniu, czy ostatecznie o uwolnienie skrępowanych mocno rąk i nóg, aby mogły się stąd wydostać i uratować.

Gdzieś zza ściany od kilkunastu minut dobiegały odgłosy szurania kroków, stukania jakimiś narzędziami o metal, czy ciągania czegoś ciężkiego po betonowej posadzce. Z odgłosów bardziej ludzkich można było usłyszeć głośne stękanie, dające się bez problemu odróżnić soczyste przekleństwa i sporadycznie jakieś inne, niezrozumiałe, bo przyciszone słowa, będące przerywnikami dla tych wulgaryzmów. Sadząc po głosach, uwięzione przez porywacza Ola i Żaklina były pewne, że podejrzanych, krzątających się nie wiadomo w jakim celu w pomieszczeniu obok osobników, było tylko dwóch. Albo raczej aż dwóch. Chyba, że pozostali byli niemowami.

Ola mogła się tylko domyślać gdzie znajduje się głowa Żakliny. Starała się mówić mniej więcej w tym kierunku.

- No i co teraz?

- Nie wiem – Żaklina nie wiadomo po co wzruszyła ramionami. – Pomysły jak na razie mi się skończyły. Niedawno za masakryczne pieniądze wstawiłam sobie dwie plomby, więc nie będę próbować przegryzać tych plastikowych trytytek na rękach…

- Czego przegryzać?

- Trytytek.

- Że jak? – Ola, mimo oczytania, naprawdę nie znała tego słowa, które podejrzewała mogło być jakimś neologizmem w młodzieżowym slangu, jakich dzieciaki tworzyły każdego roku setki. Bywało, że takie nowo wymyślone słowo stawało się słowem roku, ale najczęściej ginęło już po kilku podanych sobie z konta na konto memach czy komentarzach.

- Rany, jak można nie wiedzieć, co to trytytka? – Żaklina nie mogła uwierzyć, że ktoś może być tak nieobyty i technicznie wykluczony. – No wiesz, takie plastikowe, długie cuś, czym możesz spiąć kable, przymocować odpadającą tablicę rejestracyjną albo luźny kołpak. Zastosowań są tysiące Owijasz nią coś, wkładasz jedną końcówkę w drugą, zaciągasz i…

- Aaa, opaska zaciskowa? – domyśliła się nareszcie Ola.

- Jaka znów opaska? Opaska to może być na oczy. Trytytka po prostu – Żaklina poczuła się w obowiązku wyedukować odzyskaną po kilku latach przyjaciółkę. – Bo jak ją zaciągasz, to robi takie try ty ty tyt!

- Wiem, jak działa to skomplikowane narzędzie – zapewniła Ola. – A pytając, co teraz, miałam na myśli, czy powinnyśmy spróbować ściągnąć na siebie uwagę tych tam za ścianą, żeby nam pomogli, czy raczej powinnyśmy same obmyślić, jak bez pomocy z zewnątrz oswobodzić nasze ręce i nogi?

- No właśnie – Żaklina poświęciła trwające wieki dwie sekundy na dalsze przemyślenia. – Faktycznie przydałoby się znaleźć sposoba na wydostanie się stąd. Po pozbyciu się knebli, a bez uwolnienia kończyn, to co najwyżej możemy sobie pogadać o starych czasach.

- Albo przytulić się jak pisklaki w gnieździe, żeby było nam cieplej – zaśmiała się cicho Ola.

- Albo przynajmniej weselej – odpowiedziała tłumiąc swój śmiech Żaklina. Jej pulsująca przepona, trzęsąca całym ciałem spowodowała stukanie tego czegoś, na czym obie aktualnie spoczywały. Sądząc po wyczuwalnej palcami skrępowanych rąk fakturze i zapachu drewna, mogła to być jakaś duża płyta OSB.

Tym razem minęła dłuższa chwila, którą obie młode dziewczyny poświęciły na rozważania, co będzie dla nich najlepsze i najmniej ryzykowne. Nie naradzając się między sobą, podjęły podobną decyzję. Widocznie ich myśli buszowały na tym samym poziomie mentalności.

- Normalnie to powinnyśmy zacząć się drzeć – zaproponowała Ola pierwsza. – Ale przecież nie wiemy kto tam jest za ścianą. A jak to wspólnicy tego faceta?

- No, właśnie. Lepiej póki co siedzieć, znaczy się leżeć cicho. Żeby nie powtórzyło się Mielno. To znaczy, żeby jeszcze gorzej się nie narobiło, rozumiesz? – głośnym szeptem analizowała ich sytuację i możliwości Żaklina. – Trzeba coś na szybko wykombinować. Chyba raczej nie trafiłyśmy do lochu głodowego, a ten podły drań z paskudną blizną w końcu tu wróci. No i nie wiemy tak naprawdę, ile mamy czasu. Dobra, nie ma co zwlekać. Ja zasuwam gąsienicą hyc hyc w tę stronę, a ty w tamtą – Żaklina machnęła odruchowo głową, jak jej się wydawało, w stronę, z której sama wcześniej przypełzła. W warunkach aktualnej, zerowej widoczności wszelkie gesty były oczywiście bezcelowe, ale u każdej z nich zimna logika obecnie nieco zawodziła. – Może wymacamy coś, czego będziemy mogły użyć?

- Poczekaj, w którą stronę ja mam hycać? – zgłupiała Ola. – Przecież cię nie widzę.

- No fakt, a w którą stronę jesteś obrócona? – zreflektowała się Żaklina.

- W tamtą – teraz to Ola bez sensu pokiwała głową gdzieś w ciemność.

- No tak, w ten sposób to do niczego nie dojdziemy. Potrzebna jest nam ściślejsza współpraca. Pohycaj do mnie, aż mnie poczujesz – zarządziła pomysłowa Żaklina.

Obie dziewczyny wykonały po kilka podrzutów własnego ciała, aż doszło do ponownego fizycznego kontaktu ich ramion.

- Okej, to teraz hyc, hyc, podskakujemy w przeciwnych kierunkach. Pierwsza, która dotrze do ściany, daje znać i wtedy postanowimy co dalej – zadysponowała Żaklina, sprawna organizatorka o czasem nieco zbyt bujnej wyobraźni i zbyt niskim poziomie ostrożności.

- Żaki, a jak to jest jakiś długi tunel? Wiesz, ile to może potrwać? Nie wiadomo, czy się wtedy w ogóle usłyszymy – Ola odkryła w sobie dar studzenia czyjegoś nadmiernego optymizmu.

- Ola, naprawdę musisz mi to robić? – wątpliwości Oli zaczęły działać Żaklinie na nerwy. – Hycaj, nie gadaj. Po prostu ruszaj się. I tak nie mamy wyjścia, chyba, że chcesz czekać aż pan naszego losu wróci i zechce nas definitywnie pozbawić życia.

Żaklina usłyszała wreszcie szuranie. Widać… Znaczy słychać, że Ola rozpoczęła swoją podróż ku ścianie nieodkrytych czeluści Tartaru. Ola jednak postanowiła nie marnować czasu tylko i wyłącznie na hycanie.

- To ty… też go… widziałaś?... Jak cię… dopadł? – zainteresowała się Ola mówiąc sylabami i przerywając kolejne fragmenty swojej wypowiedzi w rytmie hycania.

- Był… na… Gra… nicznej… – wyjaśniała w podobnie krasomówczy sposób Żaklina. Każdy podskok wymagał wysiłku i cyklicznego napinania mięśni, co uniemożliwiało płynną konwersację, do jakiej zdążyła przyzwyczaić oglądających jej relacje i wywiady czytelników portalu. – A… potem… śle…dzi… łam… go… rowe… rem…

- Ro… werem? – Ola nie mogła jakoś wyobrazić sobie pracy dziennikarza na rowerze.

- Re… dakcji… nie… stać… na… tak… sówki…

- I… co… da… lej? – Olę zaciekawiło w jaki sposób Żaklina stała się pierwszym, mimowolnym pasażerem audi.

- W tu… nelu… na… Cera… micznej… zła… pał… mnie i… uśpił… jakąś… sub… stan… cją… a po… tem… ocknę… łam się… w baga… żniku… pod… szpi… talem… widzia… łam… jak… poło… żył… dwóch… osił… ków… i… upch… nął… cię… koło… mnie…

Rozmowa podczas wykonywanych przez nie ruchów całego ciała była bardzo wyczerpująca, więc na pewien czas obie zamilkły. Każdy podskok posuwał je w przeciwnych kierunkach dosłownie o parę centymetrów. Ich ręce skrępowane za plecami nie ułatwiały zadania przesuwania się plecami po podłożu. Tylko na twardej płycie szło im sprawnie, a po zsunięciu się z niej w kolejnych ruchach przeszkadzało im dosłownie wszystko. Powoli opuszczały je werwa i optymizm, ale żadna nie przyznawała się do stopniowego popadania w beznadzieję.

Wreszcie Żaklina zatrzymała się i radosnym, głośnym szeptem oznajmiła:

- Mam! Trafiłam na coś twardego i pionowego…

- Żaklina, mam nieczyste myśli – Ola zaprzestała również swojego hycania.

- To prawdopodobnie ściana, głuptasie! – Żaklina zrozumiała, jak mogły zabrzmieć jej poprzednie słowa. – Wiesz, co? Właśnie przyszło mi coś do głowy – Żaklina obróciła się głową do napotkanej przeszkody, a Ola mogła usłyszeć jeszcze intensywniejsze szuranie oraz stękanie koleżanki.

- Ty chyba nie próbujesz przewrócić tej ściany, co? Może spróbuj oprzeć się plecami i odpychać nogami – zaproponowała Ola. – Jakoś powolutku powinnaś się podnieść…

- Jakbyś czytała mi w myślach, dziewczyno! – Żaklina miała wrażenie, że im dłużej ze sobą przebywały, tym lepiej się rozumiały. Mrucząc i sapiąc, centymetr po centymetrze przyjęła pozycję siedzącą. Chwilę musiała odpocząć. A zwykle najlepiej odpoczywało jej się rozmawiając z kimś. – Czy my nie mamy aby wspólnych przodków? Może twój nieżyjący tata zapatrzył się kiedyś na moją mamę? Może jesteśmy przyrodnimi siostrami. Takie rzeczy się zdarzają…

- Chyba tylko w filmach… Chociaż…

- A co? Znasz jakąś fajną, ckliwą historię? – Żaklina ciężko oddychała po wcześniejszym intensywnym fizycznym wysiłku. Zbierała siły na dalszą gimnastykę przed ostatecznym przyjęciem pozycji pionowej.

- Żaklina, nie uwierzysz. Ja sama stałam się bohaterem takiej historii…

- Nie zalewaj! To dawaj, opowiadaj. Tylko pamiętaj, że zastrzegam sobie prawo do pierwszej publikacji, okej? – zaśmiała się młoda pani redaktor. – Może jakiś Pulitzer mi się wreszcie trafi i to dzięki tobie!

Ola po chwili przerwy usłyszała ponowne ruchy odważnej i uparcie realizującej ich wspólny plan przyjaciółki. Najwyraźniej nie ustawała w wysiłkach i podnosiła się dalej.

- Mówiłam ci w Mielnie o moim ojcu. Pamiętasz? – zaczęła Ola.

- Tak, powiedziałaś, że był żołnierzem i zginął gdzieś na jakiejś wojnie, albo jakoś tak – przypomniała sobie Żaklina. – Tak mi przykro, że wychowywałaś się bez niego. Wiem, że od kilkudziesięciu lat nasi jeżdżą na przeróżne misje i od czasu do czasu zdarza się, że któryś z tych dzielnych chłopaków polegnie. Najpierw jeździli z misjami z ramienia ONZ, teraz też NATO-wskimi. Od czasu do czasu robię wywiady z żołnierzami z Bolesławca, czy Świętoszowa, którzy wracają po służbie za granicą, to się trochę nasłuchałam. A wiesz, jak zginął twój bohaterski tata?

- No właśnie chodzi o to, że on wcale nie zginął…

- Naprawdę? – Żaklina mimo wyczerpującego zajęcia nadstawiła ucha. Lubiła, kiedy ludzie opowiadali swoje własne, prawdziwe historie. Nawet w pozornie nudnym życiu każdemu zdarzy się coś, o czym warto opowiedzieć innym.

- No, naprawdę! To znaczy tak właściwie to on prawie zginął. Ale dopiero kilka dni temu prawie zginął. Podobno od kuli tego, co nas porwał. Ale może wcześniej też był ranny? Nie mam pojęcia. Bo nawet nie wiem czy wtedy, kiedy był za granicą to obierał w kuchni kartofle, czy raczej ryzykował życiem na pierwszej linii. Jeszcze nie zdążył mi o tym opowiedzieć, bo nie mieliśmy póki co okazji porozmawiać. Dotąd był nieprzytomny, ale dzisiaj rano odzyskał świadomość po tym, jak został w czwartek postrzelony w swoim garażu. Spotkałam go w szpitalu i tam dowiedziałam się od matki, że niejaki Bolesław Wilczyński jest moim rzekomo poległym ojcem. Wyobraź sobie, że on dotąd w ogóle nie wiedział, że ja istnieję! Uwierzysz, że moja matka i babcia nigdy nie powiedziały mu o mnie!

- O, kurczę! Ale historia! – mimo chaosu w opowieści Oli, Żaklina wyłapała szczegóły nadające się na niesamowity artykuł. – Normalnie, jakbym czytała scenariusz „Dynastii”. Szkoda, że nie mam dyktafonu, ani nawet mojego kajetu, bo zapowiada się ciekawie…

- A ty w ogóle wiesz, że ja zaczęłam dopiero co staż w bolesławieckim szpitalu? Pamiętasz, że studiowałam medycynę?

Ola zmieniła troszkę temat, bo wcześniejsze wyznania szły jej z pewnym trudem i zdawała sobie sprawę, że mogą brzmieć jakby opowiadała o ostatnich wydarzeniach po silnych środkach farmakologicznych lub po solidnej dawce alkoholu. Sama jeszcze nie oswoiła się ze swoją nową sytuacją rodzinną, więc po prostu nie miała jeszcze tych nowych informacji poukładanych w głowie. Przez chęć podzielenia się tym wszystkim z kimś zaufanym przebijało sporo niepewności i obaw, jak to się może zakończyć. A przecież musi się zakończyć jakimś czterostronnym porozumieniem. Relacje pomiędzy nią, mamą, babcią i zmartwychwstałym ojcem będą musiały się wreszcie jakoś na nowo poukładać. Oczywiście pod warunkiem, że zarówno jej ojciec, jak i ona z Żakliną wyjdą z tej całej afery bez szwanku.

- Ty, a to nie jest aby facet z tego artykułu o napadzie, co nasz czcigodny redaktor Skrętkowski uparł się, że musi mocniej powęszyć koło tej sprawy? – zadumała się przez chwilę Żaklina. - A jakże! Przecież to pasuje. Ty wiesz, że to wszystko zaczyna się jakoś łączyć? Dzisiaj był w redakcji taki jeden fajny gliniarz Hirek i znaleźliśmy na moich zdjęciach ujęcie twarzy naszego uprzejmego porywacza. – przypomniała sobie wydarzenia w redakcji Żaklina. – Bo wiesz, ten nasz redaktor śledczy, to on lubi takie na wpół kryminalne, podejrzane historie. Dobry jest w dochodzeniu do sedna tajemniczych na pierwszych rzut oka wydarzeń. Można powiedzieć nawet, że jest jak pies gończy – Żaklina wreszcie była w stanie stanąć na własnych, choć skrępowanych grubą trytytką, stopach.

- A wiesz, że sama z chęcią bym poczytała, czego ten twój redaktor dowie się o moim ojcu? Przecież ja póki co kompletnie nic o nim nie wiem. Ale to nic dziwnego, przecież dla mnie był dotąd „umarnięty” – zażartowała Ola korzystając z cytatu z jakiegoś filmu. Odnotowała, że stęki i jęki koleżanki ustały. – Udało się? Stoisz już?

- Ano. My tu gadu, gadu, a ja właśnie stanęłam na nogi – Żaklina potwierdziła swoją aktualną wertykalną pozycję.

- To może z Pulitzerem za artykuł o mojej pokręconej familii dodatkowo jeszcze staniesz na nogi finansowo? Chyba podzielisz się wtedy z koleżanką, jakby co?

- Oby było czym – odpowiedziała żartobliwie Żaklina. – Naprawdę żałuję, że nie mogę nagrać albo spisać sobie twoich słów. W razie czego powtórzysz wszystko jeszcze raz?

- Nie ma sprawy. Jeżeli pomoże ci to w karierze, to dam ci nawet wyłączne prawo do tej historii – przyobiecała w podobnym tonie Ola, mimo pogarszającego się z minuty na minutę humoru. – A zapiszesz, czy tam nagrasz sobie wszystko, kiedy stąd wreszcie wyjdziemy…

„A jeśli nie wyjdziemy?” zdążyła w przypływie czarnowidztwa pomyśleć Żaklina, a wtedy nieoczekiwanie w pomieszczeniu zrobiło się jasno. Ktoś musiał otworzyć to coś, co pełniło funkcję szczelnie zamkniętych, nie przepuszczających dotąd żadnego światła drzwi. Dziewczyny nie były przygotowane na nagły zalew lśnienia i odruchowo zamknęły oczy.

Żaklina, po chwili, jaką zajęło jej przyzwyczajenie wzroku do tej nagłej zmiany w oświetleniu, otworzyła powieki. Zorientowała się, że oparta o ścianę plecami, stoi niemal w narożniku ich więziennej celi, w małej wnęce pomiędzy dwoma betonowymi słupami, podtrzymującymi strop pomieszczenia. Być może kiedyś w tej wnęce znajdowała się jakaś szafa albo regał, bo sądząc po rozmiarach, do tego właśnie celu najbardziej by się to miejsce nadawało. Mimo szybkiego rzucenia okiem na wygląd pozostałej części tego lokum, nie potrafiła powiedzieć, ani do czego ono było przeznaczone, ani gdzie budynek z pomieszczeniem o takiej konstrukcji mógłby się znajdować. Zastanawiał tylko ten napis cyrylicą, chyba po rosyjsku. Ale Żaklina niestety nie potrafiła odczytać, co on oznacza, bo nigdy nie uczyła się rosyjskiego…

Stojąc w obecnym miejscu, z nieco przykurczonymi nogami, nie mogła zostać zauważona przez dwóch mężczyzn, którzy stanęli nieruchomo tuż po wejściu do środka. Ich postaci wyglądały jakoś tak nienaturalnie i nierealnie, oświetlone przez blask żółtawego światła od tyłu. Z kolei ich przednie części ciała i twarze zlewały się w jedną, ciemną plamę.

Żaklina nie była w stanie rozpoznać detali wyglądu tych osobników. Dopiero ich głosy zasugerowały, że jeden z nich jest młodszy a drugi dużo starszy. Obaj stanęli jak wryci zaskoczeni tym, co przed sobą zobaczyli. A raczej kogo.

Ola po odzyskaniu ostrości widzenia, zaburzonego nagłym przejściem od totalnej ciemności do oślepiającej jasności, przerażonym wzrokiem obserwowała, jak dwóch nieznanych mężczyzn w kilku krokach zbliżyło się do miejsca, w którym leżała, a do którego zdołała chwilę wcześniej się przemieścić. Przytomnie nie spojrzała w kierunku zastygłej w ciszy i bezruchu Żakliny, aby nie zdradzać złowrogim przybyszom jej obecności. Leżała i po prostu czekała na to co ma się wydarzyć. Nie zamierzała się na razie odzywać. Czuła bowiem pod skórą, że na niewinnej, przyjacielskiej pogawędce to nieoczekiwane spotkanie z dwoma obdartusami może się nie zakończyć.

Jeden z nich, ten w brudnej marynarce o podartych rękawach, odezwał się pierwszy, głośno przełykając ślinę i co trzecie słowo zaciągając się trzymanym w palcach, zapalonym papierosem.

- Ty, Romciu. A nie mówiłem, k..wa, że za tymi drzwiami na pewno znajdziemy coś cennego?

- Mówiłeś, Boguś, mówiłeś – odpowiedział zgrzytającym niskim głosem palacza i alkoholika zapytany Romek. – Ale takiego czegoś nam, k..wa, w skupie nie przyjmą, co nie? Masz jakiegoś pomysła, gdzie można opchnąć taką lalkę?
---------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Woskowożółty Niecierpek   5 maja 2021r. o 13:35

~Woskowożółty Niecierpek

Postów:

No i pięknie. Człowiek się spodziewa jakiejś akcji ze Złym w roli głównej, bo się chłop zapowiadał Żaklinie już od dłuższego czasu, a tu miłośnicy recyklingu oraz szlachetnych napitków (rocznik-zeszły wtorek)
A to się wesoło zrobi, jak do towarzystwa dobije Ruda Blondyna z prowiantem a za nią nasz Amant Urażony. I kto wie kogo jeszcze tam diabli nadadzą? Co jeszcze nam Imperator zaserwuje? (A)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Ciemnoczekoladowy Perukowiec   5 maja 2021r. o 13:44

~Ciemnoczekoladowy Perukowiec

Postów:


(M. szeptem do A.)

Przypominam, że komentujemy artykuł, który się ukaże.

(A. zakłopotany szeptem do M.)
O żesz ty!


Koniec aktu drugiego
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Czerwonobrunatny Przebiśnieg   5 maja 2021r. o 13:51

~Czerwonobrunatny Przebiśnieg

Postów:

Aż strach pomyśleć co będzie w akcie trzecim. Może R.? (A)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Ultramarynowy Rumianek   5 maja 2021r. o 14:13

~~Ultramarynowy Rumianek

Postów:

Akt trzeci: M przepija szlachetnym trunkiem do A. Albo A do M. Albo obaj przepijąją do siebie jednocześnie. Kurtyna!
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Ciemnoczekoladowy Perukowiec   5 maja 2021r. o 14:42

~Ciemnoczekoladowy Perukowiec

Postów:

(zza kurtyny dobiega trzaśnięcie okładką grubej ksiegi i lekko "zmęczony" głos A.)
Ale żeś się chłopie naprodukował. Ale było warto!

(dźwięk zakręcanej aluminiowej nakrętki, a potem głośny łyk)
Tobie też smakowała moja "księżycówka"?

(plaśnięcie czołem o blat stołu)
A kto by dał radę przeczytać tę twoją kobyłę na trzeźwo?

KONIEC EPILOGU
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Czerwonobrunatny Przebiśnieg   5 maja 2021r. o 21:50

~Czerwonobrunatny Przebiśnieg

Postów:

Uff, całe szczęście, że jednak R się nie pojawiła. Sprawy mogłyby przybrać inny, nie tak przyjemny, bieg.
Dziękuję ze wszech miar za tę opowiastkę, w której to, dane mi było zagościć i którą to, tak zgrabnie popełniłeś. Prawie czuć było w powietrzu ten lekko owocowy aromat. (A)
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Ultramarynowy Rumianek   6 maja 2021r. o 1:10

~Ultramarynowy Rumianek

Postów:

Akt czwarty

Nazajutrz.

(M. wchodzi na scenę pozbierać okładki z książek, które czytali wspólnie z A. do późnej nocy. Słyszy chrapanie, ale scena jest pusta. Nastawia ucha, rozgląda się, wreszcie schyla się i zagląda do budki suflera)
- Hej, A.! Gdzieś ty wlazł? Wstawaj! Za godzinę spektakl dla dzieci.

(Z budki dobiega niewyraźne mruczenie, wzbogacone dozą pretensji)
- Całą noc pracowałem, daj mi spokój...

(M. kuca i potrząsa lokatorem budki)
- Nie wyglądasz na zapracowanego. Raczej jakbyś całą noc czytał rękopisy o smaku pigwy!

(A. gramoli się z budki na scenę. Staje na nogi, choć czyni to niepewnie)
- Jeżeli mówię, że pracowałem, to pracowałem. Tekst ci szykowałem do druku. A pigwówka skończyła się gdzieś po połówce...

(M. otwiera maszynopis leżący na stole i widzi masę dopisków na czerwono)
- A ty co, chciałeś z "Tajemnicy Szmaragdu" scenariusz na "Psy 4" zrobić? Same niecenzuralne słowa!

(A. wertuje kilka kartek)
- Ale teraz jest bardziej życiowe. Przecież w tej twojej wersji wszyscy tacy grzeczniutcy z ulizanymi grzywkami, nie piją, nie palą. W ogóle nic na "P" nie robią. Kto tak dzisiaj żyje?

(M. zrezygnowany wsadza powieść pod pachę i zostawia A. samego na scenie. Schodzi po schodkach ze sceny mrucząc pod nosem)
- Myślisz, że nie próbowałem przemycić tego i owego w tekście? Nie moja wina, że ten moderator nawet w nocy nie śpi!

(A. zostaje sam na scenie. Konfidencjonalnie szepce do widzów)
- Ale dał się zmylić, ha ha! Dobrze, że się dotąd nie zorientował, że to JA jestem tym moderatorem!

Kurtyna opada.

Koniec aktu czwartego

M.





Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

DomoExprtWeterynarz
reklama Mrowka zaprasza
Inne informacje z regionu
reklama Oferta pracy: Monter wyrobów z tworzyw sztucznych – Rena Polska - Wykroty, Dolnośląskie