ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4821, 15 stycznia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu5 września 2020r. godz. 16:30, odsłon: 1826, Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek piąty
Kolejna część wakacyjnej bolesławieckiej powieści w odcinkach
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek piąty Wydra (fot. pixabay.com)

Jest już czwarta część naszej bolesławieckiej letniej powieści w odcinkach!

Pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Kolejny - drugi odcinek możecie zobaczyć - TUTAJ

Trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Cieszymy się, że tak chętnie bierzecie udział w zabawie. Jak zwykle serdeczne pozdrowienia kierujemy do tajemniczego pana M. Dzisiejsza część jest w całości wynikiem jego kreatywności. To dzięki Waszym pomysłom i zaangażowaniu akcja powieści toczy się w taki sposób. Zapraszamy do czytania!


Gdy nie wzbudzając niczyich podejrzeń, ani niczyjego niezdrowego zainteresowania, dotarli do bolkowego mercedesa, zauważyli, że zarówno parking, jak i kompleks wypoczynkowy zrobiły się puste. Złoty Potok o tej godzinie był już dawno zamknięty. Na szczęście również obsługa ośrodka zakończyła swoją pracę, pozostawiając w niemal idealnej czystości piaszczystą plażę i otaczające zbiornik wody tereny trawiaste. To niesamowite, pomyślała Julia, że w ciągu kilku lat z zarośniętych chaszczy można było wyczarować takie wypoczynkowe cudo. Julia pomyślała, że w innych okolicznościach chętnie spędziłaby tutaj upalne popołudnie. Ale najchętniej już nie sama.

Popatrzyła na Bolka otwierającego bagażnik, potem na jego nieco zaniedbany wehikuł w kolorze przypominającym jego dawną Gazelę i skonstatowała:

- A to z kolei cacko musi być mniej więcej w twoim wieku, co?

- No, może się nie wydaje, ale na pewno jest młodszy od ciebie – odgryzł się jak zwykle Bolesław. Po tym odgryzieniu szybko ugryzł się jednak w język, bo ponoć większa część, czyli jakieś 105% kobiet ma fioła na punkcie swojego wieku, więc postanowił inteligentnie wybrnąć z sytuacji.

- Jak widzisz lubię babki w sile wieku.

- Mercedes to raczej on. Samochód. Rodzaj męski. A co najwyżej nijaki. – próbowała go naprostować Julia. Załapała, że Bolesławowi chcący wypsnął się ten komplement.

- I tu się mylisz. Mercedes to imię żeńskie. W 1900 roku Emil Jellinek zamówił w firmie Daimler, później Daimler-Benz, serię automobili o mocy 8 koni, które nazwał Mercedes na cześć swojej słynącej z urody córki. – Po ostatnim słowie zauważył, że Jula aż podskoczyła, ale wziął to za odruch zdenerwowania jego próbą wymądrzania się. – Nie obrażaj się, ale na motoryzacji to ty się niestety, Jula, nie znasz.

Po włożeniu nesesera do auta, Bolesław musiał trzy razy trzaskać klapą, aby zamek bagażnika porządnie zaskoczył. Nie wspomniał Julii, że także kilka innych mechanizmów w jego aucie działało zupełnie podobnie. Albo gorzej. A co tam, niech się sama pomęczy z drzwiami. Jeżeli jest tak wyemancypowana, jak większość dzisiejszych kobiet, to nie pozwoli przecież, aby Bolesław z szarmanckim gestem otworzył przed nią i zamknął za nią drzwi po prawej stronie. Zobaczymy, może ma tyle siły i cierpliwości, co on.

Stał się jednak cud i po zajęciu w milczeniu miejsca na przednim siedzeniu pasażera Julia jednym trzaśnięciem zamknęła drzwi po swojej stronie.

Cóż, pomyślał Bolesław zajmując miejsce kierowcy, może auto o damskim imieniu reaguje inaczej na damskie ręce? Niestety jego drzwi wymagały więcej niż jednej głośnej próby zamknięcia, czego Julia wydała się jednak nie zauważyć. Nie przeczył, że z chęcią sprawdziłby w tym momencie, czy i dzisiaj trzymanie jej działającej cuda dłoni wywołałoby podobną reakcję, jak wtedy, gdy wreszcie po kilku minutach głębokiego snu, wybudził się po oberwaniu strzałką ze środkiem uspokajającym podczas szaleńczej ucieczki przed komarami. Może i miałby pewne obiekcje przed kilkakrotnym spoliczkowaniem, tak jak to wówczas cucąc go i nie poddając się panice uczyniła, ale gdyby już po wyplaskaniu go po twarzy zdarzyło się teraz, to co zrobiła wtedy, to zgodziłby się na każde tortury.

Pamiętał dokładnie, że kiedy środek nasenny po kilku minutach przestał działać, powoli otworzył oczy, a jakiś anioł o płomiennorudych włosach delikatnie ujął jego zamroczoną głowę w swoje wypielęgnowane dłonie. Anioł wpatrywał się w niego jak wierna i stęskniona Penelopa, która ujrzała Odyseusza po powrocie z jego wieloletniej wyprawy. Zorientował się, że nie jest w niebie, kiedy Julia dosłownie zalała go pocałunkami, bo anioły na pewno takich rzeczy nie czynią. Julia całowała ocuconego po ustach, policzkach, brodzie, powiekach, czole i setkach innych miejsc, składających się u każdego przeciętnego człowieka na część ciała, zwaną twarzą. Ciekawe, czy Penelopa witała męża tak gorąco z tęsknoty, czy też może z powodu przywiezionego jej z wyprawy złotego runa. A zaraz… Nie, od runa to był Jazon. I po powrocie do domu nie miał żony. Bolesław nigdy nie był dobry z mitów greckich. W ogóle do ukończenia liceum był na bakier z literaturą. Dopiero później w wyniku splotu wielu okoliczności został namiętnym bibliofilem. I nadrobił wiele braków, chociaż jak widać nie wszystkie.

Silnik zaskoczył, a jakże, też za pierwszym razem. No, zupełnie nie to auto. Wręcz jakby samochód po spotkaniu z Julią uległ jakiejś przemianie. Całkiem zresztą jak Bolesław. On, jego wysłużone auto i jego cały świat. I Julia, która po tylu latach mogła stać się ponownie częścią jego świata, najwyraźniej także, bo zamilkła jak nie ta znana mu dotąd Julia. Najwyraźniej coś jej nie dawało spokoju, a prowadzona w głowie myślowa batalia objawiała się na jej obliczu niemą, pantomimiczną i czasem dość dramatyczną grą mięśni, której Bolesław nie mógł jednak odgadnąć, ani zrozumieć. Co mogło wywołać tą nagłą zmianę? Chyba nie ta głupia uwaga o jej wieku?

Ruszyli, a Bolesław walczył z pokusą i z trudem opierał się chęci „przypadkowego” przerzucenia dłoni z gałki dźwigni biegów na lewe kolano Julii. Albo z rozmachem na prawe. Ukradkiem co kilka chwil spoglądał na jej, znany mu przecież na pamięć, profil. I na jej znane mu rude włosy też spoglądał. I na wypchany plecak, który przy wsiadaniu położyła pod nogami. I na to, po czym po drodze kilkakrotnie musiał się prześlizgnąć jego wzrok, także zerkał. Kto wie, jak może zakończyć się ten dzień?

Natychmiast zdał sobie sprawę, że nie wie dokąd ma jechać. Jechał więc bardzo powoli, narażając się na inwektywy innych kierowców, z których zapewne najłagodniejszymi były „zawalidroga”, „jakiś dziadek jedzie” i „no żesz, piiiiip, jedź!”. Mniemał, że dawny adres Julii jest już nieaktualny. Nie miał jednak odwagi zakłócać pytaniem toku myśli swojej milczącej pasażerki, a może podświadomie nawet nie chciał pytać, bo wtedy błądzenie po mieście i nadzieja na dalsze niewiadomoco będą mogły trwać o wiele dłużej. W tym momencie zdał sobie też sprawę, że dotąd nie zapytał nawet, w jaki sposób Julia dotarła na spotkanie przy Złotym Potoku. Przełknął ślinę. A co, jeśli to jakiś gach ją podrzucił? Teraz to już poczuł ścisk w żołądku. A co jeśli mąż? Może dlatego tak milczy, bo nie wie, jak ma mu to powiedzieć?

Julia nie mogła nie zauważyć ukradkowych spojrzeń Bolesława, które zapewne w jego mniemaniu miały być były przepisowym spoglądaniem w prawe lusterko przed manewrami podczas jazdy. Ale spojrzeń było kilka razy więcej niż niezbędnych manewrów. Bolek na pewno zauważył, że przestała do niego paplać, dziarmolić i dowcipkować. Nic na to nie mogła poradzić. Odkąd wsiadła do samochodu nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Zapewne Bolesław przestraszył się, że być może właśnie przeobrażała się z Pani Jekyll w Madame Hyde? Że zaraz zamorduje Bolesława szpadlem, wyciągnie zawartość nesesera, zapakuje tam jego rozczłonkowane ciało i zakopie w piwnicy. Im dłużej milczała, tym ciężej było jej jednak zacząć jakąś sensowną konwersację. A miała o czym opowiadać Bolkowi. Może jednak jeszcze nie teraz, może później.

Zaczęła się zastanawiać, kiedy ten gamoń zapyta ją wreszcie o adres. Bolesław jechał tak powoli, że Julia pomyślała, czy jego ukochana Mercedes to nie jest aby jakiś wyklepany w warsztacie powypadkowy walec drogowy. A ponieważ uznała, że dobrze im się razem milczy, postanowiła dać Bolkowi pojeździć bez celu. I pozerkać w prawe lusterko. A niech się chłop napatrzy.

Obserwując zapalone mijane latarnie oraz światła w kamienicach i blokach, ponownie wróciła wspomnieniami do dnia, w którym Bolesław został upolowany i jak ten rozpędzony ustrzelony nosorożec zarył całym przodem w miękką na szczęście trawę. Kiedy przerażona podbiegła do niego, szybko wyrwała mu lotkę z szyi i odwróciła go na plecy. Pomyślała, że jeżeli to trucizna, to i tak dla Bolka już jest za późno. Sprawdziła, tak jak ją uczono na zajęciach z przysposobienia obronnego, tętno na szyi za pomocą dwóch palców i bicie serca za pomocą ucha. Tętno było, serce biło. Bolek znaczy spał, nie udawał martwego. Bała się nim potrząsać, bo co jeśli sobie coś połamał przy upadku?

Nagle za plecami usłyszała szelest krzaków i krzyk „Jezus, Maria! Co ja narobiłem?!”, odwróciła się i zamiast przerażającego, polującego na ludzi mordercy, zobaczyła podnoszącego się i wychodzącego z gęstej kępy człowieka w wojskowych spodniach, ciemnym swetrze i narzuconej pałatce moro. Miał na pewno powyżej pięćdziesiątki, był łysawy i wyglądał niegroźnie, mimo niesionej dubeltówki. Przerzucił broń fachowo do tyłu i zawiesił lufą w dół na pasku naramiennym. Ewidentnie prawdziwy myśliwy.

- No, właśnie! Co żeś pan najlepszego narobił? – wściekła się Julia. We wzburzeniu przez chwilę nawet chciała podbiec do myśliwego i gołymi rękami go rozszarpać. Opanowała się jednak, bo myśliwy mógł mieć przecież w drugiej lufie drugi nabój. I to nie usypiający.

- Przepraszam! Rany boskie, przepraszam! Gdzie dostał? – rzucił gorączkowo myśliwy mijając Julię i zmierzając do leżącego, zapewne niezaplanowanego trofeum. W tym pytaniu Julia nie usłyszała jednak prawdziwej troski.

- O tu, w szyję. – Julia ponownie uklęknęła przy Bolku i wskazała na mały czerwony punkcik na jego szyi. – Ale niestety nie ma farby. – Zakpiła sobie szyderczo, używając myśliwskiego określenia na krew zwierzyny.

- Aha, to dlatego go ścięło natychmiast. Gdyby dostał w inne miejsce, środek zadziałałby nieco później. – wyjaśnił myśliwy. – To na szczęście była dawka na małego zwierza.

- Jak pan śmie! To mój chłopak, proszę pana myśliwego, żaden zwierz! - Julia aż zapiszczała. Nie docierało do niej jeszcze, że życie Bolka nie jest zagrożone.

- Proszę się nie denerwować, moje dziecko. – poprosił myśliwy pojednawczym tonem. - Ocknie się najdalej za pięć minut. Ale jak będziesz się tak drzeć, to na pewno szybciej.

- Pozostaje mi pogratulować celności! – nie mogła się oprzeć ironii Julia. – Dlaczego pan tutaj w ogóle poluje?

- Drogie dziecko, ja tutaj nie poluję. W uzgodnieniu z Lasami Państwowymi i Ministerstwem Środowiska, koła łowieckie pomagają w realizacji programu badań nad populacją wydr. Strzelamy, kiedy są na lądzie, usypiamy, robimy zdjęcia, zapisujemy obserwacje i kolczykujemy. A tutaj, na tych mokradłach, mamy ich aż kilka osobników. – spokojnie wyjaśnił myśliwy, chociaż nie przypuszczał, że może to w tej chwili zainteresować zdenerwowaną rudowłosą dziewczynę.

- No wie pan, jakoś mój kolega do wydry nijak nie jest podobny. – rzekła Julia, rzuciwszy spojrzenie na nadal nieruchomo śpiącego Bolesława. A spał pięknie i spokojnie jak niemowlak.

- Otóż, dziecko, muszę ci się przyznać, że siedziałem tam, o w tamtych krzakach, całą noc. Przygotowałem sobie wczoraj dobrze ukryte stanowisko. I nad ranem zasnąłem, niestety z palcem na spuście. Kiedy nadbiegliście, nagle obudziłem się i przypadkiem pociągnąłem za spust. A że broń się przekrzywiła jak spałem, to lotka poleciała za wysoko. Moja wina. I niestety głupota. Jeszcze raz przepraszam – kajał się myśliwy. Nie do końca jakoś przekonywająco.

- Jego se niech pan przeprosi, jak się obudzi. À propos. Nie za długo już aby śpi? - zaniepokoiła się Julia.

- Myślę, że należy mu trochę pomóc. – zaproponował myśliwy. - Chyba uczyli cię w szkole jak się cuci człowieka?

- Uczyli, proszę pana. Ale co innego dać w papę manekinowi, a co innego dać z liścia własnemu koledze. Być może przyszłemu mężowi i ojcu swoich dzieci. Trudno, nie ma co czekać, trzeba spróbować. – zdecydowała Julia. - Żeby tylko podziałało. Bolek! – Podniosła głos. I podniosła lewą dłoń. Bo już od przedszkola była leworęczna.

Balansując gdzieś na granicy jawy i snu, samego plaskania po twarzy Bolesław dokładnie nie zapamiętał, ale serię na oko tysiąca i jednego pocałunków jak najbardziej zarejestrował w formie jakby nagrania VHS i mniej więcej w tej samej jakości, które obok wcześniejszego nagrania namiętnego pocałunku w zbyt licznym gronie komarów, odtwarzał sobie potem w głowie przez całe życie, w różnych jego gorszych i lepszych momentach. Od tej właśnie chwili nabrał także przekonania, że w relacjach damsko-męskich tego rodzaju zachowania, jakie okazała mu tego dnia Julia, stanowią miarodajny wyznacznik siły uczuć dwojga ludzi.

Nie wiadomo dlaczego, ale zapamiętał też, że podczas tych kilku minut bezprzytomności miał bardzo, bardzo dziwny sen, ocierający się wręcz o jakąś wizję kosmiczno-narkotyczną. Śnił, że leci w przestrzeni kosmicznej, zupełnie jak Superman, tylko w puszystym jak ludzik Michelin skafandrze kosmonauty, ale bez hełmu. Obok w drugim puszystym skafandrze, także bez hełmu (jak to w ogóle możliwe?), frunęła sobie w nieważkości jego ukochana kosmonautka Julia. Pod nimi przesuwała się Ziemia, taka piękna niebiesko-zielono-pochmurna wielka piłka. Lecieli tak sobie i lecieli, i lecieli. Robili już chyba trzecie okrążenie błękitnej planety, kiedy poczuł nerwowe pukanie w ramię. Julia napuchnięta i z wytrzeszczonymi oczami pokazywała na jego plecy i swoje usta.

Zorientował się, że Julia pokazuje mu, że jej butla tlenowa się wyczerpała! Podanie jej ustnika było technicznie niemożliwe ze względu specyficzną konstrukcję i wielkość kombinezonu oraz lokalizację ustnika na pierścieniu tuż przy brodzie. Za chwilę ani chybi mu się Julia zadusi! I co mu po takiej narzeczonej, która w ten banalny sposób zakończy żywot, odpłynie w krainę wiecznych łowów, czy uda się w eternistyczną podróż, jak zwał tak zwał. Czuł jednak także, że nie ma pod kombinezonem żadnej bielizny (nawet przemknęło mu przez myśl, że Julka także, ale co z tego? Co z tego?), więc kosmiczny striptiz wykonany na widoku wszystkich mieszkańców Ziemi i całego Kosmosu, raczej odpadał. Tym bardziej w duecie. A tlenu u Julki coraz mniej! Wpadł na jedyny możliwy w tej sytuacji pomysł. Zaciągnął tlen z ustnika, obrócił się w jej kierunku i podał jej tlen swoimi ustami. Zadziałało! Oczy Julki wróciły do oczodołów, po czym po tych samych oczach zorientował się, że jest mu dozgonnie wdzięczna za uratowanie życia. Najpierw zapiekł go policzek a potem w dowód wdzięczności Julia zaczęła składać na jego twarzy dziesiątki, czy nawet setki pocałunków. Trudno było je zliczyć.

Mimo dziwnego pieczenia prawego policzka, zauważył, że gwiazdy jakby przyspieszają i zamieniają się w linie ciągłe, zupełnie jak w scenie żywcem wyjętej z Gwiezdnych Wojen. Zdaje się, że właśnie przeszedł w prędkość nadświetlną. Kiedy wyleciał z tego intergalaktycznego tunelu, zaczął rejestrować najpierw plamiaste, a potem coraz wyraźniejsze kontury Julii, drzew widzianych od dołu, a obok Julii jakiegoś zielonego, nieowłosionego kosmity, zapewne przedstawiciela innej rasy zamieszkującej jakiś zapyziały zakątek galaktyki.

- …ysz? …yszysz? – Bolesław nie rozumiał tego szeleszczącego języka. Na pewno nie uczyli go w podstawówce, ani w liceum. – …yszysz mnie? – ponawiał próbę kontaktu kosmita. O, już lepiej.

- …yszę, …yszę. – próbował odpowiedzieć w tym samym dialekcie Bolesław. Leżał na plecach i nie czuł już na sobie komibinezonu. I Julka też go na sobie nie miała. Spojrzał z nadzieją poniżej jej szyi. A co to, już zdążyła się ubrać? Poczuł się zawiedziony, ale szybko spojrzał także i na swoje nogi i brzuch. Zajęczał, bo od tego ruchu zabolała go głowa.

- Jezu, widzi pan? Chyba jest sparaliżowany od pasa w dół! Pokazuje, że nie może ruszyć nogami! – niemal załkała Julia, przerażona wizją Bolesława poruszającego się na wózku inwalidzkim w klasie maturalnej.

- Spokojnie, dziecko. To tylko opóźniony efekt działania środka nasennego. To także zaraz przejdzie. – zapewnił zielony kosmita z bronią wiszącą za jego plecami, jak u żółwia Ninja.

Jakoś tak jednak coraz bardziej przypominał Bolesławowi myśliwego z dubeltówką przełożoną przez ramię. Przez chwilę pomyślał, że może został postrzelony w kręgosłup i stąd ta niemoc w nogach. Z niepokojem popatrzył na Julię.

- O co tu, do diaska, chodzi? - wypowiedział, tym razem już głośno i wyraźnie, choć powoli, swoją narastającą ciekawość.

- Mówiłem, oszołomienie powoli mija. Już mówi z sensem. Dajmy mu jeszcze dwie minuty. – uspokajał Julię myśliwy. – Każda wydra po tym strzale szybko staje na nogi.

- Jaki strzał? Jaka wydra? – Bolesław z pomocą Julii zaczął rzeczywiście stawać na jeszcze roztrzęsione nogi. Zdezorientowany za wszelką cenę zapragnął wysłuchać od Julii i myśliwego dalszych wyjaśnień. Obiecał im, że nie wydrze się przy tym na nikogo.

Siedzieli wszyscy na trawie w oczekiwaniu, aż Bolesław całkiem przyjdzie do siebie. Myśliwy zlikwidował swoje stanowisko obserwacyjne i przyniósł z gęstwiny koc termiczny, lornetkę, aparat fotograficzny, jakieś papierzyska oraz pudełka, po czym opowiedział ponownie, tylko bardziej szczegółowo, swoją wiarygodną wersję wydarzeń sprzed kilkunastu chwil, której finałem było upolowanie około 70 kilogramowego przedstawiciela homo sapiens Boleslaviens w pełnym biegu. Uspokoił ich też, że nigdy nie zamierzał wypruć wnętrzności Bolesława, wypchać jego truchła i powiesić jego nierogatego popiersia na ścianie tuż obok bogatej kolekcji trofeów łowieckich.

Bolesław uwierzył. Słuchał uważnie, Julia już mniej. Zajęta była teraz oczyszczaniem garderoby Bolesława z resztek trawy, igliwia i liści, które poprzyczepiały się do niego podczas upadku. Bolesławowi to małpie iskanie absolutnie nie przeszkadzało, a nawet powodowało przyjemne dreszczyki, bo od dziecka lubił drapanie, mizianie i smyranie, najbardziej po pleckach.

- Przepraszam cię synu, za tą głupią sytuację. Mam nadzieję, że szybko puścisz to w niepamięć. – teraz już przeprosiny myśliwego zabrzmiały dużo bardziej szczerze. Może bał się konsekwencji, w razie gdyby wieść się rozeszła? – Zaręczam ci, że już za niedługo nie będziesz odczuwał żadnych konsekwencji mojego postrzału. To co, zgoda? – myśliwy w pojednawczym geście wyciągnął rękę do Bolesława.

- Nie ma sprawy. – Bolek odwzajemnił uścisk dłoni, po czym zwrócił się do Julii. – Ale miałem sen! Muszę ci opowiedzieć w szczegółach. Ale to później.

- A co, może momenty były? – zażartowała Julia nieopatrznie.

- A skąd wiesz? – palnął Bolek z głupia frant i zobaczył, że Julia dość mocno się zarumieniła. Ciekawe, co by się mogło wydarzyć w restauracji, znaczy - do jakiego dania by doszli, gdyby nie nagły atak komarów?

- To ja idę sprawdzić, czy rowery jeszcze stoją. – rumiana Julia chrząknęła i wstała, ewidentnie uciekając wzrokiem byle dalej i byle w inną stronę. I w tamtą stronę też się udała.

- Coś mi się zdaje się, że przeszkodziłem wam w czymś ważnym? – powiedział cicho i w konfidencji myśliwy pochylając się w kierunku Bolesława, kiedy Julia oddaliła się już poza zasięg szeptu, po czym mrugnął znacząco do niego lewym okiem. – Też byłem kiedyś młody.

- To nie pan, to komary. Ale wie pan co, my mamy jeszcze na to czas. – zapewnił starszego pana Bolek. – Takie mamy postanowienie.
Wiadomo, że niektóre postanowienia są trudne do spełnienia. Czasem pewne okoliczności zaskakują, a potem to już bywa tak, że sprawy toczą się po swojemu. Czy jesienią sprawy się zmienią?

Julia wróciła, już mniej rumiana. Siadając przy Bolku, dla odwrócenia uwagi skierowała pytanie do myśliwego:

- A ile wydr Pan już tutaj skatalogował?

- Cztery, nie licząc tego tutaj osobnika. – odpowiedział myśliwy i wskazał palcem na Bolesława, po czym wszyscy głośno się roześmiali. – Raczej nietrudno w tym miejscu spotkać wydrę, kiedy się człowiek dobrze zakamufluje i poczeka – kontynuował myśliwy – To jest teren idealny dla nich. Mokry, porośnięty drzewami, trudno dostępny. Muszę wam jednak powiedzieć, że zaobserwowałem w tym miejscu coś, czego nie mogę jak na razie zrozumieć. – dodał tajemniczo. – Wszystkie wydry znikają w takim jednym miejscu na dłuższy czas. To nie jest związane z ich norami, bo wydry z różnych rodzin nigdy nie budują swoich legowisk blisko siebie. Zupełnie jakby znalazły jakieś fajne miejsce do polowań albo zabawy. Obserwowałem to miejsce przez wiele dni przez lornetkę. To niedaleko. O tam. Przy dawnej śluzie. Chcecie? To wam pokażę.

- Jasne, że chcemy! – niemal jednocześnie zapalili się do tego pomysłu Julia i Bolesław. Popatrzyli po sobie. Może uda im się dzisiaj odkryć jakąś tajemnicę? Choćby niewielką i związaną ze znikającymi wydrami.

Przy kolejnym okrążeniu Julia postanowiła działać. Spojrzała w prawe lusterko i uśmiechnęła się do swojego odbicia.

- Wiesz, teraz mieszkam na Granicznej.

- Ekchm no tak tak, jadę przez objazdy, bo są korki. - Bolesław podrapał się po głowie. Cieszył się, że do Granicznej jest odpowiednio daleko i zdąży jeszcze przez chwilę popatrzeć na Julię.

I rzeczywiście na nią patrzył. Gdyby jednak miast jej twarzy, przyglądał się odbiciu w lusterku samochodowym, dostrzegłby istotny szczegół. Za nimi wolno sunęło czarne combi.


Kolejny odcinek już za tydzień w kolejną sobotę. Jak myślicie, jak ta historia potoczy się dalej? Czy Julia powinna zaprosić Bolesława na herbatkę? Dajcie znać w komentarzu co sądzicie i jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów. Cieszymy się, że jesteście z nami!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona < 1 2 3 > >>

~~Celestynowy Złotlin   7 września 2020r. o 21:59

~~Celestynowy Złotlin

Postów:

Fajna ta foka na zdjęciu...
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Celestynowy Złotlin   8 września 2020r. o 7:30

~~Celestynowy Złotlin

Postów:

c.d. i robi się niebezpiecznie
------------------------
Czarne kombi marki audi czekało na pustym parkingu przy cukierni Malinka. Zwracało na siebie uwagę choćby tylko tym, że stało tam jako jedyne, pominąwszy fakt, iż cukiernia już dawno o tej porze była zamknięta, a dziecięce przyjęcia z tortem i klaunem raczej kończą się o takiej porze, niż zaczynają. Mężczyzna siedzący w środku zapalił papierosa i kilkusekundowy blask płomienia oświetlił przez moment jego twarz. Uważne oczy na pokrytej bliznami twarzy czujnie, niemal bez mrugania i bez ustanku obserwowały wjazd na podwórko pomiędzy muzeum a apteką. Świecący jasno zielony neon w kształcie krzyża wiszący nad wejściem do apteki rzucał naokoło złowrogą poświatę, jakby ostrzegał, że tutaj wkrótce zostanie popełnione przestępstwo.

Mężczyzna zobaczył wreszcie smugi świateł starego mercedesa wyjeżdżającego z powrotem na ulicę 1 Maja. Samochód powoli wdrapał się pod górę, oświetlając przy okazji okna pierwszego piętra przeciwległej kamienicy, skręcił w prawo i potem drugi raz w prawo wjeżdżając na krótko w ulicę Kutuzowa. Światła reflektorów omiotły zaparkowane czarne kombi, a mężczyzna siedzący w nim na chwilę obniżył się w siedzeniu. Kierowca i pasażerka mercedesa w ogóle nie zwrócili na niego uwagi, chociaż nie wydawali się byli zbyt zajęci jakąkolwiek dysputą. Za chwilę po raz trzeci raz skręcili w prawo, w ulicę Kubika, po czym zniknęli z pola widzenia.

Mężczyzna nie spiesząc się wysiadł. Miał na sobie długi, ciemny płaszcz, raczej zbyt ciepły jak na tę porę roku. Ostatni raz zaciągnął się głęboko papierosem, po czym rzucił niedopałek na chodnik i zadeptał, nie dbając o środowisko, ani o estetykę przestrzeni publicznej. Wydmuchał z płuc ostatni obłok gęstego dymu i nie zaprzątając sobie głowy zamknięciem auta, ruszył tam, skąd przed chwilą wyjechał leciwy mercedes.

Postawa i sprężysty, równy krok zdradzały wojskowe wyszkolenie. Wykonać zadanie i szybko się wycofać, najlepiej bez zwracania na siebie większej uwagi. Szybko dotarł do apteki, zszedł w dół i znalazł się na zapleczu kamienic stojących przy ulicy 1 Maja. Ukrywając się w cieniu, poza zasięgiem słabego światła jedynej lampy oświetlającej podwórko, rozejrzał się po garażach przyklejonych tylnymi ścianami do średniowiecznego muru miejskiego. Bez trudności rozpoznał ten, którego szukał. Tak jak na otrzymanym na telefon wcześniej zdjęciu, obiekt był świeżo po remoncie i był jedynym, nad którego bramą wisiała lampa milczącego alarmu. Mężczyzna rozpoznał markę i typ urządzenia alarmowego. Bułka z masłem, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.

Jeszcze przez chwilę postał w cieniu, jakby szacował moment rozpoczęcia i czas potrzebny na ukończenie zadania. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w polu widzenia, sięgnął pod poły płaszcza i wyłuskał spod niego płaską aluminiową walizeczkę, wielkości i grubości netbooka. Ukląkł, położył ją na kolanach i otworzył. Rozciągnął z boku niewielką teleskopową antenkę, wcisnął kilka przycisków i na wyświetlaczu z ogromną prędkością zaczęły się zmieniać kombinacje cyfr, prawdopodobnie oznaczające przeczesywane częstotliwości. Nie minęła nawet minuta, kiedy z wnętrza zabezpieczonego instalacją alarmową garażu rozległo się podwójne piknięcie oznaczające zdalne rozbrojenie urządzenia.

Złożywszy i schowawszy z powrotem urządzenie pod płaszcz, mężczyzna wyjął jednocześnie inne, nie mniej nowoczesne, choć bardziej tradycyjne, aczkolwiek także bardzo pomocne mniej zinformatyzowanym amatorom cudzej własności. Rozejrzał się uważnie i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, ruszył w kierunku garażu. Pewnie włożył łom niemal idealnie pośrodku drzwi pomiędzy posadzkę a uszczelkę. Rozstawił szerzej stopy wyposażone w wojskowe buty na grubych podeszwach, po czym wyćwiczonym ruchem pociągnął łom szybko i wyjątkowo mocno w górę, aż usłyszał, jak plastikowy łańcuch chrupie na plastikowych zębatkach i drzwi się uniosły. Po cholerę komu skanery częstotliwości pilotów, pomyślał włamywacz i podniósł drzwi jedynie na tyle, aby schyliwszy się móc pod nimi wejść do środka.

Po wejściu do garażu opuścił ręcznie drzwi z powrotem na dół, chociaż nie domknęły się one do samego końca, ale nie dbał już o to. Wyciągnął z kieszeni latarkę czołową, wsunął na głowę i zapalił. Od razu zobaczył szafkę zamykaną na klucz i bez zastanowienia podszedł do niej, ignorując wszystkie inne cenne znajdujące się na wyciągnięcie ręki rzeczy, które zwykły złodziej natychmiast zacząłby pakować do przepastnego wora. Popatrzył na trzymany nadal w ręce łom i postanowił nie bawić się w zgadywanie szyfru.
--------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Ceglastoróżowy Agrest   8 września 2020r. o 15:53

~~Ceglastoróżowy Agrest

Postów:

c.d.
---------------------------------
Zanim jednak dokonał otwarcia zamka z szyfrem za pomocą długiego metalowego „wytrychu”, mężczyzna wyjął z innej kieszeni smartfon, wpisał do niego kod i wyświetlił specjalną aplikację z mapą. Zobaczył poruszającą się po ulicach miasta czerwoną kropkę. Przesuwała się powoli z wieloma postojami, mniej więcej na północ. Stwierdził więc, że może działać bez pośpiechu, bo wliczając równie ślamazarny powrót śledzonego obiektu, bez problemu zdąży opuścić garaż z przedmiotem zlecenia.

Nie miał pojęcia, co zawiera skrzynka, ale wiedział, że będzie niezbyt duża, za to dosyć ciężka. To dobrze, łatwo będzie ją schować pod płaszczem i zanieść do samochodu. Tajemniczy zleceniodawca zakazał mu jednak jej zniszczenia, a tym bardziej uszkodzenia czy otwierania, inaczej z zapłatą będzie się musiał pożegnać. Nigdy dotąd nie pracował za darmo. A to miała być naprawdę intratna fucha.

Przed otwarciem szafki musiał szybko przeanalizować, czy rozwalenie drzwiczek łomem nie naruszy warunków umowy. Obejrzał szafkę w świetle czołowej latarki od dołu do góry i już wiedział, gdzie wykonać pierwsze uderzenie, a gdzie następne. Miał nadzieję, że o tej porze nikt już nie wyjdzie z pieskiem na wieczorny spacer, bo bez niewielkiego hałasu przy otwieraniu skrytki się nie obejdzie. Nie chciał zbędnych komplikacji, a z ukryciem ciała zawsze są jakieś problemy.

Postanowił sprawdzić na wszelki wypadek, czy broń, schowana dotąd w kaburze pod płaszczem, jest przygotowana, na wypadek gdyby jakieś komplikacje miały jednak ochotę przed snem podlać jedno z wyschniętych drzewek na niewielkim podwórku. Wyjął pistolet, dokręcił do niego tłumik i położył na idealnie wysprzątanym stole warsztatowym.
Uniósł łom i energicznie wykonał pierwsze uderzenie w szczelinę między drzwiczkami, a korpusem szafki. Już to pierwsze uderzenie pokazało, że robota nie będzie wymagać wiele wysiłku. Po czwartym uderzeniu drzwiczki się poddały i zobaczył wnętrze szafki. Była właściwie pusta. Trochę buteleczek z chemikaliami, jakieś papiery, puste łuski i kilka drogich diamentowych wierteł znanej marki.
- A gdzie skrzynka, do cholery! – zaklął mężczyzna sam do siebie niskim, schrypniętym głosem.

Szybko rozejrzał się po garażu i zaklął drugi raz. Dużo jednak szpetniej, niż przed chwilą, za to jakby bardziej po rosyjsku. Przeoczył drugą szafkę z szyfrem, wsuniętą dość głęboko pod stół z drugiej jego strony. Na tyle głęboko, że na pierwszy rzut oka w ciemności trudno było ją zauważyć. Nerwy zaczęły brać górę, chociaż zdarzało mu się to dość rzadko. Klął raz po raz głośno to po polsku, to po rosyjsku, zły na siebie za stracony czas. Ostatni raz zaklął wtedy, kiedy klęknął i zobaczył, że ta druga szafka to właściwie sejf. Może niezbyt solidny, ale sejf to zawsze sejf. Łom mógł sobie wsadzić w… No, podarować sobie jego dalsze użycie. Dalsze przeklinanie też nie miało większego sensu, więc zamilkł. Trzeba się opanować, dostosować i działać dalej. A więc jaki był plan B?

Mężczyzna nie miał zdolności kryptograficznych. Nie był w stanie obliczyć ilości możliwych układów liczb i do rana na śpiąco, opierając się o stół, ustawiać wszystkich możliwych kombinacji, eliminując te już zapisane i wykorzystane. Preferował i był zresztą dużo lepszy w rozwiązaniach siłowych, lecz tym razem nie mógł skorzystać ze swojego cennego doświadczenia. Wiedział, że nie będzie miał też szansy na powtórną wizytę w tym garażu kolejnej nocy. Niepotrzebnie stracił cenny czas przy pierwszej szafce. Jego błąd. Nie zbadał terenu.

Sięgnął do jeszcze jednej wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął ni mniej ni więcej, tylko lekarski stetoskop. Był przygotowany na dużą ilość opcji. Włożył miękkie końcówki, zwane oliwkami, do uszu, zupełnie jak lekarz, który zaraz będzie osłuchiwał pacjenta. Brakowało mu tylko białego kitla.
- Do roboty, panie Kwinto – powiedział do siebie, przytknąwszy głowicę stetoskopu w pobliżu zamka szyfrowego. Na zewnątrz nadal było bardzo cicho. Pomyślał, że mimo drobnych problemów, szczęście mu tej nocy jednak dopisze. Wytężył słuch i zaczął kręcić pokrętłami z cyframi.
Szkoda, że tym razem nie sprawdził mapy na smartfonie. Zobaczyłby, że czerwona kropka po krótkim postoju, bezzwłocznie i dużo szybciej rozpoczęła podróż powrotną.

Mężczyzna szybko ustawił już prawidłowo dwie z czterech cyfr szyfru: dwa i osiem. Zadowolony, całkowicie skupiony na słuchaniu, nie zauważył jednak chwilowej jasnej poświaty w pozostawionej szparze pod uszkodzonymi drzwiami, oznaczającej, że na podwórko wjechał jakiś pojazd.
- Co to ma być, do diaska! Kto tu jest! - usłyszał gromki krzyk na zewnątrz. Ktoś podniósł bramę gwałtownie góry i w otworze stanęła zwalista, choć dobrze zbudowana postać, wyraźnie gotowa na niezbyt przyjazną konfrontację.
-------------------------------
c.d.n. może jeszcze w tym tygodniu
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Celestynowy Złotlin   8 września 2020r. o 23:19

~~Celestynowy Złotlin

Postów:

A teraz będzie errata

~~Ceglastoróżowy Agrest napisał(a):
a prawą stuknęła się dwa razy prawą pięścią w klatkę piersiową

winno być
"a prawą pięścią stuknęła się dwa razy w klatkę piersiową"

~~Celestynowy Złotlin napisał(a):
kilkusekundowy blask płomienia oświetlił przez moment jego twarz. Uważne oczy na pokrytej bliznami twarzy

winno być
"kilkusekundowy blask płomienia oświetlił przez moment wnętrze samochodu. Uważne oczy na pokrytej bliznami twarzy..."

~~Celestynowy Złotlin napisał(a):
Za chwilę po raz trzeci raz skręcili w prawo, w ulicę Kubika, po czym zniknęli z pola widzenia.

winno być
"Za chwilę po raz trzeci skręcili w prawo, w ulicę Kubika, po czym zniknęli z pola widzenia."

~~Ceglastoróżowy Agrest napisał(a):
Ktoś podniósł bramę gwałtownie góry

winno być
"Ktoś podniósł bramę gwałtownie do góry"

Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Ceglastoróżowy Agrest   9 września 2020r. o 9:44

~~Ceglastoróżowy Agrest

Postów:

c.d.
-----------------------------
Następnego dnia, w niedzielę, upał zapowiadał się nieco lżejszy. Dobrze, pomyślała Julia, może jakoś zleci do wieczora. Po powrocie z sumy powyciągała z szaf okulary do nurkowania, wodoszczelną latarkę, kostium i kilka innych rzeczy, które wydały jej się niezbędne na nadchodzący wieczór. Położyła wszystko na wersalce tuż obok sportowej torby typu jamnik. Zdała sobie sprawę, że tak naprawdę są słabo przygotowani na ewentualne dłuższe nurkowanie. Stwierdziła jednak, że nawet jeśli do przepłynięcia pod wodą będzie 10-15 metrów, to dadzą radę tak długo wstrzymać oddech. Wiele razy pokonywała na basenie dystans nawet 20 metrów w zanurzeniu.

Od dziecka umiała bardzo dobrze pływać, ale co do nurkowania, to troszkę powątpiewała w swoje wysokie umiejętności. Bolek nurkował dużo lepiej. Nawet umiał otworzyć oczy pod wodą i nie musiał niczym zatykać nosa, a Julia odwrotnie. Dlatego podczas cotygodniowych zajęć licealnych na jedynym miejskim basenie krytym, należącym do MOSiR zwykle nurkowała w okularach i z klipsem na nosie.

Basen był fajny, tylko od lat krzyczał o remont. Zbliżał się do osiemdziesiątki, więc porządna renowacja od dawna się pływalni należała. Kiedy Bolesławiec leżał jeszcze w granicach państwa niemieckiego, basen i zlokalizowane przy nim łaźnie nazywano Miejskimi Zakładami Kąpielowymi. Skomplikowana nazwa. Ciekawe jak mówili wtedy ludzie? „Zażywałem kąpieli w Miejskich Zakładach Kąpielowych”? Mimo, że basen nie był nowoczesny, ani nowy, to miał jednak swój przedwojenny klimat. Brakowało tylko, by pływający nosili te śmieszne jednoczęściowe pasiaste albo koronkowe kostiumy z początku XX wieku. I parasolki.

Bardzo ciekawa była poniemiecka architektura basenu, kafelki wyściełające nieckę basenu i ogólnie jego, nie tylko kafelkowy wystrój. Nietypowe były w tym obiekcie też szatnie. Wchodziło się od strony korytarza w ubraniu, a wychodziło od strony basenu już przebranym w strój kąpielowy. I po kąpieli odwrotnie. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że przebieralnie z żadnej strony nie posiadały drzwi, tylko zasłony. Oczywiście, że nieprześwitujące. Przebieralni było niestety za mało i czasem zdarzało się, jak najbardziej przypadkiem, zaglądać chłopcom za parawan. Zwłaszcza kiedy przebierały się dziewczyny. Wołali „Jest tu ktoś?”, ale dopiero po częściowym odsłonięciu parawanu. Po czym szybciutko zasłaniali go, aby przebierająca się nie zobaczyła, kto był tą gapą. Ku radości chłopaków, dziewczyny zawsze musiały przebierać się pierwsze, bo przecież dłużej im schodziło, zwłaszcza z wycieraniem włosów po kąpieli. Aby szło szybciej, bywało, że do przechodniej przebieralni wchodziły po dwie dziewczyny lub po dwóch chłopców. Po pewnym czasie podzielono też szatnie na męskie i damskie. Raczej umownie. Ale chłopcy i tak nadal się mylili.

Kiedy mama weszła do pokoju i zobaczyła porozkładane akcesoria do nurkowania, Julia poinformowała ją, że MOSiR w tygodniu otworzy baseny na Spacerowej, a ona z Bolkiem zamierzają się tam wybrać, aby popływać i ponurkować na głębokim basenie. Aby zabrzmiało bardziej wiarygodnie uprzedziła też, że w wakacje zamierzali korzystać z basenów, kiedy tylko pogoda na to pozwoli, bo w klasie maturalnej będą mieli sprawdziany z nurkowania i pływania pod wodą. Mama wyraziła milcząca aprobatę, gdyż sama nie za bardzo lubiła pływać. Mimo to, w te wakacje znów wybierali się na wczasy do Mielna. Tam zakład pracy ojca Julii miał swój ośrodek wypoczynkowy, więc dwa tygodnie na plażach i promenadach Mielna były coroczną i jakże by inaczej, dobrowolną tradycją. Julia już od kilku lat próbowała rodzicom uświadomić, że już nie jest dzieckiem, dla którego babki na piasku i zbieranie muszelek są miesiącami wyczekiwanymi atrakcjami, ale rodzice, jak to rodzice. Ukochanej jedynaczki nigdy nie potrafili spuścić z oka.

Po obiedzie i popołudniowej kawie mama z tatą zaczęli się szykować do wyjścia.
- Idziemy dzisiaj do Nowickich, na imieniny pani Danusi. Mówiłam ci wcześniej, prawda? – zadała retoryczne pytanie mama. „Oczywiście, że mówiłaś” odpowiedziała w myślach Julia. – Wrócimy późno, może nawet po północy. Nie czekaj więc na nas, Juleczko.

„Oczywiście, że nie będę czekać, mamo” - pomyślała Julka. - „Inaczej Bolek by się wpienił”. Mama Julii zawsze musiała mieć wszystko poukładane i przygotowane. Nie było w jej rodzinie miejsca na błędy, niedomówienia albo sytuacje nieprzewidziane. Trochę to było denerwujące, ale ogólnie pomagało w życiu. O ile nie kończyło się, a przeważnie się kończyło, na „A nie mówiłam?”, kiedy cokolwiek poszło jednak nie tak, jak miało pójść. O prawach Murphy’ego nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Mama była mistrzynią frazy „A nie mówiłam”. Co innego tata. Ten był mistrzem frazy „Ano, mówiłaś, kochanieńka”, co podnosiło mamie ciśnienie, ale nigdy nie dawała się sprowokować. W ich przypadku idealnie sprawdzało się powiedzenie o głowie rodziny i kręcącej nią szyi, dotyczące panujących w małżeństwie i rodzinie zwyczajów.

Wyszykowani rodzice, ogoleni i napachnieni, wyposażeni w bukiet kwiatów i owinięty w papier okrągły wysokoprocentowy prezent, wyszli kwadrans przed osiemnastą. Mieli dokładnie 14 minut powolnego spaceru do Nowickich, którzy mieszkali na Starzyńskiego, wliczając oczekiwanie na zielone na jedynych po drodze światłach. Pani Danusia z jej rozrywkowym mężem na pewno urządziła nieskromne przyjęcie dla najbliższych znajomych, a znając zwyczaje ojca Julii i męża pani Danusi wspólnie zadbają o to, aby zdegustować wszystkie zaoferowane tego wieczoru napoje, wliczając oranżadę. Powrót po północy gwarantowany. Z fałszowaną przez tatę piosenką „U cioci, na imieninach…” na ustach, śpiewaną do czasu zdjęcia skarpetek przed położeniem się do łóżka.

Julia poczytała książkę, zrobiła i zjadła samotną kolację. Uczesała się, spięła włosy w koński ogon i zaczęła się trochę nudzić. Może trzeba było umówić się z Bolkiem wcześniej? Kolejny raz przejrzała spakowaną już do jamnika zawartość torby, po czym przebrała się stosownie do przewidywanej wieczorem temperatury i do gwarantowanego wieczornego ataku małych, bzyczących krwiopijców. Długie spodnie, bluza od dresu, zapięty jamnik. Wszystko gotowe. Bluza, spodnie, torba. Wszystko gotowe. Klucze, bluza… Chyba jednak wdała się trochę w swoją mamę.

Jak dobrze pójdzie, zdąży wrócić przed rodzicami. Miała nadzieję uniknąć głupiego tłumaczenia i kilku kolejnych cichych dni z mamą. Wzięła klucz od piwnicy, jamnika zarzuciła na ramię, zamknęła drzwi na klucz i zeszła po swój rower. Jak znała Bolka, to na pewno już nerwowo kręcił kółka i dzwonił dzwonkiem na parkingu pod blokiem.
-------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Ceglastoróżowy Agrest   9 września 2020r. o 11:02

~~Ceglastoróżowy Agrest

Postów:

Szanowni Czytelnicy!
Teraz poczekamy i zobaczymy, kto czyta. I jaki rocznik czyta. Bo w ostatnim tekście są zaszyte pewne niezgodności z faktami. Co najmniej dwie (nie podpowiadam).
Czas: do piątku.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bursztynowy Winobluszcz   11 września 2020r. o 9:31

~~Bursztynowy Winobluszcz

Postów:

,,, no nie wiem, chyba piosenka mi nie pasuje ''U cioci na imieninach'' i może ten Jamnik.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Celestynowy Złotlin   11 września 2020r. o 13:05

~~Celestynowy Złotlin

Postów:

Piosenka jest powojenna, a torby typu jamnik były już 30 lat temu. To nie to, trzeba szukać w infrastrukturze miejskiej...
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona < 1 2 3 > >>

Noclegi KlekusiowoMORENADomoExprtWeterynarz
Inne informacje z regionu
reklama Zapraszamy