ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4829, 23 stycznia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

12 września 2020r. godz. 16:30, odsłon: 2004, Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek szósty
Kolejna część wakacyjnej bolesławieckiej powieści w odcinkach
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek szósty Dawny jaz na Bobrze w Bolesławcu (fot. polska.org.pl)

Jest już szósta część naszej bolesławieckiej letniej powieści w odcinkach!

Pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Kolejny - drugi odcinek możecie zobaczyć - TUTAJ

Trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Cieszymy się, że tak chętnie bierzecie udział w zabawie. Jak zwykle serdeczne pozdrowienia kierujemy do tajemniczego pana M., który tym razem wymyślił też konkurs dla pamiętających lata '90, a więcej o tym na dole tekstu. Dzisiejsza część jest w całości wynikiem jego kreatywności. To dzięki Waszym pomysłom i zaangażowaniu akcja powieści toczy się w taki sposób. Zapraszamy do czytania!


Nieświadomy śledzącej ich pary oczu i śledzącej ich wóz aż od Złotego Potoku pary reflektorów, Bolesław także w końcu postanowił podzielić się podobnej wielkości strzępkiem informacji o sobie, jakim obdarowała go przed momentem Julia:
- A ja nadal mieszkam tam, gdzie mieszkałem, czyli na 1 Maja. Nazwy ulicy na szczęście dotąd nie zmieniono, chociaż dekomunizacja dotknęła wiele innych ulic w mieście.

A potem już nie wytrzymał tej zbyt długo trwającej, milczącej tortury ze strony Julii i pierwszy zaproponował dalszy plan działania przed nocną eskapadą poszukiwawczą. Ktoś musiał zająć się organizacją dalszej części operacji „WYDRA”. Tak ją na własne potrzeby, wracając myślami do historii z poszukiwaniem znikających wydr, nazwał w myślach Bolesław.

- Zajedziemy po drodze najpierw do mnie, a właściwie do mojego garażu. Dokładnie tam, gdzie jak pamiętasz „mieszkała” moja Gazela. Teraz nie poznasz już dawnej komórki dziadków. Zrobiłem tam niewielkie „odrestaurowanie”, że aż się zdziwisz. Zostawimy w garażu pod kluczem odkopaną skrzynkę. Będzie tam bezpieczna. Nie ma sensu jej wozić ze sobą. Zajmiemy się nią jutro i spróbujemy ją ostrożnie otworzyć. Tyle lat to ciężkie cholerstwo czekało na nas, więc paręnaście godzin nie zrobi nikomu różnicy.

Julia nadal milczała, choć widać było po niej ożywienie w słuchaniu i narastającą, gotującą się wręcz jak lawa, wewnętrzną chęć powrotu do paplania i strzelania dowcipami. Bolesław zaintrygowany zastanawiał się, kiedy dojdzie do erupcji. Jednak nadal musiał kontynuować ten dialog jednostronnie.

- Potem zawiozę cię do domu. Ogarniesz się migiem, jak każda kobieta, czyli w jakieś dwie godziny. – Tutaj Julia była tuż tuż od eksplozji, jednak wstrzymała ją, tak jak wstrzymuje się kichnięcie. - Sprawdź i przygotuj sprzęt do nurkowania. A ja zorganizuję coś dla siebie. Moje rzeczy powinny jeszcze na mnie pasować. – Bolesław poklepał się po brzuchu. - O północy przyjadę po ciebie. – Komenderował dalej jak dowódca zaplanowanej w szczegółach akcji. - I jedziemy na, nazwijmy to, niewielkie „wtargnięcie” na teren Złotego Potoku.

Tutaj Bolesław poczuł rosnące, wielokrotnie wcześniej odczuwane napięcie, identyczne jak przed każdą niebezpieczną operacją wojskową. Postanowił podzielić się swoim odczuciem:

- Jezu, Julka, czuję się trochę jak agent 007. Adrenalina zaczyna mi wariować. Szkoda, że nie mamy teraz czasu, ale z chęcią zaprosiłbym cię przed akcją do siebie na martini z oliwką. Wstrząśnięte, nie zmieszane. - wyszczerzył po swojemu zęby, starając się zajrzeć Julii prosto w oczy, ale nie zdołał.

Zauważył już prawie uśmiech u Julii. Jeszcze trochę podobnych prowokacji i będzie musiała mu się wreszcie jakoś zrewanżować.
Bolesław zwolnił, włączył kierunkowskaz, skręcił w zjazd między muzeum a apteką, zjechał w dół i nareszcie zatrzymał auto.Bolek zostawił włączone światła reflektorów i wysiadł. Julia nabrała uzasadnionych jej zdaniem podejrzeń, że leciwa Pani Mercedes nie będzie w stanie ponownie zagadać silnikiem, kiedy jej były chłopak ponownie zajmie miejsce kierowcy. Patrząc tak w ciemności na Bolesława krzątającego się pomiędzy samochodem, a rzeczywiście nowocześnie wykończonym garażem, Julia zastanawiała się, co pomyślą sąsiedzi Bolka widząc tę podejrzaną nocną bieganinę pod ich oknami. Pewnie będą go podejrzewali o jakiś nielegalny przemyt, albo co najmniej o bimbrownictwo na własny użytek.

W światłach reflektorów przez otwarte drzwi garażu widziała wiszące na ścianach uporządkowane narzędzia, pod ścianą komplet dodatkowych opon zakryty pokrowcem, a także powieszony na wieszakach ściennych nowiutki rower terenowy. Po przedpotopowym gracie nie było już ani śladu. Taki porządeczek nie był w stylu dawnego Bolesława. Czyli co? Zdaje się, że się zmienił. Może nawet dojrzał. Ale jak bardzo? A co , jeśli to jednak kobieca ręka? Eee, na pewno nie. Kobiece ręce nie są dopuszczane do porządków w królestwie facetów, nazywanym garażem albo warsztatem.

Podążając tropem swoich kolejnych myśli, Julia ponownie wróciła do wydarzeń sprzed ponad dwudziestu lat. W tamtym momencie, kiedy Bolesław doszedł do siebie, a myśliwy po wskazaniu im miejsca znikania wydr wreszcie ich opuścił, nie wiedzieli jeszcze, że jedno z nich jeszcze tej samej nocy niemal pożegna się z życiem. A całe ich dalsze życie pod wpływem nadchodzących wypadków ulegnie zmianom. Diametralnym i niestety dla nich obojga niekorzystnym. Ale teraz jest już zdecydowanie za późno na gderanie w stylu „Ciekawe co by było, gdyby…”.

Myśliwy poprowadził ich do miejsca znikania wydr. Następnie grzecznie pożegnał się i objuczony wszystkimi swoimi akcesoriami badawczymi, zostawił ich samych, po czym odszedł w kierunku skrzyżowania z drogą prowadzącą na Żeliszów. Pewnie tam gdzieś w bocznej drodze zostawił swój zabłocony samochód. Myśliwi zawsze jeżdżą ufajdanymi błotem samochodami. Z odręcznym napisem BRUDAS.

Julia i Bolek spędzili około godziny na obserwacji terenu i analizowaniu przebiegu byłej linii brzegowej dawnego zbiornika wodnego przy Waldschloss. Po obecnym przebiegu strumienia i widocznych jeszcze elementach nieco już zatartej rzeźby terenu, starali się zlokalizować miejsce wszystkich wybudowanych wtedy urządzeń służących do napełniania i spuszczania wody ze zbiornika. Na piachu za pomocą długiego patyka rozrysowali, co i gdzie się ich zdaniem znajdowało. Na koniec za pomocą szyszki Bolesław zaznaczył na rysunku miejsce znikania wydr.

Nie zdziwili się, że miejsce to właściwie dokładnie pokrywa się z lokalizacją śluzy. Ale zdziwili się za to, że zamiast jak najbliżej drogi, co byłoby logiczne, gdyż w dalszej części strumień przepływał dokładnie pod drogą, śluza znajdowała się w tej części wału spiętrzającego wody strumienia, która znajdowała się najdalej od drogi prowadzącej do Jeleniej Góry. W ten sposób jakby „wydłużono” bieg strumienia, zakrywając szerokim wałem jego uregulowane koryto aż do przepustu pod drogą, ale Julia i Bolesław nie wnikali w przyczyny takiego rozwiązania. Zastanowiło ich zupełnie co innego.

Sądząc po rozmiarach usypanego wału nabrali przekonania graniczącego z pewnością, że wał jest na tyle szeroki, że może kryć w sobie nie tylko spory tunel odprowadzający wody strumienia w kierunku drogi. Wał od strony lasu, po drugiej stronie śluzy mimo, że nie było takiej potrzeby, był także na tyle szeroki, że mógł równie dobrze służyć do zasilania wodą czegoś jeszcze, może nawet jakiegoś podziemnego zbiornika zlokalizowanego po tej samej stronie dawnego stawu, po której stał budynek Waldschloss. Po tej samej stronie, gdzie ledwo 200 metrów dalej w linii prostej, w środku lasu znajdowały się też przecież dawne poniemieckie i obecne tereny wojskowe. Kiedyś ktoś, kto tam miał okazję zajrzeć, opowiadał im, że stoją tam jeszcze do dziś jakieś tajemnicze poniemieckie magazyny, być może nawet z częścią podziemną.

Wlepiali oczy w piaszczystą mapę z szyszką przez kilka długich minut. Wreszcie popatrzyli po sobie i poczuli jednoczesny przypływ adrenaliny, zapewne taki sam jak Schliemann przed pierwszym wbiciem łopaty w prawdopodobnym miejscu istnienia Troi.

- To co? Chyba ponurkujemy z wydrami? – właściwie Bolesław nie musiał o to pytać. Odpowiedź bowiem była obojgu już znana. Pobiegli po rowery.

- Bolek? Wiesz, że nie możemy wejść pod wodę tak jak stoimy. – oceniła Julia, kiedy stanęli już z rowerami przy dawnej śluzie.

- Jasne, Jula, teraz tylko zbadamy teren. – Zapewnił Bolek, chociaż nie udawało mu się ukryć zniecierpliwienia. – Chwilę popatrzymy, powęszymy, bo jak tu wrócimy w nocy…

- Jak to, w nocy, Bolek? Dobrze wiesz, że moi starzy nigdzie mnie nie puszczą po dwudziestej drugiej. Tacy nowocześni, to oni niestety jeszcze nie są, chociaż mamy już japoński telewizor na pilota.

- Wykradniesz się, Julka. Ja będę czekał z rowerem pod twoją klatką. Wyjdziesz przez balkon i pojedziemy razem moją Gazelą… - Bolek układał już szczegółowy, choć nie do końca realny i przemyślany plan dla nich obojga na dzisiejszy wieczór. Julia przerwała mu stanowczo w pół zdania.

- Zwariowałeś? Co ty, Romeo jakiś jesteś? Ja mam skakać z balkonu? Poza tym z Bielskiej do Waldschloss w środku nocy jednym rowerem? Przez pół miasta chcesz jechać z kumpelą i torbami na bagażniku i myślisz, że nikomu nie wydamy się podejrzani? Chcesz trafić na dołek, czy jak? Przez ciebie i te twoje pomysły kiedyś zgnijemy w kryminale! – ostro zasypała Bolka pytaniami, a raczej oskarżeniami Julia.

- Jula, przecież ty mieszkasz na parterze. Ot, po prostu przejdziesz przez balustradę, a ja chwycę cię w me umięśnione ramiony i pomogę ci zejść. Pierwszy raz tak zrobimy? – bronił się Bolesław.

- No, niby zdarzyło się parę razy. Ale proszę cię, nie dzisiaj. Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Ledwo uniknąłeś śmierci z rąk myśliwego, a już ponownie chcesz się narażać? Umówmy się na jutro. Rodzice idą do znajomych na imieniny, to pewnie będę mogła wyjść normalnie, czyli drzwiami i pojedziemy normalnie, czyli dwoma rowerami. – Już ze spokojem w głosie zaproponowała idealne, wydawałoby się rozwiązanie Julia. Dobrze, że jej rodzice tego nie słyszeli.

Bolesław długo rozważał tę nową opcję. Całą wieczność ofiarnie walczył sam ze sobą i dopiero po około dwóch sekundach z niesłabnącym entuzjazmem zawołał:

- Dobra! Umowa stoi. – I nie byłby sobą, gdyby nie dodał czegoś od siebie. – Akcja „NAUTILIUS” jutro, dwudziesta pierwsza trzydzieści pod twoją klatką. A teraz zsynchronizujmy zegarki! – naigrawał się Bolesław i postawił palec wskazujący prawej ręki pionowo na nadgarstku lewej ręki, jakby chciał odczytać godzinę z tarczy zegara słonecznego. Bolek nigdy nie nosił zegarka, chociaż twierdził, że u komunii był. Tyle, że u niego w rodzinie od chrzestnych dostawało się złoty łańcuszek ze złotym krzyżykiem. Którego także zresztą nie nosił, ale już nie wyjaśnił dlaczego.

Julia podchwyciła temat, zaśmiała się wyjątkowo głośno i przepięknie, aż roześmiało się także leśne echo, po czym zasalutowała do rudej, rozwichrzonej już nieco czupryny:

- Tak jest, kapitanie Nemo! Ruszajmy w podróż. Przed nami dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi!

Pokręcili się jeszcze chwilę, chodząc raz w lewo, raz w prawo, zaglądając z brzegu jak najdalej przez trzciny i wypatrując jakiejkolwiek wskazówki, w którym miejscu wejść jutrzejszego dnia do wody i próbować znaleźć ukryte ich zdaniem wejście do tajemniczego tunelu. Najbardziej podejrzane miejsce postanowili oznaczyć, wbijając w ziemię znalezioną pustą, zieloną butelkę po piwie szyjką w dół. Po tym znaku poznają w nocy, gdzie należy zejść pod wodę i zacząć poszukiwania.

Odjeżdżając na pełnej prędkości w kierunku Bolesławca nie zauważyli, że na wodzie tuż przy brzegu pojawiły się bąbelki, a po chwili spod powierzchni wody wyłoniła się głowa wydry z małą rybką w pysku. Na malutkim uchu wydry widniał malutki kolczyk. Wydra wydostała się na brzeg, weszła między trzciny i wychodząc z sitowia na ścieżkę, nie zauważywszy nowej przeszkody na swojej drodze z powodu niesionej zdobyczy, trafiła łebkiem centralnie w wystającą zieloną butelkę, upuszczając na ziemię swoje niesione, upolowane kilka chwil wcześniej trofeum. Musiała najwyraźniej szybko zdecydować, że zamiast wałęsać się z pożywieniem, lepiej będzie posilić się na miejscu, bo mlaszcząc niezwłocznie przystąpiła do konsumpcji.

Bolesław schował wykopaną wcześniej tego dnia ciężką skrzynkę w solidnej zamykanej na szyfr szafce, w którą nie omieszkał wyposażyć swój pięknie utrzymany garaż. Zgasił światło, zamknął pilotem jeżdżące cicho do góry i na dół drzwi segmentowe, po czym użył jeszcze jednego pilota, jak domyśliła się Julia – pilota od alarmu. Zapobiegliwy ten Bolek, dba o swoją własność, z zadowoleniem podsumowała to, co właśnie zobaczyła. Ciekawe, czy jego mieszkanie również jest takie nowoczesne, zadbane i zabezpieczone? Z chęcią by to sprawdziła, gdyby tylko Bolek ponowił wcześniejsze zaproszenie, a drinka z oliwką to na pewno by już nie odmówiła. Dzień był długi, a zmęczenie dawało o sobie znać. Nie byli wszak już tacy niezmordowani, jak kiedyś.

Bolek wsiadł do samochodu, znów trzy razy trzasnął drzwiami zanim dały się domknąć (Jak ci sąsiedzi to znoszą?), a przed uruchomieniem silnika zgasił reflektory, aby akumulator był w stanie pokręcić rozrusznikiem. Silnik babci Mercedes zaskoczył, po czym wyjechali z podwórka i podążając ulicami miasta najkrótszą drogą zmierzali do Julki, na ulicę Graniczną.

Julka postanowiła przemóc się i znów patrząc na mijane, puste już o tej porze ulice, cicho zaczęła:

- Bolek?

- No? - Zachęcił Bolesław. I znów cisza.

Julia najwyraźniej miała coś ważnego do powiedzenia, ale nie wiedziała prawdopodobnie od czego zacząć. No i, pomyślał Bolesław, już się nagadali. Po kolejnej milczącej chwili Bolesław znów nabrał wątpliwości, czy Julce jeszcze kiedykolwiek wróci chęć na rozmowę. Tak bardzo mu jej i jej głosu brakowało, ale nie chciał absolutnie naciskać. Wszystko musi się wydarzyć samo.

- Chcesz mnie o coś zapytać? – zaczęła Julia. Nie było to dokładnie to, co chciała powiedzieć, ale nie znalazła innych zdań w swojej głowie.

„Jasne, mój ty kochany rudzielcu! Chcę cię zapytać o tysiąc spraw naraz! Tu i teraz! Chcę dowiedzieć się o tobie wszystkiego, czego jeszcze nie wiem! Wszystkiego, co mnie przez te ponad dwadzieścia naszych osobnych lat ominęło! Mów do mnie! Peplaj do mnie! Rechocz się ze mną, żabko ty moja!” – chciał wykrzyczeć infantylnie Bolesław na pełne gardło, nie zważając na późną porę i zbliżającą się ciszę nocną.

- Ty pierwsza. – zamiast tego wszystkiego zaproponował jednak wymijająco i także po cichu Bolesław.
Przejechali koło pustego dworca PKS. Nikt już donikąd nie chciał stąd dzisiaj odjechać. Po lewej minęli też remizę - miejsce pracy Julii, ale o tym jakoś nie wspomniała, pochłonięta innymi myślami.

- Masz kogoś? Czeka gdzieś ktoś na ciebie? – pierwsze pytanie Julii należało do rodzaju tych prosto z mostu. Rzadko kiedy kluczyła, najczęściej można się było po niej spodziewać prawdomówności, prostolinijności i z reguły trafiania krótkimi wypowiedziami w sedno lub też w czuły punkt rozmówcy. Dlatego nie każdy wytrzymywał z Julią dłuższe, a nawet krótsze konwersacje. Oczywiście Bolesław był tu wyjątkiem. Potwierdzającym regułę.

- Teraz już nie mam. Zresztą żonaty nie byłem nigdy. Same przelotne znajomości. A Ty? – Bolesław sam nie wiedział, czy chce znać odpowiedź. Za chwilę może być już bowiem, jak to mówią, „po fruktach”. Julia zaś znów długo kazała Bolesławowi czekać na odpowiedź.

- Też nie byłam żonata. Ani razu. Przysięgam! – zaręczyła przekonująco Julia, podniosła w górę dwa palce lewej dłoni, a prawą stuknęła się dwa razy prawą pięścią w klatkę piersiową, aż zadudniło. No, pomyślał Bolesław, wreszcie wraca moja Julia, cała i zdrowa!

Gruchnęli śmiechem, aż zatrzęsło autem. Stali właśnie na światłach przy sądzie, przed zjazdem na Staszica. Śmiali się tak długo, aż zapaliło się zielone, ale Bolesław przeoczył to światło i drugie, trzecie i kolejnych kilka zmian też. Nie mogli opanować śmiechu, jakby chcieli się wyśmiać za te wszystkie lata rozłąki. Z tyłu na szczęście nie nadjeżdżał żaden inny pojazd, więc nie blokowali nikomu przejazdu.
Ktoś kto widziałby to trzęsące się auto, nie ruszające spod świateł mimo ich kilkakrotnej zielonej zmiany, pomyślałby zapewne, że albo kierowca ma atak epilepsji, albo może grają w nim w karty i właśnie wybuchła między graczami bójka o asy schowane w rękawie.
W końcu zapłakany ze śmiechu Bolesław ruszył i skręcił w lewo. Na czerwonym.

Czarne kombi marki audi czekało na pustym parkingu przy cukierni Malinka. Zwracało na siebie uwagę choćby tylko tym, że stało tam jako jedyne, pominąwszy fakt, iż cukiernia już dawno o tej porze była zamknięta, a dziecięce przyjęcia z tortem i klaunem raczej kończą się o takiej porze, niż zaczynają. Mężczyzna siedzący w środku zapalił papierosa i kilkusekundowy blask płomienia oświetlił przez moment jego twarz. Uważne oczy na pokrytej bliznami twarzy czujnie, niemal bez mrugania i bez ustanku obserwowały wjazd na podwórko pomiędzy muzeum a apteką. Świecący jasno zielony neon w kształcie krzyża wiszący nad wejściem do apteki rzucał naokoło złowrogą poświatę, jakby ostrzegał, że tutaj wkrótce zostanie popełnione przestępstwo.

Mężczyzna zobaczył wreszcie smugi świateł starego mercedesa wyjeżdżającego z powrotem na ulicę 1 Maja. Samochód powoli wdrapał się pod górę, oświetlając przy okazji okna pierwszego piętra przeciwległej kamienicy, skręcił w prawo i potem drugi raz w prawo wjeżdżając na krótko w ulicę Kutuzowa. Światła reflektorów omiotły zaparkowane czarne kombi, a mężczyzna siedzący w nim na chwilę obniżył się w siedzeniu. Kierowca i pasażerka mercedesa w ogóle nie zwrócili na niego uwagi, chociaż nie wydawali się byli zbyt zajęci jakąkolwiek dysputą. Za chwilę po raz trzeci raz skręcili w prawo, w ulicę Kubika, po czym zniknęli z pola widzenia.

Mężczyzna nie spiesząc się wysiadł. Miał na sobie długi, ciemny płaszcz, raczej zbyt ciepły jak na tę porę roku. Ostatni raz zaciągnął się głęboko papierosem, po czym rzucił niedopałek na chodnik i zadeptał, nie dbając o środowisko, ani o estetykę przestrzeni publicznej. Wydmuchał z płuc ostatni obłok gęstego dymu i nie zaprzątając sobie głowy zamknięciem auta, ruszył tam, skąd przed chwilą wyjechał leciwy mercedes.

Postawa i sprężysty, równy krok zdradzały wojskowe wyszkolenie. Wykonać zadanie i szybko się wycofać, najlepiej bez zwracania na siebie większej uwagi. Szybko dotarł do apteki, zszedł w dół i znalazł się na zapleczu kamienic stojących przy ulicy 1 Maja. Ukrywając się w cieniu, poza zasięgiem słabego światła jedynej lampy oświetlającej podwórko, rozejrzał się po garażach przyklejonych tylnymi ścianami do średniowiecznego muru miejskiego. Bez trudności rozpoznał ten, którego szukał. Tak jak na otrzymanym na telefon wcześniej zdjęciu, obiekt był świeżo po remoncie i był jedynym, nad którego bramą wisiała lampa milczącego alarmu. Mężczyzna rozpoznał markę i typ urządzenia alarmowego. Bułka z masłem, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.

Jeszcze przez chwilę postał w cieniu, jakby szacował moment rozpoczęcia i czas potrzebny na ukończenie zadania. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w polu widzenia, sięgnął pod poły płaszcza i wyłuskał spod niego płaską aluminiową walizeczkę, wielkości i grubości netbooka. Ukląkł, położył ją na kolanach i otworzył. Rozciągnął z boku niewielką teleskopową antenkę, wcisnął kilka przycisków i na wyświetlaczu z ogromną prędkością zaczęły się zmieniać kombinacje cyfr, prawdopodobnie oznaczające przeczesywane częstotliwości. Nie minęła nawet minuta, kiedy z wnętrza zabezpieczonego instalacją alarmową garażu rozległo się podwójne piknięcie oznaczające zdalne rozbrojenie urządzenia.

Złożywszy i schowawszy z powrotem urządzenie pod płaszcz, mężczyzna wyjął jednocześnie inne, nie mniej nowoczesne, choć bardziej tradycyjne, aczkolwiek także bardzo pomocne mniej zinformatyzowanym amatorom cudzej własności. Rozejrzał się uważnie i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, ruszył w kierunku garażu. Pewnie włożył łom niemal idealnie pośrodku drzwi pomiędzy posadzkę a uszczelkę. Rozstawił szerzej stopy wyposażone w wojskowe buty na grubych podeszwach, po czym wyćwiczonym ruchem pociągnął łom szybko i wyjątkowo mocno w górę, aż usłyszał, jak plastikowy łańcuch chrupie na plastikowych zębatkach i drzwi się uniosły. Po cholerę komu skanery częstotliwości pilotów, pomyślał włamywacz i podniósł drzwi jedynie na tyle, aby schyliwszy się móc pod nimi wejść do środka.

Po wejściu do garażu opuścił ręcznie drzwi z powrotem na dół, chociaż nie domknęły się one do samego końca, ale nie dbał już o to. Wyciągnął z kieszeni latarkę czołową, wsunął na głowę i zapalił. Od razu zobaczył szafkę zamykaną na klucz i bez zastanowienia podszedł do niej, ignorując wszystkie inne cenne znajdujące się na wyciągnięcie ręki rzeczy, które zwykły złodziej natychmiast zacząłby pakować do przepastnego wora. Popatrzył na trzymany nadal w ręce łom i postanowił nie bawić się w zgadywanie szyfru.

Zanim jednak dokonał otwarcia zamka z szyfrem za pomocą długiego metalowego „wytrychu”, mężczyzna wyjął z innej kieszeni smartfon, wpisał do niego kod i wyświetlił specjalną aplikację z mapą. Zobaczył poruszającą się po ulicach miasta czerwoną kropkę. Przesuwała się powoli z wieloma postojami, mniej więcej na północ. Stwierdził więc, że może działać bez pośpiechu, bo wliczając równie ślamazarny powrót śledzonego obiektu, bez problemu zdąży opuścić garaż z przedmiotem zlecenia.

Nie miał pojęcia, co zawiera skrzynka, ale wiedział, że będzie niezbyt duża, za to dosyć ciężka. To dobrze, łatwo będzie ją schować pod płaszczem i zanieść do samochodu. Tajemniczy zleceniodawca zakazał mu jednak jej zniszczenia, a tym bardziej uszkodzenia czy otwierania, inaczej z zapłatą będzie się musiał pożegnać. Nigdy dotąd nie pracował za darmo. A to miała być naprawdę intratna fucha.

Przed otwarciem szafki musiał szybko przeanalizować, czy rozwalenie drzwiczek łomem nie naruszy warunków umowy. Obejrzał szafkę w świetle czołowej latarki od dołu do góry i już wiedział, gdzie wykonać pierwsze uderzenie, a gdzie następne. Miał nadzieję, że o tej porze nikt już nie wyjdzie z pieskiem na wieczorny spacer, bo bez niewielkiego hałasu przy otwieraniu skrytki się nie obejdzie. Nie chciał zbędnych komplikacji, a z ukryciem ciała zawsze są jakieś problemy.

Postanowił sprawdzić na wszelki wypadek, czy broń, schowana dotąd w kaburze pod płaszczem, jest przygotowana, na wypadek gdyby jakieś komplikacje miały jednak ochotę przed snem podlać jedno z wyschniętych drzewek na niewielkim podwórku. Wyjął pistolet, dokręcił do niego tłumik i położył na idealnie wysprzątanym stole warsztatowym.
Uniósł łom i energicznie wykonał pierwsze uderzenie w szczelinę między drzwiczkami, a korpusem szafki. Już to pierwsze uderzenie pokazało, że robota nie będzie wymagać wiele wysiłku. Po czwartym uderzeniu drzwiczki się poddały i zobaczył wnętrze szafki. Była właściwie pusta. Trochę buteleczek z chemikaliami, jakieś papiery, puste łuski i kilka drogich diamentowych wierteł znanej marki.
- A gdzie skrzynka, do cholery! – zaklął mężczyzna sam do siebie niskim, schrypniętym głosem.

Szybko rozejrzał się po garażu i zaklął drugi raz. Dużo jednak szpetniej, niż przed chwilą, za to jakby bardziej po rosyjsku. Przeoczył drugą szafkę z szyfrem, wsuniętą dość głęboko pod stół z drugiej jego strony. Na tyle głęboko, że na pierwszy rzut oka w ciemności trudno było ją zauważyć. Nerwy zaczęły brać górę, chociaż zdarzało mu się to dość rzadko. Klął raz po raz głośno to po polsku, to po rosyjsku, zły na siebie za stracony czas. Ostatni raz zaklął wtedy, kiedy klęknął i zobaczył, że ta druga szafka to właściwie sejf. Może niezbyt solidny, ale sejf to zawsze sejf. Łom mógł sobie wsadzić w… No, podarować sobie jego dalsze użycie. Dalsze przeklinanie też nie miało większego sensu, więc zamilkł. Trzeba się opanować, dostosować i działać dalej. A więc jaki był plan B?

Mężczyzna nie miał zdolności kryptograficznych. Nie był w stanie obliczyć ilości możliwych układów liczb i do rana na śpiąco, opierając się o stół, ustawiać wszystkich możliwych kombinacji, eliminując te już zapisane i wykorzystane. Preferował i był zresztą dużo lepszy w rozwiązaniach siłowych, lecz tym razem nie mógł skorzystać ze swojego cennego doświadczenia. Wiedział, że nie będzie miał też szansy na powtórną wizytę w tym garażu kolejnej nocy. Niepotrzebnie stracił cenny czas przy pierwszej szafce. Jego błąd. Nie zbadał terenu.

Sięgnął do jeszcze jednej wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął ni mniej ni więcej, tylko lekarski stetoskop. Był przygotowany na dużą ilość opcji. Włożył miękkie końcówki, zwane oliwkami, do uszu, zupełnie jak lekarz, który zaraz będzie osłuchiwał pacjenta. Brakowało mu tylko białego kitla.
- Do roboty, panie Kwinto – powiedział do siebie, przytknąwszy głowicę stetoskopu w pobliżu zamka szyfrowego. Na zewnątrz nadal było bardzo cicho. Pomyślał, że mimo drobnych problemów, szczęście mu tej nocy jednak dopisze. Wytężył słuch i zaczął kręcić pokrętłami z cyframi.
Szkoda, że tym razem nie sprawdził mapy na smartfonie. Zobaczyłby, że czerwona kropka po krótkim postoju, bezzwłocznie i dużo szybciej rozpoczęła podróż powrotną.

Mężczyzna szybko ustawił już prawidłowo dwie z czterech cyfr szyfru: dwa i osiem. Zadowolony, całkowicie skupiony na słuchaniu, nie zauważył jednak chwilowej jasnej poświaty w pozostawionej szparze pod uszkodzonymi drzwiami, oznaczającej, że na podwórko wjechał jakiś pojazd.

- Co to ma być, do diaska! Kto tu jest! - usłyszał gromki krzyk na zewnątrz. Ktoś podniósł bramę gwałtownie góry i w otworze stanęła zwalista, choć dobrze zbudowana postać, wyraźnie gotowa na niezbyt przyjazną konfrontację.


Kolejny odcinek już za tydzień w kolejną sobotę. Jak myślicie, jak ta historia potoczy się dalej? Kto może stać w drzwiach garażowych? Dajcie znać w komentarzu co sądzicie i jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów. Cieszymy się, że jesteście z nami!

Tymczasem w komentarzu pod poprzednim odcinkiem tajemniczy Pan M. rzucił Wam wyzwanie! Sprawdźcie koniecznie i podnieście rękawicę!

Piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ


Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 3 > >>

~Szkarłatny Pierwiosnek   13 września 2020r. o 12:13

~Szkarłatny Pierwiosnek

Postów:

Dzień dobry!
Wyjaśnienie zagadek. Kiedy Bolek i Julia szli do klasy maturalnej (podpowiadam, że był to rok 1990):
1) na basenie krytym (obecnie Termy) w nieco ciasnych przebieralniach owszem były zasłony, ale tylko od strony niecki basenu. Od korytarza były drzwi, jednak nie zawsze porządnie się domykały. Ale i tak chłopcy na pewno łamali zasady, tyle, że z jednej strony.
2) nie było żadnych świateł po drodze z Bielskiej/Parkowej na Starzyńskiego, przechodząc koło obecnej Policji i PWiK.
Pozdrawiam,
M.
P.S.
Do Szanownej Pani Redaktorki Karoliny,
Jeśli dalsza część, ta odnosząca się m.in. do przygotowań do wieczornej eskapady Julki i Bolka i imienin Pani Danusi, a zamieszczona pod odcinkiem 5, zostanie włączona do powieści, to w niczym nie obniży moim zdaniem poziomu fabuły. A za moment będą dalsze propozycje.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bakłażanowa Trytoma   13 września 2020r. o 12:25

~~Bakłażanowa Trytoma

Postów:

*******************************
Mimo, że do Granicznej pozostał przysłowiowy rzut francuskim beretem z antenką, Bolesław nie przyspieszał. Teraz już był pewny, że Julia nie obraziła się za wcześniejszy przytyk do kobiecego wieku. Mógł więc nadal opóźniać dotarcie do obecnego miejsca zamieszkania Julii, choć z powodu niewielkiego pozostałego dystansu, na pewno nie mógł liczyć na zbyt długą pogawędkę.
- Nie byłam też mężatką. – przyznała wreszcie i już konkretnie Julia, rozumiejąc rozterki Bolesława.

Na Bolesława to jakże obszerne, kolejne wyznanie Julii dotyczące jej stanu cywilnego podziałało jak wielki haust syropu rozluźniającego. Lek rozlał się po jego ciele, aż do ostatniego naczynia włosowatego i ostatniej synapsy układu nerwowego. Opadło z niego nagle całe napięcie, niepewność, a depresyjne rozczarowanie musiało znaleźć innego kandydata na żywiciela.

Powracające uczucie było żywsze i większe niż przypuszczał. Wielkie jak humbak. Dinozaury były większe, ale już ich nie ma, więc nie mogłyby tutaj służyć za przykład żywego i wielkiego uczucia.
Czuł się jak rozbitek, który całe wieki, bez nadziei przemierzał przestworza oceanu na tratwie i trafił wreszcie na suchy ląd, a na nim cudowna, rudowłosa, skąpo odziana kobieta z wieńcem kwiatów na szyi witała go koszem owoców. Albo jakby dwadzieścia lat błąkał się po pustyni i trafił wreszcie na tą samą kobietę, bez wianka na szyi, bez owoców, ale za to z manierką pełną wody.

Postanowił odkręcić to naczynie, wziąć wielki łyk i całkowicie poddać się działaniu jego zawartości. Miał nadzieję, że Julia była tak samo spragniona.
- Bo wiesz… Julka. Po tym wszystkim nie poukładało się nam, tak jak tego chciałem. Nie tak miało wyglądać nasze życie. Straciliśmy, można powiedzieć, połowę naszego… - zaczął się tłumaczyć Bolesław.
- Wiem, Bolek. Ja też ogromnie żałuję, że nie próbowałam cię zatrzymać. – nie dała mu dokończyć Julia.

Jak zwykle chodziło im po głowach dokładnie to samo. I jak zwykle ich wspólne myśli wyrażał raz on, a innym razem ona. Wiele razy za dawnych czasów w podobnych sytuacjach zdarzało się, że po prostu spoglądali sobie w oczy i uśmiechali się bez słowa. Chwilę potem, jak tylko mieli je pod ręką, brali puste karteczki i zapisywali na nich to, o czym właśnie pomyśleli i wymieniali się nimi. Nie zdarzyło się, aby karteczki zawierały co innego. Widać chorowali na uczuciową albo mentalną telepatię. Albo coś bardzo podobnego, być może nieuleczalnego. Coś, na co na pewno dwa razy się w życiu nie choruje. Bolesław prawdopodobnie miał nawrót tej choroby. Czy Julia także?

– Nie mam do ciebie o nic żalu, drogi Bolesławie. Nie zrobiłeś nic złego. Byliśmy młodzi. Nie powiem, że zawsze mądrzy, bo bym skłamała. – krótko i jak zwykle konkretnie wyjaśniła Julia.
- To były inne czasy. – filozoficznie z kolei podszedł do tematu Bolesław. W tym momencie skręcił ze Staszica w prawo, w Graniczną. Zwolnił już tak, że wolniej się jechać nie dało. Czekał na podanie numeru posesji.
- Ach, to na pewno! Frytki smażyło się z ziemniaków w domu i nikt nie był uwiązany do smartfona, jak do smyczy. Choć nie ukrywam, że tamtej nocy akurat przydałoby się mieć jakiś na podorędziu. – Julia odwróciła wzrok i na chwilę wróciła myślą do feralnego niedzielnego wieczora. Tyle się wtedy wydarzyło. Ale co było, minęło.

– Stój! – krzyknęła nagle Julia, wbijając boleśnie paznokcie lewej ręki w prawe przedramię Bolesława, a ten w czasie krótszym niż koliber macha skrzydłem ostro nacisnął pedał hamulca. Co za refleks! Polecieli głowami gwałtownie do przodu. Dobrze, że mieli pasy, bo zaliczyliby co najmniej po wielkim guzie na swoich zafrasowanych czekającymi ich dalszymi wyznaniami, nie tak gładkich już z powodu wieku czołach. Zlustrowali się nawzajem z nadzieją, że to drugie ocaliło wszystkie żebra. – Przejechałeś go!
- Jezus Maria! Pies czy kot? –wykrzyknął Bolesław przerażony. Nie chciał zostać mordercą zwierząt domowych. Szybko zgasił silnik i prawie chciał wysiadać.
- Mój dom! – uspokoiła go Julia i położyła dłoń na jego prawym ramieniu. – Ale nie kłopocz się i nie cofaj, tutaj wysiądę. Potem sobie zawrócisz na pętli. Albo pojedziesz naokoło Wałową. – Dodała nieco zakłopotana. Zupełnie jakby nie chciała, aby Bolesław zobaczył, jak wchodzi do domu. Bolesław znów poczuł, że coś się jednak komplikuje. Ale jeszcze nie miał pojęcia co, chociaż coraz bardziej chciał się dowiedzieć.

Julia wysiadła, zarzuciła plecak na ramię, szybko przebiegła za mercedesem, a potem przez ulicę na drugą stronę i wbiegła w otwartą na oścież bramę wjazdową jednego z domów. Bolesław próbował się odwrócić w lewo i przez szparę pomiędzy zagłówkiem, a słupkiem zauważył tylko jak Julia znika w świetle ulicznej lampy na jednej z posesji. W domu paliły się światła. Ktoś na nią czekał. Ale kto?
Domy na Granicznej w większości były przedwojennymi, niskimi, krytymi czerwonymi dachówkami bliźniakami. Nie widział drzwi od ulicy, więc na pewno wejście do domu musiało być od podwórka. Ze skręconą nienaturalnie głową pogapił się jeszcze chwilę na niewielki domek, który wydawał mu się jakiś znajomy, a potem trzepnął się otwartą dłonią w ledwo uratowane od zderzenia z deską rozdzielczą czoło, bo nagle przypomniał sobie, że przecież tutaj kiedyś mieszkała jej ciotka Alinka z wujkiem, którego imienia Bolesław już nie pamiętał. Ciekawe co u nich słychać i kiedy Julia u nich zamieszkała?

Włączył silnik, wrzucił bieg i ruszył. Stwierdził, że pozostało mu do północy bardzo niewiele czasu. Postanowił więc przyspieszyć i nie przejmować się ograniczeniami. O tej porze szanse spotkania patrolu drogówki były naprawdę niewielkie. Kiedy z dużą prędkością odjeżdżał w kierunku swojego mieszkania, pod samochodem nadal powoli migała czerwona dioda.
*****************************
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bakłażanowa Trytoma   13 września 2020r. o 12:35

~~Bakłażanowa Trytoma

Postów:

I ekspresowo c.d.
*************************************
Bolesław i Julia nie mogli wiedzieć, że kilka godzin wcześniej, kiedy oni rozpoczynali koszenie mchu i igliwia neokosiarką w lesie pomiędzy Złotym Potokiem, a dawnymi magazynami wojskowymi, na parking zajechało czarne audi A6 w wersji kombi i z przyciemnianymi szybami. Z auta wysiadł wysoki mężczyzna, ubrany w nieodpowiedni do celu wizyty większości gości ośrodka oraz do warunków pogodowych upalnego lipcowego dnia, długi ciemny płaszcz.

Mężczyzna chciał ich śledzić przez cały czas, kiedy krzątali się po lesie, ale po namyśle i zobaczeniu tego, czym się zajmują, zrezygnował z tego pomysłu. Nietrudno było ich w lesie znaleźć, bo nie uszli daleko i robili wiele hałasu. Oprócz tego, byli jedynymi gośćmi tego lasu z różowym neseserem. Widać chcieli się ukryć w tłumie. Obserwował ich przez chwilę z ukrycia, starając się pozostać niezauważonym. Widział, jak kopią saperką dół pod starym dębem, przy leśnej drodze. Kiedy wciągnęli skrzynkę, która odpowiadała opisowi, postanowił zawrócić na parking. Był pewien, że zabiorą skrzynkę ze sobą, kiedy będą wracać do miasta.

Wróciwszy na parking, podszedł od tyłu do ciemnoczerwonego mercedesa. Wyglądał, jakby coś chciał wyjąć z bagażnika, ale pochylił się i udając zawiązywanie sznurówek, niezauważenie włożył pod spód auta małe migające malutką czerwoną diodą urządzenie. Bez zwłoki i oglądania się za siebie wyjechał z parkingu, wyjmując i umieszczając w uchwycie przyklejonym pośrodku przedniej szyby markowego smartfona. Nie chciał na siebie zwracać uwagi, zajmując bez powodu miejsce na ciasnym, monitorowanym parkingu, więc postanowił poczekać na upatrzonym wcześniej placu przy centrum handlowym Stara Mleczarnia. Interesująca go para, wracając na pewno wybierze najkrótszą drogę wjazdową do miasta.

Obserwując ruchliwy parking, mężczyzna przypomniał sobie dość niezwykłą rozmowę, która doprowadziła go do tego miejsca i momentu. Trzy dni wcześniej zadzwonił na jego telefon nieznany numer. Jakże by inaczej. Najtrudniejsze zlecenia, często wymagające nawet „pobrudzenia” sobie rąk, zawsze przychodziły z nieznanych numerów. Jednak gdyby tylko chciał, odszyfrowałby numer dzwoniącego, bo miał odpowiedni sprzęt do namierzania nawet takich numerów. Ale nigdy nie chciał, bo i po co? Jak mówią: „miensze znajesz, dalsze budiesz”. Sprzęt ten wykorzystywał za to prawie zawsze na etapie śledzenia i zbierania informacji. Mógł dzięki niemu również nagrywać i podsłuchiwane rozmowy oraz gromadzić przesyłane SMSy i MMSy.

Zleceniodawcy zapewne zależało na czasie, bo uznał, że należy ułatwić lub przyspieszyć mu wykonanie zadania. Mężczyzna otrzymał bowiem SMS-em jednorazowy link z hasłem do pobrania zdjęć. Bez zwłoki ściągnął zdjęcia na smartfona. Wiedział doskonale, że zdjęcia w tym momencie zniknęły z chmury. Super wynalazek. Te smartfony i te chmury. Kiedyś musiał dostawać zdjęcia w kopertach. A teraz proszę bardzo, jaka wygoda i oszczędność czasu.

Ktoś się nieźle postarał, bo fotografie były naprawdę dobrej jakości. Na jednym z nich, chyba najważniejszym, znajdowała się postać wysokiego, masywnego, lekko łysiejącego mężczyzny w wieku około 45 lat, stojącego przy otwartym bagażniku wiekowego, ciemnoczerwonego mercedesa, przed odremontowanym garażem na podwórku jakichś kamienic. Jego twarz była skierowana w kierunku obiektywu aparatu. Coś w tej twarzy, jak i w całej postaci zwróciło uwagę i zaniepokoiło mężczyznę. Naszło go przeczucie, że wkrótce może stać się coś nieprzewidzianego. Uczucie z rodzaju takich, które towarzyszą myśliwemu, kiedy ma zapolować na mało znanego i niebezpiecznego zwierza na nieznanym mu terenie. No to zobaczymy, co z ciebie za zwierz, pomyślał mężczyzna, chociaż był pewien, że nie będzie musiał na niego polować. Przedmiotem zlecenia nie był bowiem nieznajomy ze zdjęcia, tylko to, co znajdowało się lub miało się wkrótce znaleźć w jego posiadaniu. Musiał tylko wytropić, gdzie facet to schowa. Wtedy po prostu to gościowi ukradnie, zamiast szarpać się z nim na środku ulicy jak Krakus z Poznaniakiem podczas kłótni o znalezioną złotówkę.

Na kolejnych zdjęciach były pokazane możliwe miejsca przebywania typa. Kamienica w ciasnej zabudowie, działka z altaną i kilkoma jabłoniami oraz najciekawsze zdjęcie: zakładu pracy. Była to jednostka wojskowa. Zdjęcie przedstawiało strzeżoną bramę, a po jej prawej stronie trzykondygnacyjny, szary budynek, przed którym prężyły lufy do siebie dwie armaty 76 mm ZiS-3 wzór 1942 produkcji radzieckiej. Stoją jak stały, pomyślał mężczyzna. Oglądał to zdjęcie na tyle długo, że stwierdził, iż miejsce to od niemal trzydziestu lat niewiele się zmieniło. Może tylko armaty zostały starannie odmalowane. No i ta flaga. Wolałby osobiście, aby wisiała tam jednak inna, cała czerwona.

Podczas rozmowy ze zleceniodawcą otrzymał też inne szczegóły, które z kolei zapisał, a potem zapamiętał, a karteczkę spalił: adres domowy kolesia, lokalizację jego ogródka działkowego, dane o rodzinie, której nie miał, numer jego telefonu komórkowego i numer rejestracyjny mercedesa. Trzy adresy, dwa numery. Łatwe do zapamiętania. No cóż. W takim małym mieście trudno go będzie zgubić, a łatwo znaleźć.

Już robiło się ciemno, kiedy kropka na mapie ruszyła i zaczęła się zbliżać do oczekującego na nią mężczyzny w ciemnym audi. Dobrze, bo zbliżała się godzina zamknięcia sklepów i parking zaczął się robić pusty. Mężczyzna nie lubił zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Uruchomił silnik i czekał. Już za kilkanaście sekund ujrzał światła zbliżającego się powoli mercedesa.
**********************************
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

Pannazdzieckiem   13 września 2020r. o 13:29

Pannazdzieckiem

Postów: 13599

Em , jestem pełen podziwu dla Twej pamięci , elokwencji , wyobraźni i wiedzy . Ale proszę wyślij Bolka i Julię na wczasy ... w kosmos Co się tam " bendom " po Bolesławcu plątali , szczególnie w zamierzchłych czasach.

Czas na odkrywanie nie tego co było , a tego co bendzie :) Nie przeszłość , a przyszłość. :) Imperatyw musisz zmienić Em ... ce kwadrat :) I nie zapomnij o różowym plecaku Bolka i chusteczkach Julii :)

A Czarną Wołgę , tudzież Mercedesa Stasi wrzuć do :




Mniemam , że wspólnymi siłami , Ty Twórca , ja skromna obsługa betoniary , zmierzamy do tego samego celu ... :)


Dopisane 13.09.2020r. o godz. 13:29:

Qurde neseser z plecakiem mi się pomylił . Mea culpa . Jak mawiają starożytni " memento mori " , ale nie wiem , jak jest po łacinie " jeszcze raz żyć " ... ktoś ma jaki translator do dyspozycji ?

Ludzie w zasadzie myślą logicznie. Problem polega na tym , że operują na nie pełnych , bądź fałszywych informacjach. I dlatego taką logikę trzeba w du... ży kapelusz włożyć . Krzysztof Karoń.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Bakłażanowa Trytoma   13 września 2020r. o 16:23

~Bakłażanowa Trytoma

Postów:

Dzięki, Piotrek, za ten komplement. Spiekłem raczka.
W kosmosie już byli. A co do przyszłych losów, zakładamy, że to nie powieść SF, więc podróż w czasie co najwyżej ograniczy się do sfery marzeń. Będą na pewno marzyć, jak tylko ogarną przeszłość. A tu zaraz ktoś może stracić życie w tym garażu... I może nie będzie komu w ogóle marzyć?
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Ceglastobrązowa Krwawnica   13 września 2020r. o 16:56

~Ceglastobrązowa Krwawnica

Postów:

удалите,пожалуйста! .
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

Pannazdzieckiem   13 września 2020r. o 19:03

Pannazdzieckiem

Postów: 13599

~Bakłażanowa Trytoma napisał(a): Dzięki, Piotrek, za ten komplement. Spiekłem raczka.
W kosmosie już byli. A co do przyszłych losów, zakładamy, że to nie powieść SF, więc podróż w czasie co najwyżej ograniczy się do sfery marzeń. Będą na pewno marzyć, jak tylko ogarną przeszłość. A tu zaraz ktoś może stracić życie w tym garażu... I może nie będzie komu w ogóle marzyć?
Pozdrawiam
M.


O Ty sadysto ... raki się gotuje , nie piecze Ale kiedy dzieciakiem byłem i jeszcze nie wiedziałem , co jest pięć , to przyznaję się do grzechu , polowałem na raki . Piękne chwile to były... miejmy nadzieję , że myśliwy nie trafi tej wydry z fotki :)
Oczyma wyobraźni widzę jak wydra podnosi środkowy palec Lichockiej Jak gest Kozakiewicza

Ale , ale Drogi Em .. ce kwadrat , czy Ty na pewno jesteś facet , bo widzisz dzisiaj w realu spotkałem Sokoła , chciał mnie haszem poczęstować i piwem . Ja alkoholik domniemany , kumpel Słonia odmówiłem , ale papierocha pojaraliśmy . Posłuchałem , co ma do powiedzenia i uznałem , że Sokół się pogubił ... jeśli chciałbyś pogadać ... przybież jakiś login Em i na priva :)

Żyjemy w lokalnej społeczności , gdzie każdy każdego zna . Nie wolno wstydzić się własnej twórczości ... nie piecz więcej raków , pisz dalej , i jakiś login , proszę Cię :)

Ja stary plotkarz , cham i prostak napiszę Ci , co dręczy Sokoła na priva :)

ps. Moja sugestia odnośnie Karoliny na początku pięcioksięgu ... widzisz Em ... ce kwadrat , kiedy ma się do czynienia z anonimami , to do dupy z budową świadomości . Kochasz Ją , czy Nią jesteś ? :)

Zaloguj się , jakkolwiek chcesz ... i pisz dalej :)

Ludzie w zasadzie myślą logicznie. Problem polega na tym , że operują na nie pełnych , bądź fałszywych informacjach. I dlatego taką logikę trzeba w du... ży kapelusz włożyć . Krzysztof Karoń.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Bakłażanowa Trytoma   13 września 2020r. o 22:04

~~Bakłażanowa Trytoma

Postów:

Pannazdzieckiem napisał(a):
ps. Moja sugestia odnośnie Karoliny na początku pięcioksięgu ... widzisz Em ... ce kwadrat , kiedy ma się do czynienia z anonimami , to do dupy z budową świadomości . Kochasz Ją , czy Nią jesteś ? :)
Zaloguj się , jakkolwiek chcesz ... i pisz dalej :)


Ten M. inicjał jest przypadkowy,
Wżdy wolę zostać anonimowy.
Słowo honoru zaś anonima,
To nie Redaktor jest Karolina.

Piszę, o zgrozo,
Nie tylko prozą!
M.

PS.
Pozostańmy skupieni na konstruowaniu fabuły i dostarczaniu czytelnikom zabawy. Dbajmy więc o zdrowie i poczucie humoru naszych bohaterów.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 3 > >>

Noclegi KlekusiowoMORENADomoExprtWeterynarz
Inne informacje z regionu