ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4737, 23 października 2020r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

30 września 2020r. godz. 15:30, odsłon: 578, Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek dziesiąty
Kolejna część bolesławieckiej powieści w odcinkach.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dziesiąty Rewolwer (fot. Pixabay)

Jest już dziesiąta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Ósma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dziewiąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Cieszymy się, że tak chętnie bierzecie udział w zabawie. Jak zwykle serdeczne pozdrowienia kierujemy do tajemniczego pana M. Na Waszą prośbę odcinki będą pojawiać się teraz dwa razy w tygodniu. Tymczasem w dzisiejszej części ciągle przyglądamy się sytuacji w garażu Bolesława i przeczytamy o mrożącej krew w żyłach walce. Zapraszamy do czytania:


O, jasna cholera! Przecież to miał być nóż!

Zastygły w zaskoczeniu Bolesław mógł tylko na razie obserwować, jak bandyta również podnosi się i staje na nogi z wyjętym z kabury umieszczonej na łydce pod nogawką, wycelowanym w niego rewolwerem Smith & Wesson 637 kaliber 0.38 Special. Bolesław znał ten model, ale nigdy dotąd nie miał okazji z niego korzystać, bo ten mały ważący zaledwie ćwierć kilograma "kieszonkowiec", nie miał praktycznie żadnego wojskowego zastosowania.

Z powodu swoich niewielkich rozmiarów i wagi był jednak idealny dla cywilów do samoobrony i bardzo skuteczny na bliskie odległości, dlatego znajdował dość często miejsce w torebkach kobiet, które bały się same wracać do domu wieczorem i to pustymi ulicami. Każdy napastnik, który zobaczył tę wyciąganą z damskiej torebki sześciostrzałową szminkę z gustownym obrotowym bębenkiem, natychmiast porzucał myśl o dalszym zaprzątaniu uwagi kobiety swą skromną osobą, po czym porzucał też zajmowaną w danym momencie pozycję i oddalał się z niej bezzwłocznie, licząc, że niedoszła ofiara nie choruje na Parkinsona, nadpobudliwość czy inną chorobę wywołującą drżenie rąk i palców.

Bolesław, jak najbardziej świadomy skutków choćby i przypadkowego pociągnięcia za spust podczas nieopatrznego kichnięcia, czy rozprężenia zebranych gazów jelitowych u włamywacza, absolutnie wykluczał też wykonanie jakiegokolwiek nagłego ruchu, czy wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku, który mógłby wytrącić bandytę z równowagi. Wyraził jednocześnie w duchu głęboką nadzieję, że gość nie ma alergii na składniki żywicy epoksydowej, ani nie jadł tego dnia na obiad żadnej wiatropędnej potrawy pokroju bigosu czy fasolki po bretońsku.

Stał więc nieruchomo i w skupieniu z rękami podniesionymi do góry, wyczuwając wierzchem obu dłoni szprychy kół wiszącego za nim na ścianie roweru. Uważnie obserwując rozwój sytuacji czekał na kolejny cud, albo na jakąś inną, nieoczekiwaną okazję do odebrania broni włamywaczowi. Bolesław nie planował na razie odwoływania się do jego zapewne głęboko skrywanego poczucia litości dla bezbronnego przeciwnika albo choćby zwykłej zawodowej solidarności z kolegą po fachu. Drugi cud tym razem długo nie nadchodził, więc w głowie Bolesława musiał szybko narodzić się jakiś inny plan na nadchodzące sekundy, które zaczęły nagle się przeciągać w minuty, a może i w wieczność.

Dziewięciomilimetrowych pocisków nie interesowało, czy cel, do którego z ogromną energią zmierzają nosi jakikolwiek mundur, posiada jakikolwiek stopień wojskowy, zwiewną spódnicę, garnitur czy czarną dyplomatkę. Jeśli tylko cel ten nie był zaopatrzony w minimum 8-milimetrowej grubości stalową blachę, pocisk kalibru 0.38 robił w nim zawsze jednakową, niemal centymetrowej średnicy dziurę wlotową o równych krawędziach. Czasami robił też drugą dziurę, wylotową, dużo większą niż pierwsza, bo wylatując po drugiej stronie celu nie był już przecież taki smukły, jak zaraz po opuszczeniu lufy.

Pocisk wystrzelony z broni o tak dużym kalibrze i tak krótkiej lufie robił praktycznie zawsze dwie dziury, jeżeli tylko odległość strzelającego od celu była tak mała, jak obecna odległość złodzieja od Bolesława. Jeżeli natomiast rozpędzony pocisk trafił po drodze na jakąś twardą kość, bywało, że już w ciele ofiary zmieniał kierunek lotu i czynił wtedy niewyobrażalne spustoszenia w narządach wewnętrznych, skutkujące bolesną i szybką śmiercią, najczęściej w szybko powiększającej się kałuży krwi. Z dwojga złego Bolesław wolałby więc jednak, aby po wystrzale w jego ciele pojawiły się dwie dziury i to najlepiej w linii prostej. Dawało to mimo wszystko większe szanse na przeżycie, jeżeli oczywiście przelatujący pocisk po drodze nie rozerwał żadnej ważnej arterii, ani nie uszkodził jakiegoś ważnego dla podtrzymania czynności życiowych organu.

Bolesław postanowił na razie nie prowokować włamywacza do sprawdzenia w praktyce teorii o dwóch dziurach. Na tyle, na ile pozwolił panujący w garażu półmrok, przyjrzał się nieproszonemu gościowi trochę uważniej. Zauważył, że twarz bandyty była z lewej strony pokryta charakterystycznymi bliznami, jakby kiedyś uległ jakiemuś poważnemu poparzeniu. Na dłoni trzymającej rewolwer, spod rękawa wystawał jakiś tatuaż, ale Bolesław nie mógł dojrzeć jego szczegółów. Po zdjęciu płaszcza facet był obecnie ubrany w zapiętą pod szyję, dopasowaną, ciemną koszulę, na której wisiały specjalne, cienkie, skórzane szelki. Do szelek z lewej strony pod pachą przypięta była charakterystyczna, podwójna, także skórzana kabura. Bolesław wiedział, że chwilę temu, zanim znalazły się połączone ze sobą na stole, tkwiły tam osobno i pistolet, i tłumik. Podwójne uzbrojenie włamywacza w pistolet i rewolwer świadczyło jednak o tym, że raczej nie będzie mógł liczyć na przyjacielski gest pojednania, wspólne opuszczenie garażu i kufelek jasnego pełnego w nieistniejącej już po sąsiedzku knajpie „Zacisze”.

Bolesław w ogóle zastanawiał się, czy to odpowiedni moment na nawiązanie jakichkolwiek stosunków z intruzem, bardziej lub mniej dyplomatycznych. Po oczach faceta zorientował się, że pokojowe rozwiązanie tej trudnej sytuacji będzie raczej niemożliwe do osiągnięcia. Musiał się zacząć liczyć z tym, że jego minuty albo i nawet sekundy są policzone. Nie był tylko pewien, czy przysłowiowe przelatywanie całego życia przed oczami powinno zacząć się już teraz, czy dopiero po otrzymaniu postrzału.

Jakkolwiek głupio mu się zrobiło, bo powinien zacząć sentymentalną, przedśmiertną podróż gdzieś od przedszkola, potem wrócić pamięcią do szkolnych lat w podstawówce w Warcie Bolesławieckiej, następnie przypomnieć sobie śmierć rodziców na przejeździe kolejowym w Iwinach i aresztowanie starszego brata, dłuższą chwilę spędzić myślami w czasach nauki z Julią w bolesławieckim liceum, odtworzyć w szczegółach historię ich cudnego, kilkuletniego związku, potem wyświetlić sobie w głowie film wojenny opisujący jego służbę pełnioną w wojsku, dawną, jak i obecną, wspomnieć smutny rok śmierci obojga opiekujących się nim aż do usamodzielnienia dziadków, a na końcu ponownie usłyszeć dzwonek zaskakującego telefonu otrzymanego przed dwoma tygodniami od Julii z prośbą o pilne, pierwsze po niemal dwudziestu siedmiu latach, spotkanie.

Zamiast tego wszystkiego pomyślał jedynie o dwóch najistotniejszych dotąd wydarzeniach w całym jego życiu. O pierwszym spojrzeniu na szczupłą, wysoką, rudowłosą dziewczynę na korytarzu, tuż przed pierwszą lekcją w dniu rozpoczęcia nauki w liceum i o dniu, kiedy przypadkiem i niespodziewanie natknęli się na siebie pewnego wieczora na całonocnej prywatce u ich wspólnego kolegi we Wrocławiu, ponad dwa lata po maturze i tyle samo czasu po wyprowadzce Julii z rodzicami z Bolesławca. Wyprowadzce sprowokowanej tamtymi dramatycznymi wypadkami czerwcowej nocy, kiedy próbowali odkryć przeznaczenie podziemnych tuneli na terenie Waldschloss. Wyprowadzce, która musiała jednocześnie oznaczać definitywny koniec ich znajomości i zarazem natychmiastowe zerwanie łączącej ich pięknej miłości.

Wróciwszy z podróży wehikułem czasu przez swoje życie, Bolesław przez moment powziął nadzieję, że skoro jednak ściany garażu nie były jeszcze upstrzone jego krwią, to być może bandyta ma wobec niego inne plany, niż w niecałe trzy sekundy zrobić z niego sito z sześcioma albo dwunastoma dziurami. Intruz zdaje się musiał mieć jakąś wewnętrzną zagwozdkę, bo w końcu, nadal celując w Bolesława, z ledwie wyczuwalnym wschodnim akcentem postanowił przedstawić jednak swoje żądanie, dla Bolesława jak najbardziej wykonalne.

- Szyfr do sejfu. – zażądał krótko i po wojskowemu. Szkoda, zawiódł się Bolesław, mógł facet coś dodać, na przykład kwestię typu „bo świtu nie dożyjesz”, dając mu okazję do wykazania w tej scenie swojego talentu krasomówczego i udzielenia jakiejś superinteligentnej, megadowcipnej odpowiedzi, po której widzowie na sali kinowej zanosiliby się ze śmiechu. Gdyby w tym filmie grała dodatkowo Julia, to za chwilę wynosiliby z kina kilkoro martwych widzów z wpisanym odręcznie zdaniem „umarł ze śmiechu” w rubryce „Przyczyna śmierci” w protokołach koronera.

– Cztery cyfry i być może wyjdziesz stąd żywy. – sprecyzował żądanie złodziej, zachęcając Bolesława na swój specyficzny sposób do dobrowolnego zdradzenia tajemniczej, jemu tylko znanej kombinacji.
A jednak się wysilił, pomyślał Bolesław i uśmiechnął się w duchu. Może jeszcze dojdzie z gościem do porozumienia. Może ten da się za chwilę zaprosić na poczęstunek pachnącą szarlotką z lodami i wtedy ukontentowany nie odwzajemni się ołowiem. Nie miał na razie jednak odwagi zaśmiać się na głos, ani tym bardziej zaprosić włamywacza do kawiarni. Nie teraz. Nie wiedział z jakiego filmu pochodzi ta kwestia, lecz postanowił zagrać aktorsko rolę osaczonego zwierzęcia udającego poddanie się przed skrytym kontratakiem.

- Jaką mam gwarancję? – Bolesław pomyślał, że może warto też grać na czas i naciągnąć bandytę na krótką pogawędkę, choćby to miała być ostatnia rozmowa dla któregokolwiek z nich.

- Dobrze wiesz, że żadnej. Możesz liczyć oczywiście na to, że nie kichnę i przypadkiem nie nacisnę spustu. A właśnie coś kręci mnie w nosie. – O, proszę, dowcip też u kolesia przedni, stwierdził Bolesław, nadajemy na tych samych falach albo oglądaliśmy te same filmy. Spróbował więc iść na wymianę ciosów, na razie słownych. Miał w tym niezłą praktykę, zdobytą podczas kilkuletniej znajomości z Julią wieki temu.

- Będzie trochę hałasu od strzału. A gwarantuję ci, że będę się też darł jak cholera, bo wiesz że nie umrę od razu. A tu echo niesie, jak czort. Połowa miasta to usłyszy i szybko zjawi się Policja. – Bolesław szedł na razie na ilość argumentów, a nie na ich jakość.

- Zanim ktokolwiek się tu pojawi, odkryję pozostałe dwie cyfry. Widziałeś, że jestem dobrze przygotowany. – bandyta rzucił szybko okiem w kierunku sejfu i upewnił się, że stetoskop nadal tam leży. Potem popatrzył Bolesławowi prosto w oczy. – Myślę jednak, że jesteś dużo bardziej rozsądny. Chodzi mi tylko o to, że nie chcę nadmiernie hałasować przed otwarciem sejfu. Jak zastrzelę cię teraz, to i tak otworzę sejf. A w razie czego, następne strzały będą niesłyszalne, bo potem wymienię broń na cichą. Jedyna różnica jest więc taka, że możesz zginąć zanim otworzę sejf, albo łudzić się, że po jego otwarciu przekonasz mnie, że warto ci darować życie. – Kurczę, z tysięcy przestępców trafił mu się taki wygadany, inteligentny włamywacz z analitycznym umysłem. Potrafi skubany przekonywająco gadać, skonstatował Bolesław. Byłby strasznie bogaty gdyby sprzedawał ubezpieczenia albo garnki na pokazach.

- No dobra, kolego. Zachowajmy spokój i rozsądek. – Bolesław postanowił spróbował negocjacji nieco z innej strony, nadal grając jednak trochę na czas.

- Z ust mi to wyjąłeś, mój drogi. Ale nie próbuj sztuczek. Czas ucieka. Po prostu gadaj, bo zaraz ci ręce ścierpną, a ja mogę wtedy pomyśleć, że chcesz mnie zaatakować. Lepiej więc, żebyś na razie trzymał je w górze. – poprosił uprzejmie włamywacz. I do tego dżentelmen, jak nic Arsène Lupin! Gdyby gość nosił muchę i smoking, Bolesław mógłby być trochę spokojniejszy o swoje życie.

- Okej, okej. Domyślam się, że nie jesteś amatorem butaprenu. – Włamywacz podniósł w tym momencie pytająco jedną brew. – Nie jesteś też chyba na szczęście alergikiem, bo jeszcze tu stoję. Zakładam też, że i strzelasz nie najgorzej. Ale jak ci podam szyfr, to pewnie oprócz tego, co w sejfie, stracę i życie. A właśnie teraz nie za bardzo mi to pasuje, bo chyba za niedługo zajdą u mnie pewne zmiany, których nie chciałbym przeoczyć. Odzyskałem kogoś, na kim mi kiedyś bardzo zależało. Bardzo długo na to czekałem. Nie chciałbym tej osoby zawieść. – Teraz Bolesław postanowił zagrać na sentymentalnej, męskiej solidarności.

- Widziałem te twoje zmiany. Krasawą rudą lisicę wyrwałeś. Pozazdrościć. Niezły chyba z ciebie ogier musi być. Wiesz… tak sobie teraz pomyślałem, że jak się nie dogadamy, to kiedy już wyciągnę tę skrzynkę… – O, kurczę, przeraził się Bolesław. Gość dokładnie wie, czego szuka! I o Julii też wie! – I kiedy ty odwalisz już kitę, to pokręcę się koło tej twojej lisicy. Może i mi się poszczęści? Co ty na to? Więc nie przeciągaj struny, tylko podaj mi te cholerne cztery cyfry! – tu bandyta podniósł głos i podniósł rewolwer na wysokość oczu, jakby chciał przymierzyć muszkę do szczerbinki.

Mierzył teraz w sam środek czoła Bolesława. Zapewne dla dodania dramatyzmu zniżył też głos i zwolnił tempo wymawiania kolejnych słów.

– Jak ci pierwszą dziurę zrobię najpierw w głowie, przyjacielu, to gwarantuję, że nawet nie piśniesz. A być może twoi sąsiedzi jednak pomyślą, że to jakiś gówniarz odpalił petardę i zgłośnią telewizory, zamiast wyjrzeć za okno? – pytaniem skończył swoją niesamowicie przekonywającą wypowiedź bandyta, po czym, aby być jeszcze bardziej wiarygodnym, powoli odciągnął kurek. W ciszy panującej w garażu rozległo się charakterystyczne, metaliczne kliknięcie. Dźwięk, który przeważnie bywa ostatnim dźwiękiem słyszanym przez ofiary postrzału.

Bolesław wiedział, że w rewolwerze po odwiedzeniu kurka spust przesuwa się nieco do tyłu i do jego naciśnięcia wystarczy wtedy użyć o wiele mniejszej siły. Dosłownie musnąć. Teraz każdy, nawet delikatny ruch palca bandyty mógł zwolnić sprężynę i wyrzucić do przodu iglicę w kierunku spłonki na dnie łuski naboju, znajdującego się w jednej z sześciu komór bębenka. A potem tylko huk, dym i ciemność. I dzwoniąca w uszach cisza na całą, wypełnioną do ostatniego miejsca widzami, salę kinową. Nawet pusta łuska nie spadnie brzęcząc na podłogę, bo pozostanie w bębenku do chwili wymiany na nowy nabój. A z tyłu na ścianie w ułamku sekundy pojawi się szkarłatny rozbryzg, którego kształt nie posłuży raczej żadnej wróżce do wywróżenia jego przyszłości, tak jak fusy po herbacie na dnie szklanki, bo przyszłości żadnej już i nigdy dla Bolesława nie będzie. Ani z Julią, ani bez Julii. Skończyły się żarty, pomyślał w tym momencie Bolesław.

Głupio by było teraz zapierać się, że nie zna tego kodu, bo i facet też mu na głupiego nie wyglądał. Wręcz odwrotnie. Bolesław jeszcze raz piorunem rozważył wszystkie „za” i „przeciw” zdradzeniu kodu. Wszystkie rozsądne argumenty były niestety „za”, wobec żadnego „przeciw”. To zdecydowało, że podjął decyzję o niezwłocznym podzieleniu się wiedzą na temat dnia i miesiąca urodzenia pewnej bliskiej mu osoby. Programując szyfr zamka tuż po kupieniu i zamontowaniu sejfu w ogóle nie zastanawiał się nad nową kombinacją cyfr, gdyż data urodzin Julii nigdy mu z pamięci nie uleciała.

- Dwudziesty ósmy listopada. – rzekł cicho Bolesław, chwilowo zrezygnowany. Na twarzy złodzieja na krótki moment pojawił wyraz zadowolenia z osiągniętego sukcesu.

Przypadkiem Bolesław zapomniał go tylko uprzedzić, że od chwili wyjęcia z bagażnika skrzynki w trakcie pierwszej wizyty z Julią w garażu, jej zawartość była już odrobinę uszczuplona. Zapomniał dotąd poinformować zarówno włamywacza, jak i też Julię, że chwytając oburącz skrzynkę przypadkiem wcisnął naraz pewne dwa ukryte przyciski, które zwolniły zapadki trzymające wieko skrzynki. Zatajając teraz tę informację, Bolesław miał nadzieję skutecznie ocalić i swoje życie, i sowitą wojskową emeryturę, i wreszcie znaleziony w skrzynce, spoczywający teraz owinięty w brudną szmatę w bagażniku mercedesa, tuż obok gaśnicy i trójkąta ostrzegawczego, ogromny, ciężki, jasnozielony kryształ.

Był to idealnie oszlifowany, niesamowicie piękny kamień szlachetny w kształcie sześcianu. O tajemniczym pochodzeniu, jak i nieznanym przeznaczeniu. Ukradziony pewnej czerwcowej, ciemnej nocy razem ze skrzynką przez Bolka i Julię z wojskowej ciężarówki, której kierowca musiał na chwilę zatrzymać się w lesie, aby pilnie odcedzić kartofelki.

Był to zdaje się, największy i najczystszy na świecie… szmaragd.


Czy podstęp Bolesława się powiedzie? Czy nasz bohater wyjdzie z tego bez szwanku, czy jednak naboje bezlitośnie go pokiereszują? Jakie możliwości ratunku ma Bolesław? W jakiej akcji chcielibyście go zobaczyć? Dajcie znać co sądzicie, a kolejna część pojawi się na portalu już w sobotę o 15.30!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 > >>

~Żółtawobrunatna Szałwia   1 października 2020r. o 14:25

~Żółtawobrunatna Szałwia

Postów:

Oj. Złodziej zabierze pudełko ale nie będzie wiedział że jest puste haha.Daruje życie Bolesławowi bo jego śmierć nie była celem złodzieja. Ale zadyma!
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Żółtawobrunatna Szałwia   1 października 2020r. o 14:38

~Żółtawobrunatna Szałwia

Postów:

A tak w ogóle to skąd wiedzieli o szmaragdzie w wojskowej ciężarówce co wydarzyło się tamtej feralnej nocy.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Brązowoszara Karagana   1 października 2020r. o 15:39

~Brązowoszara Karagana

Postów:

Złodziej chciał Bolkowi darować życie, bo zlecenie miał na skrzyneczkę. Ale Bolek fantazję przecież ma ułańską, więc coś mu na pewno wpadnie do głowy. Oby to nie była kula...
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Błękitnozielona Śnieguliczka   1 października 2020r. o 18:59

~~Błękitnozielona Śnieguliczka

Postów:

c.d. w domu wujka Zygmunta i opiekujących się nim dwóch kobiet
-----------------------------
Zamek w drzwiach łazienki został wreszcie otwarty od środka, a Julia w nerwach szarpnęła klamką tak, że mało drzwi nie urwała. Wparowała do środka i już miała się ponownie wydrzeć, gdy zobaczyła jak jej ubrana w piżamę córka, kucając stara się trzęsącymi się rękami pozbierać potłuczone szklane opakowanie po kremie przeciwzmarszczkowym 40+. Ola zdecydowanie nie była w tym przedziale wiekowym, więc drogą dedukcji Sherlock Julia Holmes stwierdziła, że zostało tu popełnione przestępstwo.

Kradzież mamusiowego kremu zagrożona była karą dwutygodniowego mycia podłóg albo prasowania następnej partii koszul damskich. Zamiast jednak ogłosić bez sprawiedliwego procesu wyrok skazujący, porzuciła zamysł zrobienia afery i rzekła:

- Zostaw, Ola, ja się tym zajmę. Nie przejmuj się kremem. I tak się już właściwie kończył. A czego to się tak wystraszyłaś, kochanie?

- A to siebie nie znasz? Zaraz by było: „bla, bla, bla”, „to moje kosmetyki”, „masz przecież swoje”, „ja twoich nie używam”, „bla bla bla” i tak dalej, przez co najmniej trzy dni. Przestraszyłaś mnie tym waleniem w drzwi i upuściłam słoiczek. – odparło złapane na gorącym uczynku kochanie, nadal zbierając ostre kawałki szkła na otwartą prawą dłoń.

Zbierającą szkło, piszącą i używającą sztućców dłonią u Oli była, tak jak i u Julii, dłoń lewa. Leworęczność odziedziczyła więc po swojej mamie. Podobnie jak wzrost i kolor oczu. I tu zewnętrzne podobieństwa międzypokoleniowe się niestety kończą. Nie licząc cech decydujących o płci, wszystkie inne cechy wyglądu nie były odziedziczone u Oli po matce. Co innego, jeśli zaczęlibyśmy analizować najważniejsze cechy charakteru. Tu zbieżnych dobrych i złych cech uważny psycholog odnotowałby dużo, dużo więcej.

- Przepraszam za walenie, ich los na sercu leży mi szalenie. Ha, ale mi się rymło. – zaśmiała się Julia, ale nie wywołała swoją wymyśloną na poczekaniu fraszką podobnej reakcji u Oli, więc odniosła się już tylko do zarzutów skierowanych pod swoim adresem. - Przecież nie gderam „bla, bla, bla”. A co do reszty to… hmm, z grzeczności nie zaprzeczę. - Julia postanowiła na dobre odpuścić zarówno kwestie ochrony ginących gatunków, jak i temat pożyczania kosmetyków. Olka to już nie było ani małe dziecko, ani nastolatka. Ale wciąż trudno było Julii zacząć traktować ją jak każdego innego dorosłego, chociaż Ola była dorosłą już od siedmiu lat.

Nagle Olka syknęła i szybko podniosła palec z kropelką krwi do ust. Wstała i wyrzuciła pozbierane na prawą dłoń szklane odłamki do małego plastikowego kosza na śmieci, ledwo wciśniętego w wolną przestrzeń między grzejnikiem, a pralką. Wytrzepała lekko dłoń z zebranych okruchów. Obejrzała powierzchnię dłoni pod światło i upewniwszy się, że nic na niej nie pozostało, przerzuciła wzrok na małe rozcięcie na wskazującym palcu lewej dłoni, sprawdzając czy aby nie utkwił tam jakiś maleńki, ostry kawałek szkła.

- Pokaż, może trzeba odkazić? – Julia próbowała chwycić skaleczoną dłoń, ale Ola nie pozwoliła na to i schowała ją za plecy.

- Poradzę sobie, mamo. Skończyłam medycynę, pamiętasz? – Oho, Olę najwyraźniej coś dzisiaj ugryzło, pomyślała Julia.

- Pamiętam, pani doktor. Ale dyplomu jeszcze nie widziałam. – odparowała Julia, rewanżując się złośliwością. Kiedy miało odbyć się rozdanie dyplomów, Ola mocno się akurat przeziębiła i nie była w stanie pojechać do Wrocławia na tę uroczystość. Podczas uroczystości miała jej towarzyszyć oczywiście mama, wyposażona w cztery paczki chusteczek jednorazowych do wycierania łez. A tak, pokomplikowało się i rozczarowana Ola miała sama pojechać i odebrać swój dyplom dopiero na początku września.

Julia szybko jednak pożałowała swojej złośliwości. Z Olką tak się nie robi, zreflektowała się poniewczasie, bo Ola ostatnio za bardzo bierze wszystko do siebie. Coraz trudniejszy ma to dziewczę charakterek. Może to też rozpoczęty właśnie roczny staż w szpitalu dodatkowo tak ją stresuje? Trzeba będzie o tym z nią później porozmawiać.

- Pójdę po odkurzacz. – oznajmiła Ola wychodząc z łazienki, przy czym musiała się przecisnąć koło swojej zaniepokojonej jej zachowaniem matki. Były podobnego wzrostu, więc stojąc lub przechodząc obok siebie, zwykle mogły sobie patrzeć prosto w oczy. Tym razem jednak Ola uciekła wzrokiem na bok, jakby miała coś więcej na sumieniu niż tylko rozbity słoiczek matczynego kremu. – Nie patrz tak na mnie, mamo. Trzeba odkurzyć te drobinki szkła, żeby się nie rozniosły. Przecież nie cierpisz bałaganu.

Ola bywała ostatnio nieznośnie upartą na przemian z uparcie nieznośną, a Julia nie mogła ani z tym uporem, ani z tą nieznośnością dojść do żadnego porządku. Poza tym Ola chciała być coraz bardziej samodzielna i niezależna. To niby całkiem naturalne, bo w końcu rozpoczęła pracę i zaczęła też chyba poważnie myśleć o układaniu sobie własnego życia. Tyle, że według Julii źle pojmowała tą niezależność i samodzielność. Przede wszystkim nie pozwalała sobie w niczym pomagać, przez co odsuwała Julię od coraz większej części swojego życia, a tym samym od siebie samej. W końcu będzie nieuniknione, że zacznie popełniać poważne życiowe błędy, a wtedy bez wsparcia bliskiej osoby, może być jej ciężko wybrnąć z trudnych sytuacji. Julia doskonale o tym wiedziała z własnego doświadczenia. Jeśli zaś jako matka nie będzie potrzebna już własnej córce, to komu? Choć w sumie, to ostatnio napatoczył się taki jeden Bolesław, zachowujący się też czasem zupełnie jak dzieciak.

Przez tyle lat Julia samotnie wychowywała Olę i przygotowywała ją do życia najlepiej jak umiała. Lecz od chwili jej urodzenia, jako młoda mama była praktycznie zdana niestety wyłącznie na siebie. Przez to, a także przez wielką złość na zachowanie swojej matki i brak jakiegokolwiek wsparcia od niej w tamtym trudnym okresie jej życia, Julia podjęła decyzję o porzuceniu nauki na Akademii Medycznej we Wrocławiu jeszcze przed ukończeniem trzeciego roku. Mimo, że po urodzeniu dziecka miała możliwość powrotu na uczelnię i dokończenia rozpoczętych studiów, nie zdecydowała się na to. Może to i był błąd, ale w tamtym czasie nie wyobrażała sobie, aby mogła skulić ogon pod siebie i całkowicie poddać się kierowniczej roli matki.

Dla mamy Julii, która wyobrażała sobie życiorys córki zupełnie inaczej, właściwą była jedynie chronologiczna kolejność etapów życia jej dziecka. Życia, na które chciała i musiała mieć realny wpływ. Lecz wpływ na dokonywane wybory życiowe jej jedynego dziecka, w opinii matki Julii, nie mógł się kończyć z chwilą uzyskania przez Julię pełnoletności. Priorytetem w zaplanowanym przez jej matkę niemal rok po roku życiu Julii, miało być najpierw zdobycie elitarnego wykształcenia, potem rozpoczęcie wykonywania, związanego ze zdobytym elitarnym wykształceniem, szanowanego i oczywiście dobrze płatnego zawodu, a dopiero na końcu założenie rodziny najlepiej z równie porządnie wykształconym i najlepiej pochodzącym z szanowanej bolesławieckiej rodziny kandydatem.

Cały plan matki zaczął sypać się w gruzy, kiedy po tragicznych zdarzeniach feralnego czerwca, podjęła pierwszą ze swoich dwóch, zdaniem Julii fatalnych w skutkach, życiowych decyzji. Matka postanowiła zmusić ojca do zmiany pracy, z czym związana była konieczność przeprowadzki do Głogowa, czyli wystarczająco daleko, aby niesforna córka przestała widywać się ze swoim, w opinii matki nieodpowiednim dla niej i kompletnie nieodpowiedzialnym chłopakiem. To, że był sierotą i mieszkał z niezbyt dobrze sytuowanymi dziadkami, rzekomo miało dla matki drugorzędne znaczenie.

Drugą zaś decyzją, która miała jeszcze większy wpływ na dalsze losy Julii i jej córki, była odmowa jakiejkolwiek pomocy w opiece i wychowaniu jedynej wnuczki oraz zmuszenie Julii do przedwczesnego wyprowadzenia się od rodziców. Razem z raczkującą już wtedy Olą.
------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Błękitnozielona Śnieguliczka   2 października 2020r. o 7:21

~~Błękitnozielona Śnieguliczka

Postów:

~Żółtawobrunatna Szałwia napisał(a): A tak w ogóle to skąd wiedzieli o szmaragdzie w wojskowej ciężarówce co wydarzyło się tamtej feralnej nocy.

I to jest właśnie fajne. Nie możemy w tej powieści obrócić kilkunastu stron naprzód. Trzeba czekać i czytać aż powstanie dalszy ciąg.
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

Pannazdzieckiem   2 października 2020r. o 8:02

Pannazdzieckiem

Postów: 13205

~~Błękitnozielona Śnieguliczka napisał(a):
~Żółtawobrunatna Szałwia napisał(a): A tak w ogóle to skąd wiedzieli o szmaragdzie w wojskowej ciężarówce co wydarzyło się tamtej feralnej nocy.

I to jest właśnie fajne. Nie możemy w tej powieści obrócić kilkunastu stron naprzód. Trzeba czekać i czytać aż powstanie dalszy ciąg.
M.


Z zapartym tchem czytam i nie wtrącam się do twórczego procesu :)

Miłego Emcekwadrat . Talenty trzeba szanować :)

Ludzie w zasadzie myślą logicznie. Problem polega na tym , że operują na nie pełnych , bądź fałszywych informacjach. I dlatego taką logikę trzeba w du... ży kapelusz włożyć . Krzysztof Karoń.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Granatowoczarna Pęcherznica   2 października 2020r. o 15:32

~Granatowoczarna Pęcherznica

Postów:

No, dzięki. Życzę dalszej miłej lektury. Obyś miał tyle radości z czytania, ile ja z pisania. I aby tylko czasu nie zabrakło, bo Karolina narzuciła tempo :)
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Brązowoszary Świerk   2 października 2020r. o 21:17

~~Brązowoszary Świerk

Postów:

c.d.
-----------------------------------------
Przeciwnie do stosunków między Julią a jej matką, stosunki między Julią a jej córką były wzorowe, aż do pójścia Oli na studia medyczne. Do tego czasu były jak dwie papużki nierozłączki, jak dwie najlepsze psiapsiółki. Wszystko sobie opowiadały, wspólnie cieszyły się, płakały oraz wyjeżdżały na wakacje. Były dla siebie wręcz jak siostry, co było pewnie troszeczkę zasługą, a może winą Julii, która nigdy siostry nie miała. Ale odkąd Ola została studentką i wyjechała do akademika, coś się zaczęło między nimi zmieniać.

Niby Ola starała się zachowywać poprawnie, ale Julia wyraźnie czuła, że córka zaczyna się od niej jakoś tak odklejać. Julia nie wiedziała, czy to wina wejścia w inne środowisko, czy może zupełnie czegoś innego. W końcu Julia, jako matka, musiała zrozumieć, że ten nieźle opierzony już, śliczny i przygotowany do lotu ptaszek, po prostu musi wylecieć z gniazdka mamusi kwoki, inaczej nie nauczy się samodzielnie latać i nie uwije sobie gniazdka z żadnym innym ptaszkiem.

Julia czuła, że nie będzie jej łatwo kiedyś przystosować się do nowej roli weekendowej mamy, a potem może i babci. Była za to pewna, że kiedy już pojawi się w życiu Oli ten jeden jedyny kandydat na zięcia, dla dobra córki stanie na wysokości zadania i stanie się dla niego cudowną, ukochaną, akceptującą bez zastrzeżeń wszystkie jego przyzwyczajenia i nałogi, acz pewnie w jego opinii wredną do szpiku kości teściową.

- Oleńko, na szóstą idziesz do pracy, więc idź się już położyć. Daj, ać ja odkurzę, a ty poczywaj. – próbowała zażartować Julia, kiedy Ola taszczyła wysłużonego Zelmera z wiszącym kablem, wyciągniętego ze schowka znajdującego się pod schodami prowadzącymi na niewielki strych. W odkurzaczu już dawno popsuł się zwijacz, więc kabel zawsze pozostawał niezwinięty i co rusz plątał się z rurami. Nie było w ich domu złotej rączki, która potrafiłaby na bieżąco zająć się popsutym odkurzaczem, ale też choćby regularną wymianą żarówek, smarowaniem skrzypiących zawiasów, czy usuwaniem innych drobnych usterek.

- Mamo, proszę cię. Odkurzać też potrafisz lepiej? – ugryzienie Olki było zdaje się groźniejsze, niż się Julii wydawało, może nawet i zagrażające życiu. Robiła się coraz bardziej niegrzeczna, więc Julia postanowiła odpuścić. Wzięła tylko z łazienki szlafrok, po czym wkładając go i idąc w kierunku schodów rzekła jeszcze do córki:

- Dobra, nic nie mówiłam. Może tylko trochę bla, bla, bla. – Julia próbowała przedrzeźniać Olę. - Ty posprzątaj, a ja zejdę na herbatkę z wujkiem, zanim się położy spać. – zatrzymała się jeszcze na moment u szczytu schodów, widząc, jak Ola wkłada wtyczkę do ruszającego się gniazdka przy podłodze w korytarzu. Także to ktoś powinien naprawić, stwierdziła Julia, a sama za bardzo bała się grzebać w elektryce.

– I może też coś zjem, bo jestem jeszcze z kimś umówiona i przed północą wychodzę. Tym razem nie poproszę cię o podrzucenie, bo ktoś po mnie przyjeżdża. Pogadamy jutro. Na razie. – poinformowała Olę tylko o tym, o czym uznała, że córka powinna wiedzieć. Już idąc po schodach postanowiła jeszcze dać Oli do zrozumienia, że nie podoba się jej tego typu zachowanie. – Posmaruj też te miejsca, w które coś cię dzisiaj ugryzło! – rzuciła w powietrze będąc już w połowie schodów.

Ola nie mogła usłyszeć tego ostatniego zdania, bo właśnie włączyła odkurzacz. Oj, Słowikowie mogą nie być zadowoleni, jeżeli właśnie próbują zasnąć, pomyślała. Zaczęła jednocześnie zastanawiać się, czy to aby nie ten sam tajemniczy facet przyjedzie po matkę przed północą, z którym szwendała się już dzisiaj chyba z pół dnia nie wiadomo po co, gdzieś przy Leśnym Potoku. Ola na prośbę matki podwiozła ją tam wcześniej tego dnia swoją żółtą wysłużoną polówką, tuż po powrocie ze szpitala. Kto to może być? Czyżby to jakiś dawny kolega, czy może zupełnie nowa znajomość?

Ola trochę zazdrościła matce, bo co by tu nie mówić, miała i nadal ma powodzenie u mężczyzn, ale jakoś z żadnym nie chciała się dotąd dłużej prowadzać. A może to oni nie chcieli? Ola wiedziała, że trudny charakterek mamy wychodzi dopiero po jakimś czasie znajomości, więc przypuszczała, że właśnie to może odstraszać facetów, którzy wiedzeni zapachem perfum i feromonami po prostu tego nie wiedzieli. Mama zawsze mówiła, że nigdy nie stanie się taka jak jej matka, ale niestety taka się właśnie z upływem czasu stawała. Babcia Basia pewnie też tak mamie mówiła, zanim ich drogi się rozeszły, a losy nie poplątały. Ola miała nadzieję, że historia nie lubi się powtarzać i będzie jej w życiu trochę lżej niż mamie.

Coś się ostatnio jednak musiało wydarzyć, bo mama od dwóch tygodni wyraźnie się zmieniła. Ożywiła się, całkiem jakby wstąpiła w nią jakaś nowa energia. Ola zwróciła uwagę, że podczas niektórych rozmów telefonicznych mama zaczęła nawet wychodzić na podwórko, co jej się nigdy wcześniej nie zdarzało. Najwyraźniej próbowała coś przed Olą i wujkiem Zygmuntem ukrywać. Podejrzana sprawa. Musi ostrzec mamę przed tym nowym znajomym. Powinna się mieć na baczności, bo dzisiaj każdy może okazać się przestępcą albo oszustem, usiłującym manipulować kobietami dla kasy. Ola co prawda wiedziała, że na nadmiar gotówki mama raczej nie narzeka i że nie jest też zbyt łatwowierną osobą, ale lepiej być przesadnie ostrożnym niż pewnego dnia znaleźć się na ulicy, bez pieniędzy i do tego z długami.

Ola miała nadzieję, że facet przynajmniej nie okaże się jakimś psychopatą polującym na atrakcyjne kobiety w średnim wieku, a ona nie stanie się tej nocy pełną sierotą.
--------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1 2 > >>

MORENAProfiCztery kulturyDomoExprtWeterynarz
reklama Zapraszamy
Inne informacje z regionu
reklama Zapraszamy