ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4769, 24 listopada 2020r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama Mrowka zaprasza
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu18 listopada 2020r. godz. 15:30, odsłon: 537, Bolec.Info/Bolecnauci
Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty trzeci
Część w której Bolek walczy z grawitacją i płetwami do nurkowania, a Gieniek widzi kosmitów.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek dwudziesty trzeci Waldschloss - miejsce znane jako basen wojskowy (fot. Boleslavia.pl)

Już jest dwudziesta trzecia część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Dwudziesta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dwudziesta druga część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Niezastąpiony Bolecnauta o pseudonimie M. tym razem zabiera nas do przeszłości. Zachęcamy gorąco także innych do udziału w zabawie, to dzięki Waszym pomysłom szalona bolesławiecka opowieść toczy się w ten sposób. Dzisiaj wrócimy do tajnej skrytki pod Waldschloss. Zapraszamy do czytania:


Julia i Bolek odczuwali coraz większy chłód i niewygodę. Kucając w milczeniu, nadal ukrywali się w ciemnym kącie dawnej piwnicy restauracji Waldschloss za stertą kartonów z cennymi fantami pochodzącymi z włamań do sklepów Pewex. W międzyczasie słyszeli rozmowy przestępców, przenoszących pudła z towarami, które zostały zamówione przez pasera. Składali je tuż przy schodach prowadzących na górę. Pracowali oczywiście wszyscy, oprócz pijanego Mańka, którego nie opuszczało skrajne upojenie.

- Szefie, to zarobimy dzisiaj chyba z kilkanaście baniek, co nie? – właściwie stwierdził, a nie zapytał Gienek, taszcząc ciężki karton z whisky.

- Będzie kasiorka jak się patrzy! Dla wszystkich – potwierdził zadowolony Wiewiórski, który stał przy stosie kartonów z papierosami, licząc je przez dotykanie palcem – Udało mi się ugadać z gościem głównie na fajki, trunki i ciuchy.

- A widzicie? Mówiłem, że znam tę okolicę i opłaca się czasem pokręcić po babskim rynku – dorzucił Waldek, niosąc aż dwa kartony naraz – Tam każdy ma złotówki w oczach.

- To co, szefie. Dzisiaj handelek, a juto mały wypadzik do Karpacza? Odpoczynek się chyba należy za naszą harówkę, no nie? – z nadzieją w głosie zaproponował Gienek. Oblizał usta i przełknął ślinę.

- Oj, Gienek, Gienek. Ty to byś tylko dancingi, kolacyjki, panienki… – pokręcił głową szef szajki – Gdyby nie ja, wszystko mógłbyś przepuścić w hotelach i pensjonatach. Może byś tak czasem do jakiegoś teatru, opery czy filharmonii sobie zażyczył, co?

- Ee, tam. Wyższa kultura to nie dla mnie. Ja prosty chłopek roztropek z kieleckiego jestem – perorował Gienek – Ja to lubię do cyrku, na ten przykład. Tam są takie czarodzieje, co nożami w kobitki rzucają. Albo takie śmieszne klauny z czerwonymi nosami, co się ciągle wywracają. Taka rozrywka mnie się podoba, a nie jakieś tam rzępolenie na basetli, czy skakające facety w rajtuzach. Nic nie poradzę. U nas w Odrowężu pod Stąporkowem, prawdziwa muzyka to w remizie co sobotę tylko była. A przy okazji od czasu do czasu można było z przyjezdnymi kulturalnie wymienić poglądy za pomocą sztachet. Aż Milicja nyską przyjeżdżała. Ej, co to były za czasy - rozmarzył się i pokiwał głową.

Wszyscy głośno się zaśmiali z dowcipu Gienka, który i po trzeźwemu, i na zakrapianych imprezach widocznie musiał być duszą towarzystwa. W każdej sytuacji potrafił sypać kawałami, jakby miał je pochowane w rękawach, tuż obok kart do uczciwego pokera.

- Uwielbiam, Gienek, jak opowiadasz o tej twojej rodzimej ojczyźnie szkieletczyźnie – podsumował Wiewiórski i zaczął popędzać kompanów – Dawać, dawać te pudła, moi przyjaciele. Będzie jeszcze potem trochę tachania tego wszystkiego do poloneza. Ale bez pracy nie ma kołaczy. Oby nas tylko gliny po drodze nie wykukały.

Kiedy już uskładała się pokaźna kartonowa pryzma bandyci doszli do wniosku, że więcej się do samochodu na pewno nie zmieści. Waldek wyszedł na powierzchnię, a Gienek stanął w połowie schodów. Herszt bandy Wiewiórski ustawił się przy przygotowanej piramidzie. W ten sposób utworzyli łańcuszek transportowy i podawali sobie kartony z rąk do rąk, a Waldek miał za zadanie układać je na górze koło wejścia do piwnicy w identyczną kartonową konstrukcję, którą potem mieli  jakoś poupychać w samochodzie.

Julia starała się nie wiercić, mimo, iż okrutnie zaczęły jej drętwieć łydki i stopy. Krew miała utrudniony dostęp do tych części ciała, więc powoli przestawała je czuć. Pomyślała, że za wszelką cenę i bezzwłocznie powinna rozprostować nogi. Bała się, że inaczej dojdzie do martwicy niektórych tkanek i trzeba będzie amputować jej kończyny przynajmniej od kolan w dół. Popatrzyła na Bolka i w półmroku zobaczyła, że ten, na wpół zgięty, nadal obserwował zza kartonów krzątających się bandytów. Nie miał na pewno takiego problemu jak ona z brakiem czucia.

Chciała, a wręcz musiała dać znać Bolkowi, że musi zmienić pozycję. Po jej stronie sterty kartonów nie było to jednak możliwe, ponieważ pudeł było w tej części dużo mniej i wyprostowanie się nawet do połowy spowodowałoby, że musiałaby zostać zauważona. Zaczęła cichutko stękać z bólu i niewygody, więc popukała lekko Bolka w udo, ale ten w panującej ciemności nie dostrzegł ani nie zrozumiał, co takiego Julka może od niego chcieć. A zapytać na głos nie mógł. Pomyślał, że być może chce tylko wiedzieć, czy bandyci sobie poszli i czy mogą już wyjść z ukrycia. Pokręcił na wszelki wypadek przeczącą głową, choć nie wiedział czy to zauważyła, czy nie.

Julka naprawdę już nie mogła wytrzymać. Podparła się rękami za plecami, usiadła pupą na zimnej posadzce i zaczęła wyciągać nogi przed siebie. Nic by się może takiego nie stało i za chwilę odrętwienie mogłoby minąć, ale popełniła ten drobny błąd, że skierowała stopy w kierunku Bolka, a nie w kierunku przeciwnym.

Bolek, pochłonięty myślami o nieoczekiwanym spotkaniu z bratem, nie spodziewał się tego zupełnie i gdy nagle poczuł, że coś wciska mu się pomiędzy nogi, wystraszył się myśląc, że to szczur, albo może jakiś jeszcze groźniejszy i bardziej krwiożerczy stwór. Przerażony, odruchowo i nieco zbyt szybko podciągnął jedną z nóg, a wtedy stojąc tylko na tej drugiej nodze w swojej mocno pochylonej pozycji, stracił równowagę. W ciemności niełatwo jest jednak zorientować się, jak skutecznie przeciwdziałać siłom grawitacji i odzyskać pionową pozycję. Kiedy oko ludzkie nie widzi żadnych punktów orientacyjnych, człowiek całkowicie traci wyczucie przestrzeni. Pion i poziom przestają zajmować swoje tradycyjne miejsce, no i taki osobnik zaczyna tracić swą stabilną, pionową postawę.

Przez krótką chwilę Bolek leciał bezwładnie do tyłu, unosząc ręce na boki i do góry. Próbował machać nimi jak ptak skrzydłami, ale na niewiele się to zdało. Zanim jego ciało trafiło jednak na jakąkolwiek przeszkodę, Bolkowi wydawało się, że przechyla się na ścianę za swoimi plecami. Ale mylił się. Zamiast oprzeć się plecami o mur piwnicy, przekręcił się nieco i upadł dokładnie pomiędzy Julią, a kartonami. Julia w międzyczasie, niewiele widząc, próbowała go złapać, ale nie udało się Bolka podtrzymać i w ostatniej chwili odsunęła się pod ścianę, aby nie zostać zgniecioną jak sardynka w puszce.

Bolek, zanim ostatecznie wylądował na posadzce, rozłożonymi rękami próbował się jeszcze czegoś w locie złapać. No i prawie się złapał. Machając prawą ręką uderzył w kilka kartonów, a te spadając, przykryły go skutecznie. Bolek ze strachu postanowił pozostać w tej pozycji, a Julka spanikowana podniosła się i wyprostowała przylgnięta plecami do zimnej ściany. No i wyrwała jej się głośna i nieźle piszcząca wiązanka.

- O, ja cię pierniczę! – po czym spojrzała prosto w skierowany na nią strumień latarki.

„Taśma” na podejrzany dźwięk zza jednej ze sterty pudeł, rzucił trzymanym właśnie kartonem z papierosami Marlboro na podłogę piwnicy. Szybko chwycił odłożoną na schody zapaloną latarkę i skierował ją w miejsce, skąd doszedł go podejrzany rumor. Drugą ręką instynktownie sięgnął pod marynarkę i wyciągnął pistolet. Był to Walter P-64, skradziony zapewne niegdyś jakiemuś milicjantowi podczas którejś udanej próby ucieczki przed organami nieskutecznego ścigania.

- A kogo to panienka pierniczy? – zapytał głośno głos Wiewiórskiego zza oślepiającego światła – No i co ważniejsze, skąd to panienka się tu wzięła?

Gienek nie doczekawszy się kolejnego kartonu od swojego szefa, zszedł ze schodów, wyjął swoją zapaloną latarkę zza paska spodni i poświecił w to samo miejsce, które oświetlał Wiewiórski.

W mocnym świetle dwóch latarek zobaczyli przed sobą szczupłą dziewczynę o rudych, średniej długości włosach. Ubrana w ciemny kostium do nurkowania, z okularami uniesionymi nad czoło, wydawała im się tutaj całkiem nie na miejscu. Cóż to za dziwne przebranie w miejscu, gdzie nie było ani kropli wody? Pomyśleli zapewne, że może mają jakieś omamy wzrokowe, chociaż tego dnia jeszcze nic nie pili. Dziewczyna milczała i najwyraźniej trzęsła się ze strachu. Oślepiona, zamknęła oczy, odwróciła głowę na bok i odruchowo uniosła ręce do góry, jakby miała się poddać, chociaż na razie nikt jej o to nie prosił. Nieco skuliła się w sobie, przez co wyglądała, jakby chciała stamtąd jak najprędzej zniknąć.

- No to mamy duży problem – zawyrokował skonsternowany Gienek – Ktoś ma za długi jęzor i musiał się wygadać o naszej dziupli, niestety.

- Może i problem nie jest mały, ale nas jest czterech, a panienka jakby jedna. Więc wydaje mi się, że chyba mamy jakieś szanse, co nie, Gienek? No chyba, że panienka ma jeszcze jakieś liczniejsze towarzystwo? - tym ostatnim pytaniem, zadanym pewnym siebie głosem najwyraźniej zwrócił się do Julii, nie oczekując jednak jakiejkolwiek odpowiedzi. Postanowił jednak poprosić o wyjaśnienia czwartego członka bandy, który według niego powinien wiedzieć, jak ta dość młoda osoba postronna mogła znaleźć się w zamkniętej od wewnątrz na kłódkę piwnicy.

- Maaanieeek! – głośno wydarł się Wiewiórski, kierując głowę w lewo – Wstawaj natychmiast, ochlaptusie!

- ..Tttak, szszefie. Cssso szę ształo? Już jedżemy? Mam prowadzicz? - chrząkając i pokasłując wydukał z siebie Maniek, jak zwykle piękną i poprawną polszczyzną.

- Jasne, ożłopie jeden. Ciebie za kierownicę bym posadził. Dawaj tutaj! - rozkazał szef Mańkowi.

- Mam zejść? Coś się stało? - z otworu w suficie doszedł ich głos Waldka, który chyba usłyszał to przywołanie, ale nie pojawił się na schodach.

- Nie, Waldek! To nie do ciebie! Zostań na razie na górze! Jak będziemy cię potrzebować, zawołam - odkrzyknął Wiewiórski.

Maniek z trudem i z sapaniem ponownie podniósł się ze swojego barłogu i przyczłapał do kolegów, nie bardzo wiedząc co się dzieje i dlaczego stoją i gapią się na jedną ze ścian. Oczywiście nie widział stojącej tam postaci, bo jakoś tak dziwnie mu się wszystko, nie wiedzieć czemu, znacząco rozmazywało.

- Maniek, czy ty masz może jakieś nietypowe upodobania? Podobają ci się dziewuszki ubrane w obcisłe stroje? - zapytał Wiewiórski chwiejącego się kolegi.

- Jakie dżewuszki, szszefie? - Maniek nic a nic nie zrozumiał z zadanych mu pytań.

Wiewiórski pistoletem przyłożonym do policzka Mańka przekręcił jego zamroczoną głowę w stronę stojącej pod ścianą dziewczyny i wyjaśnił mu jasno i powoli:

- O, takie dzie-wusz-ki, tępoto.

- O, Jeeżu, koszmita! Uczekacz! Uczekacz, bo nasz porwą i wyjedżą nasze móżgi! - Maniek odepchnął swojego szefa na bok, dostał nagłego przyspieszenia i prawdopodobnie równie nagłego otrzeźwienia, po czym potykając się co drugi schodek zwiał na górę, z wyjątkowo dużą szybkością jak na człowieka w jego stanie. Na górze Waldek przytomnie złapał śmiertelnie wystraszonego kompana, powalił go i przycisnął kolanem do ziemi. Zdezorientowany krzyknął do pozostałych na dole kolegów.

- Co tam się dzieje, do cholery?

- Wszystko pod kontrolą! No, może poza Mańkiem - odpowiedział tym razem Gienek - Przypilnuj go tam przez chwilę!

- Niestety nie ma co liczyć na naszego kipera w kwestii rozwiązania tej tajemnicy. Musimy zatem zasięgnąć informacji u źródła - stwierdził ze spokojem Wiewiórski, zwracając się bezpośrednio do Gienka, a potem już nieco głośniej rzucił przez całą piwnicę do Julii - Hej, panienko! Podejdź no bliżej. Musimy się lepiej poznać.

Julia spojrzała na zasypanego kartonami Bolka, ale nie dostrzegła jego twarzy spod rumowiska. Nie wiedziała co ma zrobić. Zważywszy jednak na przedmiot trzymany przez bandytę, a nie chodziło tu o latarkę, ruszyła powoli, starając się omijać przeszkody w postaci leżących pudeł. Drżąc na całym ciele, niepewnie podeszła do czekających na nią bandytów i stanęła jakieś dwa metry od nich, nie widząc twarzy bandytów z powodu oślepiania przez latarki. Pistolet za to widziała, i to całkiem wyraźnie.

- Z bliska, szefie, to całkiem no, tego... fiu, fiu... - pokręcił głową Gienek, mierząc Julię od bosych stóp do zaopatrzonej w okulary do nurkowania głowy - Nie znałem Mańka-ogiera z tej strony.

- Gienek, daj spokój. Nie widzisz, że to jeszcze dziecko? - skarcił go Wiewiórski, po czym popatrzył Julii prosto w oczy i zapytał - To może zamiast Mańka ty nam wyjaśnisz kilka ogromnie nurtujących nas w tej chwili kwestii? Pominiemy na razie twoje niecodzienne przebranie. Ale zdradź nam na początek, jak się nazywasz i skąd się tu wzięłaś? Czy to Maniek cię tu może zaprosił pod naszą nieobecność?

Julia konsekwentnie milczała. Trochę paraliżował ją strach, a być może liczyła także, że zyskując na czasie pozwoli Bolkowi wymyślić jakieś niesamowite rozwiązanie, które pozwoliłoby im obojgu wyjść z tej sytuacji cało. Na razie jednak Bolek nie stawał na wysokości zadania i bez ruchu zalegał pod kartonami, nadal niezauważony przez bandytów.

- Postanowiłaś zatem nie odpowiadać? Niedobrze, niedobrze - Wiewiórski rozważał w głowie kolejne pytania - Jeżeli nie jesteśmy wszyscy w jakimś zbiorowym śnie, to twoja tutaj obecność jest naprawdę bardzo interesującą zagadką. Nie chcę stać się brutalny, bo z zasady nie biję kobiet, wliczając w to młode dziewczyny, takie jak ty. Sugeruję, a nawet radzę ci, odpowiedz na moje pytania, zanim stracę resztkę cierpliwości. Nieco się spieszymy, a ty zabierasz nam cenny czas. Więc jak?

Herszt szajki nie zamierzał przedłużać swoich monologów aż do godzin porannych, więc podszedł do Julki wyciągnął pistolet przed siebie, przyłożył otwór lufy do jej czoła. Przerażona Julia zamknęła oczy. Absolutnie nie chciała umierać w tym miejscu i tej nocy. Panika jednak całkowicie ją sparaliżowała. Bolek! - krzyczała w myślach, zrób coś!

- No to jak, ruda laleczko? Czy ty umiesz w ogóle mówić? - z zaciśniętymi zębami powoli i groźnie cedził kolejne słowa Wiewiórski - Jak się tu znalazłaś? Kto ci powiedział o tym miejscu? Odpowiadaj!

Charakterystycznego metalicznego dźwięku odciąganego kurka, który Bolek jak dotąd znał tylko z filmów, nie dało się pomylić z żadnym innym dźwiękiem. Nie mógł dłużej wytrzymać. Zaczął się podnosić i powoli wydostawać spod ciężkich kartonowych pudeł. Wstał i spojrzał na dramatyczną scenę rozgrywającą się kilka metrów dalej.

- Boże, Julka! - wypsnęło mu się niechcący, kiedy zobaczył swoją dziewczynę z przyłożonym do czoła pistoletem. Nie tak miała wyglądać ta przygoda i ich potajemna, nocna eskapada.

Niestety nie dysponował żadną szybkostrzelną i supercelną bronią jak Robocop, nadludzkimi umiejętnościami jak Superman, metalowym szkieletem jak niezniszczalny cyborg z "Elektronicznego mordercy", ani tym bardziej jakimkolwiek pomysłem na uratowanie Julki i siebie. Kiedy zrzucone przez Bolka kartony przestały się przewalać, nastąpiła cisza i tym razem on został oświetlony światłem latarki Gienka.

- A zatem Julka, tak? - rzekł bandyta z pistoletem nadal przyłożonym do głowy dziewczyny - To może nasz drugi nocny ptaszek zdradzi nam, co tu robicie i jak tu do cholery trafiliście! Nie radzę dłużej milczeć. Jeśli ci na niej zależy, to gadaj, młody, bo zaraz z głowy twojej koleżanki zrobimy wydmuszkę!

Wiewiórski najwyraźniej zaczął się na poważnie denerwować. Ewidentnie tracił cierpliwość i ochotę na dalsze pogawędki. Dwójka dzieciaków konsekwentnie odmawiała współpracy. Coś ich tutaj za dużo, pomyślał. Może się zdarzyć coś nieprzewidzianego, dlatego jak najszybciej trzeba pozbyć się młodocianych. Co już zobaczyli, nie będą mogli odzobaczyć.

- Nie chcecie gadać, więc nie mamy wyjścia. Trzeba to załatwić po naszemu. Być może nasłała was Milicja, tfu, Policja, nie przyzwyczaję się chyba do tej zmiany. A my mamy tu strasznie dużo towaru, na którym zależy nam bardziej niż na was, niestety. Nie możemy ryzykować i wypuścić was ot tak, jak gdyby nigdy nic - stwierdził szef bandy i krzyknął głośno - Waldek, zejdź tutaj!

Waldek usłyszał wołanie i zszedł z klatki piersiowej Mańka, który zdaje się musiał ponownie zapaść w pijacki letarg, bo przestał się już wyrywać i wykrzykiwać bzdury o kosmitach wyjadających mózgi. Wyprostował się i ruszył na dół do piwnicy. Gdy zszedł po schodach i zobaczył całą sytuację, zaskoczony podniósł brwi, bo w ogóle nie spodziewał się obcych osób w podziemnym pomieszczeniu.

"Taśma" przykładał pistolet do czoła młodej, dość ładnej dziewczyny o prostych, rudych włosach, ubraną w strój do nurkowania. Nieco dalej w świetle latarki, także w stroju do nurkowania stał młody człowiek. Bardzo, ale to bardzo przypominał mu kogoś, kogo kiedyś znał. Kogoś, kogo nie widział od około ośmiu lat, a kto bardzo się zmienił , dorósł, zmężniał i spoważniał. Waldek, wiedziony niejasnym przeczuciem, nie dał nic po sobie poznać, że właśnie spotkał swojego rodzonego brata. Widząc spojrzenie młodego chłopaka domyślił się, że i Bolek musiał go rozpoznać, ale z jakiegoś powodu również i on postanowił się na razie z tym nie zdradzać. Głos Wiewiórskiego wyprowadził go z wewnętrznej rozterki i konsternacji:

- Waldek, słuchaj. Jesteś u nas najkrócej. Jak dotąd, nie miałeś okazji się wykazać prawdziwą lojalnością w naszej zgranej paczce. Ci tutaj niepotrzebnie się nam napatoczyli, a nie chcą powiedzieć, kim są, ani jak się tutaj dostali. Maniek też nam nic na razie nie wyjaśni, z wiadomych względów. W tej chwili jednak nie ma to znaczenia, bo musimy uniknąć ryzyka i zadbać o nasze interesy. Jesteś gotowy udowodnić, że można na ciebie liczyć w każdej sytuacji?

- Tak jest, szefie. Co mam zrobić? - zapytał niczego nie spodziewający się Waldek.

- W sumie to nic szczególnego. Weźmiesz mojego gnata, weźmiesz ich do lasu na spacer i upewnisz się, że już nigdy nikomu nie zdradzą, kogo i co tutaj zobaczyli - krótko i zwięźle polecił "Taśma".

- Że niby co? - przez chwilę do Waldka nie docierało, co mu właśnie rozkazał Wiewiórski.

- Małe piwo przed śniadaniem, Waldek! - prościej i dosadniej starał się wyłożyć Waldkowi zadanie Gienek - Wyprowadzisz gówniażerię w sosenki, rachu ciachu i do piachu. Tylko przykryj ich potem jakimiś gałęziami, żeby ich nie jakie lisy nie wygrzebały, zanim zdążymy całkiem opróżnić naszą leśną dziupelkę. A potem jedziemy opchnąć fanty. I jutro, jak szef obiecał, z wypchanymi portfelami lecimy zaszaleć na małe zasłużone wczasy!

Entuzjazm Gienka nie udzielił się jednak nikomu oprócz niego samego. Wiewiórski zauważył w twarzy Waldka wahanie, ale pomyślał, że jest młody i pewnie jeszcze nigdy nie strzelał do człowieka. Wiedział o nim dość sporo i były to pewne i potwierdzone informacje, które pozwolił sobie zdobyć jeszcze jak razem garowali w jednej celi. Wiedział, że Waldek siedział za spowodowanie wypadku samochodowego i zabicie dwóch osób, więc jego zdaniem nie powinien mieć dużych oporów przed pociągnięciem za spust. Spojrzał na dwójkę przerażonych młodych ludzi, delikatnie przesunął kurek na poprzednie miejsce, chwycił za lufę i oddał Waldkowi pistolet kierując rękojeść w jego stronę. Trudno, co ma być to będzie. Ich wina, że się włóczą po nocy, gdzie nie potrzeba.

- Dawajcie, młody i Julka! Zapraszam przodem. Tylko żadnych nagłych ruchów. Strzelając w plecy naprawdę trudno chybić. Spraw się szybko, Waldek - zakomenderował Wiewiórski.

Gdyby bladość mogłaby świecić, Julia i Bolek na pewno w tamtym momencie byliby w stanie oświetlić jakiś wielki stadion podczas piłkarskich mistrzostw świata. Strach odebrał im mowę, a żadne słowa modlitwy jakoś nie przychodziły im do głowy. Prowadzeni przez Waldka ma muszce, trzymając się za ręce ruszyli po schodach do góry, prosto w głuchą ciemność nocy.


Chociaż znamy przyszłość i wiemy, że nasi bohaterowie ujdą z życiem, wciąż mamy ciarki niepokoju na plecach. Jak zareaguje Waldek, gdy będzie musiał zabić własnego brata? Czy nasi bohaterowie uciekną dzięki swojemu sprytowi, czy może sam bandzior okaże miłosierdzie, bo ruszy go sumienie? Czy uda się rozbić całą szajkę? Ciekawe czy i jeżeli tak to jaki związek ma nasz rosyjski szwarccharakter z tymi rabusiami? Koniecznie napiszcie w komentarzu jak podobają Wam się losy naszych bohaterów! Jak wyobrażacie sobie ich dalsze losy?

Podczas tej opowieści poznaliśmy już tylu bohaterów. Kto jest Waszym ulubionym? Dajcie też znać, kogo lubicie najmniej!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Ciemnofioletowy Ubiorek   19 listopada 2020r. o 8:20

~Ciemnofioletowy Ubiorek

Postów:

Ktoś to czyta? Okropnym językiem napisane.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Szarawa Firletka   19 listopada 2020r. o 14:09

~Szarawa Firletka

Postów:

Może i czyta. Nie podoba Ci się? To jak widzisz "Tajemnica Szmaragdu" nie klikasz... Widać, że nie czytasz od początku.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Jaskrawozielony Jałowiec   19 listopada 2020r. o 18:34

~~Jaskrawozielony Jałowiec

Postów:

~Ciemnofioletowy Ubiorek napisał(a): Ktoś to czyta? Okropnym językiem napisane.

Czyżby za dużo zdań podrzędnie złożonych w jednym miejscu? Sugeruję odstawić komórkę, a wziąć się dla odmiany za książki...
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Łososiowy Czosnek   20 listopada 2020r. o 23:03

~~Łososiowy Czosnek

Postów:

c.d. służby pracują na miejscu przestępstwa
-----------------------------------
Mimo ciemnej nocy, oświetlone kilkoma policyjnymi reflektorami podwórko na zapleczu kamienic przy ulicy 1 Maja przypominało trochę bazar na dawnym bolesławieckim babskim rynku w sobotni poranek. Kilkanaście osób mijało się, rozmawiało ze sobą, przenosiło różne torby ze sprzętem i dokumenty z miejsca na miejsce oraz pomiędzy garażem a oznakowanymi i nieoznakowanymi służbowymi samochodami Policji i prokuratora. Dla osoby postronnej wydawać by się mogło, że panuje tutaj spory chaos. Ale praca pracowników organów ścigania była dobrze skoordynowana w celu jak najszybszego zebrania śladów i dowodów rzeczowych oraz natychmiastowego przesłuchania wszystkich ewentualnych świadków zdarzenia. Doświadczenie i rutyna pozwalały im wszystkim na wykonywanie swoich obowiązków na tym wstępnym etapie śledztwa bez precyzyjnej koordynacji. Dopiero w dalszym toku postępowania będą się kontaktować, spotykać i ustalać miedzy sobą kolejne działania, które będzie już nadzorował prokurator, aż do czasu odnalezienia sprawców i doprowadzenia ich przed oblicze wymiaru sprawiedliwości.

Ze względu na rodzaj i wagę popełnionego przestępstwa przeciw mieniu i zdrowiu, zebrane informacje, znalezione dowody, odciski i inne ślady, wyniki analiz, przeróżne raporty i protokoły przesłuchań będą systematycznie trafiać do prokuratora za pośrednictwem wyznaczonych do sprawy funkcjonariuszy komórki dochodzeniowo-śledczej. Dopóki sprawa nie zostanie rozwikłana, będą oni pracować wspólnie i ściśle według opracowanych założeń prowadzonego dochodzenia. Segregatory z dokumentami szybko zaczną puchnąć, a lista plików w folderach służbowych komputerów szybko się będzie wydłużać. Ponieważ doszło do usiłowania zabójstwa z użyciem broni palnej, a broń ta z pewnością nadal znajdowała się w posiadaniu przestępcy lub przestępców, sprawa zostanie uznana za priorytetową i zajmą się nią bardziej doświadczeni śledczy.

Prokurator Pietrzak, który pochodził z Bolesławca, ale przez długi czas pełnił swoje funkcje poza rodzinnym miastem, stał w oświetlonym garażu w gronie czterech umundurowanych i dwóch nieumundurowanych policjantów oraz krzątającego się technika. Zapisywał w notesie przekazywane mu informacje od mundurowych, którzy jako pierwsi dojechali na miejsce przestępstwa. Na razie robił to pobieżnie, ponieważ wiedział, że później otrzyma dokładniejsze, pisemne raporty, w których piszącym zwykle przypomina się o wiele więcej szczegółów, niż na początku podawali w relacji słownej. Podziękował im i poprosił, aby zaraz przeszli się parami po podwórku, sprawdzili, w których mieszkaniach pali się światło i poprosili gapiów z okien, aby ci, którzy cokolwiek widzieli bądź słyszeli zeszli na dół porozmawiać z nimi.

Następnie pozostali w garażu podkomisarz Kamiński i aspirant Świgoń zaczęli przekazywać prokuratorowi Pietrzakowi zdobyte dotychczas informacje, głównie pozyskane od starszego pana Stefana Rybki i od Antoniny Polańskiej, jak to się wyrazili – „narzeczonej” ofiary postrzału. Prokurator z podkomisarzem Kamińskim trochę się znali, ponieważ prowadzili ostatnio kilka spraw razem. Prokurator Pietrzak zdążył wyrobić sobie już o nim dość dobrą opinię.

Aspiranta Świgonia o wzroście i tęgości tyczki do fasoli oraz o wiecznie zsuwających się z nosa okularach, prokurator widział pierwszy raz. Musiał się jednak szybko oswoić z jego piskliwym głosem, aby nie uśmiechać się pod nosem za każdym razem, kiedy aspirant udzielał się w rozmowie. Z kolei to, jak i o czym mówił ten młody śledczy pozwoliło budować zaufanie do jego osoby. Wydawało się też, że miał odpowiednie podejście do ludzi, dzięki czemu na pewno wiele osób w przyszłości będzie się przed nim otwierać i mówić więcej niż by chciały lub mogły, a to zwykle bardzo w śledztwie pomaga. Prokurator żartobliwie pomyślał, że jeśli będzie równie uczynny, co wysoki, to starsze osoby na pewno będą go przy okazji prosić o wymianę żarówki bądź zawieszenie gwiazdy na choince przed Bożym Narodzeniem.

- Pan Stefan Rybka, lat 78, emerytowany nauczyciel – prokurator zapisał słowa aspiranta w kajecie i ponownie podniósł wzrok do góry na policjanta. – Gdzie mieszka?

- W pierwszej kamienicy od strony muzeum, na drugim piętrze. Mówił, że widział błyski z okna w swojej narożnej kuchni. Z tego okna, z którego ma widok na podwórko. Z drugiego ma widok na muzeum, cukiernię i pomnik Kutuzowa – odpowiedział precyzyjnie aspirant, czując się nieco jak na egzaminie. To była dla niego pierwsza poważniejsza sprawa, którą miał okazję prowadzić z podkomisarzem i pod nadzorem prokuratora. Za wszelką cenę chciał więc zrobić dobre wrażenie na wszystkich.

Prokurator wyszedł na próg garażu i spojrzał w okna na drugim piętrze należące do mieszkania pana Rybki. Potem rozejrzał się w prawo i w lewo po podwórku, oceniając zapewne potencjalny zasięg widoku z okna świadka i wrócił do garażu.

- Na pewno nie mógł widzieć sytuacji w środku, nawet jeśli brama była podniesiona. A czy słyszał jakieś dźwięki dochodzące z garażu? – dopytywał prokurator.

- Miał otwarte okno, żeby nocą wietrzyć mieszkanie. Mówi, że padło dokładnie sześć wystrzałów, niemal w równych odstępach czasu. Sądząc po ilości dziur w ścianie przestępca raczej nie należał do wybitnych strzelców – zasugerował aspirant Świgoń, chcąc trochę zabłysnąć przed prokuratorem zarówno dedukcją, jak i dowcipem.

- Na to wygląda. A może strzelca coś zaskoczyło albo mu przeszkodziło w oddaniu precyzyjnych strzałów? Trudno uwierzyć, że można chybić w dorosłego mężczyznę z dwóch, no może trzech metrów – podsumował prokurator. – Czy świadek powiedział, co ile sekund padały strzały?

- Nie zdążyłem go o to zapytać, zanim pan prokurator przyjechał – zmieszał się aspirant maskując to niedopatrzenie nerwowym ruchem ręki, kolejny raz poprawiając okulary. Nie chciał zdradzić, że nawet nie pomyślał o zadaniu takiego pytania. – Ale jeszcze nie zwolniłem świadka. Siedzi tam na ławce razem z narzeczoną ofiary, zatem możemy podejść i zadać im jeszcze kilka dodatkowych pytań.

- Może za chwilę, teraz obejrzyjmy garaż. Czy pan technik już skończył? – prokurator zwrócił się do mężczyzny ściągającego jednorazowe rękawiczki i zbierającego do pokaźnej torby swoje narzędzia, akcesoria, odczynniki, pełne i puste torebki.

- Tak, panie prokuratorze, skończyłem, chociaż pracy dla mnie nie było tu zbyt wiele – technik omiótł wzrokiem całe wnętrze, a zanim opisał wyniki swojej pracy musiał się przez krótką chwilę skupić. – Zrobiłem dużo zdjęć. A co do śladów, to tak w skrócie: zdjąłem odciski z otwartego sejfu i zniszczonej szafki na stole. Pobrałem próbki krwi z podłogi i ze ściany. Posadzka jest świeżo malowana, więc łatwo było ją sprawdzić pod kątem śladów biologicznych. Mam kilka włosów, ale nic więcej. Wygrzebałem z otworów w tynku pięć kul, a jedna – ta, która przebiła ciało ofiary i odbiła się od ściany, leżała koło nogi od stołu. I właściwie to wszystko. Sądząc po rozmiarze pocisków, jest to kaliber 9 mm. Prześlę do laboratorium, a tam dokładnie sprawdzą i określą możliwe modele broni. Ja wnioskuję, że to mógł być rewolwer, a może ktoś po prostu pozbierał łuski. Reszta pomieszczenia czysta, zupełnie jakby ten, kto tu się włamał, niczego nie przeszukiwał i nie niszczył, ale zabrał tylko to, o co mu chodziło i potem po prostu wyszedł – podsumował technik.

- A brama garażowa? Sprawdzał pan, w jaki sposób została otwarta? – zaciekawił się prokurator.

- Wyłamana jakimś łomem lub podobnym narzędziem. Sądząc po uszkodzeniach, sprawca włożył to coś między posadzkę a uszczelkę bramy i z bardzo dużą siłą pociągnął do góry, zrywając plastikowy łańcuch – technik opisał najbardziej prawdopodobną jego zdaniem wersję metody dostania się do pomieszczenia.

- Czyli to ofiara weszła do garażu po włamywaczu, a nie odwrotnie – wywnioskował prokurator, po czym spojrzał na ścianę blisko bramy i zobaczył tam klawiaturę urządzenia alarmowego. Wskazał w tym kierunku długopisem. – A co z alarmem? Nie zadziałał?

- I to jest bardzo dziwne – odparł technik. – Moim zdaniem alarm musiał być rozbrojony i to raczej z zewnątrz, inaczej czujki ruchu by zadziałały i obudziłoby się całe centrum miasta.

- Czyli włamywacz miał pilota albo znał kod? – dociekał prokurator.

- Trudno powiedzieć, ale na pewno wyłamał bramę i wszedł do garażu już po wyłączeniu alarmu – podsumował technik.

- Tak musiało właśnie być, inaczej nasz najważniejszy dotychczas świadek, Pan Rybka, emeryt z drugiego pietra, usłyszałby syrenę alarmu, a nic takiego jak dotąd nie zostało potwierdzone – wtrącił aspirant Świgoń.

- Jest jeszcze możliwość, że alarm nie został uzbrojony przy zamykaniu garażu. A ten łom? – zadał kolejne pytanie prokurator.

- Nie ma, panie prokuratorze – odpowiedział technik. – Bandyta zadbał, aby nie pozostawiać po sobie jakichkolwiek śladów. Naprawdę to wygląda na robotę zawodowca. Dodam jeszcze, że ślady wskazują, iż ten sam łom posłużył złodziejowi do wyłamania drzwiczek w szafce na stole. Ale akurat ta szafka nie była zbyt solidna, więc raczej nie miał z tym większego problemu.

- Może wcześniej nie zauważył ukrytego pod stołem sejfu, skoro zdecydował się narobić hałasu? Czy w ten sam sposób otworzył też później sejf? – prokurator podczas zadawania pytań analizował też na głos poszlaki i cały czas robił notatki.

- Nie, na sejfie nie ma śladów uszkodzeń mechanicznych. Tutaj na pewno został wprowadzony kod do szyfru, więc podejrzewam, że jedynie te zdjęte z sejfu odciski będą należeć do włamywacza. Napastnik musiał znać właściwą kombinację, albo ofiara podała mu go przed postrzeleniem – dzielił się swoimi domysłami technik.

- Patrząc w otwór lufy tylko szaleniec mógłby się wahać, czy podać kod do sejfu, czy położyć jednak na szali swoje życie. Właśnie tego jak dotąd nie mogę zrozumieć. Skoro Wilczyński podał bandycie szyfr, dlaczego został postrzelony? Nie widać tu śladów jakiejkolwiek szamotaniny, a wiemy od pani Polańskiej, że ofiara służyła w wojsku i znała sztuki walki. A czy w szafce i w sejfie panował bałagan? – zainteresował się podkomisarz Kamiński.

- Nie, na pewno nie było tam żadnych śladów przeszukiwania. Trudno też powiedzieć, czy cokolwiek stamtąd zginęło, choć z sejfu pobrałem drobiny piasku i pyłu, jakby coś tam wcześniej się znajdowało. Jeżeli pan pozwoli, penie prokuratorze, teraz chciałbym jeszcze zająć się samochodem ofiary na zewnątrz – technik podniósł swoją zapakowaną już torbę i kiwnął głową w kierunku stojącego przed garażem mercedesa z otwartymi drzwiami od strony kierowcy.

- Oczywiście. My też już stąd wychodzimy, panowie – zgodził się prokurator. Technik poszedł przodem, a zaraz za nim ruszyli pozostali. Wychodząc, prokurator Pietrzak odwrócił się jeszcze do podkomisarza i aspiranta: – Potem każcie opuścić bramę i pozaklejać taśmami. Być może jeszcze tu jutro wrócimy, jak przeanalizujemy wszystkie informacje i zaczniemy szukać skradzionych przedmiotów.

- Narzeczona ofiary jest pewna, że zginął stąd tylko jeden przedmiot – poinformował podkomisarz Kamiński. – Była to niezbyt duża skrzynka, przywieziona przez nią i ofiarę z lasu niedaleko Złotego Potoku, gdzie ją wspólnie wczoraj wykopali.

- A to ciekawa informacja. Stara skrzynka powodem włamania i usiłowania zabójstwa. Niech pan nie zapomni poprosić pani Polańskiej, aby ją później dokładnie opisała, a najlepiej naszkicowała. Można też to zrobić z waszym rysownikiem – zasugerował prokurator Pietrzak. – A teraz chodźmy już do naszych świadków, żeby nie musieli tu kwitnąć całą noc – prokurator spojrzał na zegarek. – Minęła północ, więc niech nie siedzą tu dłużej niż to konieczne.

Prokurator i śledczy po drodze przyjrzeli się, jak technik za pomocą pędzelka pokrywa klamkę otwartych drzwi proszkiem, a potem przykłada mały przezroczysty pasek, na którym odwzoruje się zdejmowany odcisk, jeżeli tylko na tej klamce się znajduje.

Przechodząc koło mercedesa aspirant Świgoń musiał coś zauważyć, bo zatrzymał się na chwilę, pochylił się nad klapą bagażnika, spojrzał z kilku stron pod światło i zwrócił się do klęczącego nadal przy drzwiach technika:

- Wydaje mi się, że widzę tu jakiś odcisk buta. Dziwne. Po co ktoś miałby łazić po samochodzie? Niech pan to potem sprawdzi, dobrze?

- Jasne, kolego – odpowiedział technik. – Zaraz to dokładnie obejrzę.

W tym momencie do aspiranta podszedł jeden z mundurowych rozmawiających dotąd przez otwarte okna z mieszkańcami, który chwilę wcześniej wysłuchał jakiegoś komunikatu przez radio.

- Panie aspirancie, koledzy którzy blokują ulicę Kutuzowa przy cukierni zaraz po przyjeździe na miejsce meldowali do centrali o jakimś podejrzanym, ciemnym audi stojącym na parkingu przed cukiernią. Mówią, że jest otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Podali numery tablic do centrali i nadal sprawdzają w bazie to auto i jego właściciela. Może nasz technik sprawdzi i tamten samochód?

- Dziękuję za informację – odpowiedział aspirant funkcjonariuszowi, po czym zwrócił się ponownie do technika, który teraz oglądał już z latarką przednie siedzenia mercedesa. – Słyszał pan? Proszę potem podejść na parking przed cukiernią i obejrzeć ten podejrzany pojazd. Może to właśnie nim przyjechał przestępca? Ja poinformuję o tym prokuratora.

Aspirant Świgoń po chwili dołączył do stojących już przy świadkach prokuratora z podkomisarzem. Prokurator zdążył się już przedstawić i zapisać dokładne dane świadków, łącznie z ich adresami i numerami telefonów. Kiedy skończył, zwrócił się najpierw do starszego pana:

- Panie Stefanie, czy oprócz tego, co powiedział pan aspirantowi, chciałby pan jeszcze coś dodać?

- Wydaje mi się, że powiedziałem już wszystko, co mogłoby się wam przydać – odpowiedział emeryt.

- Pozwoli pan, że mimo to zadam panu jeszcze kilka pytań, a potem pani Polańska odprowadzi pana do jego mieszkania, dobrze? – zaproponował prokurator i przewrócił kartkę notesu, aby zapisywać kolejne informacje w słabym świetle słabej lampy zapalonej nad wejściem do kamienicy. – Czy widział pan, jak samochód pana Wilczyńskiego wjeżdża na podwórko?

- Nie, jak popatrzyłem na dół, samochód już tam stał ze zgaszonymi światłami. W garażu świeciło się jakieś słabe światło, ale na pewno nie te jasne lampy co teraz. Mogła to być latarka, bo to światło trochę mrugało – przypomniał sobie pan Rybka. – A po chwili pojawiły się błyski i usłyszałem serię strzałów. Tak sobie myślę, że nad Bolkiem musiała czuwać opatrzność, że dosięgnęła go tylko jedna kula, bo…

- A w jakich odstępach czasu słychać było te strzały? – szybko przerwał mu kolejnym pytaniem prokurator wyczuwając, że starszy pan należy do tych, którzy lubią sobie poopowiadać. W takich sytuacjach podczas przesłuchania trzeba szybko wracać do konkretów, bo razem z przekazywaną informacją na temat zapamiętanych wydarzeń w wypowiedziach takich świadków zaczynają się pojawiać ich własne, często nader wybujałe opisy i zbyt subiektywne opinie.

- Razem trwało to jakieś 10-12 sekund. Na pewno nie więcej – ocenił pan Rybka. – Chwilę wcześniej patrzyłem przez okno i piłem wodę, ale jak padł pierwszy strzał, kubek na szczęście był już pusty, więc nie…

- Czy po tych strzałach widział pan kogokolwiek opuszczającego garaż? – znów musiał wtrącić się w wypowiedź staruszka prokurator.

- Nie, bo tuż potem wyszedłem z kuchni zadzwonić na Policję. Wie pan, chciałem wystukać numer 112, ale się pomyliłem, bo kiedyś…

- Nic się takiego nie stało, panie Stefanie. Dzisiaj wszystkie służby informują się nawzajem w ciągu dosłownie kilkunastu sekund. Bolesławiec to nieduże miasto, koordynacja jest nietrudna, a czas dojazdu służb bywa naprawdę krótki – prokurator kolejny raz nie pozwolił rozgadać się świadkowi. – Panie Rybka, myślę, że dzisiejszej nocy to właśnie panu może zawdzięczać życie pan Wilczyński. Z mojej strony to wszystko, ale proszę być przygotowanym na kolejną rozmowę, gdybyśmy mieli do pana jeszcze jakieś pytania.

Prokurator przełożył długopis do ręki z notatnikiem, po czym wyciągnął wolną już rękę, aby uścisnąć dłoń starszego pana, dziękując mu w ten sposób i za jego postawę i za udzielone wyjaśnienia.

- Dziękuję za te słowa, panie prokuratorze. Cieszę się, że mogłem pomóc – odwzajemnił uścisk prokuratora pan Rybka. – Jestem do waszej dyspozycji. Będę się gorąco modlił, aby Bolek wrócił do zdrowia…

- A pani, pani Antonino? Mówiono mi, że pojawiła się pani w uniformie na podwórku kiedy już zabierano ofiarę do ambulansu? – prokurator zwrócił się do Julii, która w międzyczasie pisała coś na swoim telefonie.

- Tak, przybyłam, zobaczyłam i zemdlałam – mimo nerwów i stresu Julia odpowiedziała na zadane pytanie słowami Juliusza Cezara, kończąc wysyłanie wiadomości do swojej córki. Schowała telefon, podniosła głowę i patrząc na prokuratora zaczęła się mu tłumaczyć – Chyba pierwszy raz w życiu zasłabłam, a przecież w mojej pracy takie sytuacje mam na co dzień.

- To zrozumiałe, jeżeli jest się tak blisko z ofiarą – ze współczuciem stwierdził prokurator. – Pewnie chce pani zaraz jechać do szpitala, więc będę się streszczał. O której godzinie miała pani ostatni kontakt z panem Wilczyńskim?

- Po naszym dzisiejszym… znaczy wczorajszym, bo jest już przecież po północy, spotkaniu Bolek odwiózł mnie do domu na Graniczną około dwudziestej drugiej i wtedy widzieliśmy się ostatni raz – odpowiedziała Julia.

- Rozumiem, że wcześniej przyjechaliście tutaj ze skrzynką? – prokurator na szybko próbował odtworzyć chronologię zdarzeń poprzedniego dnia.

- Tak, około dwudziestej pierwszej trzydzieści. Widziałam na własne oczy, jak wykopaną koło Złotego Potoku skrzynkę Bolek zamykał w sejfie, w garażu – wyjaśniła Julia.

- Czy zamykając drzwi garażowe pan Wilczyński uzbroił może alarm? – spytał prokurator.

- Jasne, że tak. On ma takiego pilota przy kluczykach do samochodu. Kiedy brama opadła, nacisnął na pilocie guzik i usłyszałam takie „pik, pik” – odpowiedziała Julia, a prokurator to sobie zapisał.

- A czy wiedziała pani lub widziała, co znajdowało się w skradzionej skrzynce? – dołączył do rozmowy podkomisarz Kamiński.

- Niestety nie, ponieważ nawet nie próbowaliśmy jej otwierać. Mieliśmy to spróbować zrobić dopiero następnego dnia – odrzekła Julia, a w myślach dodała „Wtedy nie, ale teraz już wiem”.

Sama nie wiedziała, dlaczego zataiła tę informację. Widać nie docierało do niej jeszcze albo nie chciała do siebie tego dopuścić, że to tajemniczy sześcian ze skrzynki był powodem niezapowiedzianej wizyty włamywacza i przyczyną tragicznej w skutkach strzelaniny. Nie miała pojęcia, że lepiej dla niej i dla innych byłoby, gdyby niezwykły klejnot znalazł się jak najszybciej w rękach Policji. Błędnie założyła, że jeżeli nikt się o nim nie dowie, to wszyscy będą bezpieczni i nikomu więcej włos z głowy nie spadnie.

- Wie pani co? – kontynuował prokurator Pietrzak. – Podejrzewam, że bandyta dokładnie wiedział dokąd i po co przychodzi. Śmiem twierdzić, że wiedział nawet, gdzie i czego szukać, bo nic innego nie zostało zabrane oprócz skrzynki. A sejf został otwarty za pomocą prawidłowo wprowadzonego szyfru. Dlatego tak ważne jest, abyśmy dowiedzieli się, co zawierała ta skrzynka.

- Niestety nie pomogę panu. Właściwie, to przypomniałam sobie teraz, że tylko Bolek miał ją w rękach. Ja tej skrzynki nawet dokładnie nie obejrzałam – stwierdziła Julia.

- Teraz zadam pani bardzo ważne pytanie. Proszę się nie spieszyć i dobrze się zastanowić – poprosił prokurator. – Czy wcześniej tego dnia zauważyła pani, czy może ktoś śledził panią albo pana Wilczyńskiego? Jakiś podejrzany człowiek, albo na przykład auto jadące za wami?

To pytanie prokuratora zastanowiło Julię. Przecież z tym włamaniem to rzeczywiście nie mógł być przypadek. Albo włamywacz znał adres Bolka i miał też informację o lokalizacji jego garażu, albo naprawdę musiał podążać ich śladem. Nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, a usłyszeli krzyk spod garażu:

- Panie prokuratorze! – zawołał zza mercedesa technik, niewidoczny z miejsca, w którym prokurator rozmawiał ze świadkami. – Proszę tu szybko przyjść! Mam coś naprawdę ciekawego!

Julia przełknęła ślinę. Czyżby technik otworzył bagażnik i znalazł to, co schowała przed wszystkimi w neseserze?
--------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Liliowy Modrzew   21 listopada 2020r. o 20:54

~Liliowy Modrzew

Postów:

piękne
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

MORENADomoExprtWeterynarzNoclegi Klekusiowo
reklama Centrum Szkoleniowe zaprasza!
Inne informacje z regionu
reklama Centrum Szkoleniowe zaprasza!