Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Zapraszamy
REKLAMA Praca w ZEC
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Dziad Zawsze Nim Będzie :d :d
od Dawny GREGBOLEC dla Pseudo Policeman
Nic Sie Nie Zbuduje Jak Marta Nie Zaprojektuje! Pozdrowienia, Miłego Dzionka I Smacznej Kawusi!
od Bobek dla Martita Favorita
Pozdrowienia Dla Najlepszego Doktora! #toiler_every_day
od Bobek dla Doktor Krystian
Pozdrawiam Miłosza C Z Wrocławskiego Centrum R&d!
od Cygan dla Miłosz C
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
27 stycznia 2021r. godz. 16:21, odsłon: 1295, Bolec.Info/Bolecnauci

Tajemnica szmaragdu - odcinek 42

Część w której Aleksandra Wilczyńska po raz pierwszy poznaje stryja, a agent Moczydło pada do stóp pewnej lekarki.
Szpital powiatowy w Bolesławcu
Szpital powiatowy w Bolesławcu (fot. Bolec.Info)

Już jest czterdziesta druga część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Trzydziesta dziewiąta część tajemnica szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ


- Zaraz otrzymasz te fotografie, Benedykt… Jak to, kiedy? Kiedy tylko sam je dostanę… – agent Wilczyński podniesionym głosem mówił do kogoś po drugiej stronie telefonu. Na jego kolanach leżał laptop z podniesioną klapką. – Czekam właśnie, aż ktoś z miejscowej Policji mi je prześle. Nie ma co się denerwować, kolego.

Zmierzali z agentem Moczydłą służbowym autem w kierunku szpitala na ulicy Jeleniogórskiej w Bolesławcu. Przed nimi jechał i tym samym wskazywał im drogę prokurator Zbigniew Pietrzak. Być może zdenerwowanie Waldka nie wynikało jednak z zachowania jego rozmówcy, a po prostu najzwyczajniej przepełniały go strach i niepewność przed wizytą u dawno niewidzianego brata. U brata, który podczas ostatniego ich spotkania w lesie, prawie trzydzieści lat wcześniej, wyraził dobitnie i szczerze, że mimo więzów krwi nie darzy go jakimkolwiek uczuciem. Poza nienawiścią, rzecz jasna.

- Wiem, że jest już dosyć późno, Benek – najwyraźniej starał się przekonywać współpracownika z agencji do wypełnienia służbowego polecenia, bo raczej nie koleżeńskiej prośby. – Najwyżej posiedzicie po godzinach... Wiesz, że to nie ode mnie zależy… Dobra. Jak chcesz, to zadzwonię do starego i będziecie mieli to zlecone od niego. Naprawdę chcesz, żebym mu znów zawracał cztery litery?... No widzisz, nie można tak było od razu?... Muszę mieć ten portret, ale po obróbce. Tak, żeby nadawał się do publikacji w mediach i do listu gończego… Po co pytasz, na kiedy? Na wczoraj, oczywiście… Co mają zrobić? Niech graficy najpierw usuną te blizny i przygotują dodatkowo wersje odmłodzone… Jedną wersję o jakieś dziesięć-piętnaście lat, a drugą o dwadzieścia, no może dwadzieścia pięć lat… Tak, razem trzy zmodyfikowane fotki odeślij do mnie… Mailem na razie wystarczy. I tak pewnie nie wrócę do Warszawy przez kilka dni… Dobra, przywiozę ci jakiś fajny kubek ze stempelkami… Dzięki i na razie, Benek.

Waldek cały czas obserwował ekran otwartego laptopa, ze zniecierpliwieniem czekając na maila z fotografiami podejrzanego, niejakiego Dymitra Jacenki, od podinspektora Kamińskiego. Siedząc z telefonem przy uchu i non-stop dzwoniąc, czuł się trochę jak w biurze jakiejś korporacji, albo jak w dawnej centrali telefonicznej, do której kilka razy miał okazję zajrzeć, kiedy jego i Bolka mama jeszcze tam pracowała. Przyszło mu do głowy, że korzystając z okazji wypadałoby podjechać na groby rodziców i dziadków. Tak dawno nie był na tutejszym cmentarzu.

Niemal natychmiast po rozłączeniu z kolegą z warszawskiej centrali SKW wybrał kolejny numer. Tym razem do swojego przełożonego. Samochód zatrzymał się na dużym skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną. Prokurator jadący przed nimi zdążył przejechać na żółtym świetle, ale budynek szpitala już było widać, więc z łatwością powinni tam trafić, tylko trzeba znaleźć wjazd na jakiś parking. Kiedy czekali na zielone, Waldek miał okazję przyjrzeć się zmianom, jakie zaszły na terenach byłej spółdzielni mleczarskiej. Na miejscu dawnej OSM, naprzeciwko targowiska, zwanego od zawsze Manhattanem, stało teraz niewielkie centrum handlowe. No cóż, nic dziwnego. W końcu to bardzo dobra lokalizacja. Po wielu niegdysiejszych przestarzałych, niedoinwestowanych fabrykach w Polsce, nie tylko po bolesławieckiej mleczarni, pozostały już tylko wspomnienia bądź fundamenty. A często właśnie centra handlowe.

- Dzień dobry, szefie… - przywitał się Waldek już całkiem grzecznym tonem ze swoim kolejnym rozmówcą. – Tak, dzieje się, a ledwie sześć godzin temu przyjechaliśmy do Bolesławca… Gorąco, chyba nawet cieplej niż u nas… W skrócie może na razie powiem, a wieczorem szczegółowo napiszę w raporcie… Tak, mam przeczucie, że wkrótce na niego wpadniemy. Typ dotąd dobrze się kamuflował, ale z tego co przekazali nam policjanci z dochodzeniówki, widać, że popełnia ostatnio dużo błędów… I to zdjęcie. Spadło nam jak z nieba… Myślę, że niedługo będą efekty, przecież każdy pozostawia po sobie ślady. A już na pewno coś się ruszy po opublikowaniu przerobionych zdjęć… Tak, dopiero co prosiłem o to Benedykta. Oczywiście, może pan także ze swojej strony zmotywować jego i grafików. Będę panu za to bardzo wdzięczny… Spokojnie, szefie. Ja nie za bardzo mam czas. Ale tu kolega ma oko na niewiasty, zatem ja muszę mieć oko na niego… Cóż, lato jest, odzież się skraca, więc pokusa jest oczywista… Tak, na pewno powiem mu, że mamy wracać we dwóch, a auto służbowe nie służy do podwożenia autostopowiczek…

Uśmiechnięty Waldek, trzymając telefon przy uchu, spojrzał na Antka, który wydawał się nie rozumieć aluzji do jego osoby, gdyż skupił się na prowadzonym na smyczy długowłosym yorku z czerwoną kokardką, a być może też na przechodzącej przez przejście dla pieszych jego właścicielce. Końcówkę zebry przesadnie szczupła, krótkowłosa brunetka pokonywała już na czerwonym, więc Antek nie mógł odmówić sobie tej przyjemności i zatrąbił na nią. Obtrąbiona kobieta podbiegła do przodu przestraszona, jakby ktoś ją klepnął, ugryzł albo uszczypnął w pośladki. Spojrzała na Antka wymownie i pogroziła mu środkowym palcem, który to mało przyjazny gest definitywnie zakończył ich krótką znajomość. Antek ruszył, ale dopiero kilka sekund po tym, kiedy światło na sygnalizatorze zmieniło się na zielone.

- Oczywiście, szefie... W imieniu prokuratora mam jeszcze małą prośbę o interwencję w sprawie przyspieszenia zapytania do operatora sieci komórkowej… Dobrze, przypomnę panu w mailu… No to do zobaczenia… Mam nadzieję, że najpóźniej w piątek będziemy wracać – zakończył rozmowę z przełożonym Waldek i nagle krzyknął. – O, jest!

- No, fajna jest ta z głową jak niezapominajka… – potwierdził Antek.

Przejeżdżali właśnie koło przystanku autobusowego przy targowisku, a jego zajęta poszukiwaniami godnych uwagi celów głowa tym razem skręciła się nienaturalnie, o niemożliwy dla przeciętnego człowieka kąt, w prawą stronę. Na przystanku, zasłuchana w jakiejś muzyce, siedziała w oczekiwaniu na autobus dziewczyna z krótko obciętymi, ufarbowanymi na niebiesko włosami. Była chyba jeszcze niepełnoletnia, choć wyjątkowo trudno to było stwierdzić bez dokładnego sprawdzenia jakiegoś dokumentu tożsamości.

- Jest ten mail od podinspektora! – ucieszył się Waldek, wpatrując się w ekran przenośnego komputera i ignorując uwagę całkiem rozproszonego, kierującego autem agenta Moczydły. Zgodnie z obietnicą, Waldek natychmiast przesłał otrzymanego maila dalej, do swojego kumpla Benka w centrali. Potem wyświetlił jeszcze po kolei dwie otrzymane fotografie, próbując trwale wtłoczyć do swojej pamięci oglądane detale fizjonomii oraz ubioru bandyty, z którym miał nadzieję wkrótce spotkać się oko w oko.

Odrywając się na moment od wyświetlonego na ekranie zdjęcia oszpeconej twarzy, podniósł głowę i gdyby nie zauważył stojącego po lewej stronie drogi na parkingu przed szpitalem, samochodu prokuratora, pojechaliby dalej i za chwilę zwyczajnie wyjechaliby z miasta. Waldemar przypomniał sobie, że to właśnie tam, niedaleko, za kilkoma zakrętami, znajdowała się kiedyś podziemna kryjówka, w której miał do wykonania swoje pierwsze zadanie, jeszcze jako osoba formalnie skazana i osadzona w więzieniu na warszawskiej Białołęce.

To właśnie w tym zakładzie karnym go zwerbowano i warunkowo zwolniono z odbywania zasądzonej kary, aby go natychmiast potem zatrudnić w celu rozpracowania bandyckiej szajki Wiewiórskiego. Wcześniej miał okazję przez pewien czas przebywać z nim w jednej celi. Niedługo potem Wiewiórski vel „Taśma” jakimś cudem kolejny raz wystrychnął milicjantów na dudka i podczas z jednej ze swoich rozpraw uciekł z budynku sądu, tym razem przez okno. Wtedy zabrano Waldka z celi i podczas spotkania z dwoma tajemniczymi funkcjonariuszami Komendy Stołecznej zaproponowano mu układ. Współpraca za wolność. Jako bardzo młody człowiek wykorzystał daną mu szansę na anulowanie dalszej części kary i dopiero wtedy odkrył swoje życiowe powołanie. Z biegiem czasu i na polecenie osób na odpowiednio wysokich stanowiskach, wyrok uległ zatarciu, a dzisiaj nikt już w jego papierach nie mógłby znaleźć wzmianki o niechlubnym więziennym epizodzie. Po sukcesie operacji zakończonej ujęciem „Taśmy” i po nabyciu kilkuletniego doświadczenia w pracy dochodzeniowo-śledczej przeniósł się do kontrwywiadu wojskowego i tam z powodzeniem kontynuował karierę.

- Skręć w lewo. Prokurator czeka na nas tam, na parkingu…

Nieskupiony na uważnym prowadzeniu Antek, bez hamowania i bez włączania kierunkowskazu po prostu skręcił kierownicę ostro w lewo. Zajechał tym samym drogę jadącemu z naprzeciwka renault, którego kierowca musiał ostro nacisnąć hamulec i z piskiem opon zatrzymał się, pozostawiając podłużne czarne ślady na asfalcie. Bez tej natychmiastowej reakcji wbiłby się w bok ich służbowego bmw, a dokładnie w siedzącego na miejscu pasażera Waldka. Kiedy kierujący francuskim autem ponownie ruszył, bezgłośnie wymawiał jakieś słowa i pukał się w głowę tak mocno, jakby chciał sobie w czaszce wybić palcem dziurę. Nie trzeba było posiadać umiejętności czytania z ruchu warg, aby stwierdzić, że we wnętrzu starej, nie wyposażonej prawdopodobnie w ABS renówki, można było teraz wysłuchać mocno niekulturalnego i niecenzuralnego monologu.

- Antek, kurde, uważaj trochę! – ofuknął go stanowczo Waldek, który mógłby zostać najbardziej poszkodowany w wyniku ewentualnej kolizji. Pakując laptopa z powrotem do dość obszernej teczki, podjął strategiczną decyzję. – Od dzisiaj ja będę prowadził, bo jak tak dalej pójdzie, to jeszcze dzisiaj buńkę skasujesz.

Wjechali na parking, wysiedli z auta i ignorując widniejące na tablicy żądanie wniesienia opłaty parkingowej, pomaszerowali w kierunku budynku szpitala, który Waldkowi wydawał się niewiele zmieniony od czasu, kiedy był w tym miejscu po raz ostatni. Prokurator wprowadził ich do budynku i pewnym krokiem wszedł od razu po schodach wiodących na oddział intensywnej opieki medycznej. Widocznie bardzo często bywał w tym miejscu z racji wykonywanych obowiązków i związanych z nimi koniecznych do przeprowadzenia przesłuchań, które nie mogły być odkładane na później.

Tak było i tym razem. Bolesław Wilczyński to wciąż jedyny, a więc i najważniejszy, świadek napaści na swoją własną osobę. Im szybciej z nim porozmawiają, tym szybciej być może uda się przesunąć do przodu w prowadzonym dochodzeniu. Dostarczone dosłownie w ostatniej chwili przed ich wizytą w szpitalu przez aspiranta Świgonia zdjęcia, z pewnością wydatnie pomogą im w dalszych poszukiwaniach uzbrojonego przestępcy, uznanego przez kierownictwo obu ich agencji za groźnego szpiega.

Korytarz prowadzący do trzech nowocześnie wyposażonych sal, w których przebywali pacjenci w stanie zagrożenia życia, między innymi po wypadkach i urazach, wydawał się Waldkowi ciągnąć w nieskończoność. Z powodu mającego nastąpić za chwilę spotkania nerwy zaczęły u niego trochę brać górę nad rozsądkiem. Żeby tylko nie wypadło fatalnie. Żeby tylko Bolek niepotrzebnie się nie zestresował, bo głupio by było, gdyby to z powodu ich kiepskich rodzinnych stosunków miałaby ucierpieć cała ta sprawa i prokuratorskie dochodzenie.

Waldka naszła nagła ochota zapalić papierosa. Cholera jasna, przecież są w szpitalu. Jakoś trzeba wytrzymać to ssanie i nerwowe drżenie palców. Idący przed nimi prokurator Pietrzak zobaczył otwarte drzwi dyżurki pielęgniarek i wszedł do środka. Czekając na prokuratora na korytarzu razem z Antkiem, zauważył, że dość korpulentna siostra podniosła słuchawkę telefonu na biurku. Musiała dzwonić po lekarza, gdyż bez jego zgody nie mogła wpuścić obcych osób do żadnego z chorych znajdujących się na oddziale, nawet jeśli wizytujący okazałby legitymację samego prezydenta RP. Prokurator wrócił na korytarz, spojrzał na nerwowo stukającego czubkiem jednego z eleganckich butów agenta kontrwywiadu i zagadnął:

- Co, Waldek, pewnie chciałbyś zapalić? Próbujesz to ukryć, ale niestety widać, że się denerwujesz. Pamiętaj, że nie musisz brać udziału w rozmowie, jeśli obawiasz się, że coś pójdzie nie tak. Mogę twojego brata najpierw uprzedzić, że ktoś z rodziny chciałby z nim porozmawiać…

- Spokojnie, dam radę – przerwał mu Waldek. – Oddzielmy sprawy prywatne od zawodowych. Jeśli będę musiał tu zostać parę dni, to może znajdzie się jeszcze okazja pogadać z Bolkiem o naszych dawnych rodzinnych problemach. Teraz skupmy się na tym, żeby jak najszybciej odnaleźć naszego podejrzanego…

- No, bo wiesz… – tym razem to prokurator Pietrzak nie pozwolił dokończyć wypowiedzi Waldkowi. – Zaraz będzie tu lekarz, a ja muszę mu powiedzieć, że ciebie i pacjenta łączy coś więcej niż tylko nazwisko. Nie mogę ukryć tego faktu, bo gdyby Bolesławowi się pogorszyło z powodu twojej wizyty, to ja będę za to odpowiadał. A on musi dzisiaj z nami porozmawiać.

- Rozumiem. Może faktycznie masz rację. Powiemy lekarzowi i niech on zdecyduje, czy możemy zaryzykować. Zdrowie najważniejsze.

- O, chyba idą nasze dochtory… – wtrącił się niepoważnym głosem do tej poważnej dyskusji Antek.

Waldek spojrzał ponad ramieniem prokuratora i zobaczył zbliżającego się lekarza z drugim lekarzem. A właściwie z lekarką, sądząc po długich, ciemnych włosach i po długości fartucha lekarskiego. Cięższy chód i lekko zgarbiona sylwetka wskazywały na starszy wiek doktora. Za to energiczny chód i wyprostowana postawa wskazywały na dużo młodszy wiek towarzyszącej mu lekarki, która wzrostem przewyższała swojego towarzysza o kilka centymetrów. Jasna cholera, tego tylko było trzeba, zaklął w duchu Waldek. Antek z pewnością już szykuje oręż oraz poleruje swój górnolotny dowcip. Zbliża się kolejna katastrofa. Zaraz znów najem się wstydu, pomyślał i przyłożył na moment wolną od trzymanej teczki z laptopem dłoń do czoła, jakby ocierał skraplający się pot. Popatrzył na swojego kolegę i miał wrażenie, że w kącikach jego ust zaczęła pojawiać się ślina. A może mu się tylko przywidziało.

- Też się tak pocisz na jej widok? – wypalił z głupia frant Antek, mimo iż półmrok pozbawionego okien korytarza nie pozwalał im jeszcze dojrzeć szczegółów wyglądu zmierzającej ku nim pary medyków.

Prokurator i Antek okręcili się, tworząc z Waldkiem trzyosobowy szereg, co mogło wyglądać z daleka jakby chcieli zablokować przejście do dalszej części oddziału szpitalnego. Ale w ten sposób każdy z nich mógł obserwować zbliżających się lekarzy, a samo przywitanie i prezentacja miały być o wiele łatwiejsze.

- O rany, ale klasa doktorantka! Może sobie w stopę strzelę, to będzie mnie musiała reanimować? – uruchomił swoje specyficzne poczucie humoru Antek. – Jakby co, wy bierzecie na siebie gościa z lewej, a ja spróbuję zapewnić jakąś rozrywkę tej umęczonej bidulce.

- Uspokój się, chłopie! – Waldek z zaciśniętą szczęką próbował napomnieć Antka. W szpitalu nie wypadało się drzeć. Gdyby miał nieco więcej desperacji i lepiej znał rozkład szpitalnych pomieszczeń, Antek siedziałby już w jakiejś ciemnej pakamerze zakneblowany końcówką mopa i przywiązany do kija od miotły.

Lekarze w końcu podeszli na tyle blisko, że znaleźli się w kręgu światła rzucanego przez cztery jasne świetlówki lampy zamontowanej w suficie podwieszanym ponad nimi. Waldek uważnie przyjrzał się najpierw niemal całkiem łysemu doktorowi w wieku około sześćdziesięciu lat. Przez grube okulary spoglądały na nich łagodne brązowe oczy, które z pewnością widziały w tym szpitalu wiele ludzkich łez, zarówno szczęścia jak i smutku. Kolor skóry i rysy twarzy wskazywały wyraźnie na pochodzenie arabskie albo hinduskie. Obcokrajowcy od wielu lat wykonywali w Polsce różne zawody, co w dzisiejszych czasach dla nikogo nie było już niczym nadzwyczajnym.

- Doktor Kumar Butani – przedstawił się medyk całkiem poprawną polszczyzną, ale z jakimś wyraźnym miękkim, szeleszczącym nalotem, po czym podał rękę wszystkim ubranym w garnitury mężczyznom. Ci odwzajemnili uściski, ale jedynie prokurator zdradził mu swoją funkcję oraz imię i nazwisko, jako że tylko on był zaproszony telefonicznie do szpitala po przebudzeniu pacjenta po postrzale. – To ja dziś dźwoniłem do pana, że naś paćjent się obudził – dodał patrząc na prokuratora Pietrzaka.

- A kto to przybył z panem doktorem? – Antek stanął na wysokości zadania, ale w tym gronie tylko Waldek wiedział, że jego pobudki do postawienia tego pytania były z pewnością niskie.

- Ach, przeprasiam panowie. To nowa śtażyśtka w nasim śpitalu – wskazał dłonią na stojącą obok niego lekarkę.

Pierwszy wyciągnął do świeżo upieczonej pani doktor rękę Waldek, jako że stał najbliżej, chociaż był pewien, że to Antek chciał dokonać swojej autoprezentacji jako pierwszy.

Zanim Waldemar Wilczyński, brat Bolesława Wilczyńskiego, przywitał się z wysoką niemalże jak on sam, atrakcyjną kobietą, która niewątpliwie mogłaby być jego córką, powinien był z pewnością czegoś się przytrzymać. Jeszcze przed tym, kiedy na głos przedstawiła się im trzem, poznał personalia młodziutkiej lekarki, gdyż lekko się do niej zbliżywszy miał możliwość nie tylko dokładniej przyjrzeć się jej twarzy, ale i plakietce z nazwiskiem. Nagle poczuł, jakby ktoś walnął go obuchem w potylicę. Krew napłynęła mu do głowy, a na szyi poczuł pulsowanie w rytm bicia serca. Już wiedział, że dzień ten stanie się dla niego dniem w jego życiu absolutnie wyjątkowym.

Przyjrzał się rysom jej twarzy. Toż to kropka w kropkę młody Bolek, tyle że w wersji żeńskiej! No, cóż takie przypadki podobieństwa się zdarzają… Ale intuicja podpowiadała mu, że nie może się mylić. Krew z krwi, kość z kości. Ten kolor włosów, ten wzrost. To nie może być przypadek. W Bolesławcu podczas jego wieloletniej nieobecności musiało dojść do dużych zmian w życiu Bolka, o których on, jego rodzony brat, nie miał nawet fiołkowego pojęcia.

- Aleksandra Wilczyńska. Witam panów – odezwała się bez żadnego onieśmielenia Ola, nieświadoma, że wśród trzech stojących przed nią mężczyzn znajduje się kolejny, nieznany jej dotąd bliski krewny, choć z daleka.

- Waldek Wilczyński, brat Bolesława – Waldek postanowił zaryzykować i zobaczyć reakcję Aleksandry. Jej twarz zastygła i zbladła, przez co chwilowo upodobniła się jakby do wyrzeźbionego dłutem Michała Anioła posągu z białego marmuru. A więc miał rację! Jednak ktoś z rodziny! Czyżby córka Bolka?

Antek, zaaferowany raczej prezencją Oli, a nie dokonaną przez nią prezentacją, puścił mimo uszu fakt kolejnej tego dnia stwierdzonej zbieżności z nazwiskiem swojego kolegi. Tym razem dopiero co spotkanej młodej pani doktor. Antek zachowywał się tak, jakby miał zamiar wkrótce oświadczyć się pannie Aleksandrze i wyznać jej miłość oraz wierność aż po grób. Rzucił się do przodu z wyciągniętą ręką, lecz nie spojrzał, że na przeszkodzie do szczęścia stoi kosztownie obuta stopa Waldka, której ten nie zdążył jeszcze cofnąć, tak jak i nie puścił trzymanej nieco zbyt długo dłoni Oli. Potknął się o wypolerowanego półbuta i poleciał do przodu jak długi, przecinając ręczne połączenie między Olą a jej stryjecznym wujkiem. Tym samym stracił nie tylko równowagę, ale też realne jak dotąd, w jego wyłącznym mniemaniu oczywiście, szanse na kontynuację ich tak dobrze zapowiadającego się gorącego związku.

Prokurator Pietrzak spojrzał wymownie na próbującego się pozbierać z podłogi Antoniego Moczydłę. Dłuższą chwilę nic nie mówił, tylko kręcił głową w lewo i w prawo. Wyglądał, jakby chciał zrobić „pufff” i zniknąć, aby nie musieć oglądać agenta Moczydły i jego następnych, równie beznadziejnych, co efektownych amorów. Nigdy więcej nie oglądać.

W tym towarzystwie, oprócz dwojga Wilczyńskich, tylko on jeden zaczynał powoli rozumieć, co tak naprawdę przed chwilą wydarzyło się na korytarzu bolesławieckiego szpitala.

Waldek i Bolesław Wilczyńscy to bracia. Niepodobni, ale bracia. Niezła rodzinka, swoją drogą, co ze trzydzieści lat omijała się z daleka. Aleksandra to zdaje się córka. Do Waldka jest niepodobna, stwierdził zdecydowanie w myślach, co jednak jak wiadomo ojcostwa nie przesądza. Bolesława jeszcze nie widział na żywo, więc trudno na razie cokolwiek stwierdzić. A więc który z nich to ojciec? I kto jest jej matką?

No i wreszcie nasuwa się niemniej ważne pytanie: kim jest dla Bolesława Wilczyńskiego i dla Aleksandry ta Antonina Polańska, która przedstawiła się tuż po napadzie jako jego narzeczona? W głowie prokuratora skomplikowane rodzinne puzzle powoli, acz systematycznie zaczęły się wreszcie układać w pewien całościowy obraz. Lecz czy ta narzeczona brata Waldka aby czegoś jeszcze przed nim nie zataiła? Ona z pewnością wie o wiele więcej o tej całej sprawie z włamaniem. Zdaje się, że będziemy musieli ponownie ze sobą porozmawiać, droga pani Antonino, wreszcie zakończył dedukcyjny wywód w swojej głowie prokurator.

- Panie doktorze, pozwoli pan nam teraz na przesłuchanie Bolesława Wilczyńskiego? – prokurator Pietrzak zadał wreszcie lekarzowi konkretne pytanie, aby niepotrzebnie nie przeciągać wizyty w szpitalu.

- Nieśtety, moi przijaciele. Nie mogę na to poźwolić…

- Jak to! Pan doktor chyba nie zrozumiał po polsku. My musimy. Bandyta, który go postrzelił nadal jest na wolności! – zwrócił się z pretensjami do lekarza Antek, który wstał już z kolan i zdążył nawet otrzepać swój przykurzony garnitur. – Nie może nam pan zabronić z nim poroźmawiać!

Doktor Butani taktownie zignorował trącącą uprzedzeniami uwagę. Krótką chwilę patrzył na Antka i na wszystkich po kolei, po czym wreszcie się odezwał:

- Nie krzyczi na mnie pan. Nie mogę na to poźwolić, bo zanim waś do niego puszcię, musicie mi wyjaśnić jak dla czterolatka, o co chodzi z tymi waszimi naźwiśkami. Pan Boleśław w jego śtanie nie mozie się absiolutnie denerwować…


Czy nadszedł moment na wyjaśnienia bohaterów? Czy ta sprawa może być skomplikowana jeszcze bardziej? Jak zareagują? Czy Waldek i Ola znajdą wspólny język? Czy Antek wreszcie się uspokoi?

Cieszymy się, że jesteście z nami. Pozostajemy pełni zdumienia dla kreatywności Pana M., żartobliwych komentarza Pana (A) oraz pomysłowości wszystkich komentujących. Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów? Czekamy na Wasze wrażenia!

Kolejny odcinek już w sobotę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 42

~Płowoszara Gynostemma 28 stycznia 2021r. o 14:30
Odmładzanie Dymitra? To chyba jakaś starsza znajomość z Waldemarem ma tu miejsce? Szkoda, że tych oparzeń na twarzy nie nabył po wybuchu magazynów uzbrojenia w Trzebieniu. Ale to '87 chyba był, nie pasuje.
Antoni. Zgroza bierze, że taki tuman posiada broń inną niż sikawka na wodę, ale niech takim pozostanie. Jak to mówią: nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę właściwą godzinę trafi. Może będzie jeszcze z niego pożytek i np. zacznie podrywać tę nową Rudą. Uroczy chłopiec, naprawdę.

A co do chronologii, to chyba wystarczy datować każdy odcinek? Jak myślisz M?
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Szaroczarny Dzwonek 28 stycznia 2021r. o 16:39
Waldek z pewnego powodu, który już był wspomniany, podejrzewa, że byli pracownicy jednostki wojskowej w Bolesławcu mogą pamiętać Dymitra sprzed minimum 27 lat.
Dlatego niedługo odwiedzą archiwum i kilka osób może im podpaść jako podejrzane o wycieki danych.

Wolałbym nie wstawiać w tekście podpisów "Bolesławiec, Prokuratura Rejonowa, 17 sierpnia 2020, godzina 11:08"
To tylko w amerykańskich filmach tak robią
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Płowoszara Gynostemma 28 stycznia 2021r. o 17:47
Tylko w amerykańskich filmach, powiadasz? No dobrze, skoro tak chce Imperator stworzonego przez siebie świata.

Ciekawe co pan Rybka pocznie z tym zielonym nieszczęściem?
I jak Żaklina wlazła do samochodu Dymitra?
Drodzy Czytelnicy!! Na te pytania, oraz wiele innych, odpowiedź znajdziecie w bliżej nieokreślonej przyszłości!
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Kruczoczarny Powojnik 28 stycznia 2021r. o 18:18
I w kolejnych odcinkach!!! A nie będzie ich 348, bo mi już klawisze całkiem się poluzowały.
Żadne pytania nie mogą zostać bez odpowiedzi.
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Niebieska Szałwia 28 stycznia 2021r. o 18:49
Daj znać jak klawiatura zechce przenieść się do lepszego świata recyklingu. Zrzutkę zrobim, a i na tusz do klawiszy też się coś znajdzie :-)
(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Różowy Żagwin 29 stycznia 2021r. o 23:19
c.d. tymczasem na Granicznej
---------------------------------------
Pani Zofia Słowikowa wyjęła z piekarnika cztery gorące bochenki upieczonego chleba na zakwasie według przepisu przekazanego jej przez nieżyjącą już mamę, która podobno znała ten przepis od swojej mamy. Mama pani Zofii była, jak to się nadal do dzisiaj błędnie określa, „repatriowana” do Bolesławca z małej wioski pod Buczaczem, a jej ojciec przed wojną mieszkał w Czortkowie. Zatem także był „repatriantem”. Rodzice pani Zosi poznali się już tutaj, po przyjeździe na tak zwane Ziemie Odzyskane, wzięli ślub i niedługo potem zamieszkali na ulicy Granicznej, w domu, w którym ona, ich córka ze swoim mężem, mieszkają do dziś.

Mama pani Słowikowej nigdy nie owijała w bawełnę mówiąc o tym, co wtedy zrobiono z mieszkającymi na wschodnich terenach II Rzeczypospolitej Polakami. Przymusowe wysiedlenia po, jak to kiedyś trafnie ujęła, czwartym rozbiorze Polski, nazywała zawsze po imieniu. Dla niej nie była to repatriacja, ale zwykła grabież ich mienia i brutalne wygnanie. Mieszkający tam od pokoleń Polacy wychodzili z domu na pieszo, nierzadko z jedną walizką. Niektórych budzono w nocy i często musieli oni uciekać tak, jak wstali. Definicja repatriacji jest jednak zupełnie inna. Ktoś kiedyś w PRL-u ewidentnie pomylił repatriację z deportacją, bądź ekspatriacją. Oczywiście celowo.

No cóż, to zwycięzcy po wojnie rozdawali karty i próbowali ugrywać swoje interesy. A interesem sowieckiej Rosji nie było pozostawienie wschodnich terenów międzywojennej Polski w jej granicach, tylko stworzenie z przejętych ziem kolejnych, zależnych od niej republik. Tak ciągnęło widocznie Rosję na zachód, jak wcześniej Trzecią Rzeszę na wschód. A na drodze jak zawsze stała Polska.

Mama pani Zofii umarła prawie dziesięć lat temu, a jej ojciec zginął pechowo w 1987 roku podczas grzybobrania w kompleksie leśnym koło Trzebienia. Razem z kolegą, także emerytem, z pełnymi koszykami wracali właśnie rowerami leśną drogą do Trzebienia. Gdy przejeżdżali wzdłuż ogrodzenia radzieckiej jednostki wojskowej, na terenie której znajdował się wielki skład paliwa i amunicji, doszło do potężnego wybuchu. Podobno któryś z rosyjskich pilotów pomylił cel. Eksplozja była widziana w postaci atomowego grzyba i słyszana nawet przez mieszkańców Bolesławca, ale ponoć także dużo dalej. W okolicznych miejscowościach powylatywały szyby z okien, a wiele budynków zostało uszkodzonych. Oprócz cywilnych były na pewno także i wojskowe ofiary, lecz całą sprawę zatuszowano, jak zawsze kiedy pobyt i manewry wojsk radzieckich przyczyniały się do jakichkolwiek wypadków.

Pani Słowikowa, chwytając przez kuchenny ręcznik rozgrzane do ponad 200 stopni Celsjusza stalowe prostokątne foremki, odwracała je wszystkie po kolei, a pachnące chlebki lądowały na dużej drewnianej desce do krojenia. Kiedy wszystkie cztery dymiące jeszcze bochenki opuściły blaszane formy, w których wyrosły i pięknie zbrązowiały, pani Zofia wyniosła deskę do korytarza ich bliźniaczego domku, w którego drugiej, symetrycznej części mieszkała sympatyczna, choć trochę nietypowo poskładana rodzina. Wdowiec, siostrzenica jego nieżyjącej żony, która kazała do siebie mówić Julia i jej córka.

Kiedy chlebki w korytarzu ostygną i ładnie skostkują, wypełnią cały dom aromatem, jakiego nie uświadczysz nawet przechodząc w pobliżu piekarni, pomyślała. W drodze powrotnej do kuchni zajrzała przez otwarte drzwi pokoju stołowego. A ten chłop znów się leni!

- Wiesiek, odłóż wreszcie tę gazetę. Idź, zrób coś pożytecznego, a nie tylko czytasz i czytasz… - zwróciła się z pretensją do męża. – Ciągle cię trzeba do roboty gonić. Tyle pracy w ogródku, a ty tylko tego brzucha zapuszczasz. Trawnik do skoszenia, żywopłot do przycięcia. Rusz się wreszcie!

- Przecież dopiero co usiadłem, Zosiu! – odpowiedział jej mąż, zaczytany w drukowanej wersji gazety, wydawanej przez lokalny portal internetowy wbolcu.info.

- A co robiłeś do tej pory?

- Leżałem! – zaśmiał się i klepnął po pokaźnym brzuchu jej mąż. – Taki dobry obiadek zrobiłaś, że musiałem przed chwilą zażyć małej sjesty. Jak zwykle pyszny schaboszczak, moja Zosieńko. A to nie brzuch, tylko mięsień piwny, pamiętaj. Ćwiczę go regularnie, żeby nie wypaść z formy. Kulturyści zawsze najpierw budują masę, a dopiero potem pracują nad rzeźbą. A ja jestem jeszcze na tym pierwszym etapie… – tu pan Wiesław pociągnął nosem. – Czuję, że chlebek upiekłaś?

Obydwoje byli już od ponad dziesięciu lat na emeryturze. Za dwa lata mieli obchodzić pięćdziesiątą rocznicę ślubu, a mąż pani Zofii wciąż sobie żarty stroił w jej obecności. Wiecznie uśmiechnięty towarzysz jej życia, zawsze i wszędzie dusza towarzystwa. Ich dwaj synowie z żonami i łącznie z sześciorgiem wnucząt uwielbiali do nich przyjeżdżać, pogadać, zjeść coś domowego i smacznego, nie tylko z okazji świąt. A obaj mieszkali dość daleko, aż na Górnym Śląsku.

- Ano upiekłam. Taki, jak lubisz. Z przepisu mojej mamy. Rozumiem, że na rzeźbienie swojej masy w ogródku nie masz dzisiaj już siły po sutym obiedzie? – po tym retorycznym pytaniu pani Zofia bez nadziei na zagonienie męża do jakiegoś zajęcia, zrezygnowana obróciła się i poszła z powrotem do kuchni. Usłyszała za sobą podniesiony głos swojego wybranka, który z kolei był takim gadułą, że nie mógł czasem nawet pięciu minut wytrzymać bez jakiejkolwiek konwersacji.

- Wiesz, Zosiu? Piszą tu, że znowu zamkną całe miasto na Święto Ceramiki. Tylko na pieszo będzie można do centrum. Wybierzemy się na stragany ze skorupami?

- Jasne, że tak, Wiesiek. Jak zawsze, ale w tym roku daruj sobie może kolejnego śpiewającego ptaszka, co? Maselniczka nowa by się przydała – odkrzyknęła z kuchni do męża pani Słowikowa przenosząc puste foremki do zlewozmywaka. Niepotrzebnie krzyczała, bo kątem oka zobaczyła w drzwiach jego imponującą posturę, która nie była jednak imponująca wzwyż, tylko raczej wszerz.

- A znasz kogoś z 1 Maja, Zosia? Piszą tu, że podobno był tam w czwartek jakiś napad, tylko jeszcze nie mogą podać żadnych szczegółów. Jedynie tyle wspomina tu redaktor, że ktoś został postrzelony i niemal zginął – pan Wiesław widać musiał usłyszeć odkręconą wodę w kranie i nie chcąc krzyczeć zbyt głośno, moment wcześniej wstał z sofy i szurając kapciami przywędrował do kuchni.

Trzymając gazetę w rękach i opierając się o futrynę, pokrótce zreferował żonie ten bardzo dramatyczny artykuł. Zawsze starał się informować małżonkę o najnowszych wydarzeniach, o których czytał. Ona najwięcej czasu spędzała w kuchni i w związku z tym niezbyt często sięgała po prasę. Co innego telewizyjne seriale. Ale oglądała tylko te wieczorne, kiedy przynosiła jakieś ciasto albo ciasteczka i siadała, aby wreszcie odpocząć. A on oglądał wtedy telewizor razem z nią, dbając by żona nie musiała się sama męczyć z tymi słodkościami.

- Jezus Maria, to już w Bolesławcu do ludzi strzelają? Na szczęście nie znam nikogo stamtąd – odpowiedziała zajęta szorowaniem przypalonych foremek pani Zosia. – Kiedyś znałam, ale oboje już nie żyją. Ci staruszkowie też przyjechali z Kresów i kilka razy byłam tam dawno temu z moją mamą. Jeszcze zanim się poznaliśmy, Wiesiu. Wiesz, oni i moja mama tak bardzo lubili powspominać te czasy, kiedy…

Pani Słowikowa nie dokończyła zdania, kiedy dobiegł ich tak ogromny huk, że aż zadzwoniła luźna szyba w drzwiach od kuchni. U sąsiadów coś ciężkiego musiało z spaść na podłogę. Jakby jakiś duży mebel. Chyba nie wybuchł gaz, pomyślała, bo raczej leżeliby teraz pogrzebani pod gruzami. Spojrzała przez okno, ale zobaczyła tylko tył skręcającego w ulicę Staszica żółtego auta młodziutkiej sąsiadki Oli, która niedawno, po skończonych studiach wróciła na stałe do Bolesławca i zaczęła pracę w szpitalu.

- Wiesiek, zadzwoń do Zygmunta! Chyba się przewrócił, czy co? – zakomenderowała zakręcając wodę w kranie. – Mam jakieś takie złe przeczucie. Ola właśnie odjechała, a nie wiadomo, czy i Julia nie jest aby w pracy. Widziałam, jak rano wyjeżdżały dokądś razem…

Równie przestraszony pan Wiesław rzucił gazetę na stół, sięgnął po leżący tam telefon komórkowy i wybrał numer swojego sąsiada. Czekał kilkanaście sekund. Popatrzyli po sobie obydwoje, bo wiedzieli, że powinni usłyszeć przez ścianę bardzo głośny dzwonek telefonu należącego do przygłuchego już nieco Zygmunta Półtoraka. Za ścianą nie usłyszeli jednak żadnego dźwięku. Pani Zosia znów jako pierwsza podjęła natychmiastową decyzję.

- Weź telefon i leć do nich. Dzwoń dzwonkiem do drzwi, a jak nikt nie będzie otwierał dzwoń do Julii. A może lepiej do Oli, bo ona dopiero co odjechała samochodem, więc gdyby co, szybko mogłaby wrócić.

- A mamy numer do Oli? – Pan Słowik najwyraźniej także nie do końca ulegał panice w tej niespodziewanej, stresującej sytuacji.

- Cholera, faktycznie nie mamy. Tylko do Julii. No, nie stój tak, leć… – machnęła na męża ścierką, jakby chciała go odgonić jak jakąś dokuczliwą muchę. – Albo nie, poczekaj. Polecę sama, a ty próbuj jeszcze raz do Zygmunta, a jak się nie uda, to zaraz potem dzwoń do Julii – powstrzymała go za rękaw koszuli, po czym przepchnęła się koło swojego małżonka, a raczej obeszła go łukiem i wycierając po drodze mokre jeszcze od zmywania ręce, wybiegła ze ścierką w dłoniach z kuchni do korytarza.

Otworzyła zamek drzwi prowadzących na podwórko, wyszła na zewnątrz i skierowała się w stronę niedalekich drzwi do domu sąsiadów. Furtka pomiędzy ich posesjami była jak zawsze otwarta. Wydawało jej się, że na końcu ogrodu, pomiędzy owocowymi drzewami, zobaczyła coś różowego, ale zignorowała to sądząc, że coś jej się musiało przywidzieć. Podeszła do drzwi drugiej połowy bliźniaka i już chciała nacisnąć dzwonek, kiedy zauważyła, że drzwi nie są zamknięte, lecz tylko przymknięte.

Nie miała żadnych wątpliwości, że nie należy tracić czasu na dzwonienie dzwonkiem, albo tym bardziej na wołanie przez próg. Chwyciła dynamicznie za klamkę, otworzyła drzwi na oścież i po prostu weszła do środka, doskonale znając rozkład pomieszczeń, który był taki sam jak u niej w domu, tyle że w lustrzanym odbiciu.

Pierwszy dźwięk jaki usłyszała, to wyraźne buczenie telefonu, leżącego widocznie na czymś twardym. Telefon sąsiada musiał być wyciszony, ale wibracja nie została wyłączona. Pierwsze drzwi po prawej to był pokój należący do mającego problemy z poruszaniem Zygmunta, aby miał blisko do łazienki, do kuchni i do wyjścia na podwórko. Drzwi były zamknięte. Tym razem wypowiadając pytanie „Zygmunt?”, otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Telefon leżał na stole, świecił i wibrował, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Wszystkie meble były tutaj na swoich miejscach.

Przeszła dalej korytarzem, ale jeszcze zanim weszła przez przymknięte drzwi do kuchni, usłyszała dochodzący stamtąd dzwonek telefonu. Melodia refrenu piosenki „Take on me” grupy A-ha nie była pani Zosi znana z tytułu, chociaż kojarzyła ją dość dobrze z radia, gdzie dość regularnie ją puszczano, a ona często umilała sobie czas spędzany na gotowaniu i pieczeniu właśnie słuchaniem muzycznych audycji radiowych. Domyśliła się, że to dzwoni telefon Julii, gdyż piosenka zdaje się pochodziła z lat jej młodości. Telefon dzwonił, dzwonił i dzwonił. Widocznie Wiesiek zaparł się i nie odpuszczał. To dobrze, niech dzwoni.

Tylko dlaczego także i Julia swojego telefonu nie odbiera? Może jest na górze i nie słyszy? Zanim Pani Zosia popchnęła skrzydło kuchennych drzwi popatrzyła jeszcze w kierunku szczytu schodów, krzycząc w powietrze:

- Julia! Jesteś w domu? Halo? Julia!

Ponieważ z góry nie dochodził żaden odgłos, ani odpowiedź sympatycznej i ładnej sąsiadki, Pani Słowikowa postanowiła wreszcie sprawdzić, czy ktokolwiek znajduje się w kuchni. Coś tu wyraźnie było nie tak. Jakby zapadli się pod ziemię, albo ktoś ich porwał. Poczuła gęsią skórkę, skurcz w podbrzuszu, a jej tętno przyspieszyło niemal dwukrotnie. Nie wiedziała, co powinna o tym myśleć, ale każda cząstka jej intuicji krzyczała do niej, że nie powinna za te drzwi zaglądać.

Widoku, jaki zastała rzucając pierwsze spojrzenie na zwykle czystą i zadbaną kuchnię jej sąsiadów, nie spodziewałaby się w najgorszych koszmarach.

- Wieeeesieeeek!!! Szybko, biegiem tutaj!!! – pani Słowikowa wrzasnęła na męża tak głośno, że prawdopodobnie w obserwatorium na Śnieżce odnotowano podejrzane ruchy sejsmiczne.

Pan Słowik nie miał problemów ze słuchem, więc schował telefon do kieszeni spodni i niemal natychmiast, dudniąc przy tym nieco nogami o podłogę z powodu swojej wypracowanej piwem masy, ruszył do sąsiadów przerażony krzykiem żony. Dopiero jednak po kilkunastu sekundach stanął w progu kuchni swoich sąsiadów, gdyż u niego biegiem nigdy nie oznaczało migiem. Popychając sparaliżowaną w bezruchu żonę swoim obfitym brzuchem, wepchnął ją do wnętrza kuchni, w której mimo panującego półmroku także stał się świadkiem przerażającego widoku.

Dopiero po tym uderzeniu pani Zosia jako tako się otrząsnęła, ale nie za bardzo chyba wiedziała, co powinna w takiej sytuacji zrobić. Nikt nie jest w stanie przygotować się na widok dwojga nieprzytomnych ludzi, a do tego na widok ich krwi.

Ich niemal równoletni sąsiad Zygmunt wyglądał nie nieżywego albo śpiącego, siedząc przy stole z głową opuszczoną na klatkę piersiową i z rękami przełożonymi do tyłu, za krzesło. Przed nim na stole stała niedokończona porcja łazanków z kapustą. Pod jego brodą, na koszuli widniało kilka kropel krwi. Widocznie musiała nakapać z nosa albo z warg. Julia leżała na podłodze, z lewej strony wykonanego z litego drewna stołu, wciśnięta pomiędzy ten solidny mebel, a przewrócone krzesło, z głową w kierunku okna. To właśnie to krzesło musiało tak huknąć po podłogę, stwierdziła pani Zofia. Przy twarzy Julii także mieniła się niewielka plama krwi. Julia wydawała się być nieprzytomna, chociaż pani Zofia zauważyła, jak jej sąsiadka cichutko jęcząc próbuje bardzo wolno podciągać do siebie jedną z nóg. To, co tu się wydarzyło musiało mieć miejsce naprawdę na sekundy przed samym wejściem pani Zofii do ich domu. Napastnik musiał stąd wybiec dopiero co i dlatego drzwi wejściowe pozostały niedomknięte, pomyślała. Może to, co mignęło jej w głębi ogrodu, kiedy przechodziła z domu do domu, to był właśnie ten bandyta?

- Wiesiek, idź naokoło stołu i sprawdź puls u Zygmunta – poleciła pani Słowikowa mężowi, a sama zachowując ostrożność podeszła do cichutko stękającej Julii, tak aby nie nadepnąć na żadną z jej kończyn.

Pan Wiesław ruszył przed siebie, zmuszony do wciągnięcia brzucha podczas przechodzenia przez ciasną przestrzeń za krzesłami z drugiej strony stołu, jednak cud zmniejszenia obwodu pasa choćby o kilka centymetrów nie zdarzył się, mimo wciągnięcia przez niego bardzo dużej ilości powietrza do płuc. Podszedł do nieprzytomnego sąsiada, przyłożył dwa palce do jego szyi po lewej stronie i odetchnął z ulgą.

- Żyje jeszcze. A jak z nią?

- Jęczy i próbuje się poruszyć. Rany boskie, ale skąd ta krew? – pani Zosia schyliła się i próbowała obejrzeć twarz leżącej Julii. – Albo z ust, albo z nosa. Co się tu mogło stać, do jasnej cholery, Wiesiek?! Tam strzelanina, a tutaj to? Czy my w jakimś Pruszkowie mieszkamy, czy jak?!

- Wygląda mi to na jakiś napad rabunkowy w biały dzień, Zośka – pan Słowik dopiero teraz spojrzał na plecy sąsiada i wystraszył się jeszcze mocniej. – O matko jedyna, zobacz na ręce Zygmunta! Ktoś go związał!

- Wiesiek, nie ma co dłużej gadać! Dzwoń szybko po pogotowie i postaraj się uwolnić jego ręce – poprosiła męża pani Zofia, a sama delikatnie podniosła i przysunęła do stołu przewrócone krzesło, po czym podjęła trudną próbę uniesienia Julii.

Włożyła jedną rękę po prawą pachę leżącej sąsiadki, drugą sięgnęła nieco niżej wkładając ją pomiędzy brzuch a podłogę. Mocno podciągnęła ciało sąsiadki do góry. Trochę się przy tym zasapała, ale po chwili Julia siedziała już oparta plecami o krzesło, to samo, które pani Zofia przed chwilą wsunęła siedziskiem pod stół. Teraz już wyraźnie było widać, że to krwotok z nosa był przyczyną karminowej plamy na podłodze.

- Julia, skarbie! Obudź się, moje dziecko! – pani Zosia próbowała lekko potrząsać ramieniem Julii. Przyniosło to taki efekt, że już po chwili półprzytomna Julia otworzyła oczy, jednak wydawała się być kompletnie zdezorientowana. Pewnie usiłowała sobie przypomnieć skąd zna twarz, którą właśnie zobaczyła, a jej mózg z dużym wysiłkiem próbował do tej twarzy dopasować jakieś personalia. W końcu jej się to udało.

- Pani Zosia… Co... – głowa Julii ponownie próbowała odchylić się od pionu, lecz pani Słowikowej udało się ją podtrzymać. – Pani Zosiu… Co się stało? Co… z wujkiem? – trzeba było zbliżyć ucho, aby usłyszeć te bardzo cicho wypowiadane słowa. Pani Zofia powoli i również niezbyt głośno zaczęła jej wyjaśniać, co zastali, kiedy weszli z mężem do ich kuchni, a Julia podniosła rękę i cały czas trzymała się za obolałą po uderzeniu tylną część głowy.

W międzyczasie pan Słowik, będący nadal w dość dużym szoku, wyjaśniał komuś pod numerem alarmowym 112 powód swojego zgłoszenia. Chwilę po tym dyżurny sprawnie, prawidłowo i w pełni wykonał swoje obowiązki. W ciągu kilku minut spod szpitala wyruszyły na sygnale dwa zespoły pogotowia ratunkowego, z budynku Straży Pożarnej samochód ratowniczo-rozpoznawczy, a dwa patrolujące ulicę radiowozy Policji po włączeniu sygnałów świetlnych i dźwiękowych zmieniły trasy i na pełnej prędkości najkrótszą trasą zmierzały w kierunku ulicy Granicznej. W Bolesławcu, drugi raz w ciągu niecałych czterech dni, zawyło i zrobiło się niebiesko od świateł uprzywilejowanych pojazdów.

***

Siedzący przy swoim biurku w Komendzie Powiatowej Policji przy ulicy Zygmunta Augusta podkomisarz Kamiński uruchomił myszką przycisk „Wyślij”. W ten sposób dwa zdjęcia, otrzymane kilka minut wcześniej od Żakliny Sadzy, dziennikarki z redakcji jednego z bolesławieckich portali, które odwiedził tego dnia aspirant Świgoń, za chwilę miały trafić do prokuratora Pietrzaka, a następnie do przybyłego rankiem z Warszawy Waldemara Wilczyńskiego, agenta Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Podkomisarz słysząc zbliżające się syreny dwóch karetek pogotowia podszedł do okna i obserwował, jak wyłaniają się one zza drzew parku i z dużą prędkością, jedna za drugą, przecinają skrzyżowanie przy budynku komendy, omijając auta, które ustępowały im miejsca na przejazd. Wyglądało to trochę, jakby uczestniczyły w jakimś nielegalnym ulicznym wyścigu. Ciekawe, dokąd tak gnają? Przemknęło mu przez głowę, że dopóki nie złapią tego Jacenki, tak naprawdę nikt w tym mieście nie mógł się czuć w pełni bezpieczny.

Jeszcze tego samego dnia między innymi on, aspirant, prokurator i agenci z Warszawy mieli się przekonać, jak bardzo prorocze były te obawy.
----------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Barwinkowa Piwonia 30 stycznia 2021r. o 8:03
~Płowoszara Gynostemma napisał(a): Odmładzanie Dymitra? To chyba jakaś starsza znajomość z Waldemarem ma tu miejsce? Szkoda, że tych oparzeń na twarzy nie nabył po wybuchu magazynów uzbrojenia w Trzebieniu. Ale to '87 chyba był, nie pasuje.
Antoni. Zgroza bierze, że taki tuman posiada broń inną niż sikawka na wodę, ale niech takim pozostanie. Jak to mówią: nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę właściwą godzinę trafi. Może będzie jeszcze z niego pożytek i np. zacznie podrywać tę nową Rudą. Uroczy chłopiec, naprawdę.

A co do chronologii, to chyba wystarczy datować każdy odcinek? Jak myślisz M?
(A)


Wybuch w Trzebieniu. Sierpień 1987.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Malinowy Cytryniec 3 lutego 2021r. o 15:51
Ten Bolek cały czas wiedział, że ma córkę, czy nie? Jeżeli nie wiedział, to jakim cudem nosiła jego nazwisko, przecież musiał by podpisać odpowiednie dokumenty.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec