Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
REKLAMA Zapraszamy
REKLAMA Zapraszamy
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Dziad Zawsze Nim Będzie :d :d
od Dawny GREGBOLEC dla Pseudo Policeman
Nic Sie Nie Zbuduje Jak Marta Nie Zaprojektuje! Pozdrowienia, Miłego Dzionka I Smacznej Kawusi!
od Bobek dla Martita Favorita
Pozdrowienia Dla Najlepszego Doktora! #toiler_every_day
od Bobek dla Doktor Krystian
Pozdrawiam Miłosza C Z Wrocławskiego Centrum R&d!
od Cygan dla Miłosz C
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
30 stycznia 2021r. godz. 16:02, odsłon: 1236, Bolec.Info/Bolecnauci

Tajemnica szmaragdu - odcinek 43

Część w której żywiołowa seniorka Zofia Słowikowa odkrywa ślady zbrodni w mieszkaniu swoich sąsiadów.
Domowe bułeczki
Domowe bułeczki (fot. pixabay)

Już jest czterdziesta trzecia część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Czterdziesta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta druga część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Tajemniczy Bolecnauta oraz autor historii Pan M. dzisiaj zabiera nas z powrotem do bliźniaka zamieszkanego przez Julię, Olę i Zygmunta. Poznamy ich sąsiadów i dowiemy się, kto poinformował pogotowie o pewnym strasznym zdarzeniu. Zapraszamy do lektury!


Zofia Słowikowa wyjęła z piekarnika cztery gorące bochenki upieczonego chleba na zakwasie według przepisu przekazanego jej przez nieżyjącą już mamę, która podobno znała ten przepis od swojej mamy. Mama pani Zofii była, jak to się nadal do dzisiaj błędnie określa, „repatriowana” do Bolesławca z małej wioski pod Buczaczem. Jej ojciec przed wojną mieszkał w Czortkowie. Także był „repatriantem”. Rodzice pani Zosi poznali się już tutaj, po przyjeździe na tak zwane Ziemie Odzyskane, wzięli ślub i niedługo potem zamieszkali na ulicy Granicznej, w domu, w którym ona, ich córka, ze swoim mężem mieszkają do dziś.

Mama pani Słowikowej nigdy nie owijała w bawełnę, mówiąc o tym, co wtedy zrobiono z mieszkającymi na wschodnich terenach II Rzeczypospolitej Polakami. Przymusowe wysiedlenia po, jak to kiedyś ujęła, czwartym rozbiorze Polski, nazywała zawsze po imieniu. Dla niej nie była to repatriacja, ale zwykła grabież ich mienia i brutalne wygnanie. Mieszkający tam od pokoleń Polacy wychodzili z domu na pieszo, nierzadko z jedną walizką. Niektórych budzono w nocy i często musieli uciekać tak, jak stali. Definicja repatriacji jest jednak zupełnie inna. Ktoś kiedyś w PRL-u ewidentnie pomylił repatriację z deportacją, bądź ekspatriacją. Oczywiście celowo.

No cóż, to zwycięzcy po wojnie rozdawali karty i próbowali ugrywać swoje interesy. A interesem sowieckiej Rosji nie było pozostawienie wschodnich terenów międzywojennej Polski w jej granicach, tylko stworzenie z przejętych ziem kolejnych, zależnych od niej republik. Tak ciągnęło widocznie Rosję na zachód, jak wcześniej Trzecią Rzeszę na wschód. A na drodze jak zawsze stała Polska.

Mama pani Zofii umarła prawie dziesięć lat temu, a jej ojciec zginął pechowo w 1987 roku podczas grzybobrania w kompleksie leśnym koło Trzebienia. Razem z kolegą, także emerytem, z pełnymi koszykami wracali właśnie rowerami leśną drogą do Trzebienia. Gdy przejeżdżali wzdłuż ogrodzenia radzieckiej jednostki wojskowej, na terenie której znajdował się wielki skład paliwa i amunicji, doszło do potężnego wybuchu. Podobno któryś z rosyjskich pilotów pomylił cel. Eksplozja była widziana w postaci atomowego grzyba i słyszana nie tylko przez mieszkańców Bolesławca, ale także dużo dalej. W okolicznych miejscowościach powylatywały szyby z okien, a wiele budynków zostało uszkodzonych. Oprócz cywilnych były na pewno także i wojskowe ofiary, lecz całą sprawę zatuszowano, jak zawsze kiedy pobyt i manewry wojsk radzieckich przyczyniały się do jakichkolwiek wypadków.

Pani Słowikowa, chwytając przez kuchenny ręcznik rozgrzane do ponad 200 stopni Celsjusza stalowe prostokątne foremki, odwracała je wszystkie po kolei, a pachnące chlebki lądowały na dużej drewnianej desce do krojenia. Kiedy wszystkie cztery dymiące jeszcze bochenki opuściły blaszane formy, w których wyrosły i pięknie zbrązowiały, pani Zofia wyniosła deskę do korytarza ich bliźniaczego domku. W drugiej, symetrycznej części mieszkała sympatyczna, choć trochę nietypowo poskładana rodzina. Wdowiec, siostrzenica jego nieżyjącej żony i jej córka.

Kiedy chlebki w korytarzu ostygną i ładnie skostkują, wypełnią cały dom aromatem, jakiego nie uświadczysz nawet przechodząc w pobliżu piekarni, pomyślała. W drodze powrotnej do kuchni zajrzała przez otwarte drzwi pokoju stołowego. A ten chłop znów się leni!

- Wiesiek, odłóż wreszcie tę gazetę. Idź, zrób coś pożytecznego, a nie tylko czytasz i czytasz… - zwróciła się z pretensją do męża. – Ciągle cię trzeba do roboty gonić. Tyle pracy w ogródku, a ty tylko tego brzucha zapuszczasz. Trawnik do skoszenia, żywopłot do przycięcia. Rusz się wreszcie!

- Przecież dopiero co usiadłem, Zosiu! – odpowiedział jej mąż, zaczytany w drukowanej wersji gazety, wydawanej przez lokalny portal internetowy wbolcu.info.

- A co robiłeś do tej pory?

- Leżałem! – zaśmiał się i klepnął po pokaźnym brzuchu jej mąż. – Taki dobry obiadek zrobiłaś, że musiałem przed chwilą zażyć małej sjesty. Jak zwykle pyszny schaboszczak, moja Zosieńko. A to nie brzuch, tylko mięsień piwny, pamiętaj. Ćwiczę go regularnie, żeby nie wypaść z formy. Kulturyści zawsze najpierw budują masę, a dopiero potem pracują nad rzeźbą. A ja jestem jeszcze na tym pierwszym etapie… – tu pan Wiesław pociągnął nosem. – Czuję, że chlebek upiekłaś?

Obydwoje byli już od ponad dziesięciu lat na emeryturze. Za dwa lata mieli obchodzić pięćdziesiątą rocznicę ślubu, a mąż pani Zofii wciąż sobie stroił żarty w jej obecności. Wiecznie uśmiechnięty towarzysz jej życia, zawsze i wszędzie dusza towarzystwa. Ich dwaj synowie z żonami i łącznie z sześciorgiem wnucząt uwielbiali do nich przyjeżdżać, pogadać, zjeść coś domowego i smacznego, nie tylko z okazji świąt. A obaj mieszkali dość daleko, aż na Górnym Śląsku.

- Ano upiekłam. Taki, jak lubisz. Z przepisu mojej mamy. Rozumiem, że na rzeźbienie swojej masy w ogródku nie masz dzisiaj już siły po sutym obiedzie? – po tym retorycznym pytaniu pani Zofia bez nadziei na zagonienie męża do jakiegoś zajęcia, zrezygnowana obróciła się i poszła z powrotem do kuchni. Usłyszała za sobą podniesiony głos swojego wybranka, który z kolei był ogromnym gadułą. Nie mógł czasem wytrzymać nawet pięciu minut bez konwersacji.

- Wiesz, Zosiu? Piszą tu, że znowu zamkną całe miasto na Święto Ceramiki. Tylko na pieszo będzie można do centrum. Wybierzemy się na stragany ze skorupami?

- Jasne, że tak. Jak zawsze, ale w tym roku daruj sobie może kolejnego śpiewającego ptaszka, co? Maselniczka nowa by się przydała – odkrzyknęła z kuchni do męża pani Słowikowa przenosząc puste foremki do zlewozmywaka. Niepotrzebnie krzyczała, bo kątem oka zobaczyła w drzwiach jego imponującą posturę, która nie była jednak imponująca wzwyż, tylko raczej wszerz.

- A znasz kogoś z 1 Maja, Zosia? Piszą tu, że podobno był tam w czwartek jakiś napad, tylko jeszcze nie mogą podać żadnych szczegółów. Jedynie tyle wspomina redaktor, że ktoś został postrzelony i niemal zginął – pan Wiesław musiał usłyszeć odkręconą wodę w kranie i nie chcąc krzyczeć zbyt głośno, moment wcześniej wstał z sofy i szurając kapciami, przywędrował do kuchni.

Trzymając gazetę w rękach i opierając się o futrynę, pokrótce zreferował żonie ten bardzo dramatyczny artykuł. Zawsze starał się informować małżonkę o najnowszych wydarzeniach, o których czytał. Ona najwięcej czasu spędzała w kuchni i w związku z tym niezbyt często sięgała po prasę. Co innego telewizyjne seriale. Ale oglądała tylko te wieczorne, kiedy przynosiła jakieś ciasto albo ciasteczka i siadała, aby wreszcie odpocząć. A on oglądał wtedy telewizor razem z nią, dbając, by żona nie musiała się sama męczyć z tymi słodkościami.

- Jezus Maria, to już w Bolesławcu do ludzi strzelają? Na szczęście nie znam nikogo stamtąd – odpowiedziała zajęta szorowaniem przypalonych foremek pani Zosia. – Kiedyś znałam, ale oboje już nie żyją. Ci staruszkowie też przyjechali z Kresów i kilka razy byłam tam dawno temu z moją mamą. Jeszcze zanim się poznaliśmy, Wiesiu. Wiesz, oni i moja mama tak bardzo lubili powspominać te czasy, kiedy…

Pani Słowikowa nie dokończyła zdania, kiedy dobiegł ich tak ogromny huk, że aż zadzwoniła luźna szyba w drzwiach od kuchni. U sąsiadów coś ciężkiego musiało z spaść na podłogę. Jakby jakiś duży mebel. Chyba nie wybuchł gaz, pomyślała, bo raczej leżeliby teraz pogrzebani pod gruzami. Spojrzała przez okno, ale zobaczyła tylko tył skręcającego w ulicę Staszica żółtego auta młodziutkiej sąsiadki Oli, która niedawno, po skończonych studiach wróciła na stałe do Bolesławca i zaczęła pracę w szpitalu.

- Wiesiek, zadzwoń do Zygmunta! Chyba się przewrócił, czy co? – zakomenderowała zakręcając wodę w kranie. – Mam jakieś takie złe przeczucie. Ola właśnie odjechała, a nie wiadomo, czy i Julia nie jest aby w pracy. Widziałam, jak rano wyjeżdżały dokądś razem…

Równie przestraszony pan Wiesław rzucił gazetę na stół, sięgnął po leżący tam telefon komórkowy i wybrał numer swojego sąsiada. Czekał kilkanaście sekund. Popatrzyli po sobie obydwoje, bo wiedzieli, że powinni usłyszeć przez ścianę bardzo głośny dzwonek telefonu należącego do przygłuchego już nieco Zygmunta Półtoraka. Za ścianą nie usłyszeli jednak żadnego dźwięku. Pani Zosia znów jako pierwsza podjęła natychmiastową decyzję.

- Weź telefon i leć do nich. Dzwoń dzwonkiem do drzwi, a jak nikt nie będzie otwierał dzwoń do Julii. A może lepiej do Oli, bo ona dopiero co odjechała samochodem, więc gdyby co, szybko mogłaby wrócić.

- A mamy numer do Oli? – Pan Słowik najwyraźniej także nie do końca ulegał panice w tej niespodziewanej, stresującej sytuacji.

- Cholera, faktycznie nie mamy. Tylko do Julii. No, nie stój tak, leć… – machnęła na męża ścierką, jakby chciała go odgonić jak jakąś dokuczliwą muchę. – Albo nie, poczekaj. Polecę sama, a ty próbuj jeszcze raz do Zygmunta, a jak się nie uda, to zaraz potem dzwoń do Julii – powstrzymała go za rękaw koszuli, po czym przepchnęła się koło swojego małżonka, a raczej obeszła go łukiem i wycierając po drodze mokre jeszcze od zmywania ręce, wybiegła ze ścierką w dłoniach z kuchni do korytarza.

Otworzyła zamek drzwi prowadzących na podwórko, wyszła na zewnątrz i skierowała się w stronę niedalekich drzwi do domu sąsiadów. Furtka pomiędzy ich posesjami była jak zawsze otwarta. Wydawało jej się, że na końcu ogrodu, pomiędzy owocowymi drzewami, zobaczyła coś różowego, ale zignorowała to, sądząc, że coś jej się musiało przywidzieć. Podeszła do drzwi drugiej połowy bliźniaka i już chciała nacisnąć dzwonek, kiedy zauważyła, że drzwi nie są zamknięte, lecz tylko przymknięte.

Nie miała żadnych wątpliwości, że nie należy tracić czasu na dzwonienie dzwonkiem, albo tym bardziej na wołanie przez próg. Chwyciła dynamicznie za klamkę, otworzyła drzwi na oścież i po prostu weszła do środka, doskonale znając rozkład pomieszczeń, który był taki sam jak u niej w domu, tyle że w lustrzanym odbiciu.

Pierwszy dźwięk jaki usłyszała, to wyraźne buczenie telefonu, leżącego widocznie na czymś twardym. Telefon sąsiada musiał być wyciszony, ale wibracja nie została wyłączona. Pierwsze drzwi po prawej to był pokój należący do mającego problemy z poruszaniem Zygmunta, aby miał blisko do łazienki, do kuchni i do wyjścia na podwórko. Drzwi były zamknięte. Tym razem wypowiadając pytanie „Zygmunt?”, otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Telefon leżał na stole, świecił i wibrował, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Wszystkie meble były tutaj na swoich miejscach.

Przeszła dalej korytarzem, ale jeszcze zanim weszła przez przymknięte drzwi do kuchni, usłyszała dochodzący stamtąd dzwonek telefonu. Melodia refrenu piosenki „Take on me” grupy A-ha nie była pani Zosi znana z tytułu, chociaż kojarzyła ją dość dobrze z radia. Regularnie ją puszczano, a ona często umilała sobie czas spędzany na gotowaniu i pieczeniu, słuchaniem muzycznych audycji radiowych. Domyśliła się, że to dzwoni telefon Julii, gdyż piosenka pochodziła z lat jej młodości. Telefon dzwonił, dzwonił i dzwonił. Widocznie Wiesiek zaparł się i nie odpuszczał. To dobrze, niech dzwoni.

Tylko dlaczego także i Julia swojego telefonu nie odbiera? Może jest na górze i nie słyszy? Zanim Pani Zosia popchnęła skrzydło kuchennych drzwi popatrzyła jeszcze w kierunku szczytu schodów, krzycząc w powietrze:

- Julia! Jesteś w domu? Halo? Julia!

Ponieważ z góry nie dochodził żaden odgłos, ani odpowiedź sympatycznej i ładnej sąsiadki, Pani Słowikowa postanowiła wreszcie sprawdzić, czy ktokolwiek znajduje się w kuchni. Coś tu wyraźnie było nie w porządku. Jakby zapadli się pod ziemię, albo ktoś ich porwał. Poczuła gęsią skórkę, skurcz w podbrzuszu, a jej tętno przyspieszyło niemal dwukrotnie. Nie wiedziała, co powinna o tym myśleć, ale każda cząstka jej intuicji krzyczała do niej, że nie powinna za te drzwi zaglądać.

Widoku, jaki zastała rzucając pierwsze spojrzenie na zwykle czystą i zadbaną kuchnię jej sąsiadów, nie spodziewałaby się w najgorszych koszmarach.

- Wieeeesieeeek! Szybko, biegiem tutaj! – pani Słowikowa wrzasnęła na męża tak głośno, że prawdopodobnie w obserwatorium na Śnieżce odnotowano podejrzane ruchy sejsmiczne.

Pan Słowik nie miał problemów ze słuchem, więc schował telefon do kieszeni spodni i niemal natychmiast, dudniąc przy tym nieco nogami o podłogę z powodu swojej wypracowanej piwem masy, ruszył do sąsiadów przerażony krzykiem żony. Dopiero jednak po kilkunastu sekundach stanął w progu kuchni swoich sąsiadów, gdyż u niego biegiem nigdy nie oznaczało migiem. Popychając sparaliżowaną w bezruchu żonę swoim obfitym brzuchem, wepchnął ją do wnętrza kuchni, w której mimo panującego półmroku także stał się świadkiem przerażającego widoku.

Dopiero po tym uderzeniu pani Zosia jako tako się otrząsnęła, ale nie za bardzo chyba wiedziała, co powinna w takiej sytuacji zrobić. Nikt nie jest w stanie przygotować się na widok dwojga nieprzytomnych ludzi, a do tego na widok ich krwi.

Ich niemal równoletni sąsiad Zygmunt wyglądał nie nieżywego albo śpiącego, siedząc przy stole z głową opuszczoną na klatkę piersiową i z rękami przełożonymi do tyłu, za krzesło. Przed nim na stole stała niedokończona porcja łazanków z kapustą. Pod jego brodą, na koszuli widniało kilka kropel krwi. Widocznie musiała nakapać z nosa albo z warg. Julia leżała na podłodze, z lewej strony wykonanego z litego drewna stołu, wciśnięta pomiędzy ten solidny mebel, a przewrócone krzesło, z głową w kierunku okna. To właśnie to krzesło musiało tak huknąć po podłogę, stwierdziła pani Zofia. Przy twarzy Julii także mieniła się niewielka plama krwi. Julia wydawała się być nieprzytomna, chociaż pani Zofia zauważyła, jak jej sąsiadka cichutko jęcząc próbuje bardzo wolno podciągać do siebie jedną z nóg. To, co tu się wydarzyło musiało mieć miejsce naprawdę na sekundy przed samym wejściem pani Zofii do ich domu. Napastnik musiał stąd wybiec dopiero co i dlatego drzwi wejściowe pozostały niedomknięte, pomyślała. Może to, co mignęło jej w głębi ogrodu, kiedy przechodziła z domu do domu, to był właśnie ten bandyta?

- Wiesiek, idź naokoło stołu i sprawdź puls u Zygmunta – poleciła pani Słowikowa mężowi, a sama zachowując ostrożność podeszła do cichutko stękającej Julii, tak aby nie nadepnąć na żadną z jej kończyn.

Pan Wiesław ruszył przed siebie, zmuszony do wciągnięcia brzucha podczas przechodzenia przez ciasną przestrzeń za krzesłami z drugiej strony stołu, jednak cud zmniejszenia obwodu pasa choćby o kilka centymetrów nie zdarzył się, mimo wciągnięcia przez niego bardzo dużej ilości powietrza do płuc. Podszedł do nieprzytomnego sąsiada, przyłożył dwa palce do jego szyi po lewej stronie i odetchnął z ulgą.

- Żyje jeszcze. A jak z nią?

- Jęczy i próbuje się poruszyć. Rany boskie, ale skąd ta krew? – pani Zosia schyliła się i próbowała obejrzeć twarz leżącej Julii. – Albo z ust, albo z nosa. Co się tu mogło stać, do jasnej cholery, Wiesiek?! Tam strzelanina, a tutaj to? Czy my w jakimś Pruszkowie mieszkamy, czy jak?!

- Wygląda mi to na jakiś napad rabunkowy w biały dzień, Zośka – pan Słowik dopiero teraz spojrzał na plecy sąsiada i wystraszył się jeszcze mocniej. – O matko jedyna, zobacz na ręce Zygmunta! Ktoś go związał!

- Wiesiek, nie ma co dłużej gadać! Dzwoń szybko po pogotowie i postaraj się uwolnić jego ręce – poprosiła męża pani Zofia, a sama delikatnie podniosła i przysunęła do stołu przewrócone krzesło, po czym podjęła trudną próbę uniesienia Julii.

Włożyła jedną rękę po prawą pachę leżącej sąsiadki, drugą sięgnęła nieco niżej wkładając ją pomiędzy brzuch a podłogę. Mocno podciągnęła ciało sąsiadki do góry. Trochę się przy tym zasapała, ale po chwili Julia siedziała już oparta plecami o krzesło, to samo, które pani Zofia przed chwilą wsunęła siedziskiem pod stół. Teraz już wyraźnie było widać, że to krwotok z nosa był przyczyną karminowej plamy na podłodze.

- Julia, skarbie! Obudź się, moje dziecko! – pani Zosia próbowała lekko potrząsać ramieniem Julii. Przyniosło to taki efekt, że już po chwili półprzytomna Julia otworzyła oczy, jednak wydawała się być kompletnie zdezorientowana. Pewnie usiłowała sobie przypomnieć skąd zna twarz, którą właśnie zobaczyła, a jej mózg z dużym wysiłkiem próbował do tej twarzy dopasować jakieś personalia. W końcu jej się to udało.

- Pani Zosia… Co... – głowa Julii ponownie próbowała odchylić się od pionu, lecz pani Słowikowej udało się ją podtrzymać. – Pani Zosiu… Co się stało? Co… z wujkiem? – trzeba było zbliżyć ucho, aby usłyszeć te bardzo cicho wypowiadane słowa. Pani Zofia powoli i również niezbyt głośno zaczęła jej wyjaśniać, co zastali, kiedy weszli z mężem do ich kuchni, a Julia podniosła rękę i cały czas trzymała się za obolałą po uderzeniu tylną część głowy.

W międzyczasie pan Słowik, będący nadal w dość dużym szoku, wyjaśniał komuś pod numerem alarmowym 112 powód swojego zgłoszenia. Chwilę po tym dyżurny sprawnie i prawidłowo wykonał swoje obowiązki. W ciągu kilku minut spod szpitala wyruszyły na sygnale dwa zespoły pogotowia ratunkowego, z budynku Straży Pożarnej samochód ratowniczo-rozpoznawczy, a dwa patrolujące ulicę radiowozy Policji po włączeniu sygnałów świetlnych i dźwiękowych zmieniły trasy i na pełnej prędkości najkrótszą trasą zmierzały w kierunku ulicy Granicznej. W Bolesławcu, drugi raz w ciągu niecałych czterech dni, zawyło i zrobiło się niebiesko od świateł uprzywilejowanych pojazdów.

***

Siedzący przy swoim biurku w Komendzie Powiatowej Policji przy ulicy Zygmunta Augusta podkomisarz Kamiński uruchomił myszką przycisk „Wyślij”. W ten sposób dwa zdjęcia, otrzymane kilka minut wcześniej od Żakliny Sadzy, dziennikarki z redakcji jednego z bolesławieckich portali, które odwiedził tego dnia aspirant Świgoń, za chwilę miały trafić do prokuratora Pietrzaka, a następnie do przybyłego rankiem z Warszawy Waldemara Wilczyńskiego, agenta Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Podkomisarz słysząc zbliżające się syreny dwóch karetek pogotowia podszedł do okna i obserwował, jak wyłaniają się one zza drzew parku i z dużą prędkością, jedna za drugą, przecinają skrzyżowanie przy budynku komendy, omijając auta, które ustępowały im miejsca na przejazd. Wyglądało to trochę, jakby uczestniczyły w jakimś nielegalnym ulicznym wyścigu. Ciekawe, dokąd tak gnają? Przemknęło mu przez głowę, że dopóki nie złapią tego Jacenki, tak naprawdę nikt w tym mieście nie mógł się czuć w pełni bezpieczny.

Jeszcze tego samego dnia między innymi on, aspirant, prokurator i agenci z Warszawy mieli się przekonać, jak bardzo prorocze były te obawy.


Czy Julia i Zygmunt dojdą do siebie wystarczająco szybko? Jak Żaklina znalazła się w samochodzie Dymitra? Czy Jacenko naprawdę chce ją zabić? Co pan Rybka pocznie z tym zielonym nieszczęściem?

Cieszymy się, że jesteście z nami. Pozostajemy pełni zdumienia dla kreatywności Pana M. oraz żartobliwych pomysłów Pana (A). Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów? Czekamy na Wasze wrażenia!

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 43

~Niebieskozielony Ognik 3 lutego 2021r. o 14:42
Jeszcze chwila...
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Różowy Żagwin 3 lutego 2021r. o 15:50
c.d.
---------------------------------------------------------
- Iiii… poszło – powiedziała sama do siebie zadowolona redaktor Żaklina Sadza, kiedy licznik wysyłania wiadomości wreszcie pokazał 100% i natychmiast zniknął.

Dwie nieskompresowane fotografie o bardzo wysokiej rozdzielczości, wykonane redakcyjną lustrzanką cyfrową ważyły łącznie ponad 30 megabajtów, więc wysyłanie maila do podinspektora Kamińskiego, o co poprosił ją kilkanaście minut wcześniej Hirek, musiało chwilę potrwać. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, jak wyglądał do niedawna transfer dużych plików z lub do komputerów znajdujących się w siedzibie portalu wbolcu.net. Jeszcze dwa miesiące temu przesyłanie tak obszernej wiadomości trwałoby na pewno kilka minut, które z powodzeniem można było przeznaczyć na zrobienie sobie kawy.

Jakie to szczęście, że naczelny dał się wreszcie namówić narzekającym na komfort pracy dziennikarzom na łącze światłowodowe. A najmocniej to już naciskał na to redaktor Gerard Skrętkowski, osoba, bez pracy której Żaklina nie wyobrażała sobie w ogóle istnienia tego portalu. „Świat idzie do przodu, więc redakcja też w końcu musi” – powiedział na jednym z czerwcowych zebrań – „Kto stoi w miejscu, ten zostaje z tyłu. Komputeryzacja i informatyzacja wchodzą wszędzie, nawet do naszych lodówek i do naszych łóżek. Cyfrowe wykluczenie zaczyna być piętnem i piętą Achillesa jednocześnie. Nasze łącze musi być rącze, jak łania co po puszczy gania”.

Gadane i dar przekonywania, to redaktor Skrętkowski miał na pewno. Mógł długo tak perorować, a do tego wcale nie zanudzał. Kiedy zapadał w oratorski trans, nie było mocnych na jego wyszukane argumenty. Każdy, kto go dobrze znał, zastanawiał się, dlaczego nie chce robić kariery w polityce. Sukces wyborczy murowany. Ale on widocznie chciał zostać po tej stronie, po której można mieć nieskrępowane poglądy i patrzeć innym na skrępowane, polityczną poprawnością albo korupcją, ręce.

- Co, fajrant, madame Żaklin? – wymawiając „r” z francuska spytał z drugiego końca biura, siedzący na dyżurze, redakcyjny kolega Kuba. Żaklina zawiązywała właśnie plecak po spakowaniu do niego uprzednio telefonów, swojego męskiego portfela i kilku innych osobistych drobiazgów.

- Tak. Na mnie pora – odpowiedziała podniesionym głosem, aby pytający ją dosłyszał. Przerzuciła kolorową torbę przez ramię i podeszła do jego biurka. – Muszę zdążyć na autobus. Wiesz, w wakacje jest inny rozkład, a i kursów jest mniej w kierunku mojego domu. A ty nie idziesz?

- Jeszcze nie – Kuba odchylił się w swoim obrotowym fotelu i odjechał na nim z pół metra do tyłu. Splótł palce obu dłoni na brzuchu i zaczął w charakterystyczny sposób kręcić kciukami, jakby nimi nawijał szpulkę. Widać było, że na coś czeka. Może chciał podzielić się z Żakliną czymś, co powinno ją jego zdaniem zainteresować? Nie musiał długo czekać, aż na jej twarzy pojawiło się zainteresowanie. – Skrętkowski dzwonił, kiedy byłaś w ratuszu u naszego prezidą. Prosił mnie, a właściwie kazał, abym został do szóstej, bo ponoć będzie miał jakiś tekst, który jego zdaniem jeszcze dzisiaj powinien trafić do naszej rubryki „PILNE” i „TYLKO U NAS”. Twierdzi, że to może być niezła bomba, chociaż organa ścigania na pewno nie będą zadowolone. No, ale jak zwykle nie mówił dokładnie, o co chodzi, ani nad jaką sprawą pracuje…

- Czyli znowu bawi się w detektywa – stwierdziła Żaklina i obróciła głowę w kierunku otwartego okna, bo całkiem niedaleko rozległa się syrena karetki pogotowia, a może radiowozu Policji. A może jednak wozu Straży Pożarnej? Nigdy nie umiała odróżnić żadnego z tych trzech sygnałów, chociaż wszyscy inni w redakcji akurat to potrafili. – Oby tylko kiedyś nie wyszło mu to bokiem. To do jutra, Kuba.

Żaklina ledwie odwróciła się w kierunku drzwi wejściowych do redakcji i zrobiła kilka kroków, kiedy zadzwonił telefon komórkowy leżący na biurku dyżurnego. Zamiast pożegnać się z wychodzącą koleżanką, Kuba popatrzył na ekran i odebrał połączenie, rzucając do aparatu jedynie krótkie „Słucham”.

- Poczekaj, to Skrętkowski! – powstrzymał Żaklinę głośnym szeptem, zasłaniając mikrofon, a po zabraniu ręki zwrócił się już głośno do rozmówcy po drugiej stronie telefonu. – No, co tam, panie Gerardzie? No, dobra. Przepraszam. Wiem, że kazał mi pan mówić do siebie po imieniu, ale jakoś tak samo wychodzi mi to „pan”…

Żaklina przytrzymała stopą na wpół otwarte drzwi i dosłownie stojąc w progu, odwróciła się. Ciekawa była, czego chciał redaktor Skrętkowski. Popatrzyła na ścianę, na której wisiał redakcyjny zegar i stwierdziła, że ma jeszcze paręnaście minut do odjazdu autobusu. Drogę do przystanku na Sądowej pokonywała w trzy minuty. Nawet jeśli po drodze miałaby trafić na czerwone światło na przejściu dla pieszych, to i tak jeszcze chwilę będzie musiała posiedzieć na przystanku.

- Tak. Właśnie wychodziła, ale ją zatrzymałem. Nie wiem… Zapytam. Albo nie, sam ją pan… yyyy… sam ją zapytaj, Gerard… – Kuba wstał z krzesła, podszedł do Żakliny, wręczył jej telefon i widząc jej zaskoczenie rozłożył ręce w geście bezradności. – Chce koniecznie rozmawiać z tobą.

- Słucham, panie Gerardzie? – Żaklina puściła drzwi i z telefonem przy uchu weszła z powrotem do biura. Po chwili, rozmawiając już z redaktorem Skrętkowskim, zaczęła przechadzać się nerwowo po biurze, w tę i z powrotem. – Nie bardzo mogę teraz rozmawiać, śpieszę się na autobus… Tak, zrobiłam dzisiaj ten wywiad z prezydentem… Wiem, że to musi pilnie pójść, ale miałam to zrobić jutro z samego rana, bo mam inne plany na popołudnie i wieczór… Dobra, niech się pan nie unosi. W takim razie posiedzę w domu nad nagraniem i przed dziewiątą rano będzie gotowe… No to do… - Żaklina słuchała i nagle zmarszczyła brwi. – Jaka jeszcze jedna sprawa?... Jak to? Teraz?... Niech pan nie żartuje… Tak, oczywiście, że zależy mi na tej pracy, ale…

Żaklina popatrzyła na Kubę, który zaczął się jej przyglądać z coraz większym zainteresowaniem. Wywróciła oczami, zacisnęła szczękę, pokręciła głową, rozpostarła palce wolnej ręki, zacisnęła je i lekko potrząsnęła, jakby miała chęć chwycić i rozszarpać redaktora na strzępy, a w najlepszym wypadku tylko udusić.

- To może niech Kuba tam pojedzie?… A co za różnica, kto zrobi zdjęcia?… Aha, bo to ja robię najlepsze w całej redakcji. Miło słyszeć… Ale przecież nie mam jak tam dojechać, może wezmę taksówkę?... Wiem, że budżetu nie ma na taksówki… Pewnie, że mogę rowerem… Tak, na Kwiatowym pod kościołem też mamy stację rowerową… Dobra, pojadę… W porządku... Mówię przecież, że pojadę!… Do jutra, panie Gerardzie – Żaklina rozłączyła się i odsunęła wreszcie telefon od głowy. – Normalnie ucho mi się przegrzało, kurde. Ależ on jest upierdliwy! Muszę jeszcze pojechać na Graniczną, Kuba. Nasz redaktor przez duże „er” dostał cynk, że tam jakiś napad był, czy coś w tym rodzaju…

- No, patrz, Żaklina – odpowiedział dyżurny Kuba spoglądając w ekran komputera na biurku. – A do nas na skrzynkę nikt o tym nie napisał. I u konkurencji też jeszcze nic nie ma. Może znów dzięki Gerardowi będziemy pierwsi z njusem, co? Zastanawiam się, gdzie w Bolesławcu on nie ma jeszcze swoich informatorów… Dobra, leć już po ten rower. Stację masz niedaleko, bo pod Termami. A potem faktycznie odstaw go u was na osiedlu. Jak coś zapłacisz, to ci księgowy rozliczy w kosztach. Przejedź się, przewietrz swoją jeloł czuprynę, a i kondycję może poćwiczysz…

- Na kondycję to ja akurat nie narzekam, kolego. A ty przestań sobie wreszcie ze mnie drwić. Jakbyś był dżentelmenem, to byś mnie podrzucił tym swoim harleyem – Żaklina zażartowała ze skutera, którym Kuba dojeżdżał do pracy.

- Tylko nie rób wywiadu z truposzczakiem, jeśli jakiegoś spotkasz, Żaklina. Nasi szanowni czytelnicy nie lubią, kiedy ktoś jest taki śmiertelnie poważny… – odbił piłeczkę – Dzwoń od razu, kiedy tylko dowiesz się czegoś konkretnego i ślij fotki, to natychmiast wrzucimy wszystko na stronę.

Żaklina wróciła do swojego biurka. Otworzyła ponownie plecak, wyjęła ze środka oba telefony i przełożyła je do kieszeni spodni. Zapakowała do torby służbowego nikona, po czym wyszła z redakcji, gotowa na zdobywanie informacji i robienie fotografii na miejscu zdarzenia. Zdarzenia, o którym na pewno kilka tysięcy regularnych czytelników ich portalu chciało się czegoś dowiedzieć jak najszybciej i jak najdokładniej. W takich momentach, kiedy czekało ją kolejne, nowe i nieznane wyzwanie odczuwała dużo satysfakcji z tego, że wybrała sobie właśnie taki, a nie inny zawód.

Z zaplanowanym na to popołudnie robieniem przetworów na zimę niestety będą musieli w domu poradzić sobie sami, pomyślała trochę jednak zła na redaktora Skrętkowskiego. Nie lubiła łamać danego słowa. A już najbardziej słowa danego najbliższej rodzinie. Przechodząc koło MDK-u na ulicy Grunwaldzkiej skończyła pisać na prywatnym telefonie SMS-a i wysłała do mamy informację z przeprosinami, że musi tego dnia dłużej popracować. Zaraz potem ze służbowego telefonu na wszelki wypadek zasiliła posiadane już od kilku miesięcy konto aplikacji służącej do wypożyczania rowerów.

***

Lekko zasapana, lecz nie z powodu braku siły, tylko z powodu panującej dość wysokiej temperatury, Żaklina dotarła charakterystycznym szarym rowerem z żółtym koszykiem na koniec ulicy Staszica, do skrzyżowania z ulicą Graniczną. Przejażdżka zajęła jej mniej niż piętnaście minut, więc gdyby już nie potrzebowała więcej korzystać z jednośladu, to nie musiałaby płacić nic za jego wypożyczenie. Nawet gdyby porzuciła rower byle gdzie. Fajna sprawa i jaka wygoda z tymi rowerami na minuty!

W drodze na miejsce wskazane przez redaktora Skrętkowskiego wyprzedziły ją aż dwa radiowozy na sygnale. Zatem musiało tam się stać coś poważnego, pomyślała. Zwolniła i skręciła na skrzyżowaniu w prawo, bo tam właśnie, jakieś sto metrów dalej, zauważyła odbywającą się akcję ratunkową. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymała się widząc blokujące przejazd dwa radiowozy, dwie karetki i czerwonego pickupa z napisem Straż. Czyli przynajmniej żaden pożar, uspokoiła się w myślach. Będzie można podejść całkiem blisko, aby zrobić zdjęcia.

Przyjazd służb z włączonymi syrenami i na kogutach musiał niewątpliwie zaalarmować całą okolicę. Pora była taka, że większość mieszkańców wróciła już do swoich domów. Na wielu posesjach przy tej ulicy, za płotami, przy furtkach albo na chodnikach stali ciekawscy dorośli i ich niepełnoletnie pociechy. Nikt nie miał jednak odwagi zbliżyć się i obserwować z bliska tego, co się działo przed domem jednego z ich sąsiadów. Niektórzy próbowali robić swoimi smartfonami zdjęcia, chociaż nie wiadomo po co, bo ze swoich pozycji kompletnie nic nie mogli zobaczyć. No, ale wrzutkę na fejsa, czy insta zawsze przecież można zrobić dla znajomych…

Jeden z przybyłych policjantów stworzył na ulicy jednoosobowy kordon i pilnował, aby nikt niepowołany nie przeszkadzał służbom w wykonywaniu ich zadań. Nie będę się tam pchała z rowerem, pomyślała Żaklina. Odstawiła jednoślad pod najbliższą z lamp ulicznych i zamknęła blokadę na tylnym kole. Wiedziała, że w tym momencie licznik czasu wypożyczenia wyłączył się, a włączy się dopiero kiedy ponownie zeskanuje kod roweru w aplikacji. A potrzebowała jeszcze ten rower, aby dotrzeć do domu. Ciekawe, czy da radę dojechać stąd na Osiedle Kwiatowe w piętnaście minut?

Podchodząc do miejsca, w którym znajdował się policjant zauważyła, że ten zdecydowanie rusza w jej stronę. Widać miał za zadanie nie dopuszczać gapiów za blisko. Szybko wyjęła z plecaka aparat oraz smycz z przyczepionym kartonikiem legitymacji prasowej, którą zawiesiła sobie na szyi. Nie omieszkała przy tym błyskawicznie rozpiąć najwyższego z zapiętych guzików koszuli. Zanim funkcjonariusz odezwał się do niej okazała mu dokument ze zdjęciem, wypychając nieco pierś do przodu i unosząc kartonik do góry, umożliwiając mu w ten sposób dokładniejsze przyjrzenie się. Oczywiście liczyła na niewielkie rozproszenie uwagi policjanta i jego większą gadatliwość. Jak by nie było, to normalny mężczyzna przecież, ino w mundurze. Trzeba umieć korzystać ze swoich atutów.

- Aha, pani z prasy. Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? – uprzejmie odezwał się schwytany na ponętną przynętę stróż prawa.

- Redaktor Żaklina Sadza. Przyjechałam na zlecenie redakcji portalu wbolcu.net, aby przygotować artykuł dla naszych czytelników – Żaklina zauważalnie przesunęła lewe biodro odrobinę do przodu. – Byłabym panu wdzięczna za jakiekolwiek informacje.

- Starszy posterunkowy Tymoteusz Klich. To u was tak już cienko płacą, że rowerami musicie jeździć? – stróż prawa przedstawił się i od razu zażartował, pokazując ręką w kierunku pozostawionego przez Żaklinę dwukołowego pojazdu. – Umówmy się, że może pani tu przebywać, tylko proszę nie wchodzić na posesję, ani nie przeszkadzać służbom, kiedy będą wywozić poszkodowanych.

- Poszkodowanych? – podchwyciła Żaklina. – To jest więcej niż jedna ofiara?

- Było zgłoszenie od sąsiadów, że znalezione zostały dwie ranne osoby. – odpowiedział policjant. – Medycy, ratownik i moi koledzy są w środku. Kiedy wyjdą, niech pani ich próbuje pociągnąć za język.

- A wie pan może coś więcej o tym, co się wcześniej działo w tym domu? – Żaklina nie dawała za wygraną. Redaktor Skrętkowski na pewno by się nie poddawał. Może nawet już by się zakradł gdzieś od strony ogrodu i zaglądał do środka tego domu przez okna. Może by i nawet tam po prostu wszedł udając domokrążcę sprzedającego ekologiczne kartofle albo podając się za inkasenta, jak mu się to wcześniej wiele razy zdarzało podczas wykonywania jego pracy dziennikarza śledczego.

- Nawet gdybym wiedział, to nie mógłbym na razie powiedzieć. Dopóki nie przyjadą koledzy z dochodzeniówki, my tylko zabezpieczamy i informujemy centralę. No chyba, żebyśmy na miejscu zastali sprawcę, to by to wszystko zupełnie inaczej wyglądało. – wyjaśnił funkcjonariusz. – Niech pani może zapyta któregoś z sąsiadów. Sądzę, że oni, jak zawsze, będą najlepiej poinformowani.

Żaklina rozejrzała się, lecz akurat ani po lewej, ani po prawej stronie na podwórkach przyległych posesji nie zauważyła nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić z pomocą. Stwierdziła, że najlepiej poczekać aż medycy wyjdą i wyprowadzą lub wywiozą rannych. Nie tracąc czasu postanowiła zrobić kilka fotografii. Przeszła kilkanaście kroków w jedną i kilkanaście kroków w drugą stronę, robiąc łącznie kilkadziesiąt zdjęć pojazdów stojących przed lewą częścią bliźniaka, z różnych perspektyw i z różnych odległości.

Po pstryknięciu fotek zaczęła je przeglądać na niewielkim wyświetlaczu aparatu cyfrowego. Po chwili musiała przerwać przeglądanie, gdyż poczuła wibrowanie jednego z jej telefonów. Wyjęła telefon prywatny i odczytała krótką, spóźnioną odpowiedź SMS-ową od mamy „Ok, uważaj na siebie”. Kochana mama, nigdy się nie gniewa. Zauważyła, że wskaźnik baterii telefonu pokazuje 4%. Zaraz telefon padnie. To nic, jest jeszcze służbowa komórka, pocieszyła się w myślach.

Nagle Żaklina usłyszała głośniejsze hałasy, dochodzące z podwórka domu, przed którym stały stojące w ciszy i mrugające światłami pojazdy służb ratunkowych. Schowała naprędce telefon do tylnej kieszeni spodni. Zza narożnika budynku wyłoniły się nosze jezdne pchane przez dwóch ratowników z pogotowia ratunkowego. Na noszach wieziono nieprzytomnego starszego człowieka, przykrytego połyskującym na złoto kocem termicznym. Szybko podniosła lustrzankę do oka i skierowała obiektyw w tamtą stronę, wykonując kilka ujęć wywożonej ofiary. No, to będzie chyba niezła oglądalność, pomyślała. Dobry obrazek dodany do leada z odnośnikiem zawsze przyciągał kilka razy więcej czytelników.

Ratownicy szybko uporali się z wsunięciem noszy do jednej z karetek pogotowia, wsiedli do środka i po włączeniu syreny odjechali z dużą prędkością, zapewne do bolesławieckiego szpitala.

Niedobrze, pomyślała. Mam właściwie tylko zdjęcia, a jak dotąd niewiele informacji. Same fotki to trochę za mało. Koniecznie trzeba było z kimś porozmawiać. Tylko z kim? Ciekawe, co z tą drugą poszkodowaną osobą, o której wspomniał starszy posterunkowy? Może nadal jest w środku? Kto wie, być może właśnie walczy o życie?

Zza budynku wyłonił się tym następny policjant idący ramię w ramię i rozmawiający z postawnym mężczyzną w kurtce z napisem STRAŻ, a tuż za nimi szedł powoli ratownik medyczny podtrzymujący pod rękę kobietę w średnim wieku o długich rudych włosach. Za tą parą z kolei szło dwoje starszych ludzi: zmartwiona kobieta w kuchennym fartuszku, z upiętymi w kok siwymi włosami oraz będący dość mocno przy kości, łysiejący mężczyzna. Może to ktoś z rodziny, albo może to właśnie ci sąsiedzi? Żaklina wykonała kilkanaście kolejnych ujęć, choć wiedziała, że w razie publikacji i tak twarze wszystkich sfotografowanych tutaj osób będą musiały zostać zakryte. Ruszyła stanowczo do przodu mając nadzieję na zadanie im kilku pytań.

Zanim dotarła do ratownika z rudowłosą, z trudem stawiającą kroki kobietą, na której twarzy widniały ślady krwi, zdążyli oni wsiąść przez tylne drzwi do wnętrza ambulansu. Pojazd prawie natychmiast odjechał, ale bez włączania syreny i bez migających niebieskich świateł. Widocznie uznano, że poszkodowanej nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo, a dwie-trzy minuty zaoszczędzone na czasie transportu i tak niczego nie zmienią. Pozostali na miejscu policjanci i strażak stali nadal na podwórku, jakby czekali na czyjś przyjazd.

Nie tracąc czasu Żaklina podeszła do starszej pary, która wyszła z bramy i przystanęła na chodniku, odprowadzając wzrokiem odjeżdżający ambulans. Tęgi pan zwrócił się do towarzyszącej mu kobiety:

- Nie sądzisz, Zosiu, że uratowaliśmy im życie?

- Nie wiem, Wiesiu – odpowiedziała – Ale to naprawdę straszne było. Nie mogę uwierzyć, że ktoś ma na tyle tupetu i bezczelności, aby spokojnych ludzi w biały dzień napadać!

- Dzień dobry! – wtrąciła się do rozmowy Żaklina, a obydwoje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zdaje się, że głównie przestraszyli się nieco jej wyglądem. – Jestem z lokalnego portalu wbolcu.net. Chciałabym zapytać…

- Dzień dobry! – przerwał jej bez ogródek pan Wiesław. – A wie pani, że ja czytam każdą waszą drukowaną darmową gazetę? Nazywam się Wiesław Słowik, sąsiad Julii i Zygmunta. A to moja żona, Zofia – pan Słowik podał Żaklinie rękę, a jego żona skinęła tylko głową, obdarowując ją bardzo surowym spojrzeniem od stóp do głów, co najmniej jakby zobaczyła przed sobą przedstawiciela groźnego gatunku, który wysiadł z szarego spodka w żółtym hełmie astronauty.

Żaklina domyślała się, że przez jej wygląd nie wszystkim może się podobać i nawet kilka rozpiętych guzików od koszuli nie byłoby w stanie zatrzeć tego niekorzystnego wrażenia. Mężczyźni jeszcze jako tako, ale z kobietami będą wielkie problemy. Co ją, do czorta, podkusiło z tą fryzurą? Zdziwi się jej fryzjerka, że wytrzymała z tym żółtym sianem na głowie tylko przez kilka dni.

- To cudownie, że jest pan naszym fanem – próbowała mimo wszystko wywołać u swoich rozmówców pozytywne skojarzenia. – Czy mogą państwo podzielić się z naszymi czytelnikami jakimiś informacjami na temat tego zdarzenia? Bolesławianie chcieliby wiedzieć, czy w naszym mieście można czuć się bezpiecznie?

- Nie możemy się podzielić i nie można się czuć bezpiecznie, pani redaktor! Julia i Zygmunt mogliby sobie nie życzyć, abyśmy ich w gazecie obsmarowywali, Wiesiek – pani Zofia chwyciła męża pod ramię i zaczęła odciągać go na siłę jak najdalej.

Pan Słowik próbował się temu opierać. Chwilę błądził wzrokiem pomiędzy głową a niższymi partiami Żakliny, co natychmiast zostało dostrzeżone przez jego małżonkę, dlatego też pani Słowikowa dosłownie szarpnęła go za koszulę na ramieniu i zaczęła ciągnąć w stronę bramy wjazdowej na ich posesję.

- No chodź, Wiesiek. A panią przepraszamy, jesteśmy bardzo zajęci…

Żaklina jakoś przełknęła tę gorzką porażkę w walce o dostęp do informacji z pierwszej ręki i postanowiła mimo wszystko zrobić jeszcze kilka ujęć okolicy, w której doszło do napaści. Pstryknęła około dziesięciu fotek bliźniaczego domu, a potem obróciła się, aby uchwycić jeszcze jedno ogólne ujęcie ulicy Granicznej. Przykucnęła, żeby zmienić perspektywę obrazu i spojrzała przez wizjer aparatu.

W pierwszej chwili pomyślała, że wzrok jej szwankuje. Kręcąc ręcznie pierścieniami na obiektywie powiększyła i wyostrzyła obraz w wizjerze. W oddali, blisko pętli autobusowej, stało na poboczu czarne audi. Z miejsca, w którym się znajdowała nie mogła określić modelu auta, ale to nie samochód był tym, co przyciągnęło jej uwagę. To stojący obok, a właściwie opierający się o maskę mężczyzna w ciemnym płaszczu. Płaszcz był dokładnie w takim samym kolorze jak na zdjęciach, które niemal godzinę wcześniej wysłała do oficera wydziału dochodzeniowo-śledczego bolesławieckiej Policji. Powiększyła obraz jeszcze bardziej i odruchowo zaczęła naciskać przycisk migawki.

Mężczyzna musiał to dostrzec, ponieważ szybko odwrócił się i wsiadł do wnętrza samochodu. Nie zdążyła zrobić odpowiednio dużego powiększenia jego twarzy, kiedy stał na zewnątrz pojazdu, a przyciemniana szyba nie pozwoliła dostrzec rysów jego twarzy. Mimo to Żaklina pstrykała kolejne zdjęcia. Zauważyła, że reflektory auta zapaliły się i audi ruszyło do przodu. Przestraszyła się, że gość mógł powziąć nagły i nieodwołalny zamiar rozjechania jej na środku drogi. Odruchowo wyprostowała się i podeszła w pobliże policjanta Tymoteusza, który cały czas stał na swoim stanowisku przy radiowozie. Chowając się nieco za umundurowanym funkcjonariuszem obserwowała zbliżające się auto. Poczuła przypływ adrenaliny, gdyż była na sto procent przekonana, że był to ten sam mężczyzna, którego sfotografowała przypadkiem na bolesławieckim rynku. Pomyślała, że to może być właśnie ta jedna jedyna szansa na to, aby jej dziennikarska kariera ruszyła teraz z kopyta.

Audi powoli przejechało obok nich i kierowca rozpoczął manewr skrętu w lewo w ulicę Staszica. Żaklina próbowała zajrzeć przez ciemne szyby auta, by upewnić się, czy facet za kierownicą ma jakieś blizny na twarzy, ale niestety nie było to możliwe. Odniosła za to wrażenie, że mężczyzna w płaszczu zamiast zawrócić specjalnie pojechał w tę stronę, bo z kolei to on chciał się jej dokładnie przyjrzeć.

Coś złego musiało podkusić Żaklinę, bo kiedy przejeżdżający samochód znikał za zakrętem, nagle rzuciła się w kierunku pozostawionego wcześniej pod pobliską latarnią szarego roweru. Po drodze próbowała otworzyć plecak szarpiąc się z jego troczkami. Udało jej się schować aparat do plecaka i wyjęła służbową komórkę, aby ponownie odblokować jednoślad z koszykiem.

Nie wiadomo, co kierowało młodą redaktorką, kiedy zaczęła śledzić rowerem oddalający się samochód. Może po prostu miała nadzieję, że rozwiązując samodzielnie skomplikowaną zagadkę kryminalną przysporzy sobie popularności, a może chciała dopomóc w śledztwie Hieronimowi. Kiedy wskaże dokąd udał się ten podejrzany osobnik, Hirek na pewno będzie dumny z bliskiej znajomości z taką odważną, sprytną i pomysłową dziewczyną...
-------------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
"prezidą" to specjalnie, tak z francuska
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Białawoszary Dereń 3 lutego 2021r. o 15:50
Статьи: Ремонт промэлектроники - Страница 1521 https://prom-electric.ru/articles/8/?page=1521 Информация: Ремонт промэлектроники - Страница 1521
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Bladofioletowa Wiekuistka 4 lutego 2021r. o 5:46
https://forum.odkrywca.pl/topic/650093-wybuch-w-trzebieniu/
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Bladofioletowa Wiekuistka 4 lutego 2021r. o 5:52
Oczywiście z tą smiervia na grzybobraniu w wyniku wybuchu to fikcja literacka.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Barwinkowy Lilak 5 lutego 2021r. o 10:06
Fikcja, choć całkiem prawdopodobna, bo ktokolwiek akurat by naówczas tamtędy przechodził po leśnum dukcie, miałby szansę na miażdżącą rozrywkę, defragmentację, bądź wyparowanie.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Płowobrunatny Fasolnik 5 lutego 2021r. o 10:41
W 1963 r. w Łaziskach ludzie nie mieli tyle szczęścia. Myśliwiec radziecki rozbił się, zabijając dwoje ludzi.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Barwinkowy Lilak 5 lutego 2021r. o 15:09
I w Wysokiej albo w Wilkocinie koło Przemkowa w latach 80tych bombę lotniczą albo rakietę Rosjanie zgubili i na podwórko jednej z posesji spadła. Samochód przesunął się ponoć od wybuchu i przygniótł człowieka, który zginął.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec