Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Dziad Zawsze Nim Będzie :d :d
od Dawny GREGBOLEC dla Pseudo Policeman
Nic Sie Nie Zbuduje Jak Marta Nie Zaprojektuje! Pozdrowienia, Miłego Dzionka I Smacznej Kawusi!
od Bobek dla Martita Favorita
Pozdrowienia Dla Najlepszego Doktora! #toiler_every_day
od Bobek dla Doktor Krystian
Pozdrawiam Miłosza C Z Wrocławskiego Centrum R&d!
od Cygan dla Miłosz C
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
3 lutego 2021r. godz. 17:58, odsłon: 1036, Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 44

Część w której Żaklina zostaje wysłana do fotoreportażu, a pani Słowikowa upomina męża.
Dziewczyna z aparatem
Dziewczyna z aparatem (fot. pixabay)

Już jest czterdziesta czwarta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Czterdziesta pierwsza część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta druga część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Czterdziesta trzecia część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

A imię jego czterdzieści i cztery... albo Żaklina. Dzisiaj nasz niesamowity autor pan M. zdradza nam, jak redaktor stała się niebezpieczna dla szwarccharakteru. Zapraszamy do lektury:


- Iiii… poszło – powiedziała sama do siebie zadowolona redaktor Żaklina Sadza, kiedy licznik wysyłania wiadomości wreszcie pokazał 100% i natychmiast zniknął.

Dwie nieskompresowane fotografie o bardzo wysokiej rozdzielczości, wykonane redakcyjną lustrzanką cyfrową ważyły łącznie ponad 30 megabajtów, więc wysyłanie maila do podinspektora Kamińskiego, o co poprosił ją kilkanaście minut wcześniej Hirek, musiało chwilę potrwać. To i tak nic w porównaniu z tym, jak wyglądał do niedawna transfer dużych plików z lub do komputerów znajdujących się w siedzibie portalu wbolcu.net. Jeszcze dwa miesiące temu przesyłanie tak obszernej wiadomości trwałoby na pewno kilka minut, które z powodzeniem można było przeznaczyć na zrobienie sobie kawy.

Jakie to szczęście, że naczelny dał się wreszcie namówić narzekającym na komfort pracy dziennikarzom na łącze światłowodowe. A najmocniej to już naciskał na to redaktor Gerard Skrętkowski, osoba, bez pracy której Żaklina nie wyobrażała sobie w ogóle istnienia tego portalu. „Świat idzie do przodu, więc redakcja też w końcu musi” – powiedział na jednym z czerwcowych zebrań – „Kto stoi w miejscu, ten zostaje z tyłu. Komputeryzacja i informatyzacja wchodzą wszędzie, nawet do naszych lodówek i do naszych łóżek. Cyfrowe wykluczenie zaczyna być piętnem i piętą Achillesa jednocześnie. Nasze łącze musi być rącze, jak łania co po puszczy gania”.

Gadane i dar przekonywania, to redaktor Skrętkowski miał na pewno. Mógł długo tak perorować, a do tego wcale nie zanudzał. Kiedy zapadał w oratorski trans, nie było mocnych na jego wyszukane argumenty. Każdy, kto go dobrze znał, zastanawiał się, dlaczego nie chce robić kariery w polityce. Sukces wyborczy murowany. Ale on widocznie chciał zostać po tej stronie, po której można mieć nieskrępowane poglądy i patrzeć innym na, skrępowane polityczną poprawnością albo korupcją, ręce.

- Co, fajrant, madame Żaklin? – wymawiając „r” z francuska spytał z drugiego końca biura, siedzący na dyżurze, redakcyjny kolega Kuba. Żaklina zawiązywała właśnie plecak po spakowaniu do niego uprzednio telefonów, swojego męskiego portfela i kilku innych osobistych drobiazgów.

- Tak. Na mnie pora – odpowiedziała podniesionym głosem, aby pytający ją dosłyszał. Przerzuciła kolorową torbę przez ramię i podeszła do jego biurka. – Muszę zdążyć na autobus. Wiesz, w wakacje jest inny rozkład, a i kursów jest mniej w kierunku mojego domu. A ty nie idziesz?

- Jeszcze nie – Kuba odchylił się w swoim obrotowym fotelu i odjechał na nim z pół metra do tyłu. Splótł palce obu dłoni na brzuchu i zaczął w charakterystyczny sposób kręcić kciukami, jakby nimi nawijał szpulkę. Widać było, że na coś czeka. Może chciał podzielić się z Żakliną czymś, co powinno ją jego zdaniem zainteresować? Nie musiał długo czekać, aż na jej twarzy pojawiło się zainteresowanie. – Skrętkowski dzwonił, kiedy byłaś w ratuszu u naszego prezidą. Prosił mnie, a właściwie kazał, abym został do szóstej, bo ponoć będzie miał jakiś tekst, który jego zdaniem jeszcze dzisiaj powinien trafić do naszej rubryki „PILNE” i „TYLKO U NAS”. Twierdzi, że to może być niezła bomba, chociaż organa ścigania na pewno nie będą zadowolone. No, ale jak zwykle nie mówił dokładnie, o co chodzi, ani nad jaką sprawą pracuje…

- Czyli znowu bawi się w detektywa – stwierdziła Żaklina i obróciła głowę w kierunku otwartego okna, bo całkiem niedaleko rozległa się syrena karetki pogotowia, a może radiowozu Policji. A może jednak wozu Straży Pożarnej? Nigdy nie umiała odróżnić żadnego z tych trzech sygnałów, chociaż wszyscy inni w redakcji już to potrafili. – Oby tylko kiedyś nie wyszło mu to bokiem. To do jutra, Kuba.

Żaklina ledwie odwróciła się w kierunku drzwi wejściowych do redakcji i zrobiła kilka kroków, kiedy zadzwonił telefon komórkowy leżący na biurku dyżurnego. Zamiast pożegnać się z wychodzącą koleżanką, Kuba popatrzył na ekran i odebrał połączenie, rzucając do aparatu jedynie krótkie „Słucham”.

- Poczekaj, to Skrętkowski! – powstrzymał Żaklinę głośnym szeptem, zasłaniając mikrofon, a po zabraniu ręki zwrócił się już głośno do rozmówcy po drugiej stronie telefonu. – No, co tam, panie Gerardzie? No, dobra. Przepraszam. Wiem, że kazał mi pan mówić do siebie po imieniu, ale jakoś tak samo wychodzi mi to „pan”…

Żaklina przytrzymała stopą na wpół otwarte drzwi i dosłownie stojąc w progu, odwróciła się. Ciekawa była, czego chciał redaktor Skrętkowski. Popatrzyła na ścianę, na której wisiał redakcyjny zegar i stwierdziła, że ma jeszcze paręnaście minut do odjazdu autobusu. Drogę do przystanku na Sądowej pokonywała w trzy minuty. Nawet jeśli po drodze miałaby trafić na czerwone światło na przejściu dla pieszych, to i tak jeszcze chwilę będzie musiała posiedzieć na przystanku.

- Tak. Właśnie wychodziła, ale ją zatrzymałem. Nie wiem… Zapytam. Albo nie, sam ją pan… yyyy… sam ją zapytaj, Gerard… – Kuba wstał z krzesła, podszedł do Żakliny, wręczył jej telefon i widząc jej zaskoczenie rozłożył ręce w geście bezradności. – Chce koniecznie rozmawiać z tobą.

- Słucham, panie Gerardzie? – Żaklina puściła drzwi i z telefonem przy uchu weszła z powrotem do biura. Po chwili, rozmawiając już z redaktorem Skrętkowskim, zaczęła przechadzać się nerwowo po biurze, w tę i z powrotem. – Nie bardzo mogę teraz rozmawiać, śpieszę się na autobus… Tak, zrobiłam dzisiaj ten wywiad z prezydentem… Wiem, że to musi pilnie pójść, ale miałam to zrobić jutro z samego rana, bo mam inne plany na popołudnie i wieczór… Dobra, niech się pan nie unosi. W takim razie posiedzę w domu nad nagraniem i przed dziewiątą rano będzie gotowe… No to do… - Żaklina słuchała i nagle zmarszczyła brwi. – Jaka jeszcze jedna sprawa?... Jak to? Teraz?... Niech pan nie żartuje… Tak, oczywiście, że zależy mi na tej pracy, ale…

Żaklina popatrzyła na Kubę, który zaczął się jej przyglądać z coraz większym zainteresowaniem. Wywróciła oczami, zacisnęła szczękę, pokręciła głową, rozpostarła palce wolnej ręki, zacisnęła je i lekko potrząsnęła, jakby miała chęć chwycić i rozszarpać redaktora na strzępy, a w najlepszym wypadku tylko udusić.

- To może niech Kuba tam pojedzie?… A co za różnica, kto zrobi zdjęcia?… Aha, bo to ja robię najlepsze w całej redakcji. Miło słyszeć… Ale przecież nie mam jak tam dojechać, może wezmę taksówkę?... Wiem, że budżetu nie ma na taksówki… Pewnie, że mogę rowerem… Tak, na Kwiatowym pod kościołem też mamy stację rowerową… Dobra, pojadę… W porządku... Mówię przecież, że pojadę!… Do jutra, panie Gerardzie – Żaklina rozłączyła się i odsunęła wreszcie telefon od głowy. – Normalnie ucho mi się przegrzało, kurde. Ależ on jest upierdliwy! Muszę jeszcze pojechać na Graniczną, Kuba. Nasz redaktor przez duże „er” dostał cynk, że tam jakiś napad był, czy coś w tym rodzaju…

- No, patrz, Żaklina – odpowiedział dyżurny Kuba spoglądając w ekran komputera na biurku. – A do nas na skrzynkę nikt o tym nie napisał. I u konkurencji też jeszcze nic nie ma. Może znów dzięki Gerardowi będziemy pierwsi z njusem, co? Zastanawiam się, gdzie w Bolesławcu on nie ma jeszcze swoich informatorów… Dobra, leć już po ten rower. Stację masz niedaleko, bo pod Termami. A potem faktycznie odstaw go u was na osiedlu. Jak coś zapłacisz, to ci księgowy rozliczy w kosztach. Przejedź się, przewietrz swoją jeloł czuprynę, a i kondycję może poćwiczysz…

- Na kondycję to ja akurat nie narzekam, kolego. A ty przestań sobie wreszcie ze mnie drwić. Jakbyś był dżentelmenem, to byś mnie podrzucił tym swoim harleyem – Żaklina zażartowała ze skutera, którym Kuba dojeżdżał do pracy.

- Tylko nie rób wywiadu z truposzczakiem, jeśli jakiegoś spotkasz, Żaklina. Nasi szanowni czytelnicy nie lubią, kiedy ktoś jest taki śmiertelnie poważny… – odbił piłeczkę – Dzwoń od razu, kiedy tylko dowiesz się czegoś konkretnego i ślij fotki, to natychmiast wrzucimy wszystko na stronę.

Żaklina wróciła do swojego biurka. Otworzyła ponownie plecak, wyjęła ze środka oba telefony i przełożyła je do kieszeni spodni. Zapakowała do torby służbowego nikona, po czym wyszła z redakcji, gotowa na zdobywanie informacji i robienie fotografii na miejscu zdarzenia. Zdarzenia, o którym na pewno kilka tysięcy regularnych czytelników ich portalu chciało się czegoś dowiedzieć jak najszybciej i jak najdokładniej. W takich momentach, kiedy czekało ją kolejne, nowe i nieznane wyzwanie odczuwała dużo satysfakcji z tego, że wybrała sobie właśnie taki, a nie inny zawód.

Z zaplanowanym na to popołudnie robieniem przetworów na zimę niestety będą musieli w domu poradzić sobie sami, pomyślała trochę jednak zła na redaktora Skrętkowskiego. Nie lubiła łamać danego słowa. A już najbardziej słowa danego najbliższej rodzinie. Przechodząc koło MDK-u na ulicy Grunwaldzkiej skończyła pisać na prywatnym telefonie SMS-a i wysłała do mamy informację z przeprosinami, że musi tego dnia dłużej popracować. Zaraz potem ze służbowego telefonu na wszelki wypadek zasiliła posiadane już od kilku miesięcy konto aplikacji służącej do wypożyczania rowerów.

***

Lekko zasapana, lecz nie z powodu braku siły, tylko z powodu panującej wysokiej temperatury, Żaklina dotarła charakterystycznym szarym rowerem z żółtym koszykiem na koniec ulicy Staszica, do skrzyżowania z ulicą Graniczną. Przejażdżka zajęła jej mniej niż piętnaście minut, więc gdyby już nie potrzebowała więcej korzystać z jednośladu, to nie musiałaby płacić nic za jego wypożyczenie. Nawet gdyby porzuciła rower byle gdzie. Fajna sprawa i jaka wygoda z tymi rowerami na minuty!

W drodze na miejsce wskazane przez redaktora Skrętkowskiego wyprzedziły ją aż dwa radiowozy na sygnale. Zatem musiało tam się stać coś poważnego, pomyślała. Zwolniła i skręciła na skrzyżowaniu w prawo, bo tam właśnie, jakieś sto metrów dalej, zauważyła odbywającą się akcję ratunkową. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymała się, widząc blokujące przejazd dwa radiowozy, dwie karetki i czerwonego pickupa z napisem "Straż". Czyli przynajmniej żaden pożar, uspokoiła się w myślach. Będzie można podejść całkiem blisko, aby zrobić zdjęcia.

Przyjazd służb z włączonymi syrenami i na kogutach musiał niewątpliwie zaalarmować całą okolicę. Pora była taka, że większość mieszkańców wróciła już do swoich domów. Na wielu posesjach przy tej ulicy, za płotami, przy furtkach albo na chodnikach stali ciekawscy dorośli i ich niepełnoletnie pociechy. Nikt nie miał jednak odwagi zbliżyć się i obserwować z bliska tego, co się działo przed domem jednego z ich sąsiadów. Niektórzy próbowali robić swoimi smartfonami zdjęcia, chociaż nie wiadomo po co, bo ze swoich pozycji kompletnie nic nie mogli zobaczyć. No, ale wrzutkę na fejsa, czy insta zawsze przecież można zrobić dla znajomych…

Jeden z przybyłych policjantów stworzył na ulicy jednoosobowy kordon i pilnował, aby nikt niepowołany nie przeszkadzał służbom w wykonywaniu ich zadań. Nie będę się tam pchała z rowerem, pomyślała Żaklina. Odstawiła jednoślad pod najbliższą z lamp ulicznych i zamknęła blokadę na tylnym kole. Wiedziała, że w tym momencie licznik czasu wypożyczenia wyłączył się, a włączy się dopiero kiedy ponownie zeskanuje kod roweru w aplikacji. A potrzebowała jeszcze ten rower, aby dotrzeć do domu. Ciekawe, czy da radę dojechać stąd na Osiedle Kwiatowe w piętnaście minut?

Podchodząc do miejsca, w którym znajdował się policjant zauważyła, że ten zdecydowanie rusza w jej stronę. Widać miał za zadanie nie dopuszczać gapiów za blisko. Szybko wyjęła z plecaka aparat oraz smycz z przyczepionym kartonikiem legitymacji prasowej, którą zawiesiła sobie na szyi. Nie omieszkała przy tym błyskawicznie rozpiąć najwyższego z zapiętych guzików koszuli. Zanim funkcjonariusz odezwał się do niej okazała mu dokument ze zdjęciem, wypychając nieco pierś do przodu i unosząc kartonik do góry, umożliwiając mu w ten sposób dokładniejsze przyjrzenie się. Oczywiście liczyła na niewielkie rozproszenie uwagi policjanta i jego większą gadatliwość. Jak by nie było, to normalny mężczyzna przecież, ino w mundurze. Trzeba umieć korzystać ze swoich atutów.

- Aha, pani z prasy. Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? – uprzejmie odezwał się schwytany na ponętną przynętę stróż prawa.

- Redaktor Żaklina Sadza. Przyjechałam na zlecenie redakcji portalu wbolcu.net, aby przygotować artykuł dla naszych czytelników – Żaklina zauważalnie przesunęła lewe biodro odrobinę do przodu. – Byłabym panu wdzięczna za jakiekolwiek informacje.

- Starszy posterunkowy Tymoteusz Klich. To u was tak już cienko płacą, że rowerami musicie jeździć? – stróż prawa przedstawił się i od razu zażartował, pokazując ręką w kierunku pozostawionego przez Żaklinę dwukołowego pojazdu. – Umówmy się, że może pani tu przebywać, tylko proszę nie wchodzić na posesję, ani nie przeszkadzać służbom, kiedy będą wywozić poszkodowanych.

- Poszkodowanych? – podchwyciła Żaklina. – To jest więcej niż jedna ofiara?

- Było zgłoszenie od sąsiadów, że znalezione zostały dwie ranne osoby. – odpowiedział policjant. – Medycy, ratownik i moi koledzy są w środku. Kiedy wyjdą, niech pani ich próbuje pociągnąć za język.

- A wie pan może coś więcej o tym, co się wcześniej działo w tym domu? – Żaklina nie dawała za wygraną. Redaktor Skrętkowski na pewno by się nie poddawał. Może nawet już by się zakradł gdzieś od strony ogrodu i zaglądał do środka tego domu przez okna. Może by i nawet tam po prostu wszedł udając domokrążcę sprzedającego ekologiczne kartofle albo podając się za inkasenta, jak mu się to wcześniej wiele razy zdarzało podczas wykonywania jego pracy dziennikarza śledczego.

- Nawet gdybym wiedział, to nie mógłbym na razie powiedzieć. Dopóki nie przyjadą koledzy z dochodzeniówki, my tylko zabezpieczamy i informujemy centralę. No chyba, żebyśmy na miejscu zastali sprawcę, to by to wszystko zupełnie inaczej wyglądało. – wyjaśnił funkcjonariusz. – Niech pani może zapyta któregoś z sąsiadów. Sądzę, że oni, jak zawsze, będą najlepiej poinformowani.

Żaklina rozejrzała się, lecz akurat ani po lewej, ani po prawej stronie na podwórkach przyległych posesji nie zauważyła nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić z pomocą. Stwierdziła, że najlepiej poczekać aż medycy wyjdą i wyprowadzą lub wywiozą rannych. Nie tracąc czasu postanowiła zrobić kilka fotografii. Przeszła kilkanaście kroków w jedną i kilkanaście kroków w drugą stronę, robiąc łącznie kilkadziesiąt zdjęć pojazdów stojących przed lewą częścią bliźniaka, z różnych perspektyw i z różnych odległości.

Po pstryknięciu fotek zaczęła je przeglądać na niewielkim wyświetlaczu aparatu cyfrowego. Po chwili musiała przerwać przeglądanie, gdyż poczuła wibrowanie jednego z jej telefonów. Wyjęła telefon prywatny i odczytała krótką, spóźnioną odpowiedź SMS-ową od mamy „Ok, uważaj na siebie”. Kochana mama, nigdy się nie gniewa. Zauważyła, że wskaźnik baterii telefonu pokazuje 4%. Zaraz telefon padnie. To nic, jest jeszcze służbowa komórka, pocieszyła się w myślach.

Nagle Żaklina usłyszała głośniejsze hałasy, dochodzące z podwórka domu, przed którym stały stojące w ciszy i mrugające światłami pojazdy służb ratunkowych. Schowała naprędce telefon do tylnej kieszeni spodni. Zza narożnika budynku wyłoniły się nosze jezdne pchane przez dwóch ratowników z pogotowia ratunkowego. Na noszach wieziono nieprzytomnego starszego człowieka, przykrytego połyskującym na złoto kocem termicznym. Szybko podniosła lustrzankę do oka i skierowała obiektyw w tamtą stronę, wykonując kilka ujęć wywożonej ofiary. No, to będzie chyba niezła oglądalność, pomyślała. Dobry obrazek dodany do leada z odnośnikiem zawsze przyciągał kilka razy więcej czytelników.

Ratownicy szybko uporali się z wsunięciem noszy do jednej z karetek pogotowia, wsiedli do środka i po włączeniu syreny odjechali z dużą prędkością, zapewne do bolesławieckiego szpitala.

Niedobrze, pomyślała. Mam właściwie tylko zdjęcia, a jak dotąd niewiele informacji. Same fotki to trochę za mało. Koniecznie trzeba było z kimś porozmawiać. Tylko z kim? Ciekawe, co z tą drugą poszkodowaną osobą, o której wspomniał starszy posterunkowy? Może nadal jest w środku? Kto wie, być może właśnie walczy o życie?

Zza budynku wyłonił się tym następny policjant idący ramię w ramię i rozmawiający z postawnym mężczyzną w kurtce z napisem STRAŻ, a tuż za nimi szedł powoli ratownik medyczny podtrzymujący pod rękę kobietę w średnim wieku o długich, rudych włosach. Za tą parą z kolei szło dwoje starszych ludzi: zmartwiona kobieta w kuchennym fartuszku, z upiętymi w kok siwymi włosami oraz będący dość mocno przy kości, łysiejący mężczyzna. Może to ktoś z rodziny, albo może to właśnie ci sąsiedzi? Żaklina wykonała kilkanaście kolejnych ujęć, choć wiedziała, że w razie publikacji i tak twarze wszystkich sfotografowanych tutaj osób będą musiały zostać zakryte. Ruszyła stanowczo do przodu mając nadzieję na zadanie im kilku pytań.

Zanim dotarła do ratownika z rudowłosą, z trudem stawiającą kroki kobietą, na której twarzy widniały ślady krwi, zdążyli oni wsiąść przez tylne drzwi do wnętrza ambulansu. Pojazd prawie natychmiast odjechał, ale bez włączania syreny i bez migających niebieskich świateł. Widocznie uznano, że poszkodowanej nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo, a dwie-trzy minuty zaoszczędzone na czasie transportu i tak niczego nie zmienią. Pozostali na miejscu policjanci i strażak stali nadal na podwórku, jakby czekali na czyjś przyjazd.

Nie tracąc czasu Żaklina podeszła do starszej pary, która wyszła z bramy i przystanęła na chodniku, odprowadzając wzrokiem odjeżdżający ambulans. Tęgi pan zwrócił się do towarzyszącej mu kobiety:

- Nie sądzisz, Zosiu, że uratowaliśmy im życie?

- Nie wiem, Wiesiu – odpowiedziała – Ale to naprawdę straszne było. Nie mogę uwierzyć, że ktoś ma na tyle tupetu i bezczelności, aby spokojnych ludzi w biały dzień napadać!

- Dzień dobry! – wtrąciła się do rozmowy Żaklina, a obydwoje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zdaje się, że głównie przestraszyli się nieco jej wyglądem. – Jestem z lokalnego portalu wbolcu.net. Chciałabym zapytać…

- Dzień dobry! – przerwał jej bez ogródek pan Wiesław. – A wie pani, że ja czytam każdą waszą drukowaną darmową gazetę? Nazywam się Wiesław Słowik, sąsiad Julii i Zygmunta. A to moja żona, Zofia – pan Słowik podał Żaklinie rękę, a jego żona skinęła tylko głową, obdarowując ją bardzo surowym spojrzeniem od stóp do głów, co najmniej jakby zobaczyła przed sobą przedstawiciela groźnego gatunku, który wysiadł z szarego spodka w żółtym hełmie astronauty.

Żaklina domyślała się, że przez jej wygląd nie wszystkim może się podobać i nawet kilka rozpiętych guzików od koszuli nie byłoby w stanie zatrzeć tego niekorzystnego wrażenia. Mężczyźni jeszcze jako tako, ale z kobietami będą wielkie problemy. Co ją, do czorta, podkusiło z tą fryzurą? Zdziwi się jej fryzjerka, że wytrzymała z tym żółtym sianem na głowie tylko przez kilka dni.

- To cudownie, że jest pan naszym fanem – próbowała mimo wszystko wywołać u swoich rozmówców pozytywne skojarzenia. – Czy mogą państwo podzielić się z naszymi czytelnikami jakimiś informacjami na temat tego zdarzenia? Bolesławianie chcieliby wiedzieć, czy w naszym mieście można czuć się bezpiecznie?

- Nie możemy się podzielić i nie można się czuć bezpiecznie, pani redaktor! Julia i Zygmunt mogliby sobie nie życzyć, abyśmy ich w gazecie obsmarowywali, Wiesiek – pani Zofia chwyciła męża pod ramię i zaczęła odciągać go na siłę jak najdalej.

Pan Słowik próbował się temu opierać. Chwilę błądził wzrokiem pomiędzy głową a niższymi partiami Żakliny, co natychmiast zostało dostrzeżone przez jego małżonkę, dlatego też pani Słowikowa dosłownie szarpnęła go za koszulę na ramieniu i zaczęła ciągnąć w stronę bramy wjazdowej na ich posesję.

- No chodź, Wiesiek. A panią przepraszamy, jesteśmy bardzo zajęci…

Żaklina jakoś przełknęła tę gorzką porażkę w walce o dostęp do informacji z pierwszej ręki i postanowiła mimo wszystko zrobić jeszcze kilka ujęć okolicy, w której doszło do napaści. Pstryknęła około dziesięciu fotek bliźniaczego domu, a potem obróciła się, aby uchwycić jeszcze jedno ogólne ujęcie ulicy Granicznej. Przykucnęła, żeby zmienić perspektywę obrazu i spojrzała przez wizjer aparatu.

W pierwszej chwili pomyślała, że wzrok jej szwankuje. Kręcąc ręcznie pierścieniami na obiektywie powiększyła i wyostrzyła obraz w wizjerze. W oddali, blisko pętli autobusowej, stało na poboczu czarne audi. Z miejsca, w którym się znajdowała nie mogła określić modelu auta, ale to nie samochód był tym, co przyciągnęło jej uwagę. To stojący obok, a właściwie opierający się o maskę mężczyzna w ciemnym płaszczu. Płaszcz był dokładnie w takim samym kolorze jak na zdjęciach, które niemal godzinę wcześniej wysłała do oficera wydziału dochodzeniowo-śledczego bolesławieckiej Policji. Powiększyła obraz jeszcze bardziej i odruchowo zaczęła naciskać przycisk migawki.

Mężczyzna musiał to dostrzec, ponieważ szybko odwrócił się i wsiadł do wnętrza samochodu. Nie zdążyła zrobić odpowiednio dużego powiększenia jego twarzy, kiedy stał na zewnątrz pojazdu, a przyciemniana szyba nie pozwoliła dostrzec rysów jego twarzy. Mimo to Żaklina pstrykała kolejne zdjęcia. Zauważyła, że reflektory auta zapaliły się i audi ruszyło do przodu. Przestraszyła się, że gość mógł powziąć nagły i nieodwołalny zamiar rozjechania jej na środku drogi. Odruchowo wyprostowała się i podeszła w pobliże policjanta Tymoteusza, który cały czas stał na swoim stanowisku przy radiowozie. Chowając się nieco za umundurowanym funkcjonariuszem obserwowała zbliżające się auto. Poczuła przypływ adrenaliny, gdyż była na sto procent przekonana, że był to ten sam mężczyzna, którego sfotografowała przypadkiem na bolesławieckim rynku. Pomyślała, że to może być właśnie ta jedna jedyna szansa na to, aby jej dziennikarska kariera ruszyła teraz z kopyta.

Audi powoli przejechało obok nich i kierowca rozpoczął manewr skrętu w lewo w ulicę Staszica. Żaklina próbowała zajrzeć przez ciemne szyby auta, by upewnić się, czy facet za kierownicą ma jakieś blizny na twarzy, ale niestety nie było to możliwe. Odniosła za to wrażenie, że mężczyzna w płaszczu zamiast zawrócić specjalnie pojechał w tę stronę, bo z kolei to on chciał się jej dokładnie przyjrzeć.

Coś złego musiało podkusić Żaklinę, bo kiedy przejeżdżający samochód znikał za zakrętem, nagle rzuciła się w kierunku pozostawionego wcześniej pod pobliską latarnią szarego roweru. Po drodze próbowała otworzyć plecak szarpiąc się z jego troczkami. Udało jej się schować aparat do plecaka i wyjęła służbową komórkę, aby ponownie odblokować jednoślad z koszykiem.

Nie wiadomo, co kierowało młodą redaktorką, kiedy zaczęła śledzić rowerem oddalający się samochód. Może po prostu miała nadzieję, że rozwiązując samodzielnie skomplikowaną zagadkę kryminalną przysporzy sobie popularności, a może chciała dopomóc w śledztwie Hieronimowi. Kiedy wskaże dokąd udał się ten podejrzany osobnik, Hirek na pewno będzie dumny z bliskiej znajomości z taką odważną, sprytną i pomysłową dziewczyną...


Jak Żaklina znalazła się w samochodzie Dymitra? Czyżby śledziła go rowerem nieskutecznie? Czy Jacenko naprawdę chce ją zabić? I na jaką fryzurę zmieni aktualny żółty pióropusz?

Cieszymy się, że jesteście z nami. Pozostajemy pełni zdumienia dla kreatywności Pana M. Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohaterów? Czekamy na Wasze wrażenia!

Kolejny odcinek już w sobotę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 44

~Krwawosina Puszkinia 3 lutego 2021r. o 18:17
Skoro zmieni fryzurę to chyba nie pośmiertnie i Jacenko jej nie ubije?
Nasz Imperator chyba lubi rude, więc jest szansa na trzecią. (A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Liliowa Jeżówka 4 lutego 2021r. o 9:31
Tylko kobiety wiedzą, czym się na głowie różni kasztan od brązu albo miedziany od marchewki. Dla mnie różnice są tak minimalne, że niemal nie zauważalne gołym okiem.
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Różowy Żagwin 4 lutego 2021r. o 18:14
Poprawka: nie kasztan od brązu, tylko czekolada od kawy...
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Ruda Azalia 4 lutego 2021r. o 19:42
O, to jakiś ekspresowy kurs wizażu się wydarzył? Podobno mężczyźni wyróżniają tylko trzy kolory, mniejsza o to jakie.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Różowy Żagwin 4 lutego 2021r. o 20:40
Na pewno więcej: jasne, ciemne, pale ale, słomkowożółte, ciemnobursztynowe i inne według skali wyrażonej w jednostkach EBC...
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Cyklamenowa Pelargonia 4 lutego 2021r. o 22:01
Imperator w formie. Zacna ripost(A)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~Różowy Żagwin 6 lutego 2021r. o 12:00
c.d. i śledztwo posuwa się do przodu
------------------------------------------------
Gdyby nie ciemna, szeroka opaska na oczach, spojrzenie, którym po raz pierwszy od trzydziestu lat Bolesław mógłby w tej chwili obdarować swojego rodzonego brata, powinno zamienić Waldemara w kupkę popiołu. Zauważalna zmiana w mimice twarzy świadczyła niezaprzeczalnie o tym, że wejście Waldka do sali oddziału intensywnej opieki medycznej wywarło na nim ogromne wrażenie. Był zaskoczony, ponieważ absolutnie się tej wizyty nie spodziewał. Mimo upływu czasu natychmiast rozpoznał głos swojego brata, zanim ten się jeszcze odezwał.

- Cześć, Bolek. To ja, Waldek. Co jest nie tak z twoimi oczami?

Bolesław nie słyszał w pomieszczeniu nikogo poza nim. Dłuższą chwilę jednak wymownie milczał. Nie dlatego, że wzruszenie spotkaniem z bratem odebrało mu mowę tuż przed tym, kiedy zalani łzami szczęścia powinni paść sobie w objęcia. Po prostu nie wiedział, czy powinien powiedzieć cokolwiek, zanim Waldek wyjawi mu powód swojej wizyty. Być może ktoś Waldka odnalazł i powiadomił, że z jego bratem jest źle. Być może w końcu odezwało się w nim sumienie i postanowił przyjechać, aby na wszelki wypadek pożegnać się z nim, a potem jako jedyny żyjący krewny Bolka – zgarnąć po nim spadek. Być może jednak, choć to akurat najmniej prawdopodobne, po prostu przechodził korytarzem i jedynie przypadkiem tu zajrzał.

- Lekarz uznał, że zanim porozmawiasz z prokuratorem, powinieneś najpierw zobaczyć… To znaczy spotkać się ze mną. Troszkę wyłysiałeś i chyba przytyłeś, ale ogólnie wydajesz się być w formie – w ten bezpośredni, acz niezbyt delikatny sposób Waldemar chciał żartobliwie skomentować zewnętrzny wygląd leżącego na szpitalnym łóżku Bolesława. Dowcip ten nie trafił jednak na podatny grunt.

- Miło słyszeć, że jesteś ważniejszy od prokuratora. Czyżbyś awansował na przywódcę świata przestępczego i teraz trzęsiesz też politykami i całym wymiarem sprawiedliwości? – Bolesław z trudem wycedził te słowa przez ściśnięte gardło.

- Widzę, że mój młodszy braciszek utrzymuje w formie również swój intelekt. A może to tylko efekt uboczny postrzału i potężnego wyrzutu adrenaliny? – odparował Waldek. – Słyszałem, że ludzie w stresie pourazowym są zdolni do uruchomienia drzemiących w nich supermocy.

- Przyjechałeś tu, żeby nadal mnie podle traktować, tak jak wówczas w lesie? – wznowił niedokończoną przed laty litanię pretensji Bolesław. – Wiesz w ogóle, jak to się skończyło dla Julki? Przez ciebie i tę twoją bandę niemal zginęła!

- Raczej przez ciebie, Romeo – Waldek trochę za mocno dał się wciągnąć w tę wymianę inwektyw. – Ja nie mam za co jej ani ciebie przepraszać. Zapomniałeś, kto ją tam zaciągnął? Chciałeś stać się wtedy mężczyzną, czy jak?

- Jak śmiesz! Ty, który miałeś czelność skumać się z bandytami! – Bolek poruszył się, jakby miał zamiar wstać, ale Waldek zrobił szybkie trzy kroki i przytrzymał jego ramię. Bolek druga ręką zrzucił z siebie dłoń brata z takim obrzydzeniem, jakby łaził po nim karaluch. – Nie dotykaj mnie!

- Bolek, uspokój ty się, chłopie! – skarcił go niemal krzykiem Waldek. – Lekarz pozwolił na naszą rozmowę tylko pod warunkiem, że nie będziesz się denerwował. Jestem tu między innymi po to, aby ci to wszystko, co się wtedy wydarzyło, jakoś pokrótce wyjaśnić. Ale jeżeli nie przestaniesz się wydzierać, to wychodzę, bo jeszcze ci jakaś żyłka pęknie i przeze mnie wykorkujesz.

Bolesław znów na dłuższą chwilę zamilkł. Oczywiście, że miał ochotę zadać bratu dziesiątki słownych batów i rózg, ale również i pytań, na które pragnął potem wysłuchać odpowiedzi. Musiał widocznie przemyśleć na szybko całą sytuację, bo ze swoim zwykłym spokojem, jakby nic przed chwilą nie zaszło, stwierdził:

- Masz rację. Nie warto się denerwować, a już na pewno nie z twojego powodu. Wszedłeś, zaraz wyjdziesz i pewnie nie będziesz chciał się ze mną widzieć przez kolejne kilkadziesiąt lat. Więc czym ja się tak przejmuję…

- No, nie wyjdę tak zaraz – Waldek musiał wreszcie zacząć wyjawiać mu strzępy pewnych otrzymanych przed wyjazdem w rodzinne strony tajnych informacji. Ale najpierw postanowił nawiązać do sprawy sprzed trzydziestu lat, od czasu której ani razu jeszcze nie mieli okazji, a może też i chęci spotkać się z Bolkiem. – Przyjechałem do Bolesławca, można tak to określić, w celach służbowych, a konkretnie, aby pomóc miejscowej prokuraturze w śledztwie dotyczącym napadu i postrzelenia ciebie. Powinieneś wiedzieć, że po tamtej aferze przy wojskowych basenach jestem już po właściwej stronie. Obecnie pracuję w kontrwywiadzie wojskowym nad jedną dużą sprawą. U nas na górze stwierdzono, że te dwa postępowania mogą się jakoś łączyć.

Takich rewelacji Bolesław kompletnie się nie spodziewał, więc nic nie powiedział. Milczał jednak już nie z powodu wciąż skrywanej niechęci do swojego rodzonego brata, ale wyczuł, że teraz właśnie powinien pozwolić Waldkowi dokończyć mówić i rozliczyć się z minionych, spędzonych osobno lat.

Waldek podszedł do okna, spojrzał na plac budowy za budynkiem szpitala i stojąc tyłem do swojego brata, kontynuował opowieść o wydarzeniach z ich dość odległej już przeszłości:

- Wtedy, w czerwcu 1990 roku była to, można tak to nazwać, moja próba. Dano mi szansę na wyjście z kryminału, jeżeli zgodziłbym się pomóc organom ścigania. Wkręciłem się do bandy i zdobyłem zaufanie samego Wiewiórskiego, którego wcześniej poznałem w więzieniu na Białołęce. Mimo, że mi moją pracę wtedy w nocy prawie zaprzepaściliście, ostatecznie banda „Taśmy” została rozbita, a duża ilość łupów odzyskana. Ale jak na to teraz popatrzeć, to w sumie może i nawet to trochę dzięki Wam się udało. Wiewiórski z Mańkiem zostali ujęci i wsadzeni na długie lata do paki. Mańka akurat złapać było najłatwiej. Po prostu chwycili go pod pachy i zanieśli pijanego do radiowozu. Ale za to Gienek podczas tej niespodziewanej strzelaniny z żołnierzami dostał w płuco. Jako jedyny z nas wychylił się zza poloneza i próbował odpowiadać ogniem z pistoletu. Ja z „Taśmą” wiedzieliśmy, że nie mamy szans i czekaliśmy na rozwój wydarzeń, bo przewaga ogniowa tamtych wojskowych była zbyt duża. Nie było sensu uciekać. Jeszcze kilkanaście minut Gienek się wykrwawiał. Leżał mi na kolanach, a ja próbowałem ręką przyciskać dziurę na jego klatce piersiowej. Zanim mu się oczy zapadły, wyszeptał jeszcze: „Powiedzcie w mojej wsi, że niezły był ze mnie scyzoryk”. Pamiętam te słowa do dzisiaj. Szkoda fajnego chłopa, niech mu ziemie lekką będzie. Ale co nabroił, to nabroił, więc skończył jak skończył.

Do Bolesława wróciły wszystkie obrazy z feralnej nocy, kiedy to dzięki Waldkowi prawie zdołali uciec z tamtego niebezpiecznego miejsca. Gdyby jednak nie szalona fantazja nastoletniej Julii, udałoby im się w końcu wrócić po rowery i później, może nawet nad ranem, ale przynajmniej w całości, bezpiecznie wrócić do domów. Waldek opowiadał dalej:

- Dopiero po niecałej pół godzinie przyjechali policjanci i karetki, a żołnierze odeszli. Jeszcze zanim nas wsadzili do nyski, usłyszałem strzały w lesie i nawet zdziwiłem się, po co i do kogo ktoś tam jeszcze strzela. Przecież nikt z naszej bandy nie uciekł.

- To do Julki jeden z żołnierzy strzelał – włączył się wreszcie do Waldkowych wspomnień Bolesław, jakby uznał, że tylko we dwóch i wspólnie mogą swoje sprawy nareszcie jakoś poukładać.

- Do Julki? Ale dlaczego? – szczerze zdziwił się Waldek. Widocznie o tym akurat nie wiedział. – Co takiego zrobiła?

- Mieliśmy zamiar uciec skrajem drogi, a potem po uspokojeniu się tego wszystkiego, wrócić po schowane przy zbiorniku wodnym rowery i ciuchy – wyjaśnił Bolesław. – Prawie się nam udało oddalić, ale tam na poboczu, na drodze wyjazdowej z koszar, stała ciężarówka, której kierowca musiał pójść na stronę. To był zdaje się pierwszy samochód z jakiegoś konwoju, który właśnie wyjeżdżał z jednostki, kiedy twoje strzały w powietrze zaalarmowały żołnierzy. To od tego się narobiła ta późniejsza awantura. Julka postanowiła wleźć do tej ciężarówki, bo koniecznie chciała sprawdzić, co wywożą radzieckie gruzawiki pod osłoną nocy z terenu należącego do polskiej armii.

- No i co żeście na tej ciężarówce zobaczyli? Bursztynową komnatę czy może wzbogacony uran ukryty w rosyjskich matrioszkach? – Waldek wreszcie przestał obserwować robotników na budowie i z prawdziwym zaciekawieniem odwrócił się do Bolka.

- Skrzynie – spokojnie odpowiedział Bolesław.

- Skrzynie? – Waldek powtórzył, jakby czegoś nie dosłyszał.

- No, skrzynie. Na własne oczy widziałem. Drewniane, różnej wielkości, z niemieckimi napisami. A wśród nich jedna taka mała, biała, którą Julia…

- Bolek, poczekaj – przerwał mu nagle Waldek. – Ktoś jeszcze musi tego posłuchać. Jest tu ze mną prokurator i śledczy. Najpierw mieli wejść razem ze mną, ale zgodnie z sugestią lekarza uznaliśmy, że powinienem pojawić się u ciebie pierwszy – poinformował brata i skierował się do drzwi. Wychodząc mówił sam do siebie. – Fiu, fiu. To się robi ciekawie…

Waldek wyjrzał na zewnątrz, obrócił głowę w lewo i podniesionym głosem zwrócił się do kogoś na korytarzu:

- Zbyszek! Panie podkomisarzu! Zapraszam. Mamy tu całkiem ciekawą pogawędkę. Ale lepiej, żebyście to usłyszeli prosto ze źródła. A ty, Antek, może jak chcesz, to zostań tam z panią doktor i zajmij ją jakąś pogawędką. Potem ci streszczę naszą rozmowę…

Prokurator Pietrzak i podkomisarz Kamiński weszli do pomieszczenia, przywitali się, przedstawili i zapytali Bolesława o jego zdrowie. Prokurator poinformował, że razem z podkomisarzem prowadzą jego sprawę, w której póki co jest nadal więcej pytań niż odpowiedzi i jeszcze bardzo dużo wątków pozostało do zbadania.

Waldek pokrótce streścił im wydarzenia z czerwcowej nocy 1990 roku widziane ze swojej strony, a po chwili przytoczył ostatnie słowa Bolesława o odkrytych na ciężarówce skrzyniach. Kiedy skończył wszyscy widzący na oczy w tej sali spojrzeli po sobie.

- Mała, biała skrzynka? Bez widocznych uchwytów, ani zamków? Skradziona podczas napadu z pańskiego sejfu? – spytał prokurator przypominając sobie słowa Antoniny Polańskiej zapisane w raporcie podkomisarza.

- Mała, biała, metalowa, bez uchwytów ani zamków. Kiedy ją widziałem ostatni raz w czwartkowy wieczór, chowając ją w sejfie w moim garażu, była jeszcze pokryta piaskiem i igliwiem – przyznał Bolesław. – Tak, tak, panowie. To ta sama skrzynka, którą Julia wyrzuciła wtedy z ciężarówki, a ja zakopałem pod drzewem. I która przeleżała w tamtym miejscu trzydzieści lat nie odnaleziona przez nikogo.

- Pani Antonina Polańska twierdzi, że po wydobyciu skrzynki z ziemi, nie mieliście okazji jej otworzyć i sprawdzić zawartości. To prawda? – dołączył do rozmowy podkomisarz Kamiński.

- Prawda. I tak zresztą nie wiedzielibyśmy jak się dostać do środka. Mieliśmy zamiar spróbować ją otworzyć następnego dnia – Bolesław nie wiedzieć czemu po raz pierwszy skłamał. Gdyby znaleźli to, co ze skrzynki przypadkiem wydobył, nie zadawali by mu takich pytań. Przecież musieli przeszukać zarówno cały garaż, jak i mercedesa. Kto w takim razie zabrał z bagażnika tą szmatę z zawartością? Czy to możliwe, żeby cały czas tam tkwiła? – Czyli już wiecie wszystko o naszych wykopkach przy Leśnym Potoku…

- Kto to jest Antonina, Bolek? Ile ty masz w końcu tych kobiet? – Waldek z niedowierzaniem potrząsnął głową i zmarszczył brwi. Trudno mu było uwierzyć, aby jego brat był bigamistą.

- Julia tak naprawdę nazywa się Antonina. Ale od zawsze używa drugiego imienia, bo pierwszego nie cierpi – wyjaśnił wszystkim swoim rozmówcom Bolesław.

- Ale dlaczego akurat teraz postanowiliście odszukać i odkopać tę skrzynkę, a nie wcześniej? – prokurator zaczął nareszcie zadawać pytania związane z prowadzonym dochodzeniem.

- Po tamtych wydarzeniach, kiedy w kolejnym roku Julia zdała maturę, rodzice Julii wyprowadzili się z Bolesławca i nasz kontakt się urwał – opowiadał Bolesław. – Potem widzieliśmy się jeszcze jeden jedyny raz na imprezie u wspólnego kolegi we Wrocławiu. Ja odbywałem służbę wojskową, a Julia była studentką medycyny. A potem przez jakieś dwadzieścia siedem lat ona nie dawała znaku życia, a mnie i tak przeważnie nie było w kraju, bo byłem na zagranicznych misjach. Blisko trzy tygodnie temu Julia zadzwoniła do mnie i zaproponowała, byśmy spróbowali pogrzebać w lesie i odszukać skrzynkę.

- Dwadzieścia siedem lat… – mruknął Waldek pod nosem. – To by się z grubsza wiek zgadzał…

- Słucham? Co by się zgadzało? – zapytał prokurator.

- A nic, nic. Tak tylko na głos myślę – machnął ręką Waldek, po czym zwrócił się do brata. – Bolek, pomyśl. Czy nie wydaje ci się podejrzane, że nagle po tylu latach twoja Julia kontaktuje się z tobą i proponuje ponowną wyprawę po białą skrzynkę, a zaraz potem zostaje ona tak po prostu skradziona?

- Ano, właśnie – wszedł Waldkowi w zdanie podkomisarz Kamiński. – Wydaje się to prawdopodobne, że nieświadomie został pan częścią jakiegoś planu. Wiele poszlak na to wskazuje. Z naszego dochodzenia wynika, że wyglądało to tak: pan zna miejsce zakopania tajemniczej skrzynki, za namową pani Polańskiej jedziecie do lasu i wykopujecie ją, bandyta czeka, aż zapakujecie pojemnik do samochodu i jedzie za wami do centrum miasta. Kiedy po schowaniu skrzynki w garażu odjeżdżacie, wysiada z samochodu zaparkowanego pod cukiernią, idzie na podwórko, rozbraja alarm, wyłamuje bramę i wchodzi do środka. Dokładnie wie, gdzie ma szukać i do tego zna kod od sejfu…

- Nie znał kodu. Sam mu go podałem, bo mi groził bronią – sprostował Bolesław.

- Z której i tak chwilę potem pana postrzelił. Czyli od początku mieli zamiar się pana pozbyć – wysnuł nową teorię prokurator. – Czy to nie wygląda na zaplanowane usunięcie zbędnego świadka?

- Trochę to za szybko jak dla mnie, ale czy aby nie sugerujecie mi właśnie, iż Julia mogła być z włamywaczem w zmowie? – zaniepokoił się Bolesław.

- W sumie to mogło tak wyglądać. Przecież gość czekał na ciebie w twoim garażu z gotowym do strzału rewolwerem, czyż nie? – snuł swoje podejrzenia Waldek.

- Wcale nie. Kiedy wszedłem do garażu, on majstrował przy sejfie ze stetoskopem na uszach, a jego pistolet z tłumikiem był odłożony na stół – przybliżał kolejne szczegóły feralnego wieczoru Bolesław.

- Czyli do tego specjalista od otwierania sejfów. I to taki, który sprząta po sobie niemal wszystkie ślady… – podkomisarz Kamiński podrapał się w zamyśleniu po brodzie i spojrzał na prokuratora.

- Ale w ścianie tkwiły kule od rewolweru, a nie od pistoletu. Jak to możliwe? – starał się dociekać prokurator.

- Wcześniej się trochę poszarpaliśmy i on nie dał rady dosięgnąć do pistoletu. Ale oprócz niego miał jeszcze ukryty pod nogawką niewielki rewolwer – wyjaśnił Bolesław.

- Czyli to świetnie przygotowany do wykonania swojego zadania zawodowiec. I co potem? Z odległości około dwóch metrów aż pięć razy spudłował? – Waldkowi trudno było uwierzyć w aż tak beznadziejne umiejętności strzeleckie Jacenki.

- No tak, bo ja usiłowałem odskoczyć w bok, a on strzelał z bardzo trudnej pozycji – odpowiedział Bolesław.

- To znaczy? – zaciekawił się prokurator. – Chyba nie powie nam pan, że zmęczony pojedynkiem z panem relaksował się w pozycji lotosu?

- No, nie. Kiedy rzuciłem w niego rowerem, jego dłoń trzymająca rewolwer utkwiła między szprychami koła – Bolesław przypomniał sobie całą trudną do wyobrażenia scenę i krótko opisał niecodzienną sytuację.

Wszyscy poza leżącym na łóżku pacjentem uśmiechnęli się na te słowa. No przecież to całkiem oczywiste, że w ramach samoobrony należy rzucić w napastnika rowerem! Nikt nie zdecydował się jednak na drążenie tego tematu. Podkomisarz najszybciej spoważniał, bo przypomniał sobie opis miejsca popełnienia przestępstwa. Natychmiast zwrócił uwagę na jeden szczegół:

- A wie pan, że kiedy pana znaleziono nieprzytomnego, rower wisiał na swoim miejscu? Kurczę, nawet nie przyszło nam do głowy, aby zbadać go pod kątem ewentualnych śladów…

- To bardzo dziwne – stwierdził Bolesław. – Który bandyta sprząta po sobie miejsce przestępstwa? Może to jakiś psychol i ma takie natręctwo? On faktycznie bardzo nietypowo się zachowywał, jak tak sobie przypomnę. W rozmowie wydawał się ponadprzeciętnie bystry, ale psychopaci bardzo często mają wysoki poziom inteligencji. No i bardzo dużo wiedział o mnie. I o Julii też zresztą.

- A nie mówiłem? – wtrącił Waldek. – Facet mógł dobrze znać już wcześniej tę twoją Julię, czy tam Antoninę i wygląda na to, że mogli być w zmowie. Ewidentnie ten gość ma także świetny dostęp do wielu trudnych do zdobycia informacji. A to by potwierdzało, że jest członkiem jakiejś dużej siatki, czy organizacji.

- Tak naprawdę pozostaje nam więc, oprócz dopadnięcia samego Jacenki, znaleźć powód, dla którego tak usilnie on i jego mocodawcy próbowali odzyskać tę tajemniczą skrzynkę – stwierdził prokurator Pietrzak. – Co też takiego mogła ona zawierać? Kiedy się tego dowiemy, dalej pójdziemy szybko po nitce aż do kłębka.

Bolesława zastanowiły te słowa i sformułowane podejrzenia, a raczej oskarżenia rzucane pod adresem Julii. Kiełkowało w nim ziarno niepewności i miał uczucie, jakby stanął właśnie na jakimś grząskim gruncie. Z jednej strony głowę by dał za Julię. Ale z drugiej wszystko, co sugerują śledczy i Waldek także trzyma się kupy. A Julia zawsze znana była ze swoich aktorskich zdolności. Faktycznie dziwnie się jej zdarzało zachowywać w ostatnich dniach przed napadem. Najpierw w samochodzie, a potem pod jej domem… Dlaczego miał wrażenie, że coś przed nim cały czas ukrywała?

A Adam Mleczko? Przecież to on udostępnił mu te wszystkie stare mapy. Julii nie mógłby wpuścić do archiwum, ale Bolek był pracownikiem wojska, więc mimowolnie mógł stać się narzędziem w jakieś skrzętnie zaplanowanej grze. Czy chodziło tylko o skrzynkę, czy może jeszcze o coś innego? Musieli być przekonani, że tylko dzięki historii o ukrytych tunelach Bolek da się namówić na wizytę w lesie. A o tunelach wiedziała jedynie Julia…

Zaczął się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno dobrze zna tego Adama? Może faktycznie ukartowali sobie z Julią to wszystko i wciągnęli go do tej intrygi tylko po to, aby osiągnąć swój cel i zdobyć zawartość skrzynki. Czyżby byli też zdolni wynająć zawodowca, aby po wykopaniu skrzynki ten posłał Bolka do piachu?

Bolesław zagłębił się w analizie wydarzeń z ostatnich kilku tygodni. Wyniki przemyśleń nie napawały optymizmem. Trudno zaprzeczyć, że wszystko to mogło nie być tylko niesamowitym zbiegiem okoliczności. Zaczął się zastanawiać, czy powiedzieć o tym teraz prokuratorowi i Waldkowi, czy na razie wszystko przemilczeć. Chyba lepiej jeszcze poczekać. A jak to wszystko to jednak rzeczywiście fałszywe teorie i zwykły przypadek?

- Dobrze, zostawmy na razie rower i skrzynkę – zasugerował podkomisarz i wyciągnął z teczki otrzymaną od aspiranta Świgonia fotografię. Położył ją na łóżku tak, aby wszyscy, oczywiście oprócz Bolesława, mogli jej się przyjrzeć. – Wie pan, panie Wilczyński, że badając pewne tropy prawdopodobnie weszliśmy w posiadanie zdjęcia napastnika? No, ale skoro lekarz stwierdził, że problemy ze wzrokiem nie pozwolą panu na razie na obejrzenie portretu podejrzanego, czy mógłby go pan zatem opisać nam słownie?

- Oczywiście, dobrze zapamiętałem drania. Twarz pociągła, kości policzkowe wystające, nos prosty, włosy krótko przycięte na jeża. Charakterystyczne blizny w dolnej części lewego policzka, jak po poparzeniu – podkomisarz słuchając tego opisu kiwał głową i wskazywał palcem na fragmenty zdjęcia, jakby potwierdzał po kolei wszystkie podawane szczegóły. – Miał ciemny płaszcz, ale ze mną walczył na podłodze bez niego, w samej koszuli. No i tatuaż. Na wierzchniej części dłoni. Taka mała gwiazda w otoczeniu liści laurowych. Podobny jak noszą członkowie Specnazu.

- No, no, Bolek, co za spostrzegawczość – Waldek aż gwizdnął z podziwu. – Nie pytam nawet skąd znasz takie szczegóły wyglądu rosyjskich komandosów. Muszę ci powiedzieć, że twój opis idealnie pasuje do twarzy faceta ze zdjęcia. Koleś posługuje się sfałszowanym dowodem osobistym na nazwisko Dymitr Jacenko. Mówi ci coś to nazwisko?

Bolesław już chciał zaprzeczyć, ale w tym momencie zadzwonił telefon podkomisarza Kamińskiego. Śledczy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i rozpoczynając rozmowę słowem „Kamiński”, wyszedł z sali. W tym samym czasie do pomieszczenia, za plecami stojących przy łóżku wszedł mężczyzna w zielonym uniformie pracownika technicznego, dźwigający szarą skrzynkę z narzędziami. Nie przyciągając niczyjej szczególnej uwagi, przykucnął przy grzejniku pod najdalszym z okien, wyciągnął klucz francuski, po czym uklęknął, zaczął stukać o rury i nucić coś pod nosem.

- Moja agencja podejrzewa, że jest to jeden z zakamuflowanych szpiegów, którzy pozostali tutaj w spadku po wycofaniu wojsk radzieckich. – kontynuował Waldek nie zwracając uwagi na konserwatora. – A ty, braciszku, widocznie dostałeś się w sam środek jakiejś ich rozgrywki. Musisz wiedzieć, że pod twoim samochodem znaleziono działający lokalizator. A więc ktoś musiał cię od pewnego czasu śledzić, tylko jeszcze nie wiemy dokładnie od kiedy. Ale na pewno tego wieczora, kiedy zostałeś postrzelony, ktoś obserwował albo namierzał twój samochód.

- A skąd właściwie podejrzenie, że Jacenko to szpieg? – zainteresował się prokurator unosząc brwi.

- Chodzi o ten nick użytkownika allegro, jakim Jacenko posłużył się do zakupu urządzeń śledzących, Zbyszku – odparł enigmatycznie Waldek. Wszyscy usłyszeli, że na korytarzu podkomisarz coraz głośniej z kimś rozmawiał przez telefon.

- No, pamiętam. Nick brzmiał sonya1993. – przypomniał sobie prokurator. – A co to ma wspólnego z naszą sprawą?

- Zdaje się, że bardzo wiele, Zbyszek. Sonya to nie imię żeńskie, tylko oznacza po rosyjsku „śpioch”, a 1993 to co za rok? No, kto wie? To data… – Waldek zachowywał się jakby prowadził jakiś teleturniej i tylko on znał odpowiedź.

- To rok opuszczenia Polski przez wojska radzieckie… – dokończył za niego Bolesław.

Waldek podniósł prawy kciuk do góry w kierunku brata, chociaż ten nie mógł zobaczyć tego gestu. Rzucił więc do Bolka krótką pochwałę „Brawo!”. Dwie sekundy później do sali dosłownie wbiegł z korytarza podkomisarz Kamiński. Ciężko oddychał, jakby właśnie przebiegł półmaraton.

- Panie prokuratorze, chyba możemy skreślić panią Polańską z naszej listy podejrzanych! A w sumie to mi nawet ulżyło, bo nie lubię bezpodstawnie nikogo oskarżać. Właśnie dzwonił mój szef.

- No i co, panie podkomisarzu, trochę szybciej! – popędził go prokurator.

- Dzwonił mój szef, który także dość dobrze zna naszą sprawę. Powiedział, że było zgłoszenie do dyżurnego w sprawie napadu. Zgadnijcie na kogo? – podkomisarz postanowił chyba nieco dłużej utrzymywać wszystkich w napięciu.

- Nie mamy pojęcia, niechże pan wreszcie coś powie konkretnie, na litość boską! – niecierpliwił się prokurator Pietrzak.

- Mówił, że dopiero co miał miejsce bandycki napad na dom Antoniny Polańskiej. I właśnie ich wiozą do szpitala…

- Ich, czyli kogo? – przeraził się Bolesław, a miarowe pikanie aparatury oznaczające rytm bicia przyspieszyło.

Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że oprócz sygnału urządzenia kontrolującego pracę serca, w pomieszczeniu nie było już słychać żadnego innego dźwięku, bo i pukanie w rury w tym momencie ustało...
---------------------------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~Czarnofioletowa Bakopa 18 lutego 2021r. o 14:53
Brak jakichkolwiek bodźców odczuwanych w tej sytuacji. Rowerem światłami. Musi być pani bardziej sprawna do takich wyzwań by odnieść sukces
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się w tym temacie
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec