ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4907, 8 maja 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu27 marca 2021r. godz. 15:26, odsłon: 585, Bolec.Info/Bolecnauci
Tajemnica szmaragdu - odcinek 58
Część, w której poznajemy życiowe motto Bolesława, a Julia staje przed ogromnie trudną decyzją.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 58 Stetoskop w sali szpitalnej (fot. pixabay)

Już jest pięćdziesiąta ósma część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Pięćdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Pięćdziesiąta szósta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Pięćdziesiąta siódma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dzisiaj Ola powie Bolkowi o wielu rzeczach. Czy też o tej najważniejszej? Zapraszamy do lektury:


Zatopiona we wspomnieniach Julia nawet nie zauważyła, że znów zaczęła namiętnie obgryzać skórki przy paznokciach palców u rąk. Ten okropny, niehigieniczny i nieestetyczny zwyczaj przyplątał się do niej dawno temu i przez wiele lat nie mogła dojść do ładu z wyglądem swoich dłoni. Problem pojawił się dość nagle, kiedy leżała jeszcze w szpitalu po otrzymanym postrzale w lesie koło Waldschloss, potem szybko narastał, a swoje apogeum osiągnął podczas okresu rehabilitacji, kiedy nie mogła chodzić do szkoły i w normalnym trybie uczestniczyć w zajęciach klasy maturalnej wraz z rówieśnikami. Oprócz tego, na szczycie góry przyczyn tego natręctwa, na pewno był także brak możliwości spotykania się z Bolkiem.

Pretensje i wyrzuty, których doświadczyła podczas codziennego kilkugodzinnego przesiadywania własnej matki przy szpitalnym łóżku, a także przez wiele kolejnych miesięcy, na pewno nie pomagały w pozbyciu się nawyku, który szybko stał się wręcz uzależnieniem. Jeżeli w co trzecim zdaniu słyszysz „A nie mówiłam” na przemian z „Nie powinnaś” w pewnym momencie zaczynasz wątpić, czy to, co robisz, jest w ogóle cokolwiek warte. Moment, w którym zamiast radości, wsparcia bądź nawet zwykłego pocieszającego przytulaska, dostajesz od rodzica jedynie krytykę i pouczanie, jest ostatnim momentem na dorośnięcie, przejęcie kontroli nad swoim życiem, choćby miało się to wiązać nawet z opuszczeniem ciepłego rodzinnego gniazda. Inaczej, mimo osiągnięcia pełnoletniego wieku, na zawsze pozostajesz niedojrzałym dzieckiem, które później nie jest w stanie samo właściwie pełnić roli rodzica. Dlatego właśnie najtrudniejsze decyzje okazują się często tymi najlepszymi, tak jak decyzja Julii o wyprowadzce z maleńką Olą od rodziców. Lepiej koić płacz dziecka we własnym, choćby ciasnym i skromnym lokum, niż słyszeć ciągłe „Radź dobie sama, mi nikt przy tobie nie pomagał”, „Masz, co chciałaś” albo „A to nie wiedziałaś, skąd się dzieci biorą?”.

Podstawową przyczyną nałogowego wygryzania i zjadania drobinek własnej skóry nie jest więc głód, lecz problemy o podłożu psychologicznym. To dość częsty objaw u osób, które nie radzą sobie ze stresem i problemami, a jakimś trafem nie uzależniły się od palenia papierosów. A niepaląca Julia nie potrafiła sama sobie poradzić z oderwaniem od zwyczajnego życia nastolatki, czy z brakiem kontaktu z koleżankami i kolegami w szkole. A już najmniej radziła sobie z brutalnym przerwaniem znajomości ze swoim chłopakiem, do czego z premedytacją doprowadziła jej mama, zakazując Bolkowi przychodzenia do swojej córki do szpitala, a potem w ogóle dając mu do zrozumienia, że Julia nie będzie już dla niego więcej dostępna. Perfidnie wykorzystała nadarzającą się okazję na pozbycie się chłopaka, który jej zdaniem nie był odpowiedni, aby stać się w przyszłości członkiem ich rodziny. Zapewne bardzo wzięła sobie do serca powiedzenie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Doszło do tego, że Bolkowi nie wolno było nawet stać pod oknami ich mieszkania i rzucać kamyczkami w szyby okien pokoju Julii, jak to miał w zwyczaju robić nie chcąc dzwonić do drzwi i pytać jej mamy, czy Julia może wyjść. Został przez swoją niedoszłą teściową bez procesu i możliwości obrony, skazany na wieczny zakaz zbliżania się do osoby, którą naraził jej zdaniem na śmiertelne niebezpieczeństwo. A na początku lat dziewięćdziesiątych nikt nie posiadał jeszcze tych wszystkich wymyślnych elektronicznych i mobilnych gadżetów, w które wyposażona jest dzisiejsza młodzież, nie było powszechnego dostępu do Internetu i nie można było kontynuować związku uczuciowego na odległość ani za pomocą komunikatorów, ani korzystając z mediów społecznościowych.

Brak Bolka Julia odczuła jakby ktoś pozbawił ją bardzo ważnej części ciała. Jakby jedno z płuc przestało oddychać, jedno oko przestało widzieć, albo jakby w jej sercu całkowicie zasklepiła się przynajmniej jedna komora. Coś było w tym chłopaku takiego, że gdy przebywali ze sobą, to byli jak dwa dopasowane tryby, których zęby idealnie zahaczały jeden o drugi, a tylko wtedy cała konstrukcja mogła pracować bez zgrzytów i pisków. Rozdzieleni nie potrafili już tak funkcjonować, a przynajmniej Julia nie umiała. Zębatki przestały się kręcić, wszystko się zatrzymało i zardzewiało.

Nikomu innemu oprócz Bolka, jak dotąd nie udało się znaleźć odpowiedniego paliwa, aby machineria jej uczuć ponownie ruszyła. Przez kolejnych dwadzieścia kilka lat, w tak zwanej „głogowskiej erze bezbolkowej”, jak sobie to na własne potrzeby określała na kartach historii swojego niemal półwiecznego życia, w kwestiach damsko-męskich Julii nie udało się już zbudować kolejnego związku na kształt tego z Bolkiem. Fakt, że każdego faceta, który starał się wywołać jej zainteresowanie swoją osobą, z automatu porównywała do Bolka, oczywiście ani trochę nie pomagał.

Stąd właśnie stało się, jak się stało i teraz, zgodnie z prawdą, każdy mógł ją nazywać starą panną. Ale też, zgodnie z montypythonowską dewizą, patrząc na jaśniejszą stronę życia, w obecnej sytuacji taki związek stałby się obciążeniem i poważną życiową przeszkodą. Zakładając oczywiście, że Bolek czuje to samo, co ona, a po tym, co za chwilę zamierzała mu powiedzieć a on musi wreszcie usłyszeć, zwyczajnie nie kopnie jej w cztery litery. Chociaż, znów patrząc z innej strony, nawet kopnięcie jej w zadek nie zmieniłoby faktu, że obecnie oprócz tajemnicy szmaragdu jest jeszcze coś, a raczej ktoś, kto ich trwale łączy. No, ale gdzie się podziała ta Olka?

Julia, niby oczekując na powrót agenta Moczydły z Olą, wciąż zwlekała z wejściem do sali, w której leżał postrzelony facet jej życia. Tak, tak. Właśnie tak już Bolka w myślach nazywała. Choć musiała przyznać, że uczucie, które obecnie się w niej odrodziło, nie miało zbyt wiele wspólnego z dawną fascynacją i zauroczeniem dwojga nastolatków, to była głęboko przekonana, że jeżeli teraz obydwoje chwycą oba końce tej nici, to dadzą jeszcze radę pozszywać to, co zostało przez jej matkę tak brutalnie rozerwane. Ale teraz do tego patchworka trzeba będzie jeszcze jakoś wkomponować ich córkę. Ale czy dopasują się z Bolkiem? Co z tego, że są tak do siebie podobni, skoro on nie brał udziału w jej wychowaniu, a obydwoje byli przez całe życie okłamywani, albo raczej utrzymywani w nieświadomości o swoim istnieniu?

Julia, zgodnie z intuicją i wyczytanymi w pismach kobiecych poradami, postanowiła zawierzyć sile uczuć, oderwała wreszcie plecy przyklejone do ściany, wytarła ośliniony, nadgryziony palec o nogawkę spodni i wreszcie wykonała swój pierwszy krok na tej niepewnej i krętej ścieżce, przekraczając próg własnych wątpliwości i próg szpitalnego pomieszczenia. Kiedy tylko weszła, zauważyła, że Bolek natychmiast odwrócił głowę w jej stronę. Albo zwyczajnie chciał poprawnie się zachować, albo powoli odzyskiwał wzrok (a może nawet już całkiem dobrze widział?), bo jeszcze zanim Julia podeszła do jego łóżka, cudownie skomplementował jej wygląd:

- Kwitnąco wyglądasz, mój wspólniku! Ciekawe, czy mają tam w pierdlu dwuosobowe koedukacyjne cele? Myślisz, że ładnie będziemy wyglądać w pasiakach, kiedy kapelan więzienny będzie udzielał nam ślubu?

Julia nie była w stanie stwierdzić, czy to tylko niewinne żarty, czy może Bolka coś ugryzło i zwyczajnie się na nią za coś wściekł. Bo jeśli to drugie, to niestety nie ułatwi jej to czekającego przed nią zadania. Nie chciała też dać się wciągnąć w tę rozgrywkę, bo wiedziała, że kłótnia do niczego dobrego ich nie doprowadzi i będzie jej znacznie trudniej, choć i tak łatwo nie było.

- A co, zamierzasz mi się oświadczyć? Jeśli tak, to oczywiście się zgadzam – odparowała swoim zwyczajem, całkiem jak dawna Julia. Dawna Julia czekała teraz jeszcze na dawnego Bolka. Bo tylko temu dawnemu, a nie temu dzisiejszemu i wściekłemu, będzie miała odwagę powiedzieć prawdę o Oli. Tylko wtedy miałoby to sens. Ten dzisiejszy Bolesław Wilczyński nie był jej jeszcze do końca znany. Dopiero zaczynali nadrabiać minione stracone ćwierćwiecze i tak naprawdę mogło ich nawzajem czekać jeszcze sporo niespodzianek i rozczarowań.

Bolesława chyba trochę zatkało. Nie to miał na myśli. Znaczy może i miał, ale z pewnością jeszcze nie teraz i nie tutaj. Musiał coś przetrawić, bo zmienił ton, chociaż nie zmienił tematu draki, w którą się na własne życzenie, choć nieświadomie wpakowali.

- Grzebałaś w bagażniku mercedesa? Znalazłaś ten kamień?

- Znalazłam – Julia przysiadła na krawędzi łóżka, ale zamiast na Bolka, patrzyła na cyfry wyświetlające się na monitorze i na sejsmologiczną linię życia. Ciekawe, czy kiedy dowie się wreszcie o istnieniu córki, to trzęsienie ziemi zniszczy połowę kontynentu, czy może zabrzęczą jedynie szklanki w kuchennej witrynie?

- No i?

- Co?

- Co co?

- A co no i?

Ryknęli śmiechem. Jest! Jest mój dawny Bolek! Cokolwiek by się nie działo, zachować spokój. Tylko wtedy postawimy następny wspólny krok. „Jeśli będziemy trzęśli kładką, po której idziemy, to z niej pospadamy”. Słowa Bolka, nie jej. Kiedyś, gdzieś w lesie niedaleko Żeliszowa, kiedy prowadząc swoje rowery przekraczali jakiś strumień po chybotającej się, przerzuconej z brzegu na brzeg, próchniejącej już desce, podzielił się z nią radą, jak uniknąć kąpieli. Rada ta stała się też jego życiowym mottem. Julia założyła, że zgodnie z nim, nawet kiedy dowie się, że jest ojcem dorosłej kobiety, nie powinien się za bardzo zdenerwować. Może jedynie odrobinę.

Cały czas w duchu Julia walczyła sama ze sobą. Pojedynek na razie trwał bez rozstrzygnięcia. I nie był łatwy. Raz przeważała opcja milczenia, a raz wyjawienia prawdy. No dobra, trzeba to wreszcie z siebie wydusić. Spokojnie, powiem mu… Musisz mu natychmiast powiedzieć. Jeszcze chwila, zaraz mu powiem…

- Kamień znalazłam i jest bezpieczny. Schowałam go niepostrzeżenie do nesesera. Nikt nie wie, gdzie teraz jest. Oprócz mnie, pana Rybki i…

- Co? Wciągnęłaś w to pana profesora? – zmarszczył brwi Bolek.

- Sam się jakoś tak wciągnął, bo jak cię zabierali z garażu, zszedł na podwórko i tam się spotkaliśmy. I wiesz co? On mnie rozpoznał! Po tylu latach! Chyba niewiele musiałam się zmienić, co mi oczywiście schlebia. Chyba nadal jestem piękna i młoda, nie sądzisz? – Julia pokazała Bolkowi najpierw lewy, a potem prawy policzek, jakby siedziała na krześle przy toaletce. Chyba tym samym chciała zagadać Bolka, byle tylko dłużej nie musieć mu mówić o tym najważniejszym. – Lustereczko, powiedz przecie…

- Tak, jesteś piękna i młoda. A mi tylko to „i” zostało. Julka! Do rzeczy! – ofuknął ją Bolek.

- Policja pozwoliła mi zabrać walizkę z mercedesa, bo sprzedałam im prawdziwy kit, że mamy tam drogi, pożyczony sprzęt, który trzeba pilnie oddać właścicielowi. Chyba dobrze zagrałam swoją rolę, bo na szczęście nie zajrzeli do twojego różowego nesesera – dumnie pochwaliła się swoimi zdolnościami aktorskimi Julia. – A potem po prostu zaniosłam walizkę z naszym kamieniem do pana Rybki.

- A po co? – Bolesław zaczął się wiercić, jakby coś go uwierało. Była to prawdopodobnie myśl o grożącym im niebezpieczeństwie. – Będzie u niego spokojnie leżał, aż ten bandyta połowę miasta wpakuje do szpitala albo do kostnicy? Nie rozumiesz, że musimy się go jak najszybciej pozbyć?

- Tego bandyty? Ale jak? Ty ledwo się ruszasz, a ja nie znam się za bardzo na broni. A szminką go raczej nie załatwię… No chyba że mocno w oko, o tak o… - Julia próbowała dźgnąć niewidoczną ofiarę jakby zadawała pchnięcie szpadą.

- Nie bandyty, tylko kamienia się trzeba pozbyć! – Bolek naprowadzał błądzącą po meandrach logiki Julię.

- Jak to pozbyć się kamienia? Ty wiesz ile ten szmaragd jest warty. Pan profesor policzył jego wartość i to tylko handlową. To są miliony, Bolek! Kupa kasy! – Julia uniosła ręce do góry i opuściła je po bokach, jakby próbowała narysować zarys przeogromnej góry gotówki. – Do końca życia nie wydalibyśmy takiej kwoty, choćbyśmy nie wiem jak dobrze się starali szastać na prawo i…

- Julka, przestań! Całkiem ci odbiło? – Bolek przerwał jej i popukał się palcem w czoło. – Naprawdę jakieś świecidełko rozum ci odebrało? To, co mówisz jest niemądre i nieodpowiedzialne! Jeszcze dzisiaj pójdziesz do pana Stefana i zabierzesz od niego ten cholerny kamień. Musimy go oddać temu bandycie, chyba, że chcesz mieć na sumieniu nie tylko mnie, siebie, czy wujka, ale jeszcze kogoś, na kim ci być może zależy. Gdybym był na jego miejscu, próbowałbym za wszelką cenę zdobyć informacje o miejscu ukrycia kamienia. Ale on nie będzie się bawił w przesłuchania. Ja dla przykładu to chyba porwałbym kogoś nam bliskiego i zastosowałbym jakąś formę szantażu…

Julię jakby coś otrzeźwiło. Przełknęła ślinę. Nie pomyślała o tym dotąd w ten sposób. Faktycznie, ten łąjdak z pewnością za moment pojawi się ponownie. Widać, że nie ma zamiaru odpuszczać, dopóki nie dostanie szmaragdu w swoje chciwe łapy. Coś ukłuło ją w podbrzuszu. Doznała takiego uczucia strachu, że przez moment zrobiło jej się niedobrze. Gdzie ta Ola, kurczę?

- Szantażu? – słabym głosem Julia próbowała się upewnić, że się nie przesłyszała. Dobrze, że siedziała, bo autentycznie mogłaby znowu zemdleć i przywitać się z posadzką.

Czy to możliwe, żeby….? Nie… O Jezu. W końcu przed chwilą ten szaleniec był tu w szpitalu i narobił niezłego bajzlu, którego skutkiem było postrzelenie dociekliwego prokuratora. A przecież na pewno nie przyszedł tu strzelać do stróżów prawa, tylko w jakimś innym celu. Nie przychodziłby do szpitala, gdyby był przekonany o prawdziwości szmaragdu. Znaczy szklana kopia szybko została zdemaskowana, ale kiedy wrócił do mojego domu, analizowała poszlaki w myślach Julia, na Granicznej kręcili się już policjanci. Czy to możliwe, że widział, jak ją i wujka Zygmunta zabierali do szpitala? Czy faktycznie był tam później i cały czas obserwował ich dom? Jasne, że tak musiało być. Cały czas szuka tego szmaragdu. Bolek ma rację. Z pewnością ta gangsterska szuja będzie jeszcze chciała wydusić z nich jakieś informacje dotyczące miejsca zadekowania zielonego kamienia. Tylko czekać, jak znów pojawi się gdzieś w pobliżu i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Julia postanowiła nie wspominać Bolkowi o pomyśle ze szklanymi kopiami, mimo że prawdopodobnie, choć na krótko, podstęp ten uratował życie jej i wujka. Przed chwilą jeszcze była pewna, że kiedy mu o tym powie, wyjdzie na sprytną i cwaną. A tutaj okazuje się, że niechcący sprowadziła tego bandytę do szpitala i tym razem to prokurator stał się jego kolejną ofiarą. Żeby tylko prokurator się nie dowiedział, że tak naprawdę to przez nią oberwał, bo ani chybi wsadzi ją za kraty na co najmniej dekadę. I faktycznie na ślubie z Bolkiem zagrają i co najwyżej więziennego bluesa.

Podobnie jak o kopiach szmaragdu, Julia zdecydowała także nie wspominać o dzisiejszej przedpołudniowej wyprawie do Wrocławia. Jeżeli Bolek dowiedziałby się, że przez jej nadgorliwość i niezaspokojoną ciekawość, dotyczącą możliwego przeznaczenia kamienia znalezionego w poniemieckiej wojskowej skrzynce, wie już nieco większe grono osób, na pewno sam wsadziłby ją w jakieś miejsce odosobnienia, aby jej kolejne pomysły nikogo więcej nie doprowadziły do rozstroju zdrowotnego albo śmierci.

- Oczywiście. Czy ty wiesz, jakie to skuteczne? Porwania dla okupu są dzisiaj na topie. – Bolek nieświadomy obaw Julii, zaczął jej robić wykład o nowoczesnych formach przestępczości. – Bandziory dla pieniędzy zrobią wszystko. A taki ojciec dla własnego dziecka dałby się zabić. No i dlatego są w stanie się dogadać. Coś jak sprite i pragnienie. Oni mają coś, czego ty chcesz, a ty masz to, czego oni potrzebują. Proste. Zwykła wymiana. Łatwy szmal… Nie trzeba kombinować z napadami na banki, czy wyłudzać gotówki od staruszków metodą na policjanta. Bo to za skomplikowane i za bardzo ryzykowne. Pakujesz dzieciaka wracającego ze szkoły do bagażnika, krótki telefon do jego starych i szybciutko cieszysz się nowymi, pachnącymi jeszcze farbą plikami banknotów prosto z drukarni. Rzadko kiedy te oprychy posuwają się do bardziej drastycznych metod i na przykład przesyłają rodzicom odcięte ucho albo palec. Tak czy siak, wierz mi, że praktycznie każdy płaci. Nikt normalny przecież nie chce, aby jego dziecko cierpiało…

Bolek nagle przerwał, bo zadzwonił telefon. Przerywany sygnał przypominał brzmienie tradycyjnego dzwonka starego telefonu. To dzwonił schowany w kieszeni Julii telefon Oli. Julia wyjęła sfatygowanego, różowego smartfona należącego do ich córki i spojrzała na ekran. Numer nieznany.

Ola zawsze dbała o to, aby jej mama znała kod do każdego z jej kolejnych telefonów, więc Julia wstukała cztery cyfry 5. Choć cały czas wahała się, czy powinna odebrać tę rozmowę, nacisnęła zieloną słuchawkę. Gdyby wyświetlił się jakiś znany numer, bądź zapisany w pamięci telefonu opis dzwoniącego, to z pewnością by nie odebrała, bo wiedziała, że Ola miała zwyczaj oddzwaniać, kiedy nie mogła rozmawiać. Ale Julia telefon odebrała, choć nie mogła przypuszczać, że ta rozmowa ponownie wszystko pogmatwa i wywróci do góry nogami, a Bolek tego dnia nie dowie się jeszcze, że ich spotkanie ponad dwadzieścia pięć lat temu w domu u Czarka Bednarka we Wrocławiu nie zakończyło się wyłącznie porannym kacem po wypitych kilku kieliszkach wina i poszukiwaniem porozrzucanej bielizny.

- Czemu nie nosisz swojego telefonu, mamusiu? – Niestety to nie był głos Oli, tylko gruby i zniekształcony głos męski próbujący udawać głosik dziecięcy. A potem ten głos się zmienił na prawdziwy. – Masz rację, to nie twoja córka. Nie umiem naśladować głosów. Twoja Oleńka jest ze mną i na pewno bardzo za tobą tęskni. Mam ci przesłać jej odcięte ucho, czy wolisz palec? A może lepiej od razu powiecie mi, gdzie to schowaliście i nie będzie potrzebna żadna amputacja bez znieczulenia? Muszę powiedzieć, że nikt tak jak wy, nie wkurzył mnie ostatnio. Mam już po dziurki w nosie tej zabawy w chowanego i w ciuciubabkę.


Czy Ola zachowa ucho? Czy bandyta zostanie złapany i uda się uratować Żaklinę i Olę? Jak potoczy się pościg po bolesławieckich ulicach? Czy Julii uda się wreszcie powiedzieć prawdę Bolesławowi? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie ich dalsze losy!

Bolecnauta Pan M. dzielnie pisze (jak prawdziwy artysta: po nocach!) i dzieli się z nami swoimi niesamowitymi pomysłami. Cieszymy się, że jesteście i czytacie!

Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Granatowoszara Borówka   29 marca 2021r. o 12:35

~Granatowoszara Borówka

Postów:

Akcja się rozwija.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~~Brunatny Oczar   31 marca 2021r. o 0:20

~~Brunatny Oczar

Postów:

c.d. zgadza się, akcja przyspiesza, 3,2 s do setki
----------------------------------------------------
Schodząc po schodach na parking, na którym lśnił bajecznie wyglądający potwór rodem z torów wyścigowych MotoGP, Hieronim zakończył rozmowę z podkomisarzem Kamińskim, którego relacja z wydarzeń w szpitalu mogłaby stanowić scenariusz filmu sensacyjnego. Stało się to, co razem z podkomisarzem między słowami podejrzewali. Polańska i Wilczyński, którzy wplątali się w niezłą aferę, może nie międzynarodową i nie szpiegowską (chociaż nigdy nie wiadomo), na pewno nadal mogli być celem znanego ze zdjęcia, ale nadal tajemniczego przestępcy. Tym razem na przeszkodzie ich prześladowcy stanął, i to dosłownie, prokurator Pietrzak i teraz to on został wykluczony. Oby tylko chwilowo. Trzeba pilnie dotrzeć do szpitala, podkomisarz będzie mnie tam na pewno potrzebował, pomyślał aspirant Świgoń chowając do kieszeni zdjęte okulary, które przeszkadzałyby przy zakładaniu kasku motocyklowego.

Zanim ponownie czarny kask właściciela Hayabusy znalazł się na jego głowie, Hieronim zauważył, że wewnątrz zamontowany jest system głośnomówiący, a na lewej ściance kasku przyklejony jest panel z dużymi przyciskami do obsługi zestawu palcami, nawet zaopatrzonymi w rękawice. Wcześniej, kiedy „wypożyczał” jednoślad, nie zwrócił na to uwagi. Odłożył kask na siedzenie, uruchomił na telefonie funkcję bluetooth i sparował oba urządzenia. Sądził, że do czasu zwrotu zarekwirowanego jednośladu może być przydatne, aby móc w razie potrzeby prowadzić i rozmawiać jednocześnie.

Właściciel szatańskiego ścigacza był na tyle zapobiegliwy i majętny, że dodatkowo zakupił i przymocował uchwyt na telefon w specjalnie przeznaczonym do tego miejscu pośrodku kokpitu. Hieronim bez problemu umieścił tam swojego smartfona, przywdział kask, po czym wyjął z kieszeni i włożył przez otwartą przyłbicę naprawione rękami Żakliny okulary. Przyciśnięte do skroni zauszniki bryli trochę go uwierały, ale bez nich mógłby nie odróżnić znaku zakazu wjazdu od logo londyńskiego metra, więc musiał jakoś się dostosować i ścierpieć tę niewielką niedogodność.

Wsiadł na motor, włożył kluczyk i sprawdził działanie połączenia telefonu z zestawem, wyszukując na YouTubie „Road to hell” Chrisa Rei. Odsłuch świetny, ale to za spokojne, zdecydował ledwie po dziesięciu sekundach odtwarzania. Po chwili namysłu zmienił na bardziej energetyczne „Highway to hell” AC/DC. No, to znacznie lepsze i bardziej klimatyczne, pomyślał. Opuścił szybę kasku, przekręcił kluczyk i stwierdził, że nawet gruby pomruk silnika zbytnio nie zakłóca brzmienia muzyki. Ale czad! Ciekawe ile trzeba odkładać z pensji policjanta, żeby stać mnie było na takie cacko? Jeszcze tylko trzeba by zmienić ten idiotyczny garniak. Odpychając się nogami wycofał motor na półtora jego długości, a potem powoli i płynnie, nie przekręcając praktycznie manetki, na minimalnych obrotach wyjechał z parkingu skręcając w lewo w stronę nowej galerii, wybudowanej na dawnym terenie PKS i zielonej stacji paliw BP. Trochę go poniosło, bo wyobraził sobie, że będzie teraz jeździł jak samotny mściciel, przemierzający niebezpieczne ulice miasta i bezwzględnie wymierzający sprawiedliwość niegodziwcom. Strzeżcie się, szumowiny! Nadjeżdża samotny wilk McQuade!

Po dwóch minutach Ghost Rider Hieronim zatrzymał się na czerwonym świetle, jako pierwszy w kolejce prawoskrętów na skrzyżowaniu przy targowisku, nie wiadomo czemu zwanym Manhattanem. Po przeciwnej stronie swoim wyglądem raziła nieco w oczy kolejna galeria, nazwana przez kogoś szumnie w przypływie szału twórczego Starą Mleczarnią, choć po dawnym kompleksie budynków mleczarni nie pozostał nawet smród sfermentowanego kefiru, z którego słynęła dawna bolesławiecka OSM. Tak mu mówiła jego mama, bo sam z racji wieku nie za bardzo pamiętał ani nabiałowej fabryki, ani tym bardziej smaku pochodzących stamtąd mlecznych przetworów.

Po prawej stronie, od ulicy Jeleniogórskiej, utworzył się przed światłami niewielki korek sześciu samochodów. Jako siódme auto podjechało właśnie ciemne audi A4 z przyciemnianymi szybami, na charakterystycznych pełnych, przypominających z daleka membrany głośników, alufelgach i z niskoprofilowymi oponami, które zapewne miały wywołać wrażenie znaczącego obniżenia podwozia i tym samym nadać pojazdowi sportowego charakteru. No, ale ani jedno, ani drugie nie wyszło, stwierdził wizualnie zniesmaczony Hieronim i ruszył, kiedy tylko strzałka dla jego pasa ruchu zmieniła się na zieloną.

Jako, że szpital znajdował się jakieś trzysta metrów dalej, Hieronim nie wprowadzał silnika na wyższe obroty. Kiedy przejeżdżał koło sznurka osobówek, wszyscy kierowcy bez wyjątku okręcali głowy, żeby zobaczyć, co to za futurystyczna maszyna wydaje takie niesamowite dźwięki z obustronnie umieszczonych, nisko mruczących wydechów Two Brothers. Jeszcze bardziej ich szokowało na pewno, że na ścigaczu siedzi koleś wyglądający jak korpoludek jadący prawdopodobnie na ważne spotkanie w sprawie największej fuzji w branży finansowej ostatnich lat. Ale jeden gość, ten z ostatniego w kolejce audi, nie zwrócił w ogóle uwagi na Hieronima, bo trzymał lewą ręką przy uchu komórkę. Rozmawiał z kimś i patrząc tępo przed siebie, nie spuszczał z oczu sygnalizatora świateł drogowych na krzyżówce. Poza nim w środku audi nie było nikogo. Przynajmniej tak się Hieronimowi wydawało.

Szkoda, że nie mam czasu, pożałował aspirant zbliżając się już do maski stojącego audi, bo należy ci się mandat, baranie jeden. A, zresztą. Co tam, przynajmniej zwrócę bałwanowi uwagę. I tak przejeżdżam obok, a ten stoi na światłach, więc te kilka sekund mnie nie zbawi, stwierdził Hieronim.
Nacisnął pedał hamulca i zaczął zwalniać. Zatrzymał się przy drzwiach kierowcy audi, wrzucił neutralny bieg i podparł motocykl dwiema stopami, po czym lewą ręką zapukał w szybę boczną, a prawą sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie ściągając kasku, ani nie podnosząc przyciemnianej przyłbicy, pokazał facetowi przez szybę legitymację funkcjonariusza policji. Ten odwrócił absolutnie niewzruszoną twarz w jego stronę i opuścił rękę z telefonem, ukazując charakterystyczne, nieładne blizny na dolnej części swojego lewego policzka, bezgłośnie wymawiając znane i nadużywane powszechnie przekleństwo na „K”, co Hieronim natychmiast rozpoznał z ruchu warg poszukiwanego bandyty ze zdjęcia.

Hieronimowi wewnątrz kasku wyrwało się identyczne brzydkie słowo, do którego dodał jeszcze soczyste „mać” na końcu. Kto by się spodziewał, że przypadkiem natknie się na faceta, którego portret od dzisiaj miał być najczęściej pokazywanym zdjęciem, i to nie tylko w lokalnych bolesławieckim mediach.

Zamiast zsiąść z motocykla, sięgnąć po służbowy pistolet znajdujący się w kaburze pod pachą i aresztować porywacza, Hieronim postanowił nie dać po sobie niczego poznać i nadal udawać, że jedynym powodem zatrzymania była zabroniona prawem rozmowa kierowcy przez telefon podczas jazdy. Jeżeli w bagażniku nadal znajduje się Żaklina, nie wolno mi ryzykować strzelaniny niemal na środku skrzyżowania, pomyślał. Nadal nie otwierając kasku poczekał, aż szyba w samochodzie zostanie opuszczona. Na niewidoczne spod nakrycia głowy czoło wystąpiły mu krople potu i zaczęły zalewać oczy. A może to jednak łzy nad losem Żakliny?

***

Nie wzbudzający niczyich podejrzeń, nie zatrzymywany przez nikogo Dymitr, powoli wyjechał z terenu szpitala i skręcił w prawo. Miejsce, do którego musiał aktualnie pilnie dotrzeć, aby przemycić tam swój podwójny ładunek, znajdowało się kilkanaście kilometrów od Bolesławca, na terenie byłego poradzieckiego lotniska, które dawniej, jako żołnierz znał doskonale. Podczas służby wojskowej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wielokrotnie tam bywał, podobnie jak i w innych, licznie rozsianych po bliższej i dalszej okolicy wojskowych obiektach należących do Armii Radzieckiej, na krótko przed rozpadem Układu Warszawskiego, co zdarzyło się w lipcu 1991 roku.

Jego jednostka była jedną z ostatnich, które miały opuszczać teren Polski, ale jemu nie za bardzo chciało się wracać do swojej rozpadającej się na kawałki ojczyzny, więc szukał możliwości i okazji, aby tutaj pozostać. Na Zachód go nigdy nie ciągnęło. Dla niego Polska była jak Zachód. Tu wszystko znał i zawsze dobrze się tu odnajdywał. A w Bieszczadach, to już całkiem czuł się jak u siebie w domu. Lasy, góry, cerkwie, mentalność i odmienność kulturowo-religijna tubylców świetnie mu odpowiadały. Uśmiechnął się. Jeżeli dożyje do emerytury, a jest to w jego fachu mało prawdopodobne, to znajdzie tam jakieś ustronne miejsce na ostatnie lata życia. Może nawet zaproponuje to samo Sylwii? Polubił ją i jej oddanie sprawom materialnym. W tym przypadku przynajmniej wiadomo, że ich relacja opierałaby się na solidnych i trwałych podstawach. Przynajmniej do czasu wyzerowania salda w banku.

Oczywiście dzisiaj byłe lotnisko w Osłej, nazywane kiedyś nie wiadomo czemu lotniskiem Krzywa, wyglądało zupełnie inaczej i nie przypominało ani trochę ogromnego wojskowego kompleksu sprzed lat. Jeszcze do niedawna dało się tam nawet odczytać trochę starych rosyjskich napisów, ale teraz praktycznie wszystko już uległo zatarciu i zniszczeniu. Wszystko oprócz kilku zrujnowanych szkieletów budynków oraz hangarów, które powoli i samoistnie ulegały degradacji i rozpadowi. Nawet betonowe pasy lądowiska skruszały lub zostały rozebrane. Być może ziemia na lotnisku pozostała jeszcze gdzieniegdzie soczyście nasączona lotnicza benzyną, ale z pewnością to wszystko, co można było jeszcze tam po pobycie Rosjan znaleźć.

Dzięki zachowaniu zjazdu z drogi, nazywanej dotąd niesłusznie autostradą, ponad dwadzieścia lat temu przekształcono te tereny w strefę ekonomiczną i wielkie miejsce obsługi podróżnych, co spowodowało, że jak grzyby po deszczu zaczęły tam powstawać nowoczesne hale, magazyny oraz stacje benzynowe z restauracjami i barami. Akurat to Dymitrowi pomogło, bo dzięki temu, że kręciły się tam obecnie setki, jeśli nie tysiące ciężarówek i osobówek w ciągu każdej doby, łatwiej było rozpłynąć się w tłumie, nie przyciągać wścibskich spojrzeń i nie wywoływać niczyich podejrzeń o jakąkolwiek nielegalną działalność. Dymitr w swoim aucie nie zwracał uwagi nawet, kiedy kręcąc się tam w środku nocy, przygotowywał lokum dla swoich nowych podopiecznych. Właściwie to szykował tylko jedno miejsce, ponieważ nie mógł wiedzieć, że uda mu się wkrótce ustrzelić na polowaniu dublet trofeów. Za chwilę będzie więc musiał zaimprowizować drugie miejsce dla schwytanej pozaplanowo żółtej sikorki.

Kiedy pod szpitalem pakował do bagażnika córkę rudowłosej lisicy obok jęczącej ze strachu, skrępowanej dziennikarki, zauważył leżący koło tej wścibskiej świruski telefon komórkowy. Zbeształ się w myślach za to, że nie przeszukał jej kieszeni kiedy ją upychał do samochodu w tunelu, ale przecież było tam ciemno, a on musiał jakby działać w znacznym pośpiechu. Uspokoił się nieco, kiedy zorientował się, że telefon jest wyłączony. A może sprzęt się po prostu rozładował? Ciekawe, czy udało się jej gdzieś wcześniej dodzwonić? Kiedy ponownie uśpił młodą redaktor, na wszelki wypadek i z niejaką przyjemnością przemacał teraz wszystkie kieszenie obu panien, ale nie znalazł więcej elektronicznych urządzeń. Dziwne, czyżby córka rudej nie nosiła komórki?

Chwilę przyglądając się Śpiącym Królewnom stwierdził, że gdyby miał zorganizować wybory Miss Bagażnika, nie mógłby zdecydować, która z kandydatek miałaby największą szansę wygranej. Jedna i druga miały swoje atuty. Ale mimo znacznie większych atutów żółtogłowej fotoreporterki, coś go bardziej ciągnęło do tej drugiej. Tak bardzo przypominała mu Nataszę. Ile to już lat? Trzydzieści pięć? Trzydzieści sześć? A może więcej? Na wspomnienie tamtych odległych wydarzeń na moście zaczął odczuwać drżenie palców, a w oczach mu lekko pociemniało. Z głuchym trzaskiem zamknął bagażnik, zostawiając wewnątrz, oprócz dwóch dziewczyn, także te nieco już wyblakłe, lecz nadal bolące jak zadra wspomnienia.

Dymitr wybrał otrzymany od Alberta numer telefonu rudowłosej mamusi, ale po kilku sygnałach zgłosiło się automatyczne nagranie ze skrzynki. Miły ma głos, swoją drogą. Taki, który pozwala uwolnić wodze męskiej wyobraźni. Wolałby pogadać z nią na żywo, lecz obecnie sytuacja skomplikowała się i póki co, nie mógł w najbliższym czasie ponownie pojawić się w szpitalu. Tam teraz zaroi się od glin, stwierdził i kiedy stanął jako ostatni w kolejce do świateł odszukał przesłany mu przez Alberta telefon do córki rudej lisicy o ładnym imieniu Aleksandra. Jeżeli młoda nie miała go przy sobie, może zostawiła u mamusi w szpitalu, kiedy się tam spotkały?

Wybrał numer i sam nie uwierzył, że miał takie szczęście. Rozpoznał głos osoby, która odebrała połączenie i postanowił zabawić się udając głos jej dziecka. Wiedział doskonale, że jego numer nie wyświetlił się po drugiej stronie, więc zaskoczenie rozmówczyni musiało być nieziemskie. Ile by dał, żeby móc teraz zobaczyć jej zdziwioną minę! Ledwo skończył formułowanie realnej groźby naruszenia nietykalności cielesnej jej córki, a musiał dorzucił jedynie krótkie „Odezwę się wkrótce”, bo w szybę zapukał jakiś motocyklista, dziwak w garniturze, który jadąc w przeciwnym kierunku właśnie zatrzymał się przy jego aucie, a w którego ręce pojawiła się nagle jak wyczarowana legitymacja policjanta. Dymitr opuścił telefon i rzucił go na puste siedzenie pasażera, rzucając jednocześnie przekleństwem. Na razie żadnych gwałtownych ruchów. W razie czego udajemy turystę.

Nie otwierając przyłbicy kasku policjant czekał, aż Dymitr otworzy okno. Dymitr udał, że sięga do przycisku na lewym podłokietniku, lecz zamiast guzika uruchamiającego silnik poruszający szybą, niezauważalnie dla gliniarza sięgnął do uchwytu otwierającego drzwi, lekko go pociągnął i kiedy tylko zamek puścił uderzył gwałtownie i z całą siłą lewym barkiem w drzwi, a te gwałtownie odskoczyły i uderzyły w motocykl i znajdującego się na nim motocyklistę. Było to w stu procentach zgodne z zamierzeniem Dymitra wytrącenia ich obu z równowagi. Ponad ćwierćtonowy motocykl z nadal włączonym, mruczącym niskim głosem silnikiem, odchylił się mocno od pionu i siedzący na nim gliniarz nie był już w stanie powstrzymać przewracającego się motoru. Mimo wysiłku mającego na celu zapobieżenie upadkowi na bok, Suzuki uderzyło o asfalt przyciskając prawą nogę policjanta, który głośno i dramatycznie krzyknął.

Nie czekając na rozwój sytuacji, Dymitr zamknął drzwi i ruszył do przodu, ponieważ sznurek samochodów właśnie zaczął przemieszczać się przez skrzyżowanie. Przez chwilę zastanawiał się, czy nadal powinien trzymać się planu i skręcić w lewo, jak pojazdy jadące przed nim, ale zdecydował jednak pojechać prosto, w kierunku centrum miasta. Więcej ulic, domów i w razie czego łatwiej zgubić ewentualny pościg.

Idąca po chodniku, zmierzająca zapewne na pobliski przystanek para ludzi w średnim wieku, z przerażeniem w oczach patrzyła, jak motocyklista w kasku przewraca się i krzycząc z bólu, zostaje przygnieciony własną maszyną, a znajdujący się tuż obok samochód z piskiem opon odjeżdża. Ci dobrzy ludzie w jednej sekundzie ruszyli z pomocą, a kiedy podbiegli, zauważyli, że z dużą trudnością, a już na pewno z bólem, leżącemu udaje się stopniowo wyswobadzać zablokowaną kończynę spod jednośladu. Nieznajomy mężczyzna próbował unieść motor, a idąca z nim kobieta pomogła Hieronimowi ostatecznie wysunąć się spod pojazdu i wstać. Hieronim zaczął obmacywać nogę przez przybrudzoną nogawkę i z ulgą stwierdził, że raczej żadna kość nie została złamana. Największy ból odczuwał za to w stopie, która zapewne została na moment nienaturalnie skręcona. Zwichnięty staw skokowy nie był jednak dużą przeszkodą do dalszej jazdy, bo zawsze można jeszcze hamować hamulcem ręcznym. Hieronim zdecydowanym głosem oznajmił, że jest policjantem i poprosił przypadkowych przechodniów, aby pomogli mu unieść motor, którego silnik jakimś trafem nadal pracował.

We troje z łatwością ustawili motocykl do pionu. Hieronim podziękował za pomoc i kuśtykając usiadł ponownie na siedzisko. Jeszcze zanim wrzucił pierwszy bieg i ruszył, wybrał szybko numer telefonu podkomisarza Kamińskiego. Zacisnął hamulec ręczny i paląc gumę opony w tylnym kole, wywołując chmurę białego dymu, obrócił motor o 180 stopni, dokładnie jak to robią w filmach. Nie sądził, że manewr ten wyjdzie mu tak perfekcyjnie i to za pierwszym razem. Puścił hamulec, a przekręcona mocno manetka gazu sprawiła, że przednie koło uniosło się do góry. Nie miał pojęcia, że również i ta motocyklowa akrobacja, zwana przez maniaków dwóch kółek „wheelie”, uda mu się tak idealnie. Przypadkowi przechodnie także najwyraźniej nie spodziewali się wysokiego poziomu umiejętności motocyklisty, któremu pomogli, bo zostali tam na jezdni z szeroko otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, podobnie jak kilkanaście innych osób będących świadkami zdarzenia.

Po dwóch sekundach od nawiązania połączenia z podkomisarzem, Hieronim pędził na wprost i już na dwóch kołach ulicą Karola Miarki w kierunku centrum miasta. Daleko przed sobą widział oddalający się samochód należący do Jacenki. W trzech krótkich zdaniach zrelacjonował swojemu koledze z wydziału dochodzeniowo-śledczego przyjazd do Bolesławca, wizytę w redakcji i przypadkowe, niefortunne drogowe spotkanie z poszukiwanym przestępcą. Aspirant poprosił, aby wszystkie dostępne radiowozy zjechały do centrum miasta i kierowały się jego wytycznymi, które ulice obstawiać i blokować. Obaj zgodnie przewidywali i wyrazili wspólnie nadzieję, że droga ucieczki bandyty będzie wieść poza miasto, nie stanowiąc większego niebezpieczeństwa dla mieszkańców Bolesławca.

Hieronim podzielił się z podkomisarzem swoimi podejrzeniami, że w samochodzie Jacenki nadal może być uwięziona redaktor Żaklina. Poprosił więc, by w razie blokady nikt nie używał broni palnej, aby przypadkiem nie podziurawić bagażnika i dziewczyny przy okazji. Z przyspieszeniem Hayabusy Hieronim nie miał najmniejszego problemu, aby dosłownie w trzy, może cztery sekundy, jeszcze zanim dotarli kolejnych świateł, dogonić uciekające audi. Światło czerwone przy „wieżowcu” Urzędu Miasta sprawiło, że przed wjazdem na skrzyżowanie od ulicy Asnyka utworzył się niewielki korek. Kierowca audi nie miał jednak najmniejszego zamiaru się zatrzymywać. W końcu nie po to przecież uciekał, żeby teraz na pierwszych napotkanych światłach grzecznie opuścić swój pojazd i położyć się na jezdni z rękami splecionymi na karku.

Bez sygnalizowania jakiegokolwiek manewru, Jacenko zjechał na lewy pas i zmuszając nadjeżdżających z przeciwka kierowców do nagłego hamowania i ucieczki na bok, wjechał ze znaczną prędkością na skrzyżowanie. Głośno piszcząc oponami audi skręciło w lewo, w dół w kierunku bolesławieckiego rynku, ponieważ pomiędzy zatrzymanymi autami nie znalazła się odpowiednia przerwa do przejechania na wprost. Hieronim słyszał narastające dźwięki syren zbliżających się radiowozów. Prawdopodobnie koordynujący pościg podkomisarz Kamiński wraz z dyżurnym obserwującym monitoringi podali dokładną pozycję ściganego samochodu i rzucili do akcji wszystkie możliwe dostępne obecnie patrole.

Podążając śladem uciekającego bandyty, Hieronim starał się cały czas siedzieć mu na ogonie, trzymając w odległości dosłownie kilku, kilkunastu metrów za nim. Wiedział, że sporo ryzykuje, ale nie mógł odpuścić bandycie, który swoją szaleńczą jazdą zagrażał wielu przypadkowym przechodniom. Przerażeni ludzie, słysząc ryczące silniki sami mimowolnie oddalali się o kilka kroków dalej od jezdni. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy zatrzymując się wzdłuż ulicy Asnyka, a potem Sierpnia ‘80 bez krępacji uruchamiali aparaty i nagrywali, jak sądzili, nielegalny uliczny wyścig jakichś mistrzów kierownicy. Kilka osób podeszło nawet bardzo blisko jezdni, a niektórzy szaleni youtuberzy dodatkowo schodzili z krawężnika filmując akcję z przodu i akceptując grożące im niebezpieczeństwo dla nakręcenia jedynie kilku sekund dobrego ujęcia. Hieronim pomyślał, że wszystkim tym idiotom należałoby odebrać dożywotnio prawo posiadania, używając oksymoronu, durnego smartfona.

Aspirant spodziewał się, że jak wszyscy kierowcy, po zjechaniu w dół ulicą Sierpnia 80, ścigany przestępca skręci w prawo w Mickiewicza, kierując się mimo wszystko w stronę obwodnicy albo któregoś wylotu z miasta. Być może na Zieloną Górę, a być może na Zgorzelec. Zasugerował podkomisarzowi, aby najpierw tam ustawić blokady. Dopóki siedzi uciekającemu na ogonie, pościg za Jacenką powinien być pod kontrolą. Żeby tylko dojechać do miejsca, w którym będzie trochę mniejszy ruch, to tam dopiero będzie można podjąć próbę zatrzymania. Hieronim usłyszał blisko za nim syreny już kilku policyjnych samochodów, które widocznie znajdowały się gdzieś niedaleko i były w stanie szybko dołączyć do pościgu. Spojrzał w lusterko. Nikt go nie wyprzedzał, wszyscy trzymali się tuż za nim. Widocznie podkomisarz przekazał, że wariat w garniturze na sportowym motocyklu to swój człowiek, wie co robi i asekurując go należy mu pozwolić jechać tuż za uciekinierem.

Ale co to? Bandzior wcale nie skręcił w Mickiewicza, tylko rozbił w drzazgi ustawioną w poprzek ulicy barierkę blokującą wjazd na płytę rynku i pojechał na wprost. On chyba chce wjechać w tłum ludzi! Matko Boska! Przecież tam już zdążyli poustawiać jakieś stoiska z ceramiką i na pewno jest bardzo tłoczno. Dziesiątki, jeśli nie setki mieszkańców, handlarzy i turystów! Łamiącym się głosem Hieronim zawołał do mikrofonu umieszczonego w kasku:

- Dawajcie na rynek ambulanse! Tu za chwilę dojdzie do masakry!
-------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

Noclegi KlekusiowoDomoExprtWeterynarz
reklama Zapraszamy!
reklama Zapraszamy!
Inne informacje z regionu
reklama Zapraszamy