ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4890, 21 kwietnia 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Zapraszamy!
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu7 kwietnia 2021r. godz. 17:04, odsłon: 463, Bolecnauci/Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek 61
Część, która aż buzuje od emocji i wspomnień. Szczere rozmowy nie zawsze są łatwe.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 61 Szloch (fot. pixabay)

Już jest sześćdziesiąta pierwsza część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Pięćdziesiąta ósma część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Pięćdziesiąta dziewiąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Sześćdziesiąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Dzisiaj Bolecnauta Pan M. przedstawia nam rozmowę Julii z Bolesławem. Zapraszamy do lektury:


- Czemu tak zamilkłaś? Kto to dzwonił? Stało się coś złego? – zadając te pytania Bolesław skierował wzrok w stronę Julii, choć wciąż wszystko, na co patrzył, było nadal niewyraźne, jakby ktoś założył mu niewłaściwie dobrane okulary. Nie mógł zobaczyć ani przerażenia Julii po rozłączeniu jej rozmowy z porywaczem, ani tego, że z jej twarzy odpłynęła cała krew i Julia była teraz bledsza niż szpitalna pościel, w której leżał.

Odebrany przed chwilą telefon nie był właściwie rozmową, lecz raczej odsłuchaniem krótkiego komunikatu. Zakończonego informacją, że dzwoniący wkrótce się z nią ponownie skontaktuje. Zabrzmiało to całkiem, jakby porywaczowi niespodziewanie coś przerwało. Przecież nawet nie zdążył jasno przedstawić swoich żądań. Dał tylko znać do zrozumienia, że bardzo pragnie stać się kolejnym właścicielem szmaragdu.

Co robić? Przecież sama sobie nie poradzę, uznała Julia. Waldek! Tak, w Waldku cała nadzieja. On będzie wiedział najlepiej, co powinna teraz zrobić, aby uratować Olę. Ale najpierw Bolek musi się dowiedzieć o tym, że jest jej ojcem. Waldek miał rację. Nie można dłużej z tym zwlekać, stwierdziła. Trzeba się przemóc i mieć to już za sobą.

Julia milczała dłużej niż potrzeba, więc Bolesław zaczął się poważnie niepokoić. Jednak nie miał w zwyczaju dwa razy zadawać tego samego pytania. Cierpliwie czekał na odpowiedź, jakby wyczuł, że za chwilę dowie się czegoś ważnego, a może strasznego. A może ważnego i strasznego jednocześnie. Julia zaczęła liczyć regularne piknięcia maszyny, odmierzającej tętno podłączonego do niej Bolka. Krótkie, powtarzające się dźwięki z aparatury zauważalnie zwiększyły częstotliwość. Oho, Bolek się denerwuje. I ja to rozumiem, stwierdziła w myślach Julia, bo ma powód. Dobra. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…

- No więc… Bolek. Nie wiem od czego zacząć… Bo… Bo muszę ci powiedzieć o czymś, o czym do tej pory… yyy… co do tej pory, co wiele lat przed tobą ukrywałam. Ale musisz mi wybaczyć, bo wcale nie chciałam… to z powodu mojej matki… Po prostu… wtedy… po tym… to znaczy po tamtym spotkaniu… – Julia nie zdawała sobie sprawy, że informacja o istnieniu Oli zwyczajnie nie będzie jej chciała przejść przez gardło. A jak tu jeszcze do tego powiedzieć Bolkowi o jej porwaniu?

- Jezu, wiedziałem! Czułem, że coś przede mną ukrywasz. Oczywiście coś nabroiłaś przez te parę dni, kiedy mnie przy tobie nie było, tak? Zawsze musisz coś zmalować. Jasne, że tak, przecież ty jesteś Julka. Najpierw robisz, a później dopiero myślisz. A potem „ojej, nie chciałam”, „sorry, tak jakoś wyszło” – Bolesław zaczął przerysowywać sposób, w jaki Julia zwykle tłumaczyła swoje potknięcia i błędy. Nigdy dotąd nie słyszała, by Bolek tak się rozgadał w jej obecności. Złośliwy, owszem, bywał już wcześniej, ale Bolek i gaduła to zawsze dotąd były antonimy. A może staje się coraz bardziej zrzędliwy, bo się po prostu starzeje i tyle.

- Bolek! Przestań. Chciałam ci tylko powiedzieć, że…

- Jak mam przestać, jeżeli wciąż trzeba po tobie coś naprawiać! – Bolesław najwyraźniej dopiero zaczął się rozkręcać. – Robisz, co chcesz, a potem zawsze to ktoś inny musi po tobie sprzątać. Tak jak wtedy z tą nocną wyprawą, nurkowaniem i skrzynką z ciężarówki. I tak jak teraz z tą samą skrzynką i tym cholernym kamieniem! Zamiast to zostawić, zapomnieć, zacząć wszystko od nowa, to nie… – Bolesław znów zmienił głos przedrzeźniając Julię i jej sposób proszenia. – „Bolek? Chodź, wyciągnijmy tę skrzynkę i sprawdźmy, co za skarb jest w środku. Julia cię tak prosi!”. A ja co? Nie miałem ochoty się w to pchać, ale coś mnie podkusiło. Chyba pomyślałem, że ci w ten sposób zaimponuję. Chciałem znowu zbliżyć się do ciebie i dałem ci się namówić na tę kolejną leśną wyprawę. I co? I miałem rację. Przez te twoje pomysły znów niemal doszło do tragedii. Tylko tym razem to ja prawie zginąłem. – Bolek popukał się w czoło. – Ale ja durny byłem, że się na to zgodziłem… No i mam za swoje…

- BOLEK! – Julia, przerywając Bolkowi jego słowotok zarzutów, musiała podnieść głos tak, że aż echo poniosło po korytarzu. – Mamy córkę!

- Widzisz? Nie mówiłem, że coś zmalowałaś?! – Bolesław jakby nie dosłyszał, albo nie zrozumiał formy mnogiej czasownika mieć. A najpewniej jedno i drugie. – Zrobiłaś sobie z kimś dziecko i nic mi o tym nie powiedziałaś. No i co? Oczekujesz, że to ja powinienem teraz coś na to zaradzić? Pewnie jeszcze sprowadzisz tu jej tatusia! Wyobrażasz sobie, że będziemy wszyscy czworo żyć, jak jedna szczęśliwa rodzinka? O, już to widzę! „Dzisiaj ty zrób mi śniadanie, Bolek, ja jeszcze trochę pośpię”. „A ty”, jak mu tam, pewnie jakiś Stasiu, „poodkurzasz, a potem chłopcy razem skoczycie po zakupy, co?” – Bolek był coraz lepszy w odgrywaniu zachowań Julii, aż autentycznie, mimo niewesołej sytuacji, zachciało się jej śmiać jak na kabaretowym występie. – Tobie już chyba całkiem coś się we łbie pokiełbasiło, Julka… Szkoda, że mi wcześniej tego nie powiedziałaś. Od razu uznałbym, że nie ma po co się w to wszystko pchać...

- BOLEK! Jak się nie zamkniesz, wychodzę. I może już nie wrócę, bo jeśli życie z tobą ma tak wyglądać, to będzie jakaś gehenna usłana wiecznymi pretensjami! – zdenerwowała się i odbiła wreszcie piłkę Julia, chociaż wyraźnie wyczuwała, że Bolek w chwili obecnej nie do końca jest sobą. Po prostu puściły mu nerwy. Musiał wylać z siebie jakieś nagromadzone przez lata złe emocje. Chyba trzeba mu na to pozwolić i dać się trochę poopluwać. W końcu miał jednak trochę racji, ale naprawdę odrobinę, jedynie ociupinę.

- Jakie życie? Myślisz, że ktoś chciałby żyć z taką kłamczuchą, jak ty? Jak chcesz, to idź sobie do tego swojego Jasia, Stasia, czy jak mu tam, ojca twojej córki... Mam nadzieję, że go tutaj nie przyprowadzisz. Chciałbym wyjść ze szpitala zdrowy. Zwodziłaś mnie, namotałaś mi w głowie i teraz tak po prostu mówisz mi „Mam córkę!”. A coś tak czułem, cholera, że nie do końca jesteś ze mną szczera. No i wyszło, choć z drugiej strony lepiej teraz niż później, gdyby już do czegoś między nami doszło…

- Doszło, Bolek. Ale ty w ogóle mnie nie słuchasz… Mówię ci, że…

- Odezwała się ta, która słucha… – bez pardonu przerwał jej Bolesław. – Chcesz, to idź! I tak zrobisz, co uważasz, bo ja się przecież dla ciebie w ogóle nie liczę… Wtedy w wakacje zostałem sam i jakoś musiałem sobie dawać radę bez ciebie. Na początku próbowałem do ciebie dotrzeć, ale ty nie chciałaś się ze mną widzieć…

- Nieprawda, Bolek! – stanowczo zaprotestowała Julia. Czuła, że zamiast wyznania o jego ojcostwie, ich rozmowa zamienia się w dość ostre rozliczenie z przeszłością. Oby to nie był początek końca, przestraszyła się. – To moja matka blokowała ci dostęp do mnie. Ja przez parę miesięcy nie mogłam podejść do okna, a na telefon nie wolno mi było nawet popatrzeć. Że to niby dla mojego dobra. Matka nawet mojemu ojcu zakazała rozmawiać ze mną o tobie, a on nie miał siły z nią walczyć. Zawsze się jej podporządkowywał, jak potem z tą całą wyprowadzką z Bolesławca.

- Ty nie wiesz, Jula, jak ja okropnie się wtedy czułem. Jak to mnie totalnie przybiło… – uciszył się nagle i nieoczekiwanie Bolesław. Wylał emocje i dalej już tylko opowiadał. Bez oskarżycielskiego tonu, bez cienia wyrzutów. – Odpuściłem sobie naukę i dlatego nie chciałem nawet podchodzić do matury. A potem na komisji w WKU powiedziałem, że nie będę się dalej uczyć, no to hyc, capnęli mnie do wojska. I tam jakoś udało się przestać myśleć o naszym zerwaniu. A potem ten jeden raz, tam w domu u Czarka, na moment wszystko wróciło. Uświadomiłem sobie, że nadal nie potrafię żyć bez ciebie i że to się nie zmieni. No, a potem znów przestałaś się do mnie odzywać. Nie zasłużyłem sobie wtedy na to, żebyśmy ponownie i definitywnie się rozstali…

Bolek nie mógł widzieć, że łzy Julii, jak małe diamenciki, ciekną właśnie po jej policzkach i kapią na jej t-shirta, tworząc na tkaninie coś na kształt konstelacji gwiezdnej. Jedna gwiazda za każdy stracony bez Bolka rok. No, uzbierało się tego sporo. Zbyt wiele. Julia bardzo żałowała, że nie może cofnąć czasu. Postanowiła wytłumaczyć Bolkowi kilka rzeczy, o których dotąd nie wiedział.

- Powiedziałeś mi wtedy, że za pół roku wychodzisz, pamiętasz? Zapisałam sobie telefon do twojej jednostki. I potem, dokładnie 178 dni po tym, kiedy się z tobą… kiedy się ze sobą… w ostatnim dniu, który miałeś spędzić w wojsku chciałam zadzwonić, ale nie mogłam. Wiedziałam wtedy, że być może pozbawiłam nas ostatniej szansy…

- Nie mów, że zgubiłaś ten numer? – Bolek patrzył teraz w okno, chociaż niewyraźny widok za szybami był dla niego całkowicie obojętny. Nie wiedział czemu, ale nadal powątpiewał w jej prawdomówność. To nawet lepiej, że wzrok mu szwankował, bo nie chciał patrzeć na Julię. Nie zaryzykowałby teraz spojrzenia jej prosto w oczy, bo bałby się, że zobaczy tam prawdopodobnie tylko nieszczerość i wygasłe uczucie.

- Nie zgubiłam. Nauczyłam się go nawet na pamięć. Ale wtedy coś się zdarzyło. Coś, co dotyczyło tylko nas. I moja kochana, troskliwa mamusia poczuła swój matczyny zew i znów postanowiła zagrać w swoją grę „Ja wiem najlepiej, czego ci trzeba”…

- Możesz troszkę jaśniej? Jak mam ci zaufać, kiedy wyczuwam, że nadal nie mówisz całej prawdy? Podaj mi swoją rękę, Jula – Bolek wyciągnął rękę do przodu. Julia położyła swoją lewą dłoń na jego otwartej dłoni. Bolek zacisnął palce, wciskając swoje między jej i położył ich splecione dłonie na swoim sercu. – Zawsze biło dla ciebie. Czujesz, jak wali? Bo jeszcze tam jesteś. Bo, to wszystko jeszcze się tam tli. Naprawdę. I albo powiesz mi wszystko teraz, albo na zawsze i bezpowrotnie zgaśnie to, co do ciebie czuję…

Za oknami rozległa się syrena karetki pogotowia wyjeżdżającej spod szpitala. Tuż potem jeszcze jedna. A potem kolejna. Musiało stać się coś poważnego, pomyślała Julia, skoro wysyłają prawdopodobnie wszystkie dostępne ambulanse. Wierzchem wolnej dłoni rozmazała płynące po policzkach łzy, razem z dyskretnym makijażem. Bolek romantyk. Bolek poeta. Tak pięknie to powiedział. Czemu nie pisze wierszy?

- Bolek, ja… przecież powiedziałam ci przed chwilą… Zaręczam ci, że nie ma żadnego innego faceta poza tobą…

- Zanim kolejny raz skłamiesz, albo coś przemilczysz, zastanów się. Jeżeli ty też coś czujesz do mnie, nie pozwól, żeby nam się to teraz wymknęło… Proszę cię. Kolejny raz tego nie zniosę.

Julia wiedziała, że Bolek ma rację. On wcale nie grał i niczego nie udawał, żeby ją zmusić do tej spowiedzi. Po prostu powiedział, co czuje. Nie wiadomo, ile go to kosztowało, ale na pewno nie było mu łatwo. Nie podawał się, nadal walczył o tę ich trzecią szansę. A więc musi mu powiedzieć wszystko i to do samego końca. Tu i teraz. Dobra, no to będzie szczerze i boleśnie. Dla niego i dla mnie, postanowiła Julia przymykając oczy. Wzięła długi wdech, zacisnęła palce na jego palcach i odkręciła kurek prawdy.

- Trochę trudno mi to mówić, bo pewnie wyjdę na niewdzięczną i marnotrawną córkę. Ale to wszystko przez moją matkę. To przede wszystkim jej wątpliwa zasługa. Nie zadzwoniłam wtedy do ciebie, bo ona drugi raz postawiła mi ten sam wybór…

- Jaki wybór, Julka? – Bolesław wolał żyć w świecie opartym na prostych zasadach. Nigdy do końca nie rozumiał zawiłości kobiecego umysłu i reguł kierujących światem babskich emocji. A już relacja matka-córka była dla niego tak niezrozumiała, jak fizyka kwantowa. Niby ktoś tam odkrył i opisał te drobinki materii, niby są dowody, że wszystkie one na siebie jakoś wpływają, ale cała ta wiedza psu na budę, kiedy tak naprawdę nie rozwiązuje nawet jednego ważnego życiowego problemu. Jak choćby tego, dlaczego to, co matki uważają za dobre dla swoich córek, tak naprawdę w wielu przypadkach wyrządza im nieodwracalną krzywdę.

- Powiedziała do mnie: „Albo on, albo my i nasza pomoc”. Za wszelką cenę nie chciała, żebyś znów zaczął się ze mną spotykać. Uparła się i dopięła swego. A ja nie miałam siły, nie miałam odwagi, żeby o nas zawalczyć. Drugi raz dałam za wygraną – Julia otworzyła oczy, ale w poczuciu winy opuściła głowę. Potem podniosła wzrok i przeniknęła przez jego chore oczy do skrzywdzonej duszy.

- I tylko o to chodziło? Tak bardzo ci była potrzebna ich pomoc? – zdziwienie Bolesława odmalowało się na jego twarzy. – Przecież byłaś… byliśmy dorośli! Mogłaś studiować i pracować. Ja po wyjściu z wojska też znalazłbym jakąś robotę we Wrocławiu. Coś byśmy razem wynajęli, jakąś kawalerkę na początek. Mogłem się też dalej uczyć, z twoją pomocą podejść do matury. Jakoś ułożylibyśmy sobie życie. Kiedy ludzie się kochają, poradzą sobie. Wiem, że to brzmi jak wyświechtany banał, ale prawdziwa miłość jest w stanie pokonać wiele przeciwności. A nasza była najprawdziwsza na świecie, prawda? Jedna na milion.

- Jedna na miliard, żeby być dokładniejszym – wtrąciła Julia.

- Niech ci będzie jedna na miliard. Nie mogłaś się wreszcie postawić swojej matce? Pierwszy raz, wtedy w czerwcu, po naszej przygodzie w lesie, to jeszcze rozumiem. Byliśmy oboje niepełnoletni i rok przed maturą. Mogłaś faktycznie pomyśleć, że bez rodziców świat ci się zawali. Ale potem, na studiach? Dlaczego uważałaś, że nie poradzisz sobie bez nich? Tak bardzo zależało ci na ich kasie? Wydawałaś się wtedy, zresztą wcześniej też, być taka samodzielna, odważna, pewna siebie, choć trochę szalona, nieprzewidywalna szajbuska…

- No, dzięki, Bolek. Sporo się właśnie o sobie dowiedziałam – Julia była zadowolona, bo miała wrażenie, że w ten sposób, właśnie teraz i odpowiednio dobranymi słowami zamykają z Bolkiem niedokończone fragmenty powieści o nich samych. Zdaje się, że tego właśnie potrzebowali. Była pewna, że dzięki temu w przyszłości będą już wracać wspomnieniami wyłącznie do tych dobrych chwil.

- Prymuska, której wszyscy nauczyciele wstawiali bez namysłu najwyższe stopnie – kontynuował Bolesław. – Lubiana i podziwiana przez wszystkich. Po prostu najlepsza. Dzisiaj mówią na takich debeściak.

- Bolek, teraz to mnie zawstydzasz.

- Ty nie wiesz, jak wspaniale było wiedzieć, że tam przy sobie widziałaś też i miejsce dla mnie. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczyło. Dla zwykłego sieroty, którego nawet na nowy rower nie było stać. Dla chłopaka znikąd – Bolesław wyjątkowo trafnie dobierał słowa i opisywał ich czasy licealne. Julia nie spodziewała się, że po tylu latach wciąż będzie tyle pamiętał. – Jak mnie to wyrwało do góry. Bez ciebie nie miałbym nawet w połowie takich ocen, jakie dostawałem dzięki twojej pomocy. Ale wiesz, co? Zawsze się bałem. Bałem się, że to się skończy. Że traktujesz mnie tylko jako swoją zdobycz, zabawkę. Żeby się mną móc pochwalić, bo miałem szczęście być wysoki, nieźle zbudowany i dobrze razem wyglądaliśmy.

- Nigdy, ale to przenigdy nie myślałam o tobie jak o kwiatku do butonierki – zapewniła Julia. – Ani jak o kimś, kim mogłabym się chwalić. Jeśli mowa o miłości, czy jak inni uważają, chemii uczuć, to wiedz, że na mnie zadziałało, jak to mówią, od pierwszego wejrzenia. Nie wiem, jak było u ciebie.

- Mnie Kupidyn ustrzelił jeszcze na korytarzu, zanim weszliśmy na pierwszą lekcję z naszym wychowawcą. Pamiętam jak dziś, kiedy zwróciłem uwagę na twoją rudą czuprynę. Nie dało się zresztą jej nie zauważyć… – Bolek zamyślił się. Prawdopodobnie wrócił wspomnieniami do pierwszego dnia września roku, w którym obydwoje zdali do tego samego liceum. Do momentu, kiedy po godzinie powitalnego apelu świeżo upieczeni licealiści rozeszli się do swoich klas, aby poznać swoich wychowawców, nowych kolegów i nowe koleżanki na kolejne cztery lata nauki.

- Bolek, dobrze, że tak sobie rozmawiamy, wiesz? Bo teraz mogę ci powiedzieć o najważniejszym – Julia była przekonana, że odpowiedni moment właśnie nadszedł. Ale znów jakoś się nie złożyło, bo nadal nie do końca nieuświadomiony Bolek kolejny raz jej w tym przeszkodził.

- No, przecież powiedziałaś mi już, że masz córeczkę. Przyjąłem do aprobującej wiadomości – słowa Bolesława zabrzmiały naprawdę szczerze. O dziwo, nie był ani trochę zły.

- Dorosłą córkę – skorygowała wiek ich dziecka Julia. – Ma na imię Aleksandra.

- Ola. Jakie śliczne imię! – zachwycił się Bolesław. Ogarnęło go jakieś dziwne podekscytowanie. Pewnie uznał, że Julia wreszcie wyrzuciła z siebie to, co przed nim ukrywała i odtąd będą ich w życiu czekać już tylko same najwspanialsze, najszczęśliwsze chwile. – Podobna do ciebie? Bo jeśli tak, to pewnie ma sporo adoratorów! Ciekawe, czy mnie polubi? Kiedy będę ją mógł poznać?

- Teraz to chwilowo niemożliwe, Bolek…

- A co, pewnie mieszka gdzieś daleko? To nic, jak wydobrzeję, pojedziemy tam moim wysłużonym, bordowym staruszkiem. O ile nie zabrali go jeszcze na policyjny parking.

- Mieszka… my z Olą razem – głos Julii zaczął się łamać. – Właśnie chciałam… muszę ci powiedzieć… Ten telefon… Ona została, znaczy ktoś ją… no, za ten szmaragd – Julia mimowolnie i dość głośno zaszlochała. A potem wybuchła. – On ją porwał, bo chce dostać ten kamień! Wyobrażasz sobie? Jak można coś takiego zrobić!

- Jak to porwał? Kto?

- No, ten sukinsyn, który do ciebie strzelał! – Julia nerwowo nie wytrzymała, a słowo na „s” było najłagodniejszym określeniem, które przyszło jej do głowy.

Bolesław zerwał się, jakby chciał wstać z łóżka. Julia była przekonana, że gdyby go nie powstrzymała i nie przydusiła jego ramion, biegałby już po korytarzu przeszukując wszystkie pomieszczenia po kolei, mimo, iż nie wiedział nawet kogo powinien szukać. To znaczy wiedział, jak wygląda ten, który porwał Olę, ale nie wiedział jak wygląda ona sama. Ale gdyby ją zobaczył, z pewnością domyśliłby się wreszcie, czyją jest córką. Geny nie kłamią.

- A dokąd ty się wybierasz? Przecież ledwie wstaniesz, od razu się przewrócisz!

- A policja już wie? – Bolesław zdał sobie sprawę, że w jego stanie na niewiele się zda w poszukiwaniach, więc ochłonął, a w jego głowie zaczęły się rozkręcać operacyjne trybiki.

- Tylko ty i ja. Nikt więcej…

- Nikt więcej oprócz mnie – dodał męski głos dobiegający od strony wejścia. – Ja też już wiem o porwaniu Oli. Przeglądałem właśnie szpitalny monitoring. Lepiej być ostrożnym, bo mamy do czynienia z wyjątkowo groźnym przestępcą. Nie uwierzycie, kiedy zaraz wam opowiem, co się działo pod szpitalem i co się teraz dzieje w waszym nudnym mieście… Normalnie jakby kręcili tu jakiś film sensacyjny…

Zaskoczona Julia, zajęta rozmową z Bolesławem, nie zauważyła, że chwilę temu w drzwiach stanął jego brat. Zobaczyła Waldka dopiero, kiedy ten nieoczekiwanie się odezwał. Ciekawe, ile słyszał z ich całej rozmowy?

- Tak sobie myślę, Waldek, że dopóki facet nie powie, czego chce, będzie lepiej, żeby nikt poza nami na razie o tym nie wiedział – stwierdził Bolesław, a pozostała dwójka kiwając głowami przyznała mu rację.

- Niech tak będzie – poparł go Waldek. Bracia Wilczyńscy byli w kwestii powiadamiania organów ścigania wyjątkowo zgodni. Widocznie obu zależało na tym, aby Oli włos z głowy nie spadł. Obaj musieli w przeszłości mieć do czynienia z tego rodzaju zdarzeniami i wiedzieli jak to się może skończyć, stąd zapewne ich ostrożność. – Gliniarze tylko by coś skrewili. Nie możemy do tego dopuścić. Jakaś obława, nieuważny ruch i dziewczyny mogą ucierpieć.

- Dziewczyny? – Bolesław uniósł brwi tak wysoko, że prawie odzyskał grzywkę. Mogło się tak wydawać, ale nie umknęło mu wcześniej, że Waldek musiał o córce Julii wiedzieć wcześniej od niego. – Skoro już mamy tutaj kącik zwierzeń, czy jest jeszcze coś, Julka, co chciałaś mi powiedzieć, zanim lepiej ode mnie poinformowany o wszystkim Waldek nam opowie, co słychać w mieście, oprócz wyjących od kilku minut wariackich syren?


Czy Julii uda się powiedzieć Bolkowi, kto jest ojcem? Czy Waldek z Bolesławem złapią Dymitra mimo tego, że Policja już rozpoczęła pościg i może namieszać? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów!

Bolecnauta Pan M. pisze, dzieląc się z nami niesamowitymi pomysłami i talentem pisarskim. Piszcie w komentarzach, co najbardziej podoba się Wam w powieści i która postać jest najbliższa Waszym sercom!

Kolejny odcinek już w sobotę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Białoszara Bazylia   10 kwietnia 2021r. o 11:54

~Białoszara Bazylia

Postów:

c.d.
----------------------------------
Rozpoczynająca się właśnie, mająca potrwać kilka dni impreza, zwana Świętem Ceramiki, której głównym celem od wielu lat było promowanie ręcznie wytwarzanej w lokalnych manufakturach ceramiki stempelkowej, ściągnęła do Bolesławca, jednego z najpiękniejszych dolnośląskich miast, aż trzy stacje telewizyjne: dwie ogólnopolskie i jedną lokalną z Wrocławia. Na pustym placu po dawnym hotelu „Zum Kronprinz von Preußen”, który to plac od wielu lat był i nadal jest przedmiotem burzliwej, wywołującej gorące emocje, urbanistycznej dyskusji mieszkańców Bolesławca, stały więc tym razem aż trzy charakterystyczne, oznakowane wozy transmisyjne.

Przez ponad ćwierć wieku od zakończenia działań wojennych i włączenia dawnego Bunzlau w granice państwa polskiego w nowym europejskim porządku geograficzno-politycznym, zgodnie z trendem degermanizacji i repolonizacji Ziem Odzyskanych po II wojnie światowej, hotel ten funkcjonował pod nazwą „Piastowski”. Zarówno budynek, w którym działał hotel, jak i sąsiednia kamienica przetrwały przejście frontu, ale już nie zdołały oprzeć się próbie czasu. Przez wieloletnie zaniedbania ich stan techniczny pogorszył się na tyle, że na przełomie lat 60 i 70-tych ubiegłego wieku podjęto decyzję o ich rozebraniu.

Zaburzyło to, co prawda, układ urbanistyczny przepięknego bolesławieckiego rynku, pozostawiając wyrwę w jego wschodniej pierzei, wielką jak dziura po ekstrakcji zęba trzonowego mamuta, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powstała bowiem jednocześnie nowa otwarta przestrzeń, dzięki której odsłonił się przepiękny widok na fasadę dawniej kościoła, a obecnie bazyliki mniejszej pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Św. Mikołaja.

Widok ten był tak atrakcyjny i tak wpisał się już w układ przestrzenny całego bolesławieckiego rynku, że teraz z kolei pomysł wstawienia plomby w postaci dwóch nowych kamienic z pewnością wywołałby masowe demonstracje przeciwników i kontrmanifestacje zwolenników tego rozwiązania. Kolejni rezydenci Ratusza, jakiejkolwiek nie byli opcji, prawdopodobnie w obawie o swój los polityczny, wstrzymywali się z podejmowaniem decyzji w sprawie ewentualnej odbudowy jedynych brakujących budynków w zabudowie okalającej plac rynku z czterech stron. Tych, którzy pamiętali jeszcze dwie rozpadające się rudery, z roku na rok jest wszak coraz mniej. A wszyscy bolesławianie od pięćdziesiątego roku życia w dół, o istnieniu tych zrównanych z ziemią budynków wiedzieli tylko z opowiadań swoich rodziców czy dziadków. Obecnie mało który z zapytanych bolesławian jest w stanie wymienić, jakie budynki niegdyś stały na tym pustym placu, a informacje na ten temat można obecnie znaleźć właściwie tylko w historycznych kronikach, na starych fotografiach czy pocztówkach.

Reporter oddziału terenowego TVP we Wrocławiu, Artur Bryłka, wyciągnął właśnie z wozu POL 030 sporych rozmiarów kamerę opatrzoną naklejkami „TVP3 Wrocław”. Zaczął przymocowywać ją do przenośnego statywu rozstawionego na trzech solidnych nóżkach. Tego dnia zamierzał korzystać tylko z jednej kamery, chociaż w wozie znajdowały się jeszcze trzy inne. Dokręcając kilka elementów mocujących i stabilizujących popatrzył do góry, na charakterystyczną, zbudowaną z piaskowca wieżę bazyliki.

- Ładny ten kościół, co nie, Tomek? – podzielił się swoją obserwacją z kolegą z zespołu, technikiem ustawiającym sporej wielkości talerz anteny satelitarnej na dachu ich białego busa.

- Ładny, ładny. W tych okolicach dużo jest budynków zbudowanych z piaskowca. Gdzieś czytałem, że znajdziesz ten piaskowiec wydobywany pod Bolesławcem w wielu znanych budynkach w Europie. Zapamiętałem z nich tylko Reichstag w Berlinie – odpowiedział Tomasz nie podnosząc głowy. Klęczał na kolanach i stękał, dokręcając śruby motylkowe w niewygodnej dla niego pozycji. – Moja żona pochodzi z Lwówka Śląskiego, więc miałem okazję kiedyś zwiedzać te tereny. Dzięki takim zabytkom w większych i mniejszych miejscowościach, cały Dolny Śląsk ma taki unikalny charakter. Te wszystkie zamki, pałace, klasztory i kościoły. Sporo z nich co prawda popadło w ruinę w wiadomych czasach, ale są też i perełki. Widziałeś na przykład ten kamienny wiadukt? Albo zamek w Kliczkowie?

- Wstyd przyznać, ale na żywo jeszcze ani jednego, ani drugiego – odpowiedział Artur.

- No, to żałuj. Może jak czas pozwoli, to podjedziemy i zrobimy tam parę ujęć do naszego materiału, na pewno będzie pasowało, bo bardzo wiele osób kojarzy Bolesławiec, oprócz ceramiki, także z tym długaśnym, kamiennym wiaduktem – Tomek stanął wreszcie na nogi i podszedł do drabinki, po której stawiając ostrożnie stopy powoli zszedł z dachu auta na dół. Stojąc na ziemi poparzył w górę na zmontowany przed chwilą duży, szary talerz. – Gotowe. Idę porobić testy.

Kiedy kolega zniknął we wnętrzu vana wielkości półciężarówki, dziennikarz zdjął osłonę obiektywu, włączył urządzenie i sprawdził wyświetlane na panelu informacje. Do jego obowiązków nie należało przygotowywanie sprzętu, ale lubił te dodatkowe zajęcia i przynajmniej upewniał się, że później podczas nagrywania materiału do relacji filmowej, nie spotkają go żadne niespodzianki. No i zawsze czegoś tam mógł się dodatkowo nauczyć, aby w razie niedyspozycji kamerzysty, choćby na pewien czas przejąć jego rolę. Szefowa w redakcji nie lubiła, kiedy przywozili niepełny, czy niedokręcony materiał bez ważnego powodu.

Po sprawdzeniu sprzętu rzucił okiem na zgrabną redaktor, krzątającą się przed wozem konkurencji, a potem rzucił podniesionym głosem do niewidocznego Tomka „Idę wypróbować ustawienie na placu przed sceną!”. Złożył trójnóg i dźwignąwszy całość na ramię, pomaszerował po wyłożonej kostką nawierzchni rynku prosto w pobliże rozkładanej właśnie konstrukcji średniej wielkości estrady, na której podczas następnych kilku dni będzie występować łącznie kilkunastu mniej lub bardziej znanych artystów.

Po drodze zwrócił uwagę, że właściwie cały rynek otoczony jest kolorowo pomalowanymi kamienicami, a niektóre fasady posiadały dodatkowe, mniej lub bardziej wyszukane ozdoby. Architektonicznie centrum Bolesławca bardzo trzyma się kupy, pomyślał, nie to co w wielu innych miastach, gdzie oprócz starych odrestaurowanych kamieniczek straszą postawione przez nową powojenną władzę bloki z wielkiej płyty. Odstraszające swą brzydotą budowlane konstrukcje, stojące w wielu, dawniej pięknych centrach miast, przypominają do dzisiaj o tym, że nie każdemu leżało na sercu odtworzenie historycznej tkanki miejskiej, stanowiącej właśnie o wyjątkowości danego miejsca. Ciekawe, jaki był klucz podejmowania decyzji na przykład w Legnicy, a jaki w Bolesławcu, że oba place rynkowe tak drastycznie różnią się dziś swym wyglądem? A najgorzej, że w takiej naznaczonej prawie pięćdziesięcioletnią obecnością dowództwa wojsk radzieckich Legnicy, niewiele obecnie można już z tą brzydotą zrobić.

Artur pierwszy raz był w Bolesławcu w zeszłym roku, także podczas sierpniowego Święta Ceramiki, ale wtedy nie było z nim Tomka, tylko inny technik-operator kamery. Już wtedy zorientował się, że miasto warte jest odwiedzenia i bliższego poznania, ale dotąd nie miał okazji na wycieczkę w te rejony. Dlatego ucieszył się, że to właśnie jemu szefowa kolejny raz zleciła realizację reportażu z tej imprezy, drugi rok z rzędu.

Zadbany bolesławiecki rynek z płytą wyłożoną granitowymi mozaikami kształtów i kolorów, podświetlana fontanna, młode drzewka o dużych, jasnozielonych liściach, mieniące się kolorami kwietniki, ozdobne ceramiczne ławki – to wszystko świadczyło o tym, że mieszkańcy chcą, by ich miasto było ładne i są dumni, że goście i turyści mogą podziwiać to, co Bolesławiec ma do wyeksponowania. Jednak najważniejszą rzeczą, z której Bolesławiec był znany również na świecie, jest właśnie ta promowana tak intensywnie, charakterystyczna ceramika stempelkowa, której kilkunastu, jeśli nie łącznie kilkudziesięciu wytwórców przygotowywało właśnie swoje stoiska na historycznym rynku.

Specjalna ekipa stukając, pukając, wiercąc i niestety soczyście klnąc, montowała elementy jednakowo wyglądających, drewnianych kramów, które wkrótce zostaną zapełnione ręcznie zdobionymi wyrobami, wytworzonymi nie tylko z gliny. Podczas kolejnych dni stoiska producentów odwiedzi kilkadziesiąt, a może nawet i kilkaset tysięcy turystów, którzy rokrocznie przyjeżdżają do Bolesławca przez kilka sierpniowych dni i są zaskakiwani nowymi kształtami, wzorami i rodzajami talerzy, filiżanek, dzbanków, wazonów, świeczników i setek innych wyrobów kamionkowych, mniej lub bardziej przydatnych w kuchni, czy kupowanych tylko dla ozdoby. W świecie masowej produkcji i tandetnego wzornictwa, rękodzieło na szczęście jest nadal cenione, zwłaszcza przez gości z zagranicy, którzy nie da się ukryć, zawsze nieco chętniej niż rodacy sięgają do portfeli z walutą, na co właśnie rokrocznie liczą wszyscy wystawcy.

Mała scena dla artystów powstawała przy wieży ratuszowej, ale dużo większa, główna estrada dla występów miała być ustawiona wyżej, gdzieś na placu pod kinem, albo być może jeszcze dalej. Artur stanął na wprost wznoszonej konstrukcji, rozejrzał się i wybrał dwa miejsca, w których zamierzał wstępnie ustawić kamerę, aby znaleźć najlepsze tło dla przyszłych ujęć. Rozstawiając trójnóg w pierwszym z nich usłyszał nagle za plecami coraz głośniejsze dźwięki kilku syren. Gdzieś w pobliżu przejeżdżają co najmniej dwa uprzywilejowane pojazdy, pomyślał. Ciekawe, co się stało? Ktoś zasłabł, a może gdzieś pojawił się jakiś dym?

Kątem oka zauważył, że kilka przypadkowych osób odwraca swoje głowy w jednym kierunku. Stamtąd właśnie dochodziły narastające dźwięki o zmiennej modulacji, oznaczające zbliżanie się jakiegoś ambulansu, radiowozu albo wozu strażackiego. W chwili, kiedy i on zaczął odwracać głowę, ludzie ci zaczęli w popłochu i chaotycznie rozbiegać się na wszystkie strony, nie wiedząc chyba, który z kierunków będzie tym właściwym. Kilka osób zaczęło coś krzyczeć, ale Artur nie mógł zrozumieć co. Chyba głównie wołano słowa „Uwaga!” i „Ratunku!”, ale w obliczu tego, co w ciągu następnych kilkunastu sekund miało wydarzyć się na bolesławieckim, do tego momentu pięknym i zadbanym rynku, treść tych okrzyków nie miała żadnego znaczenia. Żadne słowo nie było w stanie powstrzymać wyjącego silnikiem, ciemnego audi i jadącego za nim równie głośnego, wielkiego sportowego motocykla, które wpadły na rynek, jakby brały udział w nielegalnym wyścigu ulicznym.

Artur nie wiedział, czy wjazd na rynek w ogóle jest dozwolony, ale był pewien, że na czas wydarzeń, takich jak Święto Ceramiki, z pewnością wiele ulic wyłączanych jest z ruchu, żeby zapewnić tysiącom odwiedzających spokój i bezpieczeństwo. Audi, które prowadził jakiś mężczyzna nagle skręciło w lewo pomiędzy jedną z ławek i niewielkie drzewko z podwieszonymi kwietnikami. Jadąc w sporym przechyle i piszcząc oponami, auto zaczęło zbliżać się prosto w stronę Artura. Ten nie zdążył wpaść w panikę, ale w ostatniej dosłownie chwili jakimś cudem zdążył odskoczyć, zanim przód auta uderzył i wyrzucił w powietrze rozstawioną przez niego dopiero co kamerę. Jasny szlag, co to za wariat, pomyślał tocząc się po twardym granicie i boleśnie obijając sobie przy tym biodra i ramiona. Zanim uderzył głową w koło samochodu należącego do ekipy budującej scenę, zdążył jeszcze pomyśleć, że jego szefowa się wkurzy za zniszczenie sprzętu wartego ponad trzydzieści tysięcy złotych polskich. I to netto, bez VAT.

Po uderzeniu nie stracił przytomności, bo jego czaszka trafiła w oponę, a nie w felgę. Na szczęście, bo dwójka jego synów mogłaby w ułamku sekundy stać się sierotami, a żona przedwczesną wdówką. Uderzenie było tępe, jakby dostał w głowę dużym gumowym młotkiem. Jednak nie na tyle mocne, żeby pozbawić go możliwości obserwacji dalszych kadrów rozgrywającego się, jak się domyślił po kolejnych wjeżdżających na rynek srebrno-niebieskich pojazdach z włączonymi kogutami i syrenami, jakiegoś policyjnego pościgu.

Artur z poziomu granitowej kostki brukowej widział, jak zdesperowany uciekinier, po rozbiciu w drobny mak jego kamery, szybko odkręcił kierownicę w drugą stronę i wykonał gwałtowny skręt w prawo, dając dowód swoich wyjątkowych umiejętności. Wprowadził pojazd w prawoskrętny drift na piszczących i pozostawiających czarne gumowe ślady oponach, ale nie mógł już uniknąć trafienia w pierwsze ze stoisk w gęsto rozstawionej drewnianej zabudowie. Szczęście w nieszczęściu, że demolowane jeden po drugim kramy były dopiero co zmontowane, więc żaden z kupców-rzemieślników nie zdołał jeszcze ich zasiedlić.

Poobijany Artur nie chciał tracić możliwości zobaczenia dalszej części pościgu na własne oczy, więc wstał i trzepnął głową, aby jego oczy mogły wrócić na swoje miejsce. Nie zważając na być może opłakany stan swoich kości i mięśni przebiegł kilkanaście metrów wzdłuż niskiego, metalowego płotka, oddzielającego część spacerową od rabatek kwiatowych, tuż pod jedną ze ścian ratusza, na której znajdowała się jakaś płaskorzeźba z kilkoma postaciami.

Wybiegając zza narożnika budynku spojrzał w prawo w samą porę, aby stać się świadkiem najlepszej sceny kaskaderskiej, jaką kiedykolwiek widział w życiu w filmach sensacyjnych. To, co zobaczył, przeczyło prawom natury, prawom fizyki, ale najbardziej chyba zdrowemu rozsądkowi. Scena była tak surrealistyczna, jakby wszystko zostało wygenerowane przez superszybkie komputery w przestrzeni wirtualnej, a w oczach Artura przewijające się kadry spowolniły, jak w najlepszych scenach w filmie Matrix. Zdenerwował się, zaczął tupać nogami i rzucać słowami powszechnie uważanymi za obelżywe, bo właśnie w takich momentach reporter powinien mieć ze sobą kamerę, a wiedział, że zanim dobiegłby do wozu transmisyjnego po nowy sprzęt, będzie już po całej akcji.

Radiowozy w liczbie czterech jechały za dwoma gnającymi pojazdami, nie wkraczając póki co do akcji, a szajbnięty motocyklista, dosiadający swojego futurystyczego rumaka w nieodpowiednim do sytuacji garniturze, podążał śladem ściganego w odległości ledwie kilku metrów za nim. Widać było, że miał zamiar wyprzedzić ściganego, jeżeli tylko nadarzyłaby się do tego okazja. Podczas, kiedy audi wyrabiało wiraż w prawo, zgrabnie wyłożył się na prawą stronę, niemal dotykając kolanem nawierzchni. Tuż po tym, kiedy kierowca audi zaczął za pomocą zderzaka przestawiać puste stoiska w inne miejsca, szalony człowiek w kasku postanowił wykorzystać chwilową utratę prędkości samochodu i podjąć próbę jego wyprzedzenia.

Motocyklista odbił kierownicą lekko w lewo i przekręcił manetkę gazu do oporu, co w pierwszej chwili lekko uniosło przednie koło ścigacza. Unikając kolizji z większymi wylatującymi w powietrze szczątkami płyt OSB, które jeszcze przed chwilą stanowiły ściany niewielkich domków kupieckich, nie zdołał jednak uniknąć najechania na fragment jednego z nich, który jednym końcem oparł się o ziemię, a drugim o inny, większy gabarytowo szczątek byłego straganu, tworząc równię pochyłą.

- O, rany! – wykrzyknął Artur na widok sceny, której całkiem przypadkowo stał się naocznym świadkiem.

***

Hieronim tak właściwie nie miał zamiaru tego dnia fruwać jednośladem w przestworzach bolesławieckiego rynku, ale skoro już się to miało zdarzyć, pomyślał, że powinien spróbować to jakoś wykorzystać. O ile oczywiście nie wyrośnie przed nim jakaś ściana i nie zostanie uwieczniony na fasadzie jednej z kamienic jako krwawa plama o humanoidalnym kształcie, manewr ten mógł przynieść pewne korzyści. Nie rozpoczął więc nagłego hamowania, ale zaryzykował, jeszcze bardziej przekręcił pokrętło gazu i przyspieszył, podejmując ryzykowną próbę wyprzedzenia ściganego audi w locie. Dosłownie.

Motocykl najechał na przypadkiem powstałą skocznię, uniósł się jak startujący Jumbo Jet bez skrzydeł i wzleciał w powietrze, przyjmując przepiękną pozycję z kierującym przyklejonym do baku i kokpitu, jak jeździec do szyi konia skaczącego przez bardzo wysoką przeszkodę na hipodromie albo jak Indianin gnający bez siodła na swoim koniu maści bułanej za stadem bizonów. Pomijając sportowe, artystyczne i przyrodnicze konotacje tej sceny, taki lecący kilka metrów nad ziemię ćwierćtonowy motor, nie wliczając kierującego, mógł stanowić niezłą broń, jeżeli tylko umiało się z niej skorzystać podczas lądowania.

Niestety brak praktyki w pilotowaniu latających jednośladów i czynienia z nich użytku w celu łapania przestępców dał o sobie w tym momencie znać. Hieronimowi zabrakło także odrobiny szczęścia, gdyż mimo przyziemienia tuż przed maską ściganego audi, nie poradził sobie już ze zbyt śliską nawierzchnią, wyłożoną na przemian szorstką kostką i gładkimi płytami. Zupełnie także niepotrzebnie palce prawej ręki Hieronima podczas twardego, acz świetnie zamortyzowanego lądowania, odruchowo wyprostowały się i zacisnęły na dźwigni hamulca blokując przednie koło Hayabusy.

Zanim motocykl się przewrócił, a Hieronim się od niego oddzielił, kierowca audi z perfekcyjnym refleksem i niesamowitą umiejętnością przewidywania, po minięciu ostatnich roztrzaskiwanych drewnianych stoisk odbił w lewo, korygując tor jazdy tak, że nie tylko uniknął uderzenia w lądujące i przewracające się przed nim Suzuki. Jednocześnie ustawił auto w sposób, który umożliwił mu wjazd w ulicę Prusa na pełnej prędkości między pierzchającymi na wszystkie strony przechodniami. Gdyby nie ten manewr prawdopodobnie wjechałby w podcienia i miałby wielki problem z wyjazdem, przez co zapewne ścigającym go radiowozom udałoby się go zablokować i uniemożliwić mu dalszą spektakularną ucieczkę.

Gdyby Hieronim nie spadł z przewracającego się motocykla, dokonałby żywota razem z nim, gdyż omijany przez audi, sunący i obracający się jednoślad, wzbudzając fontanny iskier wpadł z ogromnym hukiem na pierwszą z grubych, obłożonych okładziną z piaskowca podpór w podcieniach. Po uderzeniu w solidną, twardą przeszkodę, pojazd rozpadł się na wiele większych i mniejszych części, z których tylko niewiele przypominało jeszcze o świetlanej przeszłości tych szczątków, jako rozwijającego 300 km/h mechanicznego sokoła wędrownego, wyprodukowanego w japońskiej fabryce.

Szczątki maszyny zostały porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów, czyniąc wiele szkody witrynom, elewacjom i kilkunastu osobom, które skulone próbowały ukryć się w załomkach murów kamienic i wejściach do sklepów. Kilka litrów pozostałego w baku paliwa rozlało się i zapłonęło, co dopełniło przerażającego obrazu zniszczeń i skutecznie zablokowało nadjeżdżającym radiowozom możliwość dalszego pościgu.

Sam Hieronim mógł o sobie powiedzieć, że tego dnia uniknął przeznaczenia, wyrwał się kostusze spod kosy, rozminął się ze śmiercią. Najpierw sunął kilka metrów na plecach, zdzierając sobie z nich wszystko łącznie z podkoszulkiem i wierzchnią warstwą naskórka. Potem uderzył o krawężnik, podskoczył, siłą bezwładności okręcił się i wytracając impet, przeleciał tuż obok rozstawionych, zajętych stolików z parasolami i wpadł tymi samymi ogołoconymi plecami na ustawioną przed ścianą lodówkę z napojami gazowanymi, wstawioną tam przez właściciela znajdującej się tuż obok knajpy.

Szyba lodówki pękła, obsypała Hieronima gradem kawałeczków szkła, nie czyniąc mu jednak żadnej dodatkowej szkody. Znajdujący się wciąż na jego głowie kask zdołał uchronić go przed pęknięciem czaszki, jak i przed lecącymi z góry szklanymi odłamkami. Siedząc oparty o zniszczoną lodówkę Hieronim, obmacał się z grubsza po kościach i wyciągnął rękę za siebie, głaskając lodówkę po bocznej ścianie z wdzięczności za ocalenie życia. Podniósł przyłbicę i z ulgą westchnął.

- I niech mi ktoś powie teraz, że słodzone i gazowane napoje szkodzą. Mi uratowały właśnie życie – rzucił do zdziwionych i przestraszonych jednocześnie, zajmujących stoliki klientów restauracji, nie zdając sobie do końca sprawy z absurdalności swojego stwierdzenia.

Poobdzierany i poobijany stanął na trzęsących się nogach, odpiął zapięcie kasku, zdjął go i rozejrzał się po dymiącym tuż obok miejscu katastrofy w ruchu lądowym. Biorąc zapewne pod uwagę brak możliwości kontynuacji pościgu za poszukiwanym porywaczem, uniósł kask do góry i nie bacząc, że jest cudzą własnością, z całej siły trzasnął nim o bruk. Kask potoczył się pod nogi nadchodzących, podziwiających wcześniej podniebne akrobacje Hieronima funkcjonariuszy, którzy już zdążyli opuścić radiowozy i próbowali zapanować nad sytuacją chaosu i przerażenia krzyczących ludzi.

Mocna powłoka wartego ponad tysiąc złotych nakrycia głowy oczywiście wytrzymała, pękła jedynie i odpadła osłona z pleksi. W końcu te kaski są tak zaprojektowane, aby mogły wytrzymać o wiele mocniejsze i groźniejsze dla motocyklistów uderzenia, niż głową w szybę lodówki, czy wybuchy wściekłości lub bezsilności ich użytkowników. Prezentujący sobą obraz nędzy i rozpaczy Hieronim jednak nie wytrzymał i ewidentnie musiał całkiem „wyjść z nerw”, bo publicznie i z premedytacją, choć w przypływie emocji, naruszył prawo i w obecności kilkudziesięciu gapiących się na niego osób wrzasnął:

- K…a mać! Kij z motorem, ale chyba już po Żaklinie!
----------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

DomoExprtWeterynarzNoclegi KlekusiowoKlekusiowo
reklama Zapraszamy do Intermarche
Inne informacje z regionu