ISSN 2082-2553. Wydanie nr 4913, 14 maja 2021r.
zaloguj się
zarejestruj się
reklama Mrowka zaprasza
reklama Zapraszamy
reklama

BolecFORUM Rozpocznij nowy temat
ROZPOCZNIJ NOWY TEMAT
reklama

Tylko na Bolcu21 kwietnia 2021r. godz. 15:30, odsłon: 617, Bolecnauci/Bolec.Info
Tajemnica szmaragdu - odcinek 65
Część w której kapitan Adam Mleczko bierze sprawy we własne ręce, a Julia obiecuje słuchać się wytycznych Waldka.
Bolesławiec - Informacje: Tajemnica szmaragdu - odcinek 65 Karty archiwum (fot. pixabay)

Już jest sześćdziesiąta piąta część naszej bolesławieckiej powieści w odcinkach!

Sześćdziesiąta druga część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta trzecia część tajemnicy szmaragdu -TUTAJ

Sześćdziesiąta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Jak Adam Mleczko funkcjonuje po wizycie agentów? Zapraszamy do lektury:


Kapitan Adam Mleczko, pożegnawszy uprzednio przedstawicieli dwóch agencji wywiadowczych z Warszawy, którzy złożyli mu niezapowiedzianą i niepokojącą wizytę, od kilku minut siedział za swoim biurkiem nieruchomy jak słup soli. Wpatrywał się w otwartą księgę, w której rejestrowane są osoby wizytujące archiwum, a więc dysponujące zezwoleniem na dostęp do akt. Z wpisów dokonanych przez zbiegłą z biura Sylwię nie można było wyczytać jednak nic więcej, niż zostało stwierdzone przez jego niedawnych gości. Co za szczęście, że wyszli sami, nie prowadząc mnie w kajdankach, pomyślał. Przecież równie dobrze mogli mnie posądzić o współudział i dalszą część przesłuchania prowadzić w areszcie.

Adam próbował cały czas analizować i zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazł. Póki co, miał jednak bałagan w głowie, który musiał jak najszybciej sobie poukładać, żeby nie popełnić jakiegoś nieodwracalnego w skutkach błędu. Rozumiał doskonale, że w chwili, kiedy jego przełożeni dowiedzą się, że w jego komórce miała miejsce działalność szpiegowska przedstawicieli obcego państwa, on sam może znaleźć się w nieciekawym położeniu, mimo oczywistych dowodów na uwikłanie w tę sprawę kogoś innego. Dałoby się to przecież podciągnąć pod brak należytego nadzoru, a to z kolei można byłoby wprost uznać za niedopełnienie obowiązków. No i żegnaj kariero.

Agent Wilczyński, brat jego dobrego kolegi Bolka, oprócz wyglądu przystojnego aktora dysponował ponadprzeciętną inteligencją, zdolnościami analitycznymi oraz detektywistyczną intuicją. Po nagłym wyjściu, a właściwie wybiegnięciu Sylwii, od razu zorientował się, że kapitan Mleczko naprawdę nie miał bladego pojęcia o poczynaniach swojej podwładnej oraz o tym, że macki jakichś obcych służb dosięgnęły i zdołały przeciągnąć na swoją stronę seksowną blondynkę.

Skoro agenci natychmiast nie ruszyli za Sylwią w pościg, to albo musieli wiedzieć, że jeżeli będą potrzebować ją przesłuchać, to bez problemu ją znajdą, albo uznali, że nie będzie im ona, póki co, do niczego potrzebna i zatrzymanie jej w chwili obecnej nie wniesie do ich śledztwa nic przydatnego. Przed wyjściem kapitan Waldemar Wilczyński zadał Adamowi jeszcze kilka formalnych pytań dotyczących historii zatrudnienia i charakteru pracy zawodowej uciekinierki, po czym nie spiesząc się, opuścili gabinet we dwóch z kolegą Antonim Moczydłą, który był wyraźnie rozczarowany i niepocieszony, że nie miał okazji nikomu dać wycisku, ani kontynuować swoich flirtujących podchodów ku atrakcyjnej kobiecie. Obaj pozostawili nieco zszokowanemu całą sytuacją kapitanowi Mleczce swoje wizytówki na biurku. Po ich wyjściu, jeden z kartoników jako nieprzydatny od razu powędrował do szuflady biurka, a drugi znalazł się w portfelu Adama.

Adam wpadł na pomysł, że trzeba będzie bezzwłocznie napisać raport do dowództwa. Lepiej wyprzedzić fakty, bo to, że zostanie wkrótce wezwany do złożenia wyjaśnień w tej sprawie było więcej niż pewne. Zamknął księgę, wstał z fotela i z opasłym tomiskiem pod pachą przeszedł do pokoju obok. Swoim wejściem wyrwał z zamyślenia również Aldonę, która w otwartym kalendarzu książkowym bezwiednie rysowała jakieś esy floresy. Z głośnym stukiem położył przyniesioną księgę na biurku podwładnej i położył palec wskazujący na okładce patrząc Aldonie w oczy. Postukał palcem kilka razy podkreślając znaczenie swojego polecenia.

- Pani Aldono, proszę przeanalizować wpisy w tej księdze i najlepiej w kilku poprzednich. Proszę znaleźć i zanotować strony z wszystkimi wpisami Sylwii. Niech pani dokładnie czyta wpisane nazwiska osób wpuszczanych przez nią do archiwum. Proszę sobie zapisać: Andrzej Bojko – Adam poczekał aż pani Aldona zanotuje dane na małej karteczce. – Przede wszystkim trzeba szukać wpisów dotyczących osoby o tych właśnie personaliach.

- Jasne, szefie. A jak znajdę, kserować? – próbowała uściślić Aldona.

- Najlepiej tak – po chwili zastanowienia odpowiedział Adam. – Proszę w ogóle przejrzeć wszystkie jej zapisy, zwłaszcza z takimi nazwiskami, które z jakiegoś powodu zwrócą pani uwagę…

- To znaczy? – Aldona nie do końca rozumiała, co kapitan ma na myśli.

- Sam nie wiem. Może na przykład obco brzmiące. Niech się pani zda na intuicję. Chcę po prostu wiedzieć, czy poza tym jednym gościem wpuszczała ona do archiwum jeszcze jakichś innych podejrzanych typów – próbował doprecyzować Adam. – Pani Aldono, krótko mówiąc, Sylwia wpakowała się w coś, za co i my możemy być pociągnięci do odpowiedzialności, a zwłaszcza ja.

- Wie pan, co? – Aldona przesunęła księgę bliżej siebie i odwróciła napisami w swoją stronę. Otworzyła okładkę, pośliniła palec i zaczęła przewijać strona po stronie. – Ona od początku wydawała mi się taka jakaś dziwna…

- Dziwna?

- No, taka jakaś inna. Nie dało się jej polubić. Nigdy na przykład nie mówiła o swoim mężu, ani o tym, co się dzieje u niej w domu. Nie można było z nią w ogóle o niczym luźno pogadać. A o psach to już w ogóle. No i te włosy – Aldona podniosła rękę i przeczesała palcami swoją grzywkę potrząsając przy tym ręką. – Nie wiem na pewno, ale wydawało mi się, że nosi perukę. Ale wie pan, głupio pytać o sprawy osobiste. Mogła być na przykład chora, no nie? Ludzie czasem tracą włosy w chorobie.

- Ja także muszę przyznać, że tak naprawdę niewiele o niej wiedziałem. Szkoda, bo być może wcześniej zorientowałbym się, że coś kombinuje. A tak, proszę bardzo, teraz pewnie i mnie będą podejrzewać o szpiegostwo.

- Panie Adamie. Jeżeli nie ma pan nic na sumieniu, może pan być spokojny…

- Łatwo pani mówić – odrzekł Adam. – Powinienem ją nadzorować, analizować wpisy i czasem akceptować wizyty nieznanych osób, zwłaszcza spoza jednostki, a przestałem to robić bardzo dawno temu, od kiedy odwiedzalność naszego archiwum drastycznie spadła. Ale cóż, co się stało… Lepiej niech pani zacznie już z tą książką.

- Dobrze, od razu się tym zajmę. Jutro do południa będzie pan miał informacje na biurku – zapewniła Aldona.

- I niech pani zrobi to porządnie, bo i tak wcześniej, czy później będziemy musieli te dane dostarczyć do szefostwa – poprosił Adam. – Ja idę do kadr, muszę sprawdzić kilka rzeczy na jej temat. Lepiej być przygotowanym, kiedy będą mnie szczegółowo maglować. Coś mi mówi, że wkrótce dowiemy się jeszcze wielu ciekawych rzeczy o naszej sprzedajnej koleżance.

- A co? Myśli pan, szefie, że robiła to zwyczajnie dla kasy? – Aldona podrapała się po głowie, jakby coś sobie przypomniała. – Zaraz. Faktycznie, od kilku tygodni codziennie pytała, jak stoi dolar i strasznie się cieszyła, kiedy dolar drożał. Często brała kalkulator i przeliczała coś szepcząc pod nosem…

- A to ciekawe. Dolar jest ulubioną walutą szpiegów… – Adamowi musiało także coś przyjść do głowy. – Pani Aldono, a czy mamy gdzieś u siebie jakąś fotkę Sylwii?

- Za panem, na ścianie – machnięciem głowy Aldona nakazała Adamowi obejrzeć się przez plecy. Adam odwrócił się. Na ścianie za nim wisiała tylko jedna fotografia. – Pamięta pan. To z imprezy, kiedy żegnaliśmy kolejną turę Amerykanów. Bardzo ładnie tam wyszła. Naprawdę sexy z niej babka. Niektórzy kowboje byli zachwyceni, a ona tylko im obrączkę pokazywała i śmiała się z nich.

Adam zdjął oprawione w antyramę zdjęcie. Odwrócił ramkę do góry nogami, zdjął klipsy mocujące i rozdzielił szkło od podstawy, wyjmując spomiędzy nich całkiem świeżą fotografię. Przedstawiała ona kilka roześmianych osób, w tym kilku umundurowanych żołnierzy polskich i amerykańskich, a dokładnie pośrodku nich przeszczęśliwą tak licznym męskim towarzystwem, ustawioną jak modelka, wydekoltowaną blondynkę. Sięgnął po nożyczki z przybornika i przyciął środek zdjęcia tak, aby została na nim tylko zdradziecka Sylwia. Aldona zdziwionym wzrokiem obserwowała, co robi jej przełożony. Adam zauważył to.

- No co? – musiał wyjaśnić swoje destrukcyjne postępowanie. – Już więcej się na nic nie przyda. Nie sądzę, żebyśmy mieli okazję ją jeszcze zobaczyć w naszym biurze. Nie po tym, co zrobiła.

W drzwiach jeszcze na chwilę zatrzymał się i odwrócił. Zadając kolejne pytanie usiłował za wszelką cenę uciekać gdzieś wzrokiem, tak mu było bardzo głupio:

- Ale, pani Aldono. Tak z ręką na sercu. Nie miała pani z tym nic wspólnego?

- Ależ szefie, zna mnie pan. Po co niby miałabym to robić? Mam dwa lata do emerytury. Byłabym zwyczajnie głupia, gdybym się na coś takiego zdecydowała. Przysięgam na mojego labradora, że nie miałam z tym nic wspólnego – argumenty pani Aldony były dla Adama przekonujące, podobnie jak i jej głos.

- To mi wystarczy. Pani miłość do tego psiaka jest bezgraniczna – podsumował Adam i zamknął za sobą drzwi, martwiąc się o swoją Korę, która już na dniach powinna się szczenić.

Nie miał zamiaru bezczynnie siedzieć, aż przybędą żandarmi i zabiorą go prosto do aresztu. Postanowił trochę powęszyć na własną rękę. Może gdyby ją znalazł i oddał w ręce organów ścigania, to choć w niewielkim stopniu zdjąłby z siebie odpowiedzialność i narastające poczucie winy?

Wychodząc z biura z zamiarem późniejszego zwiedzenia ze zdjęciem Sylwii wszystkich bolesławieckich kantorów wymiany walut zastanawiał się, czy to aby nie jest wspólna cecha przedstawicielek płci pięknej, że na końcu wszystkie okazują się nie tymi, za które się podają. Dlaczego tego ranka spotkana w szpitalu bratanica agenta Wilczyńskiego podała się za jego i Bolka siostrę? Czy wszystkie najpiękniejsze i najbardziej pociągające kobiety muszą być jak Mata Hari?

A’propos Bolka. Obiecał mu, że po południu wpadnie i go odwiedzi. Wszak przyjaciół należy wspierać, a słowa dotrzymywać. Postanowił, że jak tylko nakarmi i wyprowadzi na krótki spacerek swoją bokserkę, pojedzie do kumpla do szpitala. Przy okazji spyta go, czy będzie mógł spotykać się z jego córką. Widział ją co prawda tylko raz i rozmawiał z nią bardzo krótko, ale to wystarczyło by od pierwszego wejrzenia zamotała mu w głowie. Cóż mógł o niej więc na razie powiedzieć? Że była to wielce intrygująca, inteligentna, piękna, powabna, warta zainteresowania kobieta, która była bardzo podobna do swojego ojca...

***

Julia złożyła całusa na Bolkowym policzku, choć miała ochotę tu i teraz bardzo mocno przytulić się do niego, przekazując mu znaczną część swojego strachu, a zwrotnie pobierając większą część jego odwagi, determinacji, stoickiego spokoju i wszystkiego, czego jej akurat teraz brakowało. Stwierdziła przy okazji że to, iż był taki unieruchomiony, troszeczkę ją nawet kręci. Ale głupio by było kłaść się teraz na szpitalnym łóżku, kiedy Waldek czekał cierpliwie na korytarzu, aż ona pożegna się z Bolkiem i pojadą realizować obgadany przed chwilą ich wspólny plan ratowania dziewczyn.

Bolesław ścisnął ją za rękę i przytrzymywał, jakby rozumiał wszystko, co Julia ma w głowie. A może po prostu chciał, aby chwila pocałunku, któremu towarzyszyło przyjemne łaskotanie jej włosów po kilku częściach twarzy, trwała jak najdłużej. No a poza tym tak przyjemnie pachniała. Na pewno jednak Bolesław musiał się martwić, czy wszystko, co ustalili przebiegnie tak, jak to omówili, lecz tym razem bez kolejnych ofiar. Nie obyło się oczywiście bez komentarza z jego strony i udzielenia kilku ostrzeżeń oraz cennych wskazówek.

- Gdyby to ode mnie zależało, to nie pozwoliłbym ci ryzykować – zapewnił Julię, kiedy ponownie wyprostowała się i spojrzała na niego. – Ale niestety jeszcze nie jest za dobrze z moimi oczami, więc na zbyt wiele bym wam się teraz nie przydał. Ani jako kierowca, ani nawet jako żywa tarcza. Obiecaj mi, że będziesz uważać na siebie, dobrze? I proszę, zdaj się na Waldka. To stary wyga, on wie co robi. I żadnych własnych pomysłów. Mnie nie słuchasz, to chociaż słuchaj mojego brata. To, co on powie, to tak jakbym ja sam powiedział, zgoda?

- Wiesz, że zrobię wszystko, żeby Olę i tę drugą biedną dziewczynę z tego wyciągnąć. Jeżeli cię to uspokoi, obiecuję, że Waldek będzie od teraz głównodowodzącym. Nie posłuchałam go wtedy w lesie i pożałowałam, ale teraz… – tu Julia podniosła uroczyście dwa palce w górę – … teraz już koniec z nietypowymi pomysłami. Nie będę niepotrzebnie ryzykować. Za dużo mam do stracenia.

Julia celowo starała się emanować optymizmem, chociaż nie była pewna, czy Bolek to kupił. W głębi duszy wiedziała, że najbliższe godziny mogą przynieść jeszcze wiele przykrych niespodzianek. Kiedy pomyślała, co grozi Oli, aż ją zabolał żołądek. Życie to nie film. Niektórych scen nie da się zagrać ponownie.

- W takim razie trzymam wszystkie kciuki za wasze powodzenie, Julio! – Bolesław także starał się nie pokazywać po sobie zdenerwowania. Wiedział, że jego legendarny już brak wylewności był często mylony z pesymizmem, ale nic nie mógł na to poradzić, że nigdy nie był typem ekstrawertyka, a udawanie wiecznie roześmianego wesołka po prostu nie leżało w jego naturze.

Julia poklepała przez kołdrę uda Bolka, wstała i wyszła nie przedłużając niepotrzebnie chwili rozstania. Wiedziała, że jeśli coś pójdzie nie tak, może to być ich ostatnie pożegnanie. Wychodząc na korytarz obejrzała się jeszcze raz i pomyślała, że szkoda by było, gdyby żadna z nich nie miała okazji więcej się z nim spotkać. Facet zasłużył sobie, żeby spędzić z jakąś kobietą resztę swojego życia.

W drzwiach minęła się z agentem Antonim Moczydłą, którego Waldek wcześniej poprosił o przypilnowanie bezpieczeństwa jego brata, uprzedzając, że jest duża szansa, iż Jacenko może ponownie pojawić się w szpitalu. Antoni zarzekał się, że nawet gdyby szpital zaatakował cały oddział komandosów, poradzi sobie z trudnym i niebezpiecznym zadaniem ochrony ich ważnego świadka. Kiedy jednak usiadł na krześle ustawionym niedaleko łóżka Bolka, przypadkiem zupełnie blisko gniazda elektrycznego, od razu sięgnął po telefon, który działał w najlepsze. Widocznie dobrej klasy aparat był nie tylko drogi, ale także wodoodporny.

Waldek chodził po korytarzu w tę i z powrotem. Widać było, że nad czymś intensywnie myśli, a jego ręce pstrykające palcami dawały wyraźne znaki, że lepiej by się głowie myślało, gdyby tylko mógł wypalić jakiegoś papierosa. A może nawet z pół paczki na raz. Julia nie posiadała niestety nic, co mogłaby mu zaproponować jako pomoc w funkcjonowaniu jego szarych komórek, ale gdyby miała, sama z chęcią spróbowałaby, czy nikotyna jest w stanie ukoić rozkołatane nerwy. Słyszała, że tak.

Ruszyli z Waldkiem korytarzem, zamierzając po drodze wpaść jeszcze na izbę przyjęć. Julia chciała dopytać się o zdrowie wujka, Waldek o zdrowie prokuratora Pietrzaka. Ciekawiło ich też czy i ten obłąkany redaktor trafi na L4, czy zostanie tylko na jakiś czas wyposażony w gustowny temblak. Oboje wyrazili też nadzieję, że przez całą tę aferę już nikt więcej nie zajmie szpitalnego łóżka, ani nie będzie absorbował w jakikolwiek inny sposób uwagi służb medycznych.

Julia wyjęła z kieszeni komórkę Oli i sprawdziła, czy nie ma nieodebranych rozmów. Na liście było jakieś jedno połączenie. Dzwonił jakiś Alan. Kto to jest Alan? Waldek widząc, że Julia ze zdziwioną miną obserwuje ekran różowego smartfona, spytał:

- To on dzwonił?

- Nie, to nie on. Jakiś Alan. Ale nie znam – oznajmiła Julia odczytawszy napis na wyświetlaczu. – Nie słyszałam sygnału, ani nie czułam żeby telefon dzwonił. Widocznie Ola przychodząc do szpitala wycisza telefon i wyłącza wibracje.

- Ja też nie znam żadnego Alana. Ciekawe, czy jest na tym świecie matka, która zna wszystkich znajomych z listy kontaktów swojej córki? – pytanie Waldka było retoryczne i łatwe.

Weszli na korytarz przed izbą przyjęć i poprosili o udzielenie informacji na temat wujka Zygmunta. W środku sali zabiegowej nie zauważyli krewnego Julii, więc czekali cierpliwie aż wyjdzie do nich lekarz. Waldek postanowił nie tracić czasu, udzielając Julii pewnych wytycznych przed kolejnym kontaktem ze strony porywacza.

- Pamiętaj, że jak tylko wyświetli się ponownie ten „numer nieznany”, trzymasz gościa na linii jak najdłużej. Mów powoli i często proś o powtórzenie, jakbyś nie dosłyszała przez zakłócenia. Może coś usłyszysz w tle i uda się rozpoznać okolicę, z której dzwoni. A jak będzie chciał się umówić, próbuj sama zasugerować miejsce spotkania. Bądź przygotowana, że będzie grał ostro. Ale nie bój się. Zaręczam ci, że nie zrobi krzywdy Oli, dopóki to my będziemy mieć ten kamień. To zawodowiec, więc dla niego liczy się przede wszystkim interes. Sprawy osobiste, czy jakieś chore ambicje odkłada na plan dalszy. No ale zawsze trzeba liczyć się z tym, że to może być jednak psychopata na prochach.

Julia konotowała rady Waldka w pamięci, ale z góry wiedziała, że nie wszystkie wytyczne będą możliwe do zrealizowania. Nie należała bowiem do osób, które w sytuacjach stresowych potrafią zachować aż tak zimną krew i chłodny umysł, aby postępować ściśle według planu bez względu na wszystko. W czasach licealnych i podczas niedokończonych studiów potrafiła przekuć przedegzaminacyjne stresy na motywację i utrzymać samokontrolę, ale wtedy żadnemu z jej bliskich nie groziła śmierć.

Facet w kitlu, który wyszedł do nich, to był ten sam lekarz, który przyjmował wujka Zygmunta. Oświadczył, że pacjent odzyskał przytomność, ale chce go zatrzymać jeden dzień na obserwacji na oddziale wewnętrznym. Julia zgodziła się i obiecała dostarczyć wujkowi piżamę i kilka rzeczy osobistych, najszybciej jak to będzie możliwe.

O prokuratorze z kolei nie dowiedzieli się nic nowego, gdyż podobno trafił od razu na operację. Ale na temat redaktora Skrętkowskiego, o dziwo, lekarz rozgadał się aż ponad miarę. Z jego wyjaśnień Julia i Waldek zrozumieli, że faktycznie dziennikarz złamał obojczyk, został zaopatrzony i wysłany do domu. Ale to, co doktor wylał z siebie zaraz potem, trudno by było nazwać inaczej niż wiadrem pomyj. Żalił się na redaktora, opisując go wyłącznie przymiotnikami pejoratywnymi i to w najwyższym stopniu. Najbardziej wśibska szuja, najprzebieglejszy pismak, najbardziej podstępny reporterzyna i temu podobne. Lekarze mają chyba na niego jakieś uczulenie, pomyślała Julia, ale wcale nie można im się dziwić. To człowiek pomysłowy i zdolny do wszystkiego, aby tylko zdobyć informacje i zrobić jakieś sensacyjne fotografie, co niedawno udowodnił. Gdzie diabeł nie może, tam Skrętkowskiego pośle. Marketingowcy nazywają to ładnie orientacją na cel.

Kiedy z bolącymi od inwektyw uszami wychodzili ze szpitala, kierując się do zaparkowanego na parkingu lśniącego bmw na warszawskich tablicach, nadal rozmawiali o ofiarach bandyty, którego Waldek cały czas określał nazwiskiem Jacenko, chociaż zastrzegał, że nie jest to jego prawdziwa tożsamość. Kiedy jechali ulicami miasta, Julia przypomniała sobie przejażdżkę z Bolkiem jego mercedesem sprzed kilku dni. Szkoda, że ani wtedy, ani teraz nie powiedziała mu jeszcze całej prawdy o Oli. Kto wie, może to wszystko potoczyłoby się jakoś inaczej?

Waldek odnotował rozkojarzenie i nieobecność duchową Julii, gdyż przestała się odzywać i nieco zbyt często spoglądała na ekran telefonu. Pewnie denerwuje się, że ten drań jeszcze nie dzwoni. Ciekawe, czy potem podczas wymiany dziewczyn na zielony szmaragd wytrzyma presję, zastanawiał się w myślach. Oby nie zadziałało jedno z praw Murphy’ego. Jak to szło? Jeżeli jest choć nikła szansa, że coś pójdzie nie tak, to na pewno pójdzie.

Julii wydawało się, że po naciśnięciu przez nią dzwonka pan profesor Rybka otworzył drzwi jakoś tak bardzo szybko. Jakby spodziewał się gości, albo dosłownie stał tuż za drzwiami. Dziwne to było, bo weszli z Waldkiem do budynku bez uprzedniego dzwonienia domofonem. Po prostu skorzystali z okazji, że na dole akurat ktoś wychodził z klatki. Czyżby pan Rybka przypadkiem obserwował parking na podwórzu i widział, jak wchodzą do budynku?

- Cieszę się, Julia, że cię ponownie widzę. O, przyprowadziłaś gościa? Wejdźcie, proszę – pan Stefan odsunął się zapraszając w ten sposób Julię i Waldka do wejścia do swojego mieszkania. – Co tam u naszego Bolka?

- U Bolka w porządku. Jak pan wie, to silny facet, więc szybko dochodzi do siebie – zapewniła Julia nie ruszając się z miejsca. – A to Waldek, brat Bolka. Też kawał chłopa, co nie? Ale nie będziemy wchodzić, bo my tylko na chwilę, panie profesorze.

- Aha, brat Bolka. A jakiś taki do niego niepodobny – pan Stefan uśmiechając się ocenił rysy twarzy Waldka. – Co was do mnie sprowadza? Jakaś kolejna tajemnica do rozwiązania? Znowu coś gdzieś wygrzebaliście i nie wiecie co z tym zrobić?

- Dobrze słyszeć, że humor nie opuszcza pana profesora. Nic z tych rzeczy – odpowiedziała z uśmiechem Julia. – Przyszliśmy pana wreszcie uwolnić od tego kłopotliwego szmaragdu.

- Szmaragdu? Julia, to ty nie wiesz? Przecież tego kamienia u mnie nie ma…

Waldek zmarszczył brwi i popatrzył na Julię. Julia zbladła jak papier i zaczęła się osuwać.

- No nie. Znowu?! - pan Stefan wyciągnął ręce, jakby chciał rzucić się do przodu, ale w chwyceniu i podtrzymaniu Julii sprawnie ubiegł go skonsternowany Waldek.


W czyich rękach znalazł się szmaragd? Czy dziewczynom uda się uwolnić z rąk Dymitra? Czy Julia zachowa zimną krew podczas rozmowy telefonicznej? Czy Waldek będzie lepszym dowodzącym, niż Bolesław i Julia naprawdę go posłucha? Dajcie znać, jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów!

Bolecnauta Pan M. pisze, przybliżając nam historie nietuzinkowych bohaterów. Piszcie w komentarzach, co najbardziej podoba się Wam w powieści i która postać jest najbliższa Waszym sercom!

Kolejny odcinek już w sobotę w godzinach popołudniowych!

Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

~Kasztanowatoczerwona Azalia   24 kwietnia 2021r. o 9:27

~Kasztanowatoczerwona Azalia

Postów:

c.d.
-------------------------------------------
Doktor Mikołaj Kosowski pogłaskał przekrzywiającą zawadiacko głowę bokserkę, poprawił miseczkę z wodą i zamknął jeden z kilkunastu ocienionych kojców dla czworonogów, które zbudował na terenie ogródka przy jego gabinecie weterynaryjnym. Kojce te okazywały się bardzo przydatne w przypadkach, kiedy należało zdecydować o zatrzymaniu jakiegoś zwierzęcia na obserwacji z powodu niepewnego stanu zdrowia albo wystąpienia nietypowych objawów. W tej chwili jedynie połowa z dwunastu klatek była zajęta. Zawsze tak było, że w lipcu i w sierpniu ludzie starali się odkładać sprawy zdrowotne swoich podopiecznych na „po wakacjach”, bo dopiero wtedy mogli im poświęcić o wiele więcej swojej uwagi i troski.

Stojący obok, młody i przystojny właściciel sympatycznego czworonoga o pręgowanej sierści, białym krawacie i białych skarpetkach, ukląkł przy ścianie klatki i nie mogąc pogłaskać swojej pupilki, zawiesił jedynie palce na poziomych prętach klatki. W jego oczach doktor Kosowski zobaczył autentyczne łzy. Pomyślał, że człowiek ten musiał być i czuć się dla tej suczki nie jak zwykły opiekun, ale wręcz jak kochający tata. Doktor spotkał już w swojej karierze tysiące podobnych mu właścicieli psów, którzy za swoim zwierzakiem skoczyliby w ogień.

Po wcześniejszym zbadaniu przywiezionej pacjentki ultrasonografem, doktor poinformował jej pana, niejakiego Adama Mleczkę, że niestety będzie musiał dla dobra bokserki zostawić ją u siebie. Właściciel suczki opowiedział mu przed badaniem, że przywiózł ją do gabinetu doktora, bo bardzo zaniepokoił się jej stanem. Kiedy wrócił do swojego mieszkania, Kora leżała, była osowiała i często popiskiwała. No i patrzyła na niego takim błagalnym wzrokiem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widział. Dosłownie jakby prosiła o pomoc.

Badanie wykazało, że psia ciąża jest wyjątkowo mnoga. Narodziny ośmiorga, a być może nawet dziewięciorga maluchów dla suki, która miała szczenić się pierwszy raz w życiu, mogły przynieść pewne nieprzewidziane komplikacje i dlatego doktor Kosowski zalecił, aby zwierzaka zostawić u niego. Adam Mleczko zrozumiał i zgodził się zostawić swoją ulubienicę pod fachową opieką, choć można było zauważyć, że niełatwo my było podjąć taką decyzję.

Kiedy weszli z powrotem do gabinetu, otwartego tego dnia do późnego popołudnia, doktor Kosowski usiadł za biurkiem i wypisał receptę na kilka medykamentów, po czym wręczył ją Adamowi.

- Najlepiej niech pan kupi te leki już dzisiaj. Tym bardziej, że wspomniał pan, iż mieszka sam. Potem nie będzie pan miał czasu. Zobaczy pan jakie to urwanie głowy przy tylu szczeniętach – doktor Kosowski podkręcając wąsa udzielał praktycznych porad z uśmiechem na twarzy. – Ale radość i ubaw z ich zachowania wynagrodzi panu potem wszelkie trudy.

- A czy na pewno wszystko z nią będzie dobrze? – Adam rozejrzał się po gabinecie i zauważył w kilku przeszklonych witrynach białe, wypreparowane szkieleciki różnych domowych zwierząt, które na pewno jeszcze jako żywe zwierzaki także wcześniej mieszkały z kimś, kto je zapewne kochał i kto się nimi opiekował. Tak naprawdę pierwszy raz miał zostawić Korę pod opieką obcego człowieka na noc, a może nawet i na kilka nocy.

- Niech się pan na zapas nie martwi. U psów poważne komplikacje porodowe są niezwykle rzadkie -uspokoił go doktor głosem, który naprawdę mógł koić nerwy. Z tego zresztą był w Bolesławcu i okolicach znany, że zarówno swoich pacjentów, jak i ich właścicieli nie zostawiał samych sobie z ich chorobami, problemami i rozterkami.

- Wierzę panu doktorowi, ale nic nie mogę na to poradzić. Związałem się z tym psiakiem chyba bardziej niż z własną matką. A właśnie, będę musiał zadzwonić do niej, jak będzie po wszystkim i przekazać, że mam u siebie nowych lokatorów – zażartował Adam.

- Jasne. W końcu babcia to babcia. A ma pan już chętnych na szczeniaki? – zapytał doktor ze szczerym zainteresowaniem.

- Właściwie to jeszcze nie szukałem. Chciałem poczekać, aż się maluchy pojawią i wtedy zastanowić się, co dalej.

- Niech pan wystawi ogłoszenia, jak tylko się urodzą – doradził doktor. – A potem, co dwa tygodnie niech pan dokłada nowe fotografie, żeby pokazywać jak rosną i jak się zmieniają. Dla potencjalnych nabywców ważne są najpierw płeć i umaszczenie. Wiadomo nie od dziś, że ci, którzy szukają psów rasowych, najpierw zaglądają w rodowód, a zaraz potem w zdecydowanej większości kierują się wyglądem pieska. Oczywiście nie ma w tym niczego złego. Zgodność ze wzorcem w dużym stopniu bywa gwarancją pewnych pożądanych cech zwierzaka, charakterystycznych dla danej rasy.

- Z jednej strony mogę to zrozumieć – odpowiedział Adam analizując słowa doktora. Położył na biurku doktora koszyk z kocykiem i ulubioną zabawką Kory, które zabrał z jej posłania w mieszkaniu. Chciał, aby jego ukochana sunia miała przy sobie coś ze znanym jej zapachem. – Ale z drugiej, takiej bardziej ludzkiej, to trochę jest nie w porządku, prawda? No, bo co z tymi szczeniakami, co mają coś za małe, nierówne albo nie w tym kolorze? Do schroniska?

- Ma pan całkowitą rację – poparł etyczne wątpliwości Adama weterynarz. – Każde zwierzę, wliczając dwunożnego homo sapiens, jest stworzone po coś i zasługuje na godne życie. Tu często można właśnie rozważać pierwiastek boski i kwestię, po co Bóg uczynił nas myślącymi i jakie miejsce zostało nam na tej ziemi przeznaczone.

Adam zastanawiał się, ile doktor Kosowski musiał widzieć w swoim życiu okrucieństwa i bezduszności, zajmując się porzuconymi, rannymi czy zaniedbanymi zwierzakami. Ile podłości ludzkiej i ile cierpienia musiały znosić niektóre przywożone stworzenia zanim trafiły do tego gabinetu weterynaryjnego. A ilu z nich nie udało się temu wspaniałemu lekarzowi uratować… Paradoksem przyrody i współczesnego świata jest to, że niektórzy ludzie mają mniej ludzkich odruchów niż zwierzęta, którymi powinni się opiekować.

Adam podyktował doktorowi swój numer telefonu, wiedząc, że ten zadzwoni natychmiast, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. Podziękował, a wychodząc z gabinetu jeszcze raz poprosił o dobre traktowanie Kory.

- Wierzę że Korcia będzie miała tutaj najlepszą opiekę. Gdyby coś poszło nie tak, proszę samemu decydować, co dla niej najlepsze. Koszty nie grają roli – po tych słowach Adam ugryzł się w język. Słyszał i czytał bowiem opinie, że doktor Kosowski nie prowadzi gabinetu, żeby zarabiać nie wiadomo jakie pieniądze, ale przede wszystkim chce pomagać zwierzętom. – Do widzenia. Będę cały czas czekał na kontakt z pana strony.

- Oczywiście, zadzwonię, kiedy maluchy przyjdą na świat – przyobiecał doktor Kosowski nastawiając ucha na słyszane przez otwarte drzwi, dochodzące gdzieś z centrum miasta dźwięki wielu syren. – Ciekawe co się stało? Jeżdżą na sygnałach od kilku minut jak najęci. A o swojego pieska proszę być spokojnym. Do widzenia.

***

Kiedy Adam wjeżdżał swoim dwudziestotrzyletnim landroverem do podziemnego garażu w nowoczesnym budynku przy ulicy Śluzowej, w którym nie tak dawno nabył narożne i przez to niezbyt ustawne, dwupokojowe mieszkanie na najwyższym piętrze, z pięknym widokiem na wiadukt, czuł jeszcze w samochodzie charakterystyczny zapach psiej sierści. Woził co prawda w aucie specjalne maty zabezpieczające, ale krótkie, ostre włoski i tak skutecznie wbijały się w tapicerkę. Były bardzo trudne do zauważenia, a tym bardziej odkurzenia, więc nawet wożenie drzewka zapachowego nie do końca eliminowało ten problem. Dlatego właśnie swoją ulubienicę woził zawsze tym autem, a nie czerwonym chevroletem camaro, który stał pod przykryciem na drugim z posiadanych przez niego miejsc w garażu znajdującym się pod nowocześnie wyglądającym budynkiem.

Omiecione światłami reflektorów landrovera sportowe auto zakryte było specjalną, bawełnianą plandeką, która podobno miała nie powodować mikrorys na karoserii. Adam uwierzył, kiedy sprzedawca auta i plandeki zapierał się, że inne okrycia przeznaczone dla aut osobowych rysują zewnętrzną, przezroczystą warstwę wielowarstwowego lakieru, którego powierzchnia po kilku latach może po prostu zmatowieć. A przecież, jak wspomniał zachwalający zalety wartej ponad pół miliona amerykańskiej legendy, każdy posiadacz tak wyjątkowego auta z perłowym lakierem lubi, kiedy jest czyściutkie i błyszczy się w słońcu.

Oprócz drogiej plandeki o cudownych właściwościach Adam przy zakupie luksusowego chevroleta dał sobie wcisnąć w salonie jeszcze kilka innych kosztownych, acz całkowicie zbędnych gadżetów, jak choćby czapeczkę ze specjalnym logo, termos z tym samym specjalnym logo czy wreszcie miniaturowy breloczek w kształcie tego właśnie modelu samochodu i to dokładnie w tym samym kolorze. Pieniądze przeznaczone na dziesiątki szkoleń, w których musiał uczestniczyć sprzedawca, na pewno nie były zmarnowane, ale procentowały z każdym wciśniętym przez niego dodatkiem do sprzedawanego pojazdu, wliczając nawet specjalne fluorescencyjne naklejki umieszczone na niektórych elementach nadwozia auta dla nadania mu pożądanego, spersonalizowanego wyglądu. I wyjątkowego charakteru, który każdy właściciel tego auta na pewno doceni, a u znajomych wywoła dreszczyk zazdrości. Niezły był ten gość w salonie, naprawdę niezły. Sprzedałby Beduinom piasek na pustyni…

Adam nie do końca poczuł się wyjątkowym człowiekiem, kiedy wyjeżdżał z salonu tym rasowym sportowcem o sześciolitrowym silniku i 453 koniach mocy. Sprzedawca oferował mu oczywiście mocniejsze wersje silnikowe, ale tutaj akurat nie odniósł sukcesu i nie udało mu się z klienta wycisnąć dodatkowych setek tysięcy złotych na setki dodatkowych koni mechanicznych.

Zakup tak drogiego auta był jedynym zbytkiem, na jaki Adam w życiu sobie pozwolił, a bez którego mógłby się najzwyczajniej obejść, tak jak i bez 80-calowego telewizora, którego i tak nie miałby gdzie powiesić. Był za to spełnieniem jego marzenia jeszcze z czasów chłopięcych. Camaro było jego ulubionym miniaturowym autkiem z kolekcji małych resoraków, która zajmowała aż trzy z sześciu półek jedynego regału w jego pokoju współdzielonym z bratem.

Adam nie do końca poczuł również uszczuplenie swojego konta bankowego po zakupie samochodu swoich marzeń. Od kiedy osiem lat wcześniej, zaraz na początku swojej kariery w wojsku, po zrobieniu zakupów w Kauflandzie na szybko i sposobem „chybił-trafił” wysłał w kiosku kupon totolotka, stać go było na wiele innych, równie drogich rzeczy. Choć według niego większość z tych drogich rzeczy okazuje się potem z reguły nie za bardzo przydatna.

Zawsze był zwolennikiem tezy, że liczy się nie ilość, ale jakość, więc mimo posiadanej siły zakupowej, każdy większy zakup starał się najpierw kilkakrotnie przemyśleć. Jak się człowiek uprze, to i trzydzieści milionów przepuści w kilka miesięcy. Tylko czy to uczyni go bardziej szczęśliwym? Adam starał się dotąd nie myśleć o posiadanych pieniądzach w kategoriach „stać mnie na wszystko” czy „jestem lepszy, bo mam więcej”. Wielokrotnie czytał o ludziach, którzy wpadli w tę pułapkę i roztrwonili majątki szybciej niż bokser nauczy się aportować.

Adam zaparkował landrovera obok zakrytego chevroleta, wysiadł i stanął tak, aby mieć przed sobą oba auta. Łamał się, czy na dalszą część dnia przesiąść się do narowistego, krwistoczerwonego, wyjącego rumaka, czy pozostać w mało rzucającym się w oczy, wysłużonym i podniszczonym aucie terenowym. Szybko podjął decyzję o przesiadce, choć wiedział, że jego nowy środek transportu będzie wzbudzać zainteresowanie na ulicy. Ale jemu nie chodziło o wyprawę na wielki podryw, tylko o możliwość śledzenia bez bycia rozpoznanym przez Sylwię. Oczywiście w przypadku, gdyby udało mu się ją odnaleźć. Adam wiedział, że ona doskonale zna jego terenówkę w kolorze zgniłej zieleni, którą każdego dnia udawał się do pracy.

Po kilku minutach jazdy, pamiętając nazwę ulicy i numer domu z akt osobowych Sylwii przejrzanych w dziale kadr, zatrzymał auto tuż za skrzyżowaniem dwóch ulic na Osiedlu Kwiatowym. Ponad dachami domów widział czerwony dach kościoła, który jako jeden z dwóch nowo wybudowanych w Bolesławcu nie posiadał wysokiej wieży. W lusterku wstecznym Adam widział wjazd na posesję należącą do Sylwii i jej męża. Kilkumiejscowy parking przed ich domem zajmowało kilka całkiem nowych i całkiem drogich aut. Adamowi trudno było ocenić, czy wszystkie należały do właścicieli nieruchomości, bo z tej odległości nie dało się odczytać tablic rejestracyjnych.

Nie minął jeszcze kwadrans, kiedy przy obserwowanym domu stanęła taksówka. Adam obrócił się na siedzeniu, bo z taksówki wysiadła ewidentnie poszukiwana Sylwia. Tylko kolor włosów się nie zgadzał! Miała rację Aldona. Sylwia oszukiwała ich również i pod tym względem.

Taksówka odjechała, a Sylwia rozejrzała się dokoła, weszła przez furtkę i zniknęła w domu. Adam zaczął zastanawiać się, co teraz. Nie miał planu działania, ale nie miał też ochoty nocować w aucie. Na szczęście nie spełniły się jednak jego obawy co do konieczności spędzenia nocy w chevrolecie, bo nie więcej niż po trzech minutach Sylwia wyszła przed dom. Co ciekawe, zdążyła zmienić wierzchnią odzież poprzez narzucenie cieniutkiego sweterka, a na jej głowie pojawiła się czapka z daszkiem. Również buty na wysokim obcasie zamieniły się w białe adidasy. Wyglądała, jakby miała za chwilę pobiec na jogging.

Zamiast jednak zażyć trochę ruchu na świeżym powietrzu i rozpocząć przebieżkę truchtem, włożyła rękę do niewielkiej torebki i musiała nacisnąć tam guzik schowanego pilota, bo mrugnęły kierunkowskazy jednego ze stojących koło niej samochodów. Był to według najlepszej motoryzacyjnej wiedzy Adama Mercedes Vito, ale w wersji do przewożenia osób, z przyciemnianymi częściowo szybami. Sylwia wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i zaczęła wycofywać auto z niewielkiego parkingu. No, to chyba sobie trochę pojeździmy, pomyślał Adam, ciekawy, dokąd to wybiera się prawdziwa, rudowłosa Sylwia takim dużym, prawdopodobnie siedmio- albo ośmioosobowym busem.

Po kilku minutach jazdy zatrzymała się na pustoszejącym już o tej porze parkingu pod marketem Carrefour. Adam jakoś tak nieszczególnie się zdziwił, że pierwszym celem śledzonej Sylwii był bankomat. Dziwił się tylko, że wybrała ten dość mocno oblegany. Chyba nie przejmowała się, że ktoś może ją rozpoznać. Pewnie i tak nikt nie znał jej tutaj jako rudowłosej. Wyraźnie z czegoś zadowolona stała pod bankomatem i wybierała z pięć albo sześć razy grube pliki banknotów. Wyglądało na to, że kiedy wracała do mercedesa jej nabrzmiała torebka mogła być więcej warta niż samochód, do którego po chwili wsiadła. Ciekawe, po co jej tyle pieniędzy?

Drugim przystankiem na drodze Sylwii do nieznanego na razie Adamowi celu był łącznik ulicy Jana Pawła II z ulicą 1000-lecia. Atrakcyjnie wyglądająca, była już niestety, koleżanka Adama z pracy zostawiła mercedesa na jedynym wolnym miejscu parkingu wzdłuż chodnika i po chwili zniknęła w jednej z klatek czteropiętrowego bloku. Czyżby miała tu jakichś znajomych? A może posiadała tu mieszkanie? To wszystko naprawdę było bardzo tajemnicze.

Ta wizyta trwała nieco dłużej niż wypłata pieniędzy w bankomacie. Dopiero dwadzieścia dwie minuty później Sylwia wyszła z klatki, dźwigając sporych rozmiarów tekturowy karton. Niosła go z naprawdę dużym wysiłkiem, a dziwnym trafem jakoś nie napatoczył się żaden rycerski dżentelmen, aby ją w tym wyręczyć. Kiedy dotarła w końcu do vana, z wyraźną ulgą postawiła na ziemi szczelnie zamknięte i zaklejone pudło. Otworzyła boczne drzwi, podniosła pakunek i z trudem wsunęła go na siedzenie.

Po chwili Adam wyjeżdżał już za Sylwią z Bolesławca, drogą wylotową w kierunku na Legnicę. Minęli Kruszyn, a potem Tomaszów Bolesławiecki. Ciekawe, dokąd jedzie, zastanawiał się i z niepokojem zauważył, że wskaźnik paliwa w jego samochodzie pokazuje na zapełnienie benzyną mniej niż ćwierć zbiornika. Niedobrze. Jeżeli przejażdżka potrwa dłużej będę musiał zjechać na jakąś stację benzynową, a wtedy mogę stracić ją z oczu, obawiał się Adam. A może pojedzie autostradą, a tam będzie łatwiej ją dogonić moją bryką, próbował się pocieszyć.

Jeszcze zanim Sylwia wjechała na rondo w Okmianach, zauważył z daleka, że przy pierwszym zjeździe na Wrocław mrugają niebieskie koguty. Koguty pod kogutem, uśmiechnął się Adam pod nosem. Nie wiadomo, czy Sylwia zrobiła to akurat z powodu obecności tej policyjnej kontroli, ale zamiast jechać dalej prosto skręciła na rondzie w lewo i zatrzymała się w dość długiej kolejce przez lokalem znanej fastfoodowej marki. Widocznie musiała zgłodnieć, ale to się przypadkiem świetnie składa. Zanim ona zamówi żarcie i dostanie swoje zamówienie, ja zdążę zatankować na stacji, ucieszył się Adam.

Kiedy płacił za paliwo pomyślał, że Sylwia chyba dotąd nie zorientowała się, że ktoś za nią podąża. Wydawało się, że ma jakiś określony plan, którego wydaje się ściśle trzymać. Ale jeżeli jedzie na spotkanie z tymi szpiegami, to co? Przecież nie mam żadnej broni, zorientował się Adam. Postanowił, że w takiej sytuacji nie będzie się wygłupiał i nie będzie zgrywał bohatera, próbując kogokolwiek zatrzymywać. Nie ma co ryzykować. Od tego są fachowcy, więc w razie czego trzeba będzie po prostu zadzwonić do brata Bolka.

Po zajęciu z powrotem miejsca na wygodnym fotelu kierowcy sięgnął po wizytówkę agenta Waldemara Wilczyńskiego i wcisnął ją za krawędź ramki otaczającej ekran systemu multimedialnego. Wyjął telefon, uruchomił bluetootha i aparat nawiązał połączenie z systemem głośnomówiącym w samochodzie. Przestawił auto spod dystrybutora na miejsce parkingowe, z którego miał dobry widok na okienko, z którego wysuwały się raz po raz ręce podające kierowcom wysokokaloryczne potrawy i napoje. Sylwia jeszcze stała w zmotoryzowanej kolejce, ale była już trzecia. Adam wyjął i ugryzł batona z orzechami, którego dorzucił przy kasie do rachunku. Ludzie to się żywią naprawdę na szybko i byle jak, połajał sam siebie w myślach. A potem się dziwią, że chore żołądki, jelita, o wałeczkach na biodrach nie wspominając.

Wreszcie Sylwia podjechała do okienka, opuściła do końca szybę i zaczęła wkładać do samochodu to co było jej podawane. Jeden zestaw, drugi, trzeci… Co jest? Po co jej aż cztery zestawy makjakieśtam? Czyżby miała zamiar nakarmić cały pluton szpiegów? A może tylko dorabia sobie na boku dowożeniem żarcia na wynos?
--------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam
M.
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Żółtawobrunatna Mina   26 kwietnia 2021r. o 4:02

~Żółtawobrunatna Mina

Postów:

JUlie to najlepiej pochwalić A jej czyny wszystko będzie dobrze nic się nie stało. Dziwna baba. Nie chce jej tego wybaczać
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

~Żółtawobrunatna Mina   26 kwietnia 2021r. o 4:07

~Żółtawobrunatna Mina

Postów:

Po co zerwała z panem M Julia po co zerwała ze mną po co obiecywała miłość po co teraz jest z tym pajacem. Po co się mamy słuchać. Powinna sobie rodzine zakładać a nie mamy słuchać. Jak dziecko się zachowuje albo nie wiem czym się kieruje. Mnie postawiła w jakies kropce życiowej przez ta nasza miłość a jej mama wpier... a się i robi ludzi nieszczęśliwych prZy tym do kuli to serio nie mam szacunku odgrywa mi się to na zdrowiu. Super
Zgłoś do moderacji Cytuj tego posta - Dodaj swoją odpowiedź  

W górę   Wypowiedz się w tym temacie Strona 1

DomoExprtWeterynarz
reklama Zapraszamy
Inne informacje z regionu
reklama Zapraszamy