Quantcast
Portal nr 1 w powiecie bolesławieckim
BolecPozdro Wyślij - Poprzednie
Ludzie Chcecie żyć ? Zróbcie Porządek Z Trucicielami Pozwolenia Można Wycofać Starostę Można Wyrzucić A Warszawskich Kumpli Korpo O
od Ja dla Ludzie
Obietnice, Obietnice... Obietnice.'' Przyjdź Do Mnie''. Zabrakło- Stwórzmy Coś Nowego, Tylko Naszego, Nie Pospolitego... Nie Piszę Si
od ja dla D
Dziękuję Za Zdjęcie Obrączki Ze Spuchniętego Palca Wysokiemu Ratownikowi Z Bolesławieckiego Soru . Chęć Pomocy, Fachowość, Empati
od Kobieta z obrączką dla Ratownik SOR
Wróćcie Do Dawnego Portalu To Może Wrócimy. Tymczasem życzę Odczuwalnego Spadku Wejść.
od byly czytelnik dla nieistotnych
BolecFORUM Nowy temat
Tylko na Bolcu
5 czerwca 2021r. godz. 15:08, odsłon: 962, Bolecnauta Pan M./Bolec.Info

Tajemnica szmaragdu - odcinek 77 czyli zardzewiałe drzwi i policyjne syreny

Część w której Żaklina bierze sprawy we własne ręce, a Olę ogarnia furia.
Kłódka na drzwiach
Kłódka na drzwiach (fot. pixabay)

Jest już kolejny odcinek naszej bolesławieckiej powieści!

Indeks bohaterów - kto jest kim?

Siedemdziesiąta czwarta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Siedemdziesiąta piąta część tajemnicy szmaragdu - TUTAJ

Siedemdziesiąta szósta część tajemnic szmaragdu - TUTAJ

Czy dziewczyny zostaną choć połowicznie uwolnione? Zapraszamy do lektury:


Szuranie butów wreszcie ustało. Żaklina odczekała w niemal całkowitej ciszy jeszcze około dwóch minut, zanim zdecydowała się głośniej odetchnąć i ruszyć choćby jedną częścią swego ciała, które aktualnie zajmowało część ciemnej wnęki. Kto wie, czy jeszcze tu aby nie wrócą? – myślała z obawą. Podejrzane typy, które ująwszy Olę za ręce, wyniosły ją jak worek kartofli, nie sprawiały wrażenia morderców, tylko raczej przypadkowych odkrywców tej podejrzanej budowli i znajdującego się w niej pomieszczenia, w którym obie zostały nie tak dawno uwięzione. No, ale z takimi to nigdy nic nie wiadomo.

Pozycja w jakiej stała, przylgnięta do ściany znajdującej się za plecami, była okropnie niewygodna. Zdrętwiało jej dosłownie wszystko, łącznie z szyją i nogawkami spodni. Musiała jak najprędzej spróbować uwolnić ręce i nogi oraz zacząć się poruszać, aby umożliwić dostęp krwi do wszystkich swoich kończyn i organów. Inaczej nigdzie się stąd nie ruszy, a o uratowaniu Olki nie będzie mowy. Na razie bała się skakać w kierunku drzwi, którymi niesiona na rękach Ola bez własnej woli opuściła ich celę. Bo co, jeśli te podejrzane typy cały czas gdzieś tam się czają?

Żaklina obmacała związanymi na plecach rękami ścianę. Zwinęła dłonie w pięści i zaczęła pukać w nią knykciami. Dziwny ten dźwięk, stwierdziła. Jakby nie beton, czy inna cegła, ale ewidentnie metal. Z czego oni budowali te hangary? – zastanawiała się. Nie miała zbytniego pojęcia ani o samej konstrukcji tych dawnych wojskowych budowli, ani o materiałach z których były budowane. Doszła do wniosku, że dla zaspokojenia swojej ciekawości pozostało jej na razie pukanie.

Przesuwała skrępowane dłonie to w prawo, to w lewo, cały czas stukając. Niestety nikt nie zapytał „Kto tam?”. Metaliczny dźwięk, który dochodził do jej uszu, wskazywał, że to coś, o co opierała się od chwili, kiedy udało się jej wstać na nogi, jest sporych rozmiarów i nie jest ani betonową, ani murowaną ścianą, lecz jakąś grubą blachą. Przyszło jej coś do głowy. A może to są drzwi?

A skoro drzwi, to musiały się jakoś otwierać, co nie? Jakaś klamka, zasuwa, cokolwiek, za co ktoś wychodzący stąd musiał chwytać… Żaklina przeskoczyła o kilkanaście centymetrów w lewo. Pukanie, macanie, znów ta sama blacha. Znów podskok. Blacha. Po szóstym przeskoku dotknęła lewym ramieniem jakby ściany. Znaczy wnęka się tu kończy, wywnioskowała. A za plecami? Pomacała, próbowała postukać kostkami palców, ale trafiła na coś dziwnego. Coś co wyraźnie odstawało od blachy.

W swojej lekko wygięto-skulonej pozycji Żaklina musiała się trochę unieść na palcach stóp, aby spróbować chwycić za to coś i stwierdziła, że odrobinę się rusza. Wyraźnie wyczuła palcami skobel i kłódkę. Ta druga w dotyku wydawała się gładka, co wskazywało, że być może nie była aż taka stara. Pociągnęła, ale kłódka ani rusz. Bez klucza nie ma szans. Przesunęła palce wzdłuż metalowej sztaby i szybko dotarła do jej końca przymocowanego do betonowej ściany.

Przy ścianie sztaba kończyła się zawiasem. Na wszelki wypadek Żaklina pociągnęła także i za ten element. O dziwo, zawias wydawał się luźny. Czyżby bandyta zadbał o nową kłódkę, ale nie sprawdził umocowania sztaby w ścianie? Żaklina zaczęła poruszać zawiasem to w jedną, to w drugą stronę. Czuła, że zakres ruchu jest coraz większy, co mogło oznaczać tylko jedno. Jeszcze chwila wysiłku i mocowanie w ścianie przestało spełniać swoją rolę. Być może to korozja metalowych trzpieni, a być może kruszenie betonu ze starości. Tak czy siak, udało się jej wyrwać ze ściany tę część zawiasu, która powinna tkwić tam solidnie, uniemożliwiając otwarcie metalowych drzwi.

Sztaba z zawiasem zawisły na skoblu, połączone z nim kłódką, wydając charakterystyczny odgłos ocierania metalu o metal. Żaklina podskoczyła do przodu, obróciła się i w bardzo skąpym świetle dochodzącym od strony drzwi otwartych wcześniej przez tajemniczych gości oceniła, gdzie powinna włożyć palce, aby spróbować wykorzystać odkrytą przez siebie potencjalną drogę ucieczki.

Wiedziała, że musi podjąć tę próbę i po prostu sprawdzić, czy się da, czy nie. Zdawała sobie doskonale sprawę, że nie może tracić czasu, bo wcześniej czy później bandyta musi przecież tutaj wrócić. Ludzi nie porywa się i nie zamyka, aby gdzieś w zapomnieniu umierali śmiercią głodową. Najwyraźniej facet miał wobec niej i Oli jakieś plany, skoro zdecydował się na przetrzymywanie ich w odosobnieniu. Żaklinie przyszło do głowy, że przecież to wszystko musiało być wcześniej zaplanowane. Ani czas, ani miejsce nie wydawały się przypadkowe. Widać, że porywacz był do tego dobrze przygotowany. Tylko pytanie: która z nich była właściwym celem porywacza, a która tylko przypadkiem mu się nawinęła?

Żaklina postanowiła nie tracić czasu na dalsze myślenie. Ponownie przysunęła się tyłem do odkrytych drzwi, wymacała ich krawędź i włożyła palce w szczelinę. Zdaje się, że gdzieś tam fortuna zdecydowała się jej sprzyjać, bo niemal natychmiast skrzydło drgnęło i cicho skrzypiąc, zaczęło się uchylać. Tyle że do wnętrza, co zmusiło ją do podskakiwania i otwierania metalowych wrót na raty, kawałek po kawałku. Kiedy uznała, że zmieści się w powstałej szparze, odwróciła się i zajrzała przez nią. W drugim pomieszczeniu panowała ciemność, ale nie całkowita. Skądś dostawało się do wewnątrz trochę światła. Żaklina w kilku niewielkich skokach przecisnęła się przez powstały otwór i znalazła w środku.

Pomieszczenie to było dużo mniejsze, wąskie, na kształt krótkiego korytarza. Śmierdziało tu jeszcze gorzej niż w ich zaimprowizowanej celi. Może myszami, a może tylko mysimi odchodami. A może wcale nie mysimi? Bez względu na wrażenia zapachowe i tak była to, jak na razie, jedyna szansa na uwolnienie.

Na drugim końcu korytarzyka, po lewej stronie znajdowały się kolejne drzwi. To przez małe otwory w ich górnej części wpadała ta niewielka poświata. Żaklina już chciała do nich ruszyć w podskokach, ale postanowiła na wszelki wypadek najpierw domknąć te, którymi tu się dostała. Nie było to łatwe, ponieważ cały czas musiała używać rąk unieruchomionych z tyłu, za plecami. W końcu dała radę. Zasapała się przy tym tak, że słony pot zaczął ściekać jej z czoła na twarz. Wyjście stąd wydawało się już tak blisko. Nie za bardzo miała jak wycierać spływające krople, a swędziało jak cholera. Próbowała ocierać policzki o koszulkę na ramionach. Wydawało się jej przy tym, że słyszy własne łkanie. Sama już nie wiedziała, czy tak naprawdę wyciera pot, czy łzy. A może jedno i drugie.

Kiedy dotarła do tych kolejnych drzwi niemal straciła nadzieję na uwolnienie, bo wyobrażała sobie, że i te na pewno będą zamknięte na kłódkę. A ileż to można liczyć na szczęście? Szybko okazało się, że dwa razy na pewno. Skobla nie było, zawiasu również, a więc i tak nie byłoby do czego kłódki zamontować. Wystarczyło popchnąć drzwi ramieniem, a te z głośnym skrzypieniem uchyliły się. Nie na tyle, aby od razu przez nie przejść, ale wystarczyło, aby ocenić, że po drugiej stronie znajdują się gęste krzaki. Skoro roślinność, pewnie więc też i wolność.

Ostrożnie podskakując, wydostała się na zewnątrz. Rozejrzała się, ale kompletnie nie rozpoznawała otoczenia. Za sobą miała całkiem spory pagórek maskujący hangar, który właśnie udało się jej opuścić. Krzewy i niewielkie drzewa skutecznie zasłaniały widok dokoła. Gasnące słońce powodowało, że wszystko jednak wydawało się jej pomarańczowe. Kiedy zapadnie ciemność, to już w ogóle niczego nie zobaczę i nie będę mogła liczyć na żaden ratunek, pomyślała. Całą noc przesiedzę w jakimś nieznanym mi miejscu, z włochatymi pająkami i oślizłymi krocionogami. Trzeba się ruszyć. Tylko dokąd?

Oprócz szumu silników dochodzącego od strony jakiejś nieodległej, ruchliwej drogi, nie mogła usłyszeć niczego, co by wskazywało, że tam właśnie należy kontynuować swoją ucieczkę. Jedyny kierunek, który dawał jakąkolwiek nadzieję, to właśnie ta szumiąca droga. Już miała wykonać pierwszy podskok, aby opuścić otaczającą ją kępę krzewów i drzew, kiedy usłyszała całkiem bliski warkot silnika. Dobiegł do niej gdzieś z drugiej strony pagórka. Czyżby wrócił porywacz?

Jeśli nie znajdzie ani jej, ani Oli, nie wiadomo, co mu do przyjdzie głowy, przeraziła się Żaklina. Nie ma co ryzykować. Facet już pokazał, że na wiele go stać. Sama widziała, co zrobił z tamtymi dwoma mięśniakami pod szpitalem. Rachu ciachu i do piachu. Co robić? Wracać do środka? E, głupi pomysł. A jak gościu zajrzy tutaj, w te krzaki?

Żaklina obróciła głowę i dokładniej przyjrzała się najbliższej okolicy. Może jakiś dół? Cokolwiek? W nieodległej gęstwinie, w odległości co najwyżej pięciu-sześciu metrów zauważyła spory ciemny kształt. Co to może być? Raz i dwa, skok, podskok, trzy i cztery, hajdawery. Pięć i sześć… Przestań pleść… Co ja gadam?

Wyliczanki pomogły jednak Żaklinie szybko pokonać dystans i po chwili wskoczyła w tę gęstwinę. Gałęzie rozchyliły się nieco, odsłaniając zaparkowany samochód. Mimo że widziała tylko jego tył, to trudno było Żaklinie uwierzyć własnym oczom, bo rozpoznała to auto. Czy to nie jest właśnie to audi, do którego on nas zapakował? Jeżeli tak, to co to za pojazd, który przed chwilą usłyszała po drugiej stronie hangaru? Może to jednak nie ten bandyta? Krzyczeć, czy nie? Bez pewności, że nic mi nie grozi, lepiej chyba na razie się nie ujawniać…

„Cicho!” – sama do siebie szepnęła Żaklina, jak gdyby to własne myśli w jej głowie miały zakłócać panującą ciszę. Słychać jakieś kroki. Ktoś się zbliża! Nagle i niespodziewanie w niewielkiej odległości usłyszała podniesiony męski głos, mówiący w trybie rozkazującym.

- Sylwia, jak którąś zobaczysz, strzelaj… – a po chwili cichszym głosem, którego adresat rozkazu z pewnością nie mógłby usłyszeć. – Trudno, najwyżej trafisz…

Żaklina obróciła się w panice w prawo i w lewo, szukając wyjścia z sytuacji. Najlepsze, bo jedyne w tym momencie rozwiązanie przyszło jej do głowy, kiedy spojrzała na lekko uniesioną pokrywę bagażnika ciemnego audi. W aktualnej, napiętej sytuacji jakiekolwiek miejsce w stojącym przed nią aucie porywacza wydawało się jej być aż nadto luksusowym i do tego pożądanym miejscem schronienia.

***

- Ciiicho, moje dziecko – zdyszanym głosem mówił do jęczącej na wybojach Oli, biegnący obok wózka Boguś. – Mówiłem, żebyś nam uwierzyła, to nie. Zaraz dobiegniemy do ludzi, to zadzwonimy po pomoc… Widziałaś? On chciał nas pozastrzelać!

Teraz to jego kolega Roman samodzielnie pełnił funkcję pociągową. Kiedy ciągnęli razem z Bogusiem, wówczas bez odpowiedniej koordynacji wózek wpadał w coraz bardziej niebezpieczne wibracje i wykonywał dziwne lewo- albo prawoskręty. Boguś szybko zdecydował, że wozowy może być tylko jeden, więc puścił rączkę, zrzucając całą odpowiedzialność oraz cały wysiłek na towarzysza swojej doli i niedoli.

- No, widziałem – odpowiedział zamiast Oli równie ciężko sapiący i oddychający Romcio. – Mówiłem, że nie wygląda na znajomego. Znajomy nie zaszczela nikogo! To jakiś bandyta był!

- Chyba dał sobie spokój… – stwierdził Boguś rzuciwszy spojrzenie za plecy, nie widząc, aby ktoś kontynuował za nimi pościg. Zwolnił więc i zaczął iść, zamiast biec. Po chwili to samo zrobił jego kompan. Teraz szli już ponownie spokojnym krokiem między młodymi drzewami.

Chwilę wcześniej, na słowo policja, obaj, jakby ktoś ich zaciął batem, obrócili się i dali dyla, zapominając o obiecanych skrzyneczkach piwa. Ale nie zapominając o wózku z cenną zawartością na pokładzie oraz o swojej nietypowej pasażerce. W trakcie dramatycznej ucieczki dość szybko udało im się dotrzeć do końca łąki i wbiec w zarośla, które przesłoniły nieco widok na otwartą przestrzeń za nimi. A więc i oni przestali się rzucać w oczy. Kiedy wózek zwolnił, Ola przestała obawiać się, że odgryzie sobie język i wreszcie spróbowała zaprotestować:

- Co wy wygadujecie! – z wolna ogarniała ją furia. – Jaki bandyta?! Normalny człowiek, do cholery! Przecież mówiłam, że ja go znam, a wy zachowujecie się jak stuknięci i zwiewacie! Przecież obiecaliście mnie wypuścić za skrzynkę piwa! I to na łebka!

Ola miała wrażenie, że na słowa „skrzynka piwa na łebka” odruch Pawłowa uruchomił u obu panów pracę ślinianek, bo zaczęli niezmiernie głośno przełykać ślinę. Ale mimo to, nie dali się zbić z pantałyku i bronili zasadności swojej nagłej reakcji.

- To po kiego ch… ciał na nas z pistoletem, co? – logika Romka w sytuacjach kryzysowych nie zawodziła. A i retorykę tym razem dostosował do wrażliwości towarzyszącej im kobiety. Widać stres i adrenalina mają jakiś wpływy na wzrost poziomu czegoś, co o tym właśnie zdecydowało. – Do mnie moi znajomi nie szczelajom!!

- Właśnie. Więc czego na nas krzyczysz? – wtórował Boguś także odrobinę wyprowadzony z równowagi i także nie tracący rezonu. – Czy zrobiliśmy ci coś złego?

Ola musiała przyznać, że i Romek, i Boguś mieli trochę racji. Po co Alan groził im pistoletem? Po co krzyczał, że ich „pozaszczela”? No i gdzie on się teraz podział? Gdyby tylko zechciał, pewnie by ich mógł dopędzić jeszcze zanim ci porządnie by się rozpędzili. A do tego przecież ciągnęli jeszcze ten wózek… Może stchórzył? Czyżby z niego bohater tylko na odległość?

Jej nowi przyjaciele, samozwańczy wybawcy i oswobodziciele, z pewnością nie mieliby szans w wyścigu z Alanem po obiecane skrzynki piwa, choćby i browar stał na odległość rzutu kapslem. Alan nie wyglądał na wielbiciela grilla i zupy chmielowej. Przeciwnie. Miał sylwetkę raczej wysportowaną. Jak wcześniej twierdził, z rowerem się nie gniewał. Więc, gdzie on teraz jest? Dlaczego odpuścił sobie pościg? Przecież go tak głośno wołałam?

Ola zauważyła, że drzewa przesłaniające ciemniejące, bezchmurne niebo, przerzedziły się nieco aż wreszcie cała trójka musiała wejść na jakąś otwartą przestrzeń. Podniosła głowę. Boguś z Romkiem, Romek z wózkiem, a wózek z nią - znajdowali się aktualnie na jakimś przystrzyżonym trawniku. W poszukiwaniu żywej duszy nietypowa ekipa dotarła do ładnego budynku zbudowanego z drewna. Przybysze obeszli go od frontu i wreszcie się zatrzymali. Boguś spojrzał na szyld wiszący nad wejściem do restauracji.

- Tu będzie dobrze – oznajmił i przywołująco machnął ręką na Romka. A drugą ręką wskazał na wyrzeźbione z litego drewna, choć aktualnie nie zajęte przez ani jednego gościa stoły i krzesła na tarasie. – Dawaj, Romek. Bierzemy naszą panią na tamte stoliki. W knajpie na pewno mają jakieś ostre noże, co nie?

Wzięta pod pachy i za nogi Ola zdołała przeczytać nazwę przybytku „Swojskie Jadło”, zanim usłyszała huk otwieranych drzwi i gromki krzyk dochodzący od strony drewnianego budynku:

- Co mi tu się pchacie, pijaki zafajdane! Nie ma bata, nie nachlejecie się u mnie za darmochę! Wynocha mi stąd, bo wezwę kucharza z tasakiem! – wybiegająca z restauracji młoda kelnerka zaczęła im grozić z daleka niesioną miotłą.

- Ale my tu, proszę pani… my chcieliśmy prosić… – zaczął Boguś, ale te słowa jeszcze bardziej rozwścieczyły zbliżającą się do nich zawziętą obrończynię kulinarnego przybytku. Jej głos wszedł na wyższe poziomy głośności i zmienił ton na groźniejszy, choć już wcześniej wydawało się to niemożliwe.

- Spadać, ochleje jedne, bo mi klientów wystraszycie! I zabierać mi tego trzeciego nawalonego denata, ale to JUŻ!!! – kelnerka zamachnęła się, a potem zrobiła ruch jakby chciała użyć kija od miotły jako dzidy

Czyżbyśmy trafili na członka prymitywnego plemienia w amazońskiej puszczy? – pytała się w duchu Ola. Ale doszła do wniosku, że raczej napotkali prymitywną przedstawicielkę większej połowy naszego społeczeństwa. Otwartego, tolerancyjnego, empatycznego, wrażliwego na krzywdę, tak chętnie w każdej sytuacji oferującego bezinteresowną pomoc potrzebującym.

Boguś z Romkiem wystraszyli się nie na żarty. W trymiga zawrócili i porzucili pomysł z proszeniem o pożyczenie ostrego noża dla uwolnienia ledwo poznanej dziewczyny. Nie porzucili jednak niesionej Oli, ani nie udzielali już nikomu żadnych dodatkowych, pokrętnych wyjaśnień. Po prostu ułożyli z powrotem Olę na wózku, chwycili tym razem obaj za jego rączkę i szybkim krokiem oddalili się w poszukiwaniu kolejnego miejsca, skąd zapewne znów ktoś będzie ich próbował grzecznie przegonić, zanim usłyszy, czego ta ich nieszczęsna trójca potrzebuje.

Ola zrezygnowana opuściła głowę i oparła ją o deski, z których zbudowana była podłoga wózka. Przecież nie mogą tak dać się zewsząd przeganiać! Czas ucieka, a jej przyjaciółka czeka na ratunek w tym hangarze! A ten porywacz w końcu wróci. I na pewno się wścieknie, jeżeli zastanie tam tylko Żaklinę!

Boguś z Romkiem przeszli kolejne kilkadziesiąt metrów, tym razem poboczem asfaltowej drogi. W poszukiwaniu pomocy postanowili przejść na drugą stronę jezdni. Chcieli pewnie udać się w kierunku najbliższej stacji benzynowej, na której z oddali zauważyli kręcących się po niej podróżnych. Ale albo nie obejrzeli się porządnie w lewo, w prawo i znów w lewo, albo musieli wejść na publiczną drogę niespodziewanie bądź niezgodnie z przepisami, bo Ola usłyszała nagły i ostry pisk opon. Szybko uniosła głowę, aby ocenić, czy są to jej ostatnie chwile przed rozjechaniem na miazgę, czy jednak będzie miała szansę dożyć spokojnej starości u czyjegoś boku.

Spostrzegła gwałtownie hamujący, zatrzymujący się przy nich pojazd. Za nim następny i następny. Nie potrafiła ich policzyć, ale z jej pozycji łatwo mogła zauważyć, że wszystkie samochody miały na dachach koguty. I to mrugające na niebiesko! Tylko syreny miały wyłączone. Część z nich miała charakterystyczne srebrno-niebieskie kolory i napisy „Policja”, a część nie wyglądała jak radiowozy, tylko zupełnie jak zwyczajne samochody cywilne.

- Boguś, policja! Zara nas do mamra znowu zamkno! Wiejemy! – i Romek pobiegł z powrotem do lasu, z którego niedawno wychynęli. Kiedy ruszył, nie oglądał się już za swoim kolegą, tym samym doprowadzając do zerwania łączącej ich z Bogusiem więzi. Ten także poddał się panice, niepomny zajmującego jego myśli obrazu skrzynki piwa. Zapomniawszy chyba również o fakcie, że to właśnie oni uwolnili młodą dziewczynę, co nie było czynem karalnym lecz chwalebnym, podjął kroki równie szybkie, co długie, lecz w przeciwnym kierunku, niż Romek. Można zatem powiedzieć, że rozbiegli się we wszystkie strony świata, mimo, że tak naprawdę było ich tylko dwóch. Na środku jezdni pozostawili na pastwę losu wózek ze swoim dobytkiem. I Olę w wózku.

Okno pasażera pierwszego zatrzymanego pojazdu uprzywilejowanej kawalkady otworzyło się. Ze środka wyjrzała twarz młodego człowieka w okularach. Lekko zsuniętych w kierunku czubka nosa. Kiedy człowiek ten przyjrzał się pasażerce porzuconego przez zbieraczy złomu pojazdu, drzwi radiowozu otworzyły się tak nagle, jakby ktoś kopnął je obunóż od środka. Dosłownie eksplodowały.

Po chwili dokoła wózka z Olą stało dwóch znanych jej z widzenia i ze szpitala bolesławieckich policjantów, a kilku umundurowanych funkcjonariuszy doganiało właśnie umęczonych ucieczką zbiegów, którzy jakoś nie zdołali odbiec zbyt daleko. Nie minęło kilka kolejnych sekund, a dwaj mężczyźni w kajdankach byli już prowadzeni z powrotem, stając się pierwszymi tego dnia aresztantami w akcji ujęcia groźnego przestępcy, co skwapliwie notował w notesie i uwieczniał na smartfonie dziennikarz pewnego lokalnego portalu internetowego.

- Panie podkomisarzu, jeśli mnie wzrok nie myli, to ja znam tę młodą osóbkę? – stojący przy porzuconym wózku aspirant Świgoń zdjął i przetarł okulary wyciągniętą z kieszeni pomiętą chusteczką higieniczną. Na wszelki wypadek, gdyby jednak były zakurzone albo zaparowane i uniemożliwiały prawidłowe oraz wyraźne widzenie. Trudno mu było uwierzyć w to, co, a właściwie kogo ujrzał.

- Też mi się wydaje, że kojarzę tę panią. Czy to nie ta młoda lekarka, córka naszego postrzelonego i jego wspólniczki? Czy to nie aby panna Wilczyńsko-Polańska młodsza? – podparty pod boki podkomisarz Kamiński łączył napotkaną przypadkiem osobę z informacjami, których posiadał coraz więcej. Choć jeszcze nie do końca wszystko miał wydedukowane i rozpracowane.

- Zgadza się, to właśnie ja – potwierdziła Ola wciąż jeszcze zajmując swoją niewygodną pozycję poziomą. Czuła się jakby była na sali sądowej, a nad nią odbywał się sąd kapturowy o uznanie winną bycia nieodrodną córką podejrzanej pary. – Aleksandra Wilczyńska. Córka Antoniny Julii Polańskiej i Bolesława Wilczyńskiego. Bardzo przepraszam za moich rodziców i bardzo przepraszam, że witam panów w takim oto stanie…

- No to, jeżeli ty to ty… – niepewnie, choć z nadzieją w głosie odezwał się Hieronim Świgoń, kiedy ukląkł i rozcinał scyzorykiem trytytki na przegubach i kostkach Oli. Wyglądało na to, że chciał zadać jakieś ważne pytanie, ale w odpowiedzi bał się dowiedzieć strasznej prawdy. – … to powiedz mi, czy była z tobą Żaklina? Gdzie ona teraz jest? Czy coś jej się stało?


Czy Ola jest już bezpieczna? Czy Żaklina będzie mieć swoje heroiczne pięć minut? Ktoś przyjdzie z pomocą Adamowi utkniętemu w pułapce drzew? Jak wyobrażacie sobie dalsze losy naszych bohaterów? Czy życzycie im dobrze, czy wręcz przeciwnie?

Bolecnauta Pan M. pisze, dzieląc się z nami swoją niesamowitą wyobraźnią i ogromnym talentem literackim oraz warsztatem pisarskim! Każdy pozytywny komentarz działa na autora motywująco jak wysokooktanowe paliwo.

Czekamy na Wasze komentarze i pomysły! Piszcie, co najbardziej podoba się Wam w powieści i która postać jest najbliższa Waszym sercom! Kolejny odcinek już w środę w godzinach popołudniowych!

Tajemnica szmaragdu - odcinek 77 czyli zardzewiałe drzwi i policyjne syreny

~~F jak fanka 8 czerwca 2021r. o 21:53
Uwaga, po czasie zdecydowanie zbyt długim (mea pulpa) odpowiadam po kolei:
,,Witaj F, (tak trudno się oprzeć temu nazewnictwu rodem z powieści o jednym takim, co miał licencję na zabijanie)"
Wchodzę w to, A! Zostaję członkinią bandy! Lub tajną agentką!
,,Ostatnie moje komentarze, również do Ciebie, zostały pożarte przez jakiegoś cyberpotwora i zniknęły w odmętach internetowej rzeki. Trudno, wątek umknął ale Imperator część wątpliwości objaśnił.
Pisałaś o Sylwii, czy aby nie będzie równie groźna jak Zły. Puki co, M uczynił ją zadurzoną dziunią, ale jak to z rudymi (i nie tylko) bywa, może wykręcić jakiś numer w imię miłości do Dymitra lub pliku banknotów."
Nie wiedzieć czemu nieustająco pragnę zobaczyć postaci żeńskie z pazurami w tej powieści. Wiemy już, że Ola ma nawet nie tyle pazury, co szczypce, a nawet łopatę, Julia dzielnie znosi rany postrzałowe, Żaklina umie kopnąć skutecznie nawet z bagażnika, Mika jest świetną podrabiaczką drogich kamieni, a babcia Aleksandry umie podporządkować sobie pół świata, z pewnością tego rodzinnego. No jasne ze czekam co ma do zaoferowania Sylwia! Czuję, że jeszcze z blond dziuni wyjdzie ruda zręczna wiewióra. Powieść powinna się chyba nazywać ,,Niebezpieczne kobiety kontra niebezpieczny Dymitr"... No serio, jak one wszystkie założyłyby szajkę, to nie ma zmiłuj!
,,A skoro już o złoczyńcy mowa, to rzeczywiście, można się pokusić o odrobinę współczucia, choćby przez wzgląd na traumę z młodości. Rudo-blond harpia stanowczo wzbudza we mnie odrazę, bleee."
Powtarzam swoje zdanie o pazurach. Może... oh! Może Dymitra i ją czeka szczęśliwa emerytura? Być może w jej nudnym życiu, które uzupełniała hazardem bo tylko on mógł ją rozkręcić, znajdzie w Dymitrze wreszcie TO COŚ? I może zła strona i mroczna przeszłość odurzy ją jeszcze bardziej, niż udawany tajny agent? Czyżby Sylwia mogła uratować Dymitra przed policją i mafią, która chce się go pozbyć? To dopiero byłaby akcja jakiej świat nie widział!
,,No to załatwmy resztę tych damsko-męskich problemów, bo czytając opisy postaci taka zbieżność się ujawniła dziwna. Clooney, czy jak mu tam? Tak określił Waldka Adam, ale Mika też czeka na męża nr 3 w tym typie. Może Imperator zaplanował kolejny mariaż? A jeszcze Ola z obrażonym amantem, Żaklina i Hirek, bohaterowie główni z Zerwanych Więzi i Para Złych?"
Prawidłowości są widoczne, ale urokliwe w swojej przewidywalności. Przy tych wszystkich strasznych Kingach, krwawych Scherlockach, dramatycznych Szekspirów, onirycznych Tokarczukowych jakże miło poczytać o dobrych mnogich relacjach, naprawiajacych się i wiążących magicznie! Taka odmiana to święto.
W języku polskich zaczyna zadomawiać się na dobre określenie, że coś jest ,,comfort". Comfort food na przykład to jedzenie, które poprawia nam humor, kiedy mamy podły dzień. Comfort film to film, który możemy oglądać milion razy tylko dla relaksacji (są nimi często bajki typu Shrek - pełne humoru i kończące się zawsze dobrze). Myślę, że dla mnie ta powieść jest takim comfort book - zawsze głośno się śmieję i nie umiem życzyć bohaterom inaczej niż jak najlepiej :D nawet jeśli to szwarccharektery.
Czyżby Tobie to przeszkadzało? Wolisz bardziej realistyczne relacje, gdzie nie zawsze wszystko układa się, jak człowiek wcześniej chciał?
,,W imię ekologii do ślubu hurtowego pojadą wszyscy jednym autobusem.
No i kamyk zielony, od dłuższego czasu zaginiony. Może przepadnie na kolejnych trzydzieści lat?"
Albo sprzedadzą go i właśnie nim zapłacą za autobus. Koniecznie elektryczny! Tak w imię ekologii.
,,I zanim zakończę ten wywód przydługi i nudny to zapytam o rzecz jedną: nie uważasz, że ten tajemniczy Szef to nasz historyk-amator zza wschodniej granicy, Bojko? Pozdrawiam"
Drogi Imperatorze!!
Czyżbyś miał(a) na to nadzieję, drogi(a) A?

Było długo, ale od serca :D Jak zawsze przyszłam ze swoim naiwnym i radosnym poglądem i jak zawsze ciepło pozdrawiam autora Pana M. i mojego nieocenionego rozmówcę, A!
Dużo ciepła ślę i czekam na odpowiedzi! c:
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 8 czerwca 2021r. o 23:18
Uffff...
Już myślałem, że Covid szaleje, albo objawiła się jakaś klątwa, jak w przypadku grobowca Tutenchamona. Kto otwiera księgę, znika... W każdym razie A. znów zniknął.

W nowym odcinku mała niespodzianka na polu relacji damsko-męskich :)

Twój wpis uświadamia, że ilu czytelników tyle gustów literackich i wrażliwości w odbiorze.
Wymiana myśli i propozycji dalszych losów ogromnie pomaga. No i motywuje, żeby toczyć kamienie naszych bohaterów, choćby i pod górę.

Od pewnego czasu tak się zastanawiam, bo dotąd większość zdarzeń jest z pogranicza komedii lekko kryminalnej. Czy uśmiercenie kogoś byłoby akceptowalne w takim tworze literackim? Przecież "żyli długo i szczęśliwie" rzadko kiedy w życiu dzieje się u 100% populacji, co nie? A gdyby tak już jakieś zig-zig..., to kogo? Czy może to jednak niedobry pomysł? Czy lepiej, żeby wszyscy mieli swoje 5 sekund w epilogu i miejsce w skorowidzu, a nie w czarnej ramce w dziale nekrologi na portalu wbolcu.net?
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 9 czerwca 2021r. o 0:56
c.d.
--------------------------------------------------
- Chevrolet camaro, mówiłeś? Coś jak to to tam? – Julia pokazała palcem ponad kierownicą i zwolniła na widok zaparkowanego przed nimi na poboczu luksusowo wyglądającego, sportowego samochodu, którego wcześniej nigdy nie miała okazji spotkać na polskich drogach. A przynajmniej nie na Dolnym Śląsku. Takie cudo na pewno by zapamiętała. – Ale cacko! A jaki piękny kolor! Może Bolek by mi takie kupił... Jak sądzisz, Waldek?

- Jak ma zbędne tak z ćwierć dużej bańki, to czemu nie, Julka? Z miłości nie takie rzeczy ludzie robią… – Waldek w swoim stylu pozwolił sobie na ekonomiczny komentarz do romantycznego związku swojego rodzonego brata. – Jak ja bym był bogaty, to bym ci takie na pewno kupił jako drugie do kolekcji. I kolor by ci do fryzu pasował…

- A to pierwsze, to jakie byś mi sprawił? – Julia podchwyciła temat. Rzuciła okiem, czy aby Waldek nie drwi sobie z niej, ale wyglądał w tym momencie dosyć poważnie. Widać Wilczyńscy tak mają, że nawet jak żartują, to z kamiennym wyrazem twarzy, prawie nic nie wyrażającym.

- Jakiegoś kabrioleta, oczywiście – czyżby romantyczna dusza była jednak u Wilczyńskich cechą rodzinną? Waldek wykonał ruch ręką jakby odrzucał do tyłu welon na głowie. – Jakbyś śmigała, to by ci te twoje piękne, ryżawe kudły o tak rozwiewało…

- Dzięki za komplement, Waldku-romantyku. Nie spodziewałabym się czegoś takiego z twoich ust. Jak to się stało, że taki amant jak ty dotąd jest kawalerem? – Julia w zasadzie nic dotąd nie wiedziała ani o stanie cywilnym brata Bolka, ani o jego aktywności towarzyskiej w relacjach damsko-męskich. A może on po prostu wolał inne relacje?

Waldek odwrócił głowę w drugą stronę. Chwilę patrzył przez szybę gdzieś na rozgrzane, wysuszone sierpniowym słońcem łąki. Przez jeden ulotny moment Julii wydało się, że zobaczyła na jego twarzy grymas jakiegoś bólu, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił. Jeszcze zanim zbliżyli się do miejsca postoju czerwonego camaro, Waldek rzucił jakby trochę od niechcenia:

- Nigdy nie mówiłem, że byłem kawalerem…

Julia odniosła wrażenie, że mu się to tylko wyrwało. Była niemal pewna, że tak naprawdę nie chciał powiedzieć tego, co powiedział. Doszła jednak do wniosku, że być może celowo uchylił rąbka jakiejś tajemnicy i to tylko w jej obecności. Być może chciał, aby w bliżej nieokreślonej przyszłości wróciła do tego tematu, jakby czekał na okazję, aby pozbyć się jakiegoś niesionego balastu, a może raczej wyrwać jakiś tkwiący w nim cierń.

Zamiast w przypływie ciekawości, tak czysto po babsku, podrążyć temat, Julia zamilkła, bo mimo wszystko poczuła się niezręcznie. Nie jej sprawa. Będzie chciał, to sam powie. Zjechała na pobocze po lewej stronie i zatrzymała nieco już przykurzone polo z wybitą jedną szybą. Wysiadła, popatrzyła z zachwytem na amerykański krążownik, a potem krytycznie na żałosny, żółty samochodzik, którym przyjechali. Pokiwała z politowaniem głową. Życie jest takie niesprawiedliwe. Waldek jakby czytał w jej myślach, również konstatując ewidentne różnice pomiędzy dwoma pojazdami.

- Taki młody archiwista, a już stać go na taką brykę? Musi mieć nasz przystojniak Adaś niezłe branie! Poleciałabyś na gościa z taką furą?

- Poleciałabym, poleciała… – Julia zanuciła kawałek dawnej piosenki Formacji Nieżywych Schabuff. Ale zaraz potem dopowiedziała seksistowski komentarz ze swoją zwyczajną złośliwością. – Podobno im dłuższe auto, tym krótszy ptaszek… Tak mówią. Nie sprawdzałam.

- To bmw to tylko auto służbowe – odparł Waldek, niepotrzebnie plącząc się w tłumaczeniu. – Nie dają nam w agencji menu, z którego moglibyśmy wybierać samochody.

- A gdyby dali menu, to co byś wybrał? – Julia była pewna, że za chwilę dowie się, iż każdy dorosły człowiek zmieści się do samochodu nie dłuższego niż kilka centymetrów. Na przykład do resoraka.

- Jak to, co? Smart ForTwo, oczywiście. Nie tam, żebym się chwalił, ale takie auto na zakupy w zupełności by mi wystarczyło…

Julia właśnie takiej odpowiedzi się spodziewała. Mężczyźni są świetnie przygotowani na tego rodzaju zaczepki. Wszystko, żeby tylko się kobietom podlizać i czymkolwiek przed nimi popisać. A do tego przeważnie lepiej znają się na motoryzacji, więc łatwiej im kłamać na temat posiadanych przez siebie środków lokomocji. Smart był faktycznie najkrótszym jeżdżącym autem, jakie znała. Połowa długości przeciętnej limuzyny. No, ale rodziny z walizkami do niego nie zapakujesz. Waldek postanowił zmienić temat na wywołujący mniej jednoznaczne skojarzenia.

- Żebym wiedział, że w wojsku tak dobrze płacą, nigdy w życiu nie poszedłbym do innej roboty. Codziennie rano wstawałbym ze słowami „Kocham moje archiwum!”. – Waldek aktualnie stał przy chevrolecie i zgięty zaglądał przez szybę kierowcy do środka. Z dłoni zrobił sobie daszek nad czołem, aby lepiej widzieć przez szkło. W latach jego młodości dzieciaki z rozdziawionymi ustami oglądały dokładnie w ten sam sposób beczułkowatego opla kadetta, którego sąsiad z klatki obok ściągnął po roku jeżdżenia na saksy. A pierwszą rzecz, którą oglądali chłopcy po wschodniej stronie żelaznej kurtyny była tarcza licznika prędkości. – Dwieście na liczniku…

- Phi tam – żachnęła się Julia, machając ręką. – Dwieście to pewnie by i ten staruszek, mercedes Bolka bez problemu wyciągnął…

- Dwieście mil na godzinę, Julia – pokręcił z niedowierzaniem głową, że można nie uwzględnić różnic między Europą a Stanami Zjednoczonymi, jakie występują w jednostkach miar odległości. – Żeby ci uprościć, lekko ponad 320 kilometrów na godzinę.

- Wiem ile to mila, mądralo jeden...

- Lądowa czy morska? – zapytał Waldek, nadal przyglądając się kokpitowi chevroleta bez odrywania czoła od dłoni. Być może faktycznie zazdrościł właścicielowi tego auta, bo chyba już zdążył się zorientować, że wewnątrz nie ma żywej duszy.

- A co, jest jakaś różnica czy jedziesz samochodem po drodze, czy po wodzie? – palnęła bez zastanowienia Julia, ignorując tysiące lat wysiłku intelektualnego naukowców, w tym na pewno przynajmniej kilku noblistów z dziedziny fizyki.

- Jest. I to jakby zasadnicza…

- Tfu – Julia połapała się w swojej gafie. – Znaczy… Chciałam powiedzieć, czy jest jakaś różnica, kiedy jedziesz po lądzie, czy płyniesz po wodzie, skoro odległość ta sama? – Julia nigdy nie zgłębiała tematu anglosaskich jednostek odległości.

- No, jest. Prawie ćwierć kilometra różnicy… A więc trochę więcej niż rzut beretem, tłumacząc na nasze. Dawniej były jeszcze w użyciu inne mile. Kiedyś wiedziałem, ale teraz już nie pamiętam.

- Niemożliwe! Wszechwiedzący Waldek czegoś nie wie? Z rękawa danymi z encyklopedii nie rzuca? – Julia podeszła, przekręciła głowę i przyjrzała się z boku Waldkowi, którego włosy już dość dawno musiały przybrać kolor zwany „pieprz i sól”. Przy czym u niego akurat więcej było już tej soli. – A może to demencja? Cóż, starość nie radość…

- A młodość nie wieczność… – po tych słowach Waldek powinien zostać spoliczkowany przez kobietę wychowaną w duchu tradycji. Ale Julia nie była aż taka staroświecka jak kiedyś. – Skończmy już z tym, Julka. Lepiej rozejrzyj się, czy Adasia nie ma w pobliżu, bo w aucie nie ma go na pewno. Może poszedł odcedzić kartofelki? Według twojej teorii przez swojego krótkiego tego… no…

Julia rozejrzała się, wykonując polecenie Waldka, ale nie zauważyła w okolicy ani żywej duszy. Wszak obiecała się go słuchać. Ale nie składała ślubów milczenia.

- Tu wszędzie płasko jak na stole. Trudno by było go nie zauważyć, chyba, że… kuca jak sika. Podobno są tacy faceci, co kucają. Nie wstydzą się, jak żona prosi. I deski nie obsikują, sprzątać nie trzeba…

- Julia, możesz przestać! Nie masz innych, ciekawszych tematów? – Waldek podniósł głos. Albo coś nagle go ugryzło, albo zaniepokoiło. Albo zmęczył się już tą nadmierną paplaniną Julii.

- Okej, okej. Trochę się denerwuję przed spotkaniem z tym bandytą. A jak się denerwuję, wtedy trochę więcej gadam. Ale skoro nie chcesz mnie słuchać… to ja nie muszę nic mówić – Julia zorientowała się, że nie każdy może mieć tyle cierpliwości do niej, co Bolek.

Wyszła na środek drogi i podobnie, jak przed chwilą Waldek, tak ona teraz zrobiła z dłoni daszek nad brwiami. Słońce zachodziło niemal bezpośrednio nad jakimś miejscem w oddali, w które zaczęła się intensywnie wpatrywać.

- I co, widzisz go gdzieś? – Waldek wrócił do volkswagena i otworzył bagażnik. Julia zastanawiała się, w co tym razem zamierza się uzbroić. Czy możliwe, że w tej agencji wyposażają ich w bazooki? Albo inne rakiety typu ziemia-ziemia?

- Wydaje mi się, że ktoś tam się kręci. Ktoś chyba wychodzi z hangaru – Julia faktycznie zaobserwowała jakiś ruch przy jednym ze sporych pagórków znajdujących się w odległości kilkuset metrów od nich w linii prostej.

- Kto? Gdzie? – zainteresował się Waldek, grzebiąc w jednej ze swoich toreb. Tej, z której wyjął nie tak dawno podwójne szelki.

- No, tam! Chodź tu i sam zobacz – Julia obróciła się i zobaczyła Waldka zbliżającego się z lornetką. Aaa, to o to mu chodziło, żeby lepiej widzieć, po prostu. – Może ten Adam poszedł dalej na piechotę, żeby śledzić tego porywacza, co? Pewnie nie chciał aby go zauważyli w tym jego aucie. Wiesz, co?… Tam zdaje się jest więcej niż jedna osoba… Widzę też jakiś ciemny samochód. Kurczę, pod słońce nie za bardzo widzę… Trzeba podjechać bliżej…

- Wtedy na pewno nas zauważą i mogą się wystraszyć. – Waldek stanął obok, podniósł do oczu lornetkę i również spojrzał w kierunku, w którym cały czas patrzyła się Julia. – Zanim coś zrobimy, musimy najpierw ocenić sytuację.

Z ich pozycji nie mogli dojrzeć dokładnie, co działo się przed wzniesieniem niegdyś maskującym lokalizację hangaru dla samolotów wojskowych. Widok częściowo zasłaniał im szpaler rosnących przy drodze wysokich topól, a częściowo kępy krzewów rosnące tuż przed samym hangarem. Mimo oślepiającego światła obydwoje zobaczyli w pewnym momencie, jak zza tych krzaków wyłaniają się jakieś dwie postaci, które niosły trzecią, nieruchomą. Na moment niesiona ofiara została położona na ziemię, a jedna z postaci podeszła do busa i odsunęła boczne drzwi.

- Jezus Maria! Ola… Waldek, to Ola! – przerażona Julia odwróciła się w stronę Waldka i oparła się o niego, bo kolejny raz zrobiło się jej słabo. Wbiła paznokcie w jego tors, wtuliła twarz w jego ramię i głośno załkała. – Waldek, powiedz mi… powiedz, że Ola żyje!

Waldek stał nieruchomo, ale jedną ręką objął Julię. Drugą nadal trzymał lornetkę i uważnie obserwował sytuację w oddali. Rozpoznał Jacenkę, głównie po płaszczu. Rozpoznał tę Sylwię z biura archiwum, głównie po kilku szczegółach anatomicznych, oczywiście oprócz koloru włosów, bo teraz występowała w wersji rudej. Jakie miłe zaskoczenie! Ale nie mógł rozpoznać osoby leżącej pomiędzy nimi, bo na chwilę zniknęła z pola widzenia, dopóki nie została znów podniesiona za ręce i nogi. Jednak jej głowę i górną część ciała zasłonił płaszcz porywacza. Faktycznie osoba ta wyglądała na nieprzytomną, bo w ogóle się nie poruszała. Czyżby już nie żyła?

Waldek potarł dłonią plecy Julii, żeby dodać jej otuchy, chociaż jego samego ogarnęły wątpliwości. Wiele razy w życiu kłamał, ale tym razem nie podjął się tego, zwykle łatwego dla niego, zadania. Odstawił na moment lornetkę i opuścił lekko głowę, zbliżając usta do włosów Julii. Poczuł zapach jej szamponu, a może odżywki czy lakieru, nie wiadomo. Nagle poczuł z Julią jakąś więź. Jakąś dziwną, prawdopodobnie toksyczną, choć prawdziwą chemię. Poczuł się jak nastolatek, witający dziewczynę swoich marzeń przed dyskoteką, zastanawiając się, czy kolejny raz oddać się na kilka godzin wesołym, do niczego nie prowadzącym pląsom, czy może zamiast hałasu i tłoku na parkiecie, zaproponować jej spokojny spacer za rękę i rozmowę przy świetle księżyca.

Przez moment Julia stała tak z zamkniętymi oczami, z których pociekło kilka łez. Zacisnęła mocno szczękę, aż zgrzytnęły jej zęby trzonowe. Zaszumiało jej w uszach, a serce zwolniło tempo. Wydawało jej się, że kiedy otworzy ponownie oczy, obudzi się z jakiegoś koszmarnego snu. Że wszystkie psychosomatyczne objawy ustąpią, a obok usłyszy głos Bolka. Że za chwilę młoda kobieca dłoń popuka ją w ramię, a ona zobaczy obok zdrową, żywą i uśmiechniętą Olę. Zdziwioną, że mogła aż tak się o nią zamartwiać, kiedy ona cały czas była przy niej.

Odrętwienie ciała i stan zastygnięcia czasu i przestrzeni po kilkunastu sekundach minął. Julia ponownie usłyszała wieczorne ptasie trele i poczuła zapach rozgrzanej, lecz stygnącej już po upalnym dniu łąki. Poczuła jednocześnie, że uścisk Waldka nie słabnie, lecz wzmacnia się, a ona w jakiś niezrozumiały sposób staje się niewolnikiem tej stresowej sytuacji. Musiała chyba poczuć jego ciepły oddech na czubku swojej głowy, bo odepchnęła się od niego dość zdecydowanym ruchem obu rąk. Kiedy mogła już na niego spojrzeć z odpowiedniej i bezpiecznej odległości, skarciła go wzrokiem, choć przecież powinna zacząć od siebie.

- No co ty… My nie powinniśmy… – jąkała się, dając tym samym ewidentny dowód swojego poczucia winy. Jednak za chwilę odezwała się już bardziej zdecydowanie. – Dawaj tę lornetkę! Ja muszę wiedzieć.

Chwyciwszy oburącz wyrwaną Waldkowi lornetkę, odwróciła się i podniosła ją do oczu. Nie za wiele widziała, ale w pewnym momencie mężczyzna w płaszczu z kobietą bez płaszcza podnieśli kogoś, kogo wcześniej położyli na ziemi i przenieśli o kilka metrów, po czym wsunęli przez boczne drzwi na siedzenia vana. Uwięziona osoba dopiero wewnątrz auta zaczęła się wyginać. Wniosek - nieżywa nie była. Drzwi zostały zatrzaśnięte, a porywacze wrócili do hangaru. Po kilku sekundach Julia opuściła lornetkę. I w tym momencie opuścił ją spokój.

- Nie mów, że nie widziałeś...?!

- Czego nie widziałem? – zdziwił się szczerze Waldek.

- Zrobiłeś to celowo, draniu. Jak mogłeś? – Julia na środku tego pustkowia podkręcała regulator swojego głosu i wspinała się po spirali wściekłości.

- Cicho, bo tamci usłyszą! Co zrobiłem? – Waldek nadal nie rozumiał nagłego wybuchu złości Julii.

- Widziałeś i mi nie powiedziałeś. Pozwoliłeś, żebym do ciebie… no… przylgnęła – Waldkowi wydawało się, że nagle na jego widok Julia się wzdrygnęła, jakby zobaczyła jakiegoś paskudnego stwora z głębin. Albo pająka w bucie. – Jesteś perfidnym, zimnym, wyrachowanym samcem. Wszyscy jesteście tacy sami!!

I Julia uderzyła Waldka trzymaną lornetką, a ten odruchowo chwycił za grubszą część jednego z okularów, nie pozwalając jej na użycie przyrządu optycznego ponownie jako broni. Przez chwilę siłowali się, próbując wyrywać sobie lornetkę z rąk. Julia przez dłuższy moment nie odpuszczała, bardzo mocno ciągnąc za swój koniec. W końcu puściła, ale tak nieoczekiwanie dla Waldka, że ten zatoczył się do tyłu i mało co nie upadł.

- Co cię ugryzło… do cholery, Julia! Uspokój się! Przepraszam, coś mnie po prostu naszło. Głupio mi…

- Wsadź sobie te swoje przeprosiny, wiesz gdzie – zamiast pokazać Waldkowi jego intymne miejsce, Julia w oskarżycielskim geście wyciągnęła w jego kierunku palec wskazujący i poruszała nim do przodu i do tyłu, zupełnie jakby chciała nim dźgnąć go kilka razy w klatkę piersiową. Była w takich nerwach, że z pewnością mogłaby go w ten sposób ukatrupić, gdyby tylko był z pół metra bliżej. – Wiedziałeś, że to nie Ola!

- Przecież nie powiedziałem, że to twoja córka! – Waldek nie rozumiał ani tego, o czym mówi, ani dlaczego miałby zginąć przebity palcem zaopatrzonym w niezbyt długi, ale zadbany damski paznokieć.

- Ale nie zaprzeczyłeś, tylko zacząłeś mnie… no tego… obłapiać! – obruszona Julia odwróciła się i zaczęła iść w kierunku samochodu.

- A skąd wiesz, że to nie ona? – Waldek stał na środku drogi, patrzył jak się oddala i podziwiał jej figurę. Nie mógł zaprzeczyć, że ją, jak się wyraziła, przed chwilą „obłapiał”. Aktualnie nie byłby również w stanie przyrzec ani jej, ani swojemu bratu, że nie zrobi tego nigdy więcej. Dziewczyna ma w sobie po prostu to coś, stwierdził. Nie mógł się też oprzeć wrażeniu, że Julia na różne sposoby lubi skupiać na sobie uwagę i ma z tego czasem radochę.

Po kilku krokach Julia przystanęła, odwróciła się i wykonała dziwaczny gest. Przesunęła dłonią nad swoją głową, wykonując okrągłe ruchy, jakby przystrzygała swoje włosy na jeża albo rozprowadzała na nich szampon. A może po prostu pokazywała mu, że jest nieźle pokręcony na umyśle?

- Bo niby kiedy miałaby czas, aby ściąć włosy i ufarbować się na żółto, co? – spytała Julia, po czym ponownie pokazała mu swoje plecy i wszystko co z nimi graniczyło. Waldek przysiągłby, że jej biodra w dopasowanych spodniach rozkołysały się jak żaglowiec na wysokiej fali. A może tylko zakręciło mu się w głowie, choć tego dnia nie miał jeszcze okazji zażyć żadnych kropelek na wzmocnienie.

- A teraz uruchom resztkę tych swoich szarych wywiadowczych komórek i wymyśl, co oni mogli zrobić z Olą, bo zdaje się twój plan A mamy już z głowy… – rzuciła jeszcze za siebie Julia, zamiast do żółtego polo zmierzając w stronę czerwonego camaro. – I przestań się gapić na mój tyłek!

- Spróbuję – Waldkowi przypomniała się jedna ze scen filmu z „Zatańcz ze mną”. Choć to będzie bardzo trudne, dopowiedział sobie w myślach. Ciekawe, czy Julia dałaby się zaprosić do tańca? Nagle do jego uszu dobiegł jakiś jęk. Syknął do Julii – Ciii…!

- Przecież nic nie mówię – Julia pochyliła się przy chevrolecie, popatrzyła w jego lusterko, pośliniła palec wskazujący i udała, że wyciera coś w kąciku ust. – Fajne ma te lusterka… Takie dizajnerskie… Tu jest napisane „Obdżekts in de mirror… coś tam, coś tam”. Co to znaczy, Waldek? Ty się znasz na samochodach…

- Cicho bądź! Nie słyszysz? – Waldek usłyszał, jakby coś jęczało albo ktoś stękał. Zamiast tłumaczyć proste zdanie z angielskiego, zszedł z drogi na pobocze, zatrzymał się i zaczął uważnie nasłuchiwać. Był pewien, że dźwięk dochodzi gdzieś z drugiej strony zaparkowanych samochodów.

- Słyszę tylko twoją drętwą gadkę obliczoną na podryw – Julia odzyskała swoją naturalną formę konwersacyjną. Jednak wyprostowała się i również nadstawiła uszu. – No, nie wiem. Jakby ktoś mruczał czy charczał… Jakieś zwierzę? Jezu, może to dzik?!

Zanim do jęków dołączyło szuranie i trzaski gałązek, a z gęstej, wysokiej trawy wychynęło rzeczone zwierzę, dzielna Julia stała już za plecami Waldka. W razie ataku odyńca pewnie chciała go użyć jako tarczy. Zamiast spodziewanej dzikiej świni, z pobliskiej plątaniny trawy i gałęzi wyłoniła się jednak jakaś głowa, w dużym stopniu zbliżona kształtem do ludzkiej. Czyżby jakiś nieznany gatunek pół-człowieka pół-węża? – przestraszyła się Julia. Kto wie, czy nie wyewoluowała tu jakaś nowa pełzająca forma życia od tych wszystkich oparów benzyny lotniczej, spalin, głowic jądrowych, które podobno się tu kiedyś znajdowały i czort wie, czego tam jeszcze.
---------------------------------------------
c.d.n.
Pozdrawiam,
M.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 9 czerwca 2021r. o 1:04
No, pojawiła się w końcu F. Witaj Optymi938554stko-Różowowidząca. Człowiek czeka i czeka, rozochocony tymi kilkoma zdaniami napisanymi już dawno, a mnie się marzy dyskusja bardziej dynamiczna. M też choruje z braku komentarzy, inspiracji i inwencji czytelnika. I jeszcze wywiera na mnie presję oraz domniemuje moje zejście z tego łez padołu. No ale nasza relacja nie jest tu istotna.
Muszę przyznać, że do tej pory, pojawienie się czarnego worka na zwłoki było dla mnie oczywiste i ktoś z Ciemnej Strony miał się weń przyodziać. Zresztą, Imperator odesłał już do Krainy Wiecznych Łowów jednego z chłopaków Taśmy. A czy zechce wysłać jeszcze kogoś? Mam wrażenie, że chyba chce. W końcu uzbroili się wszyscy na tę okoliczność w ilości hurtowe tego szmelcu co strzela i potrafi zabić na śmierć.
Zgodzę się z Twoim pomysłem na tę miłość Złych, ale Sylwia musi pokazać prawdziwy ogień. Niech go wyniesie z tego kotła, który się tam niebawem zacznie, choćby i półżywego, niech go broni własną piersią, niech zrobi cokolwiek co ma jakieś znamiona szlachetności i człowieczeństwa. I niech żyją razem. Może zaczną oszukiwać kasyna, albo hodować drób ozdobny?
Nie wiem czy to spełnia Twoje założenia co do komfortu, F?
Ale rzeczywiście, muszę to przyznać, mam czasem chęć na więcej komedii niż sensacji.
Dziękuję za dobre słowo F, pozdrawiam i czekam na kolejne spotkanie "na łączach"
A

Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~A 9 czerwca 2021r. o 1:22
M, słyszysz mnie?
Słuchaj uważnie, muszę po cichu, żeby F nie słyszała.
Nie trzaskaj klawiaturą, do cholery! Bo usłyszy!
Nie słuchaj jej!!! Tak nie może być. Przecież wiesz że musimy kogoś zabić.
Zabijmy Taśmę, tylko jego. Czekał na Waldka trzydzieści lat. To musi mieć jakiś finał.
M, nie daj się prosić. Zróbmy to razem.
Ciiii. Słyszę F, zaraz tu przyjdzie, a Ty pomyśl o tym, M. Obiecaj, że pomyślisz.
Muszę już iść.
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
~~M 9 czerwca 2021r. o 6:53
(szeptem)
Słyszu, słyszu...
Over

Klik stuk stuk puk puk (dźwięki towarzyszące pisaniu na maszynie)
Zgłoś do moderacji Odpowiedz
Wypowiedz się:
Jeśli zostawisz to pole puste przypiszemy Ci losową ksywę.
Publikacja czyichś danych osobowych bez zezwolenia czy użycie zwrotów obraźliwych podlega odpowiedzialności karnej i będzie skutkować przekazaniem danych publikującego organom ścigania.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii i wypowiedzi, a osoba zamieszczająca wypowiedź może ponieść za jej treść odpowiedzialność karną i cywilną. Bolec.Info zastrzega sobie prawo do moderowania wszystkich opublikowanych wypowiedzi, jednak nie bierze na siebie takiego obowiązku. Pamiętaj, że dodając zdjęcie deklarujesz, że jesteś jego autorem i przekazujesz Wydawcy Bolec.Info prawa do jego publikacji i udostępniania. Umieszczając cudze zdjęcia możesz złamać prawo autorskie. Bolec.Info nie ponosi odpowiedzialności za publikowane zdjęcia.
Daj nam Cynk - zgarnij nagrodę!

Byłeś świadkiem jakiegoś wypadku lub innego zdarzenia? Wiesz coś, o czym my nie wiemy albo jeszcze nie napisaliśmy? Daj nam znać i zgłoś swój temat!

Wypełnij formularz lub wyślij pod adres: redakcja@bolec.info.

Kontakt telefoniczny z Redakcją Bolec.Info: +48 693 375 790 (przez całą dobę).

Gazeta Bolec.Info
Dwutygodnik nr 1 w powiecie bolesławieckim.Reklama i ogłoszenia w gazecie
REKLAMA
Weterynarz Bolesławiec
MSWL Zaprasza
MORENA Zaprasza